28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

You take my self, you take my self control.
You got me living only for the night.


No dobra, to raczej nie będzie odkrywcze, jeśli napiszę, że władza była uzależniająca. Albert doskonale wiedział, że nie powinien z niej korzystać, ale pokusa okazania dominacji była silniejsza - te całe podchody, dziecinna zabawa w złośliwości, rzucanie karami za byle głupstwo… Naprawdę nie chciał, żeby Rosenhell wzbudzała w nim aż tak skrajne emocje, w końcu była byłą jego najlepszego przyjaciela. Tego samego przyjaciela, który zginął z jej powodu. Tak, to był najważniejszy powód, żeby trzymać się od niej z daleka. Ba, on nie tylko powinien trzymać się od niej z daleka - powinien dopierdolić jej tak bardzo, żeby spakowała manatki i spierdalała z Kanady, ale… nie potrafił. Miękł za każdym razem, gdy patrzył w jej orzechowe oczy i z tego powodu najgorszą rzeczą, jaką mógł jej zrobić, było zlecenie jej mycia kibli, kurwa mać.

Jak już, to z Oakville, Hagrid. Wait, what? - Hagrid? Ile ty masz lat, Rosenhell, dziesięć? - prychnął, po czym przewrócił oczami. No, słowo daję, typiara nie wyszła z podstawówki. Jeszcze chwila i jebnie mu formułką w stylu "Zespół Ace musi zniknąć!". No a kiedy zaczęła rzucać groźbami o myciu zębów upierdoloną szczoteczką, spojrzał na nią z lekkim politowaniem. Jakoś nie potrafił sobie tego wyobrazić, musiała popracować nad ripostami. - Mhmm, tylko spróbuj - rzucił od niechcenia, bo za cholerę nie wierzył, że mogłoby jej się to udać. On mył zęby w domu, szczoteczką soniczną, gwoli ścisłości. Nie w pracy.

Ech. Ogólnie to starał się na nią nie patrzeć (bo nie), ale usłyszał jej westchnienie (bo było głośne). Ciekawe, o czym teraz myślała? Czy u niej w głowie kłębiły się te same zjebane myśli, co u niego? Czy ona też cierpiała katusze, chcąc go pocałować, podczas gdy resztki zdrowego rozsądku kazały im spierdalać od siebie jak najdalej? O ile w ogóle można było stwierdzić, że Thalia Rosenhell miała jakikolwiek rozsądek. Kurwa, wątpliwa sprawa.

Wiem, że o niczym innym nie marzysz. Tsa, w gównie byłaś, gówno widziałaś. Zaciągnął się blantem po raz ostatni. - Jak ty mnie dobrze znasz - odpyskował z przekąsem, zanim bezczelnie wyrwała mu jointa spomiędzy palców, zaciągnęła się i rzuciła niedopałek gdzieś obok. Nawet się tym nie przejął, wiecie? Kurde… Z każdym kolejnym oddechem w jego głowie zaczynał robić się przyjemny, rozluźniający luz. Jak zwykle po marihuanie. Wtedy każdy, nawet najbardziej poroniony pomysł wydawał się najlepszy na świecie. I ten dziwny układ, żeby udawać jej chłopaka przez miesiąc… to też nagle wydało mu się wręcz genialne. Jakby dzięki temu mógł zdobyć choćby namiastkę bliskości z tą jedzą, oficjalnie tłumacząc to udawaniem. Nie no, stary, o czym ty w ogóle myślałeś? Like, serio, wtf, jak to w ogóle brzmiało? Jednocześnie zrobiło mu się gorąco na samą myśl, co jeszcze mogliby udawać. Umm? Send help?

Gdy wypowiedziała kolejne słowa, zmarszczył brwi. Uważaj, Thallman, bo dla tej zołzy niedługo stracisz głowę. Nope. Nie. Nope, nope, nope. - Nie ma mowy - odpowiedział automatycznie, zanim w ogóle zdołał to jakkolwiek przetworzyć. Czekał przy tym z wyciągniętą przed siebie dłonią, żeby przypieczętować ich układ, a ta zołza… zamiast podać mu rękę… zacisnęła palce na jego przedramieniu, przyciągnęła go do siebie i pocałowała.

Najpierw… no, zamarł. Był w chuj zaskoczony, nie spodziewał się tego, ale gdy tylko poczuł, jak pogłębiła pocałunek, wsuwając język między jego wargi, zaprzestanie protestów przyszło mu z zadziwiającą łatwością i szybko dał się ponieść tym wszystkim czułościom. Czuł jej dłonie na swoim ciele - na klatce piersiowej, szyi… aż w końcu wplotła palce w jego włosy. Automatycznie objął ją w talii i przysunął ją odrobinę do siebie, aby pogłębić pocałunek.

Był, kurwa, rozdarty. Niewyobrażalnie rozdarty. Z jednej strony ten pocałunek smakował kurewsko dobrze, a z drugiej… przecież nie powinien mieć z nią nic wspólnego. Czy może właśnie dlatego tak mocno go to kręciło? Bo smakowała jak pieprzony zakazany owoc? Że mimo świadomości konsekwencji, robił to wszystko z pełną premedytacją? W tej sekundzie nie myślał ani o rodzeństwie, ani o Chrisie, ani o Cass. Myślał tylko o sobie i o Thalii, złączonych w pocałunku, na dachu, teraz. Tak w sumie to… nie wiedział już, gdzie kończyły się jego prawdziwe emocje, a gdzie zaczynało się odurzenie. Fuck.

Gdy w końcu się odsunęła, zamrugał kilkakrotnie oczami, jakby nie potrafił ogarnąć rzeczywistości i uwierzyć, że po tygodniach czystej złośliwości znowu doszło między nimi do czegoś takiego. Nie zapomnisz o tym jutro? - Zapomnę - odparł przekornie, odzyskując dawny rezon dosłownie na ułamek sekundy, bo zaraz dotknęła palcami jego warg. Zaraz, po co to robiła? A... ścierała swoją szminkę. Okej. Odchrząknął. Okej, okej. - A o czym? - dodał po chwili, przechylając głowę na bok ze złośliwym uśmiechem czającym się na ustach. Jasne, że się z nią droczył. To nie był jego pierwszy raz z ziołem i dobrze wiedział, że rano będzie wszystko pamiętał. Co najwyżej będzie tego srogo żałował, ale to co innego. No trudno. Na razie zerknął przelotnie na jej usta, które przed chwilą z czułością całował i przyszło mu do głowy, że chciałby zrobić to jeszcze raz.

A potem dziewczę zapragnęło zaktualizować swoją nazwