ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

002.
Socjalizacja z innymi ludźmi zawsze była jego piętą achillesową, jego ojciec zawsze mu wmawiał, że relacje z innymi ludźmi są ważne, ale Marco zaliczał się do osób, które nie potrafiły rozmawiać na inne tematy niż interesy, czuł się wtedy bardzo dziwnie i obco, nieswojo a tego uczucia akurat nie lubił.
Wstał dzisiaj wcześnie udając się na biegi a potem na siłownię, gdzie spędził prawie pół dnia, gdy wrócił do swojego apartamentu to postanowił wziąć szybki prysznic a następnie zrobić sobie kawę, mocną, czarną z cukrem którego… zabrakło. Siarczyste przekleństwo wyrwało się spomiędzy jego warg, jęknął cicho przesuwając palcami po twarzy i postanowił odwiedzić mieszkającą zaraz obok sąsiadkę, skąd wiedział, że to sąsiadka? Kupując ten apartament zorientował się kto mieszkał, nigdy nie wybierał takich miejsc przypadkiem, zawsze miał w tym ukryty cel. Chciał wypić dobrą kawę, ale i jednocześnie się zorientować, więc postanowił usmażyć dwie pieczenie na jednym ogniu. Czuł się dziwnie gdy stanął przed drzwiami do innego mieszkania i odchrząknął lekko zanim nie nacisnął przycisku dzwonka czekając, aż ktoś mu otworzy.
Nie lubił nigdy czekać, swoje sprawy załatwiał tu i teraz więc przestępował z nogi na nogę niczym jakiś pobudzony i zniecierpliwiony dzieciak, a gdy nareszcie drzwi się otworzyły to przywdział na twarzy standardowy, leniwy uśmiech.
Przepraszam, że przeszkadzam … — słowo przepraszam, tak bardzo rzadko wyrywało się spomiędzy jego warg, że brzmiało dziwnie obco w jego ustach i przede wszystkim gorzko, ale nie chciał zrobić pierwszego, złego wrażenia. — .. skończył mi się cukier, a mam ochotę na dobrą kawę czy mogłabyś mnie poratować? — widząc jej zdezorientowane zapewne lekko spojrzenie na jego widok pod drzwiami wskazał kciukiem za siebie. — .. mieszkam po sąsiedzku — dodał jeszcze dla wyjaśnienia i dopiero po chwili zmierzył ją uważnym, ale nie oceniającym spojrzeniem. Na pierwszy rzut oka wydawała się być dziewczyna młoda i przede wszystkim niewinna, taka… krucha? Jak inaczej mógłby ją określić na podstawie samego wyglądu?
Wyciągnął w jej stronę przygotowany pusty kubek, który zgarnął ze swojej szafki jakby decyzja miała już zapaść, a ona nie miała innego wyjścia jak udzielić mu pomocy. Marco nie należał do ludzi, którzy przyjmowali odmowę, zdecydowanie nie.

Cassandra Wildbird
gall anonim
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
wiolonczelistka, sprzedawca Toronto Symphony Orchestra, Bookland
Awatar użytkownika
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Była uparta. Jeśli w jej rudej główce pojawił się jakiś pomysł lub plan, który należało zrealizować na już, podejmowała się go niezwłocznie, niekoniecznie patrząc na potencjalne konsekwencje. Nie miały znaczenia, kiedy trzeba było urzeczywistnić wizję wymagającą skupienia oraz poświęcenia. Jak dzisiaj, kiedy postanowiła po raz kolejny podjąć próbę ugotowania jakiegoś dobrego obiadu. Była zmęczona tostami oraz mrożonkami, nie mówiąc już o tym, że zwyczajnie nie wypadało ciągle żerować na biednej Syd, która w kuchni radziła sobie trochę lepiej niż Wildbird. Ostatnim razem nie wyszły jej podziękowania za ciężką pracę współlokatorki, ale może tym razem efekt końcowy będzie znacznie lepszy, niż zalanie kuchni zawartością gaśnicy!
Otworzyła książkę kucharską na przepisie z jakimiś roladkami z kurczaka. To nie mogło się ie udać, bo proszę was - tam widniało oznaczenie dwa, czyli trochę wyższy, niż zwyczajna jajecznica! a z tą Cassie radziła sobie wyśmienicie, uważając, że tuż obok tostów, było to jej popisowe danie.
