oh, we're sitting here alone
you're getting kinda close
nienawiść
bardzo silne uczucie niechęci i wrogości wobec jakiejś osoby, któremu towarzyszyć może pragnienie, aby stało się jej coś złego.
Nienawiść... Hah? Niezwykle mylne pojęcie. Bo dlaczego Rosenhall czuła właśnie to do niego, a zarazem miała potrzebę składania pocałunków na jego niewyparzonych ustach? Dlaczego tak bardzo pragnęła czuć jego dłonie na swoim ciele? Dlaczego z każdym dniem, chociaż barwa jego głosu niezmiernie doprowadzała ją do szału, mimowolnie uśmiechała się pod nosem za każdym razem, gdy zwracał jej o coś uwagę. Thalia totalnie nie zgadzała się z tą definicją, bo przecież kontradyktowała się z tym, co oficjalnie było mówione o nienawiści, nie? Można było kogoś nienawidzić i chcieć go pocałować, right?
Riiiight?
Okej, dobra, nie skomentowała nawet swojego jakże błyskotliwego podejścia, żeby dojechać mu kolejnym popkulturowym przezwiskiem. Nie wszystko musiało trafiać, co nie? Więc zaszczyciła go ciszą i przewróceniem oczami, bo no ten, nie miała nic na swoje usprawiedliwienie. lol.
-Nie chce mi się na ciebie wysilać - dodała tylko. Znając go, pewnie jeszcze dopierdoliłby jej jakimś dodatkowym zadaniem. Nagle przypomniałoby mu się coś, czego jednak nie umyła, nie wytarła albo, nie daj boże, źle odłożyła. Więc niech sobie myśli, że tym razem tę walkę wygrał. A ona tak naprawdę po prostu w kącie się regenerowała, o... Raz po raz spoglądała na niego, posyłając mu gniewne spojrzenie. Nie dlatego, że chciała na niego patrzeć, bo miał przyjemną dla oka twarz, której oczywiście wcale nie miał. Absolutnie... a tylko dlatego, że wiatr roznosił ten jego pieprzony zapach. Perfumy, wodę kolońską czy cholera tam wie, co to było. Ale pachniał dobrze. Naprawdę dobrze. Oczywiście irytowało to jej nozdrza, a przy okazji też ją samą, więc miała pełne podstawy do tego, żeby czasami dłużej zawiesić na nim oko. Tylko po to, żeby zauważył, że ją irytował. Chociaż za każdym razem, gdy to robiła, akurat na nią nie patrzył.
Makes sense, nie?
oh, we're losing self-control
don't act like you don't know
''Jak ty mnie dobrze znasz.''
Już ja cię dobrze poznam, cisnęło jej się na usta, ale przecież musiała przypieczętować tę umowę, więc nie mogła pozwolić sobie na żadne errors w tym całym planie. Oczywiście, że potrzebne było zaciągnięcie się jeszcze raz jointem, żeby dodać sobie odwagi. A gdy usłyszała tylko jego
nie ma mowy, bezczelny uśmieszek pojawił się na jej twarzy. Ale tylko przez moment. Bo kiedy chwyciła jego przedramię, zacisnęła na nim palce i przyciągnęła go do siebie, cholera, poczuła, jak serce zaczęło bić jej mocniej. Jakby przez jej ciało przeszedł jakiś pieprzony elektrostatyczny szok, który próbował wzbudzić ją na nowo do życia. Była prawie na bank pewna, że zaraz ją opierdoli. Że ją od siebie odsunie, prychnie coś pod nosem, rzuci jakimś swoim ironicznym tekstem i znowu będzie udawał, że wcale nic między nimi nie iskrzy. Ale czując jego dłonie na swojej talii, to jak pogłębiał pocałunek za pocałunkiem, Thalia na sam koniec tylko uśmiechnęła się przez ten pocałunek. I musiała się upewnić, że nie zapomni... że nie robił sobie z niej żartów. Wycierając szminkę z jego ust, docisnęła palec delikatnie mocniej, gdy odpowiedział, że zapomni.
No co za miotła. Pomyślała tak przez moment, ale chwilę później jej uśmiech tylko się rozszerzył, a ona posłała mu spojrzenie w stylu,
ohhhh, you are so cheeky, you almost got me. Po chwili jednak na moment zatopiła się w jego jasnych tęczówkach, zanim jej brązowe ślepia zsunęły się na jego usta.
Nie rozkojarzaj się, Rosenhall. Opieprzyła się w myślach, bo przecież musiała upewnić się, że brał to wszystko na poważnie. Przyglądała się, jak wyciągnął telefon, po czym uniosła dłonie w niewinnym geście.
- No dobrze, nic nie mówię - zaśmiała się pod nosem i posłała mu ciepły uśmiech. A potem znowu atmosfera zrobiła się jakaś gęstsza... Taka, przez którą wszystkie głupie myśli w jej głowie zaczynały się potykać jedna o drugą, a jedyne, na czym potrafiła się skupić, to on. Te pociągające oczy i usta, które chciała całować od momentu ich pierwszego pocałunku.
you can run, run, run,
you can hide, hide, hide...
