Chciałbym, żebyś był przy mnie sztywny.
Ta myśl utkwiła w nim głęboko, jak rozżarzony przez pragnienie węgiel i jednoczesna zakorzeniona w głowie fantazja, której nie miał śmiałości wypowiedzieć wprost. A raczej nie sądził, by obraz tej myśli spodobał się Oleandrowi, więc przemilczał ją taktycznie, jak setki innych refleksji wcześniej, z których niemal nigdy nie rozbierał się na
tym etapie znajomości.
A choć w pewnych aspektach trzymał wodze działania na uwięzi, w innych zupełnie je popuszczał.
Dzisiejszego wieczoru coś ciepłego leżało mu na piersi – jakaś niemoc wobec własnych słabości lub niezdławiona do końca żądza – jak gorąca plastyka wosku, przylepiona do nagości prawd, które zwykle zdawał się przykrywać pod płaszczem powściągliwości. Upojony i uspokojony cudzą obecnością – może także nieco połechtany tym, że jego pacjent, chociaż nie musiał, zdecydował się przyjść mu „na ratunek” i odwieźć go do domu – kawałek po kawałku rozrywał w rozmowach szwy przyzwoitości i dystansu, nie zważając na kolejny dzień, w tym kolejne ich spotkanie, które z pewnością właśnie zmieniało swoją ramę.
Ośmielony przez alkohol, wciąż dryfujący na przybrzeżu tego, co wcisnęły w niego procenty, nie miał już zresztą jak cofnąć się do tego co było wcześniej, tj. do chłodu i profesjonalnej skamieliny ich kontaktu. Mleko się wylało. Za dużo powiedzieli i zrobili, a ta niefortunność losu... dawała mu swobodę brnięcia w tę relację głębiej. Mocniej.
Uśmiechnął się więc ostrożnie, z początku w zastępstwie za słowa, nie potrafiąc wyrazić bardziej zobowiązującej emocji przez odbicie lusterka, dopiero przerzucając wzrok bezpośrednio na profil Oleandra, odezwał się jednostajnie spokojnym głosem:
—
Rozczarowanie mam opanowane do perfekcji, Everhart —
Oleander wciąż nie znalazło sposobu, by zejść mu na język w innym kontekście, niż zawodowym —
To pokłosie pracy z ludźmi... chyba wiem już, jak nad nim panować.
Odpiął pas, gdy tylko koła samochodu wyciszyły się i zatrzymały w miejscu, pozostawiając między nimi już jedynie cichy warkot wciąż pracującego silnika. Ta surowa pieśń wibrującego powietrza tuż przy rozgrzanej maszynerii niosła się echem po podziemnym garażu, a ostre w zapachu spaliny tańczyły za ogonem auta, pozostawiając za sobą łunę dymku.
Prędkość nie miała już znaczenia,
przynajmniej nie ta na drodze.
Prędkość w interakcji, jaką osiągnęli oni, i przy której zmienili trajektorię znajomości, była dla odmiany czymś zupełnie innym: odczuwalna, a przy tym wywierająca wpływ na teraźniejszość. Rozpędzali się oboje, jakby poruszyli w sobie wszystkie koła śmiałości, i jakby właśnie pędzili zboczem w dół – ku zabawie, czy ku straceniu?
Wystarczył drobny ruch, czy ledwie głoska wypowiedzi, by hamulce w nich puściły. Nawet Oleander, dotąd przekorny i rozsądny, poruszył usta w zgodzie, wywołując w ciele Milesa przyjemne, dłużące się mrowienie. Jeśli złość można było opisać jako gniazdo os, wpuszczonych w worek narządów, to jego właśnie łaskotały tam motyle, choć trudno byłoby mu przyznać samemu przed sobą, że właśnie czuje je we własnym brzuchu. Podobną ckliwość pozostawiał kobietom, ciepło wewnątrz uznając za zadowolenie.
—
Mam pakiet bez reklam i bez historii... świeżo kupiony.
Na tym interakcja w samochodzie się kończyła.
Światło przyćmionych jarzeniówek, dawno już niewymienianych, przepalało LED'y, a jeden z pasów drgał nawet niespokojnie, gdy Miles otworzył drzwi, wychodząc na potok pustego, gładkiego betonu. Dopiero okrążając auto i stając przy drzwiach kierowcy, wyciągnął dłoń po kluczyki samochodu, by schować je w głąb kieszeni dla zamknięcia tematu ratunku.
Teraz byli wyłącznie Oleandrem i Milesem w garażu.
Bez zobowiązań. Bez przysług.
Howard sięgnął na moment do jego szyi oddechem, przechodząc obok niego wolno:
—
Nie pożałujesz — szepnął przelotnie, nie naciągając jednak struny napięcia między nimi. Był to jedynie krótki epizod bliskości, ledwie sekundy, podczas których znów przypominał sobie o tym, jak drażniąca była różnica ich wzrostów, szczególnie, gdy starał się zabrzmieć pewnie, obiecująco.
Światło LED-ów drgnęło na jego ciemnych tęczówkach, a potem uciekających w ruchu ramionach, gdy po betonowych płytach ruszył w kierunku wejścia do budynku z windą. Na jednym z pięter znajdowało się jego mieszkanie.
Wyglądał, jakby panował nad własnym planem zaproszenia go do domu... tak naprawdę jednak nie miał pojęcia, co może mu zaoferować poza szklanką wody i Netfliksem, by nie łamać dystansu za szybko.
Uciekniesz?
Zastygniesz?
Zostaniesz?
...Oleander?
Zastanawiał się, zerkając za ramię, by skontrolować, czy Everhart szedł za nim.
oleander everhart