Przewertowała na szybko przepis, kodując go w pamięci. Chwilę później składniki znalazły się na blacie, a ona mogła przystąpić do pracy. Zabrała się za krojenie mięsa, bujając się do piosenki Parker the Bandit - Afterthought, kiedy niespodziewanie rozległ się dźwięk dzwonka. Cassandra, która potrafiła pogrążyć się w krainie fantazji w zaledwie kilka minut, podskoczyła, brutalnie sprowadzona do rzeczywistości. Niefortunnie nóż, który trzymała w dłoni, a którego nikt nigdy nie powinien jej dawać, ześlizgnął się z pieri kurczaka, lądując na jej palcu, boleśnie się w niego wbijając.
-Ajjj - wydała z siebie bliżej niezidentyfikowany dźwięk i zgarnęła znajdujący się nieopodal ręcznik papierowy. Szybko zabarwił się na czerwono, ale aktualnie myśli dziewczyny były zaabsorbowane dzwonkiem i tym, kto mógł znajdować się po drugiej stronie.
Wykazując się nad wyraz wielką przezornością i dbaniem o własne bezpieczeństwo, otworzyła drzwi nawet nie upewniając się, kim był niespodziewany gość. Zapewne dlatego na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie i jakby niepewność, kiedy stanęła twarzą w twarz z dobrze zbudowanym, znacznie od niej wyższym (bo ona to była jednak taki pocket size) mężczyzną.
…skończył mi się cukier.
Te słowa zdawały się brzmieć tak absurdalnie i zwyczajnie, a jednak wywołały na ustach wiolonczelistki szeroki uśmiech. Ostatecznie ktoś, kto prosił o cukier nie mógł być seryjnym mordercą.
-Nowy sąsiad! Jasne, nie ma problemu - wyciągnęła po kubek dłoń ze skaleczonym palcem, zatrzymując ją w połowie drogi. - Och, nie ta - westchnęła, łapiąc naczynie zdrową ręką. - Mogę ci też zrobić kawy tutaj. Jakby zabrakło ci wody, ewentualnie mleka - zaproponowała, nie dostrzegając niczego złego w tak szybkim spoufalaniu się z zupełnie obcym typem. Wszak należało dobrze żyć z sąsiadami.

Marco Moretti
29 y/o
For good luck!
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chyba pod tym względem byli podobni, on także był uparty i bardzo egoistyczny na dłuższą metę, może sprawiał wrażenie normalnego faceta przy pierwszym poznaniu, ale niekoniecznie. Tylko Ci, którzy go dobrze znali wiedzieli, że z nim nie należało zadzierać, zazwyczaj swoje problemy rozwiązywał po prostu siłą, bo było tak łatwiej, nie znał innego życia. Sierociniec gdzie się wychowywał nie pamiętał, nawet nie miał pojęcia czy miał jakąkolwiek rodzinę, Salvatore, który go adoptował nie chciał mu nic powiedzieć na temat jego ewentualnych rodziców, uznał że skoro dał mu swoje nazwisko to powinien się na tym skupić.
Marco także nigdy nie pojechał do tego sierocińca po informacje, może po prostu niewiedza była lepsza niż jakiekolwiek nadzieje, że mogliby wiedzieć coś o jego matce i dlaczego go zostawiła - nie szanował tej kobiety, skoro była w stanie porzucić własne dziecko. Kącik jego ust delikatnie się uniósł gdy spojrzał dziewczynie w twarz, Moretti był dobrym obserwatorem więc zauważył, że jedną ręką ściskała papier, który robił się czerwony, uniósł brew w niemym pytaniu.
Mogłaby się zdziwić oceniając go po tym, że chce tylko pożyczyć cukier…
Marco — przedstawił się jeszcze zanim nie podał jej szklanki spoglądając na jej dłoń. — Zraniłaś się. — raczej stwierdził niż po prostu zapytał wskazując podbródkiem na jej drugą rękę.
Za kawę mogę Cię opatrzyć — dodał jeszcze po chwili milczenia, przekrzywiając lekko głowę na bok, nie miał wobec niej żadnych złych zamiarów, sam nie chciał sprawiać wrażenie mężczyzny, który szuka zaczepek. Chciał, żeby sąsiedzi mieli o nim dobre zdanie bo nauczył się, że czasami to pomaga gdy przychodzą nagle problemy.