Wczuwała się w ten drugi pocałunek, powoli muskając jego usta i przysuwając się bliżej, gdy wplótł palce w jej włosy i pogłębił pocałunek. Czułe muśnięcia odblokowały w niej zupełnie inną intymność i poczucie zbliżenia do niego, przez co momentami czuła się niemal onieśmielona. Dosłownie miała wrażenie, jakby wszystko wokół nich zatrzymało się w czasie i stali tam, na tym dachu, bez nikogo w zasięgu stu kilometrów, tylko
oni. Kojarzycie te momenty w filmach, gdzie listki spadają w slow motion, wiatr, który jeszcze chwilę wcześniej bohaterowie jakiejś romantycznej sceny mieli we włosach, nagle jakoś tak zwalniał i można było tylko ujrzeć twarze głównych bohaterów, delikatnie przechylających głowy, żeby zatapiać się w swoich pocałunkach i napawać własnymi oddechami? Jeżeli nie, no to well, your loss, I guess? A jeżeli tak, to właśnie w tamtym momencie Thalia Rosenhall poczuła się, jakby była na scenie jakiegoś romansidła. Do momentu, kiedy Albert fucking Thallman nie spierdolił wszystkiego swoimi świeżbiącymi łapskami, dobierającymi się do jej bluzy.
Jezu. Czy wszystkim facetom chodziło tylko o dotknięcie pieprzonego cycka? Nie żeby narzekała, podobało jej się to, że może w jakiś tam sposób na niego działała, no ale I’M SORRY, daj człowieku nacieszyć się romantyczną chwilą. To bah, nie ma. Fajerwerki, fanfary, latające staniki zmieniły się w pył, a ten jeszcze chwilę później, jakby i tak nie czuła się już chujowo z faktem, że nic innego nie może sobą zagwarantować poza zajebiście seksi przodem, odsunął się od niej.
O D S U N Ą Ł!
Patrzyła na niego lekko zdezorientowana, wciąż czując na ustach posmak tych jego. Skanowała jego twarz, która wyglądała, jakby zobaczył ducha. Już nie wspominając o tych drżących palcach, które na bank wyrwały jej jednego pojedynczego włoska. Miejmy nadzieję, że jakiegoś pojedynczego siwego. Takowych NIE POTRZEBOWAŁA. Mrugnęła kilkakrotnie, słysząc jego słowa, i nie mogła się powstrzymać. Parsknęła pod nosem z niedowierzania.
- Jak ty sobie to wyobrażasz? Musimy być wiarygodni, Al… All… Albert. - Cholera, czemu to imię tak ciężko przechodziło jej przez gardło? A tak. Nienawidziła go, lol.
Po chwili jednak, gdy wstał i ruszył w stronę krawędzi, no kurde, aż sama się podniosła, żeby upewnić się, czy przypadkiem nie rzuci się z niej, krzycząc kilimandżaro. No cholera, nie znała go aż tak dobrze, a wcale nie zdziwiłaby się, jakby zaraz jej tam RIPNĄŁ. Już jednego
świętej pamięci miała na sumieniu. Nie chciała mieć drugiego.
- Ugh, whatever - rzuciła na tyle głośno, żeby ją usłyszał. Nie miała zamiaru z nim dyskutować i się kłócić. Albert Thallman był tchórzem, ot co. Inaczej nie dało się tego wyjaśnić. A podobno to kobiety są dramatyczne. E Y E R O L L. Śmiechu warte. Jeżeli ktoś kiedykolwiek rzuci jej takim tekstem, mogłaby przysiąc, że strzeliłaby mu w pysk tak mocno, że obróciłby się wokół kuli ziemskiej, zatrzymał w stolicy Krzyżaków, położył w łóżku w Ciechocinku, żeby na moment odsapnąć, i wrócił pierwszym lepszym LOT'em z Warszawy do Toronto. Free tour around the world, eh? No ale dobra, koniec fantazjowania. Teraz musiała skupić się na tym, co było tu i teraz. A teraz Albert odwalał manianę. Załamanie nerwowe?
Dobra, co mam robić?
Iść do niego?
Potrząsnąć nim i powiedzieć, żeby się ogarnął?
Zapytać, o co chodzi?
Stała tam jeszcze chwilkę, dosłownie sekundę później obrywając kroplą deszczu w nos. Po chwili kolejną w czoło. I kolejną. I kolejną. Zarzuciła kaptur na głowę i podsunęła wyżej zamek bluzy, teraz to naprawdę zaczynając się denerwować, że chciał wykorzystać ten pieprzony deszcz jako wymówkę do ucieczki. Zmarszczyła brwi i nos w niezadowoleniu, po czym ruszyła za nim szybkim krokiem, nie pozwalając mu dojść do drzwi. Stanęła przed nim, opierając się plecami o drzwi, i wbiła w niego spojrzenie.
- Co ty wyprawiasz, Thallman? - zapytała z początku naprawdę spokojnie. Ale po chwili przypomniała sobie, że przecież była na niego wkurzona.
- Podpisałeś kontrakt. To znaczy słownie… to znaczy pocałunkiem go przypieczętowałeś - mruknęła, nie zwracając uwagi na to, że z każdą sekundą deszcz coraz mocniej uderzał w ich ciała.
- Zgodziłeś się być moim chłopakiem, więc oczekuję zaangażowania, a nie uciekania i zostawiania mnie samej sobie. - Dodała to zirytowana, ale kiedy tak wpatrywała się w niego przez moment, poczuła szybsze bicie serca. Ścisnęło ją w gardle i nagle miała nieodpartą chęć po prostu go pocałować.
Tak jak wtedy. Czule..Powoli...
Cholera, Rosenhall, ogarnij się. Zezłościła się. Na to, że w ogóle tak myślała. Na niego. Na to, że po prostu stał przed nią i wyglądał tak cholernie pociągająco z tymi pieprzonymi kosmykami włosów ociekającymi kroplami deszczu. Odwróciła się gwałtownie, chwyciła klamkę i otworzyła drzwi na oścież. Wolną dłonią wskazała na przejście niczym lokaj, który w tamtym momencie miał bardzo negatywne nastawienie do swojego pana, hah..
- Idź. Uciekaj, Thallman - westchnęła zrezygnowana.
- Znajdę kogoś innego.
...but feelings don't lie
thallman