Ponadto nie raz się opatrywał fakt, że trenował boks przez większość swojego życia, a jego praca i załatwianie interesów polegało na różnych, czasami niebezpiecznych akcjach to musiał nauczyć się zadbać o samego siebie.
Posłał jej lekki uśmiech.
To… mogę wejść? — nieproszony nie wejdzie i tak do środka, nie był chamem, który pchałby się buciorami, zresztą nie był tak naprawdę złym mężczyzną, nawet gdy tatuaże, które zdobiły jego ciało i to w sporej ilości mogły świadczyć o tym, że miał złą przeszłość. Tak szybko ludzie oceniali innego człowieka po jego wyglądzie czyż nie?

Cassandra Wildbird
gall anonim
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
wiolonczelistka, sprzedawca Toronto Symphony Orchestra, Bookland
Awatar użytkownika
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Cassie była towarzyską osobą, która zdecydowanie nie stroniła od towarzystwa. Ba, ona co chwilę miewała jakichś gości, ewentualnie sama takowym była, kiedy tylko wleciało zaproszenie na wspólne oglądanie filmów czy po prostu plotkowanie. Lubiła przebywać wśród osób, które dobrze znała, jak również tych, które na poznanie czekały. Nic dziwnego, że kiedy zobaczyła obcego mężczyznę stojącego na progu jej mieszkania, który dla wielu był zapewne pełnoprawnym przedstawicielem świata przestępczego, postanowiła się z nim zakumplować. Nie można było mówić o wielkiej przyjaźni, bo nawet ona nie nadużywała tego słowa, ale zdecydowanie chciała żyć ze swoim nowym sąsiadem w stosunkach, które nikomu nie utrudniałyby życia. Zwłaszcza, że owy osobnik wyglądał tak, jakby nie miał żadnych oporów przed dosadnym powiedzeniem jej swojego zdania na temat alarmu przeciwpożarowego w środku nocy.
-Cassandra. Miło mi poznać! - przedstawiła się, szeroko uśmiechając. Czyli pierwsze uprzejmości mieli za sobą. teraz nic nie stało na przeszkodzie, żeby dowiedziała się o nim czegoś więcej. Poznanie przyzwyczajeń i upodobań drugiej osoby było dla wildbird niezmiernie ważne, bo dzięki temu mogła mieć na uwadze, co bardziej, a co mnie zdenerwuje osobę mieszkającą w tym samym budynku. Jeśli na przykład nie lubił kotów, będzie musiała pamiętać, żeby w jego obecności nie panoszyła się Aria, która potrafiła być bardzo nieprzyjemna. - Umm, to nic takiego. Czasami mi się zdarza. No, może częściej, niż czasami, ale tym razem to tylko draśnięcie. Chyba - stwierdziła, zerkając na swoją rękę i na czerwony ręcznik. Ciekło trochę bardziej, ale nie podejrzewała, żeby musiał zszywać palec. Jeszcze tego brakowało, żeby pisała do Alberta, by ją ze szpitala odebrał. Co prawda w jej przypadku każde skaleczenie mogło być niebezpieczne ze względu na wadę genetyczną, ale hej, przecież nie może się na śmierć wykrwawić przez coś takiego.
-Obopólna wymiana? Przystaję na tę propozycję - skinęła głową, kiedy zaproponował, że jej pomoże. Taka zapłata była jak najbardziej sprawiedliwa i być może okaże się, że opatrywanie ran idzie mu lepiej, niż jej. Jasne, miała wprawę biorąc pod uwagę jak często musiała sobie radzić sama, ale nadal dalekie było to do perfekcji. - Zapraszam w moje skromne progi. Zaproponowałabym zostanie na obiad, ale tak jakby go nie mam - wzruszyła ramionami, wpuszczając go do środka, by zaraz zamknąć za nim drzwi.
-Kiedy się wprowadziłeś? Nie zarejestrowała nawet momentu, że pojawił się ktoś nowy - rzuciła, odstawiając kubek na blat. Wlała wodę do czajnika, chcąc ją zagotować. - Jaką pijesz? - spytała, zerkając na niego, gestem dając mu do zrozumienia, że może usiąść gdzie chce.

Marco Moretti
29 y/o
For good luck!
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Marco był jej totalnym przeciwieństwem, nie lubił towarzystwa, nie lubił ludzi dookoła siebie i okrążał się tylko tymi z którym tak naprawdę ufał. Oczywiście, były osoby, które chciały go poznać czy się do niego zbliżyć, ale Moretti selekcjonował starannie ludzi, których dopuszczał do siebie chociażby przez to jakim zawodem się pałał. Nie był osobą milutką pod żadnym względem i raczej swoją aparycją takiego nie przypominał, czyż nie? Potrafił się dobrze zachowywać wobec kobiet, ojciec nauczył go tych podstaw a matka wpajała mu, że każdą kobietę należy w pewien sposób szanować, tylko że Marco miał złamane serce przez jedną rudowłosą, która skutecznie zniszczyła wszystko w co wierzył przez ten cały czas.
Zapewne gdyby jego sąsiadka dowiedziała się, że ma pod drzwiami kryminalistę, który ostatnie pięć lat spędził w więzieniu to nie wpuściła by go do mieszkania. Nie chciał zrobić pierwszego złego wrażenia, dlatego lekko się uśmiechnął gdy dziewczyna się mu przedstawiła, nie lubił gdy ludzie oceniali go przez pryzmat jego wyglądu.
Tak czy siak trzeba to opatrzyć, nawet mała rana, która nie jest opatrzona może spowodować zakażenie, a raczej nie chcesz stracić palca — wyrzekł po chwili milczenia, wskazując lekko podbródkiem na jej rękę, uśmiechnął się lekko w jej stronę, trochę w duchu się przekomarzał z nią co rzadko mu się zdarzało w towarzystwie dziewczyn, raczej Marco uchodził za stanowczego faceta w jakichkolwiek kontaktach, czy to z płcią piękną czy ze swoimi współpracownikami.
Kiwnął lekko głową na jej słowa i przekroczył powoli próg jej mieszkania, mimochodem rozglądając się dookoła, zawsze był ciekaw jak żyli inni, zwyczajni ludzie. — Nie jestem głodny, ale dziękuję za propozycję — wyrzekł po chwili gdy przekroczyli próg kuchni, a ten rzucił lekkie spojrzenie na blat, zapewne była w trakcie gotowania, zauważył także nóż, którym się przycięła.
Gotowałaś, niech zgadnę, moje dzwonienie do drzwi Cię rozproszyło? W takim razie tym bardziej czuję się zobowiązany, żeby Cię opatrzyć — dodał jeszcze opierając się lekko tyłkiem o blat kuchenny spoglądając w jej stronę.
Jakoś niedawno, jeszcze tak naprawdę się nie wypakowałem i nie urządziłem — wyrzekł po chwili wzruszając lekko ramionami, to mieszkanie należało do niego od pewnego czasu, ale było puste bo ten siedział w więzieniu, więc nie mogła wiedzieć, że tam ktokolwiek mieszkał.
Czarną, mocną z cukrem — uśmiechnął się lekko i rozejrzał po pomieszczeniu spokojnym wzrokiem. — Przynieś apteczkę, opatrzę Cię — dodał jeszcze kierując się w stronę stołu i krzesła gdzie zajął miejsce patrząc na nią wyczekująco.

Cassandra Wildbird
gall anonim
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
163 cm
wiolonczelistka, sprzedawca Toronto Symphony Orchestra, Bookland
Awatar użytkownika
Can we pretend that airplanes in the night sky are like shootin' stars?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Z jej ust nie schodził uśmiech, kiedy patrzyła na mężczyznę. Pierwsze zaskoczenie minęło i jej wzrok uważnie śledził każde, nawet najmniejsze załamanie na jego twarzy, jakby w ten sposób starała się go rozpracować. Nie przypisywała mu niczego złego, chociaż była pewna, że jej przyjaciele mieliby zgoła odmienny stosunek do jego osoby. Cassandra jednak była zwyczajnie miła i wiedziała, że książki nie ocenia się po okładce, a po treści, którą w sobie skrywała. Ile to razy mile się zaskoczyła, gdy okazywało się, że historia była znacznie okazalsza, niż prosta otoczka. Wystarczyło tylko odrobinę się wysilić i zmieść stereotypy pod dywan. No bo jak by to o niej świadczyło, gdyby każdego osobnika pokrytego tatuażami oceniała jako kryminalistę lub naszpikowanego złem człowieka? To tak, jakby ludzie z góry zakładali, że jeśli rude to wredne, a przecież wcale tak nie było!
-Są mi nad wyraz potrzebne, więc nie, zdecydowanie nie chciałabym stracić żadnego z nich. Lubię je, są przydatne - skinęła głową, spoglądając na rozcięcie. Nigdy nie słyszała, żeby jakaś wiolonczelistka była kaleka, chociaż pewnie gdyby poszperałą więcej, dowiedziałaby się o jakiejś sławie tego typu. Niemniej lubiła wszystkie części swojego ciała i ostatnim, czego potrzebowała, to utrata czegokolwiek.
-Ja za to jestem wiecznie głodna. Mam wrażenie, że właśnie jedzenie pochłania największą część mojej wypłaty. Zwłaszcza słodycze, uwielbiam je. Może chcesz ciasteczka do kawy? Jestem pewna, że gdzieś jeszcze jakieś mam - po raz kolejny posłała mu szeroki uśmiech. Nie czuła się ani trochę niekomfortowo w jego towarzystwie, co tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że nie mógł być złym człowiekiem. Jaka szkoda, że akurat Wildbird na swojej intuicji to nie zawsze powinna tak ślepo polegać, biorąc poprawkę na to, że czasami kłóciła się z jej wyobraźnią i spoglądaniem na świat przez pryzmat różowych okularów. Mimo sporego bukietu doświadczeń życiowych nadal wierzyła, że istnieje więcej dobra, niż zła.
-Skłamałabym gdybym powiedziała, że zupełnie nie miałeś w tym swojego udziału. Nie spodziewałam się nikogo, a zamyśliłam się na tyle, by chwila nieuwagi doprowadziła do katastrofy. Ale może to i lepiej, nie wiem czy coś by z tego wyszło - wskazała na rzeczy, które przyszykowała, a których miało powstać coś z założenia jadalnego. Niestety, jej umiejętności były tak słabe, że nawet najbardziej podstawowe dania potrafiły wylecieć w powietrze. - Jeśli potrzebujesz pomocy w wypakowywaniu kartonów, to wiesz gdzie mieszkam. Lubię ten proces, w którym puste mieszkanie w końcu nabiera życia - stwierdziła. Kiedyś dorobi się własnego, chociaż tutaj nie mieszkało jej się źle. Szkoda tylko, że nie miała takiej swobody w zmienianiu wystroju jakby chciała.
Wsypała trochę kawy do praski francuskiej, by po chwili zalać to wodą. Czarna kawa do niego pasowała. Miała charakter, a w jej oczach jego mu nie brakowało. Marco zdecydowanie w świecie fantasy byłby silnym demonem, ewentualnie upadłym Aniołem.
Skierowała się do łazienki, w której znalazła wszystko to, co mogło być wyposażeniem apteczki. Powinna zdecydowanie uzupełnić zapasy bandaży, wacików i plastrów zwłaszcza, że w przypadku jej schorzenia szybkie tamowanie krwotoków było wręcz wskazane.
-Proszę bardzo, panie doktorze. Obiecuję być grzecznym pacjentem - skomentowała i zanim usiadła na przeciwko niego, podała mu wcześniej zrobioną kawę, stawiając przy okazji cukierniczkę obok. Wyciągnęła w jego stronę dłoń ze skaleczonym palcem, z którego krew ciągle się sączyła.

Marco Moretti
29 y/o
For good luck!
185 cm
gangster pod nadzorem kuratora wszędzie gdzie trzeba załatwić interesy
Awatar użytkownika
You'd be surprised at what you'd do to stay alive.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nigdy chyba nie przywyknie do radosnych ludzi w swoim otoczeniu, jakoś dziwnie było mu patrzeć na uśmiechnięte twarze czy na osoby, które po prostu cieszyły się życiem i małymi drobnostkami, które według Marco były zbyteczne. On nie potrafił się cieszyć patrząc na zachód słońca czy na gwiazdy, nawet gdy uważał je za piękne, nie było w nim tej radości, którą mógłby wynieść ze swojego dzieciństwa. Nie było ono w żaden sposób kolorowe, adoptowany i do tego od małego wychowywany na podobieństwo swojego ojca, na jego następcę. W dość brutalny sposób zostało mu odebrane to co mogłoby go cieszyć jako małe dziecko, została mu odebrana przyjaźń w jakikolwiek znaczeniu tego słowa bo Moretti dbał o to, żeby jego syn kręcił się tylko w wybranym przez nim towarzystwie. Wśród swoich lojalnych ludzi, których nie mógł nazwać przyjaciółmi - oprócz jednego. Rzadko się z kimś spoufalał, bo zazwyczaj osoby, które mogłyby mieć z nim styczność prędzej czy później zostawały wykorzystywane przeciwko niemu, a nie chciał, żeby tę miłą sąsiadkę spotkało coś złego chociażby przez to, że z nim rozmawia.
Z drugiej jednak strony brakowało mu takiej zwyczajnej relacji, ludzi z którymi mógłby porozmawiać o czymś innym niż tylko o interesach, wokół których kręciło się całe jego marne życie. Tak naprawdę to Marco nie znał innego życia, od adopcji był uwikłany w gangsterski świat.
Szkoda stracić takie ładne palce — wyrzekł po chwili milczenia, posyłając jej jeden, trochę oszczędny uśmiech, jeśli chodzi o relacje damsko-męskie to także w nich Marco trochę kulał. Został zdradzony przez kobietę, dla której stracił kiedyś głowę, teraz podchodził z dystansem do jakichkolwiek relacji bo rana była dla niego ponownie świeża, otworzyła się w momencie gdy spojrzał jej w twarz i zdał sobie sprawę że… nadal mu zależało.
Cholera.
Nie dziękuję, nie jem słodyczy. Kawa to mój pierwszy posiłek w ciągu dnia, dopiero po niej zaczynam normalnie funkcjonować — wyznał po chwili, Marco dbał o swoje ciało, chodził regularnie na siłownię i nawet gdy lubił sobie coś ugotować to zazwyczaj dbał o to, żeby nie przybrać za bardzo na wadze, słodyczy zawsze sobie odmawiał. Skinął delikatnie głową na jej słowa, że poniekąd brał udział w jej skaleczeniu, rana nadal się babrała bo zapewne naruszyła sobie delikatne mięśnie na palcu, które bolały jak cholera a krwi było jakby ktoś przywalił jej nożem prosto w brzuch, sam nie raz się kaleczył czy to podczas walk chociażby w więzieniu czy podczas robienia interesów, gdy jego współpracownicy robili się agresywni, więc od małego tak naprawdę nauczył się dbać o siebie i opatrywać rany.
Może będę potrzebował pomocy w małym urządzeniu się, mam wrażenie, że moje mieszkanie wygląda bardzo surowo, przyda mu się kobieca ręka — uśmiechnął się lekko do niej, dając jej jednocześnie znać, że chętnie skorzysta z pomocy, wprawdzie nigdy jej nie potrzebował, ale czemu nie? Chciał mieć dobre stosunki ze swoimi sąsiadami, był to klucz do sukcesu.
Jego zielone oczy powoli śledziły ją gdy wyszła z kuchni, stukając delikatnie palcami w blat, czekał aż ta wróci z apteczką.
Dziękuję — wyrzekł na postawioną przed nim kawą, dosypał do niej dwie łyżeczki cukru i zamieszał spokojnym ruchem, biorąc lekkiego łyka, odstawiając ją trochę na bok, żeby zająć się jej palcem. — Nie mam naklejek dzielnego pacjenta niestety ze sobą — zaśmiał się lekko wskazując gestem, żeby pokazała mu ranę, sięgnął do apteczki wyciągając z niej to co było mu potrzebne czyli środek dezynfekujący, jakiś wacik i plaster, bo patrząc na ranę nie była ona aż taka zła.
Rana jest mała a krwi tyle, jakbyś miała się wykrwawić — zaśmiał się lekko, spryskując ranę środkiem dezynfekującym, zapewne zapiekło, ale nic na to nie powiedział gdy ta się zapewne wzdrygnęła na środek, który jej zaaplikował. Sięgnął po wacik, chwytając lekko drugą ręką jej rękę tak, żeby ją unieruchomić i zajął się jej opatrywaniem, nie odrywając spojrzenia od jej rany.
Zajęło mu to zaledwie trzy minuty i mogła się pochwalić przyklejonym równiutko plastrem, szkoda że nie był on z psiego patrolu albo innej bajki.

Cassandra Wildbird
gall anonim
Nie lubię jak ktoś steruje moją postacią, sama to potrafię robić, tak więc dziękuję za troskę.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#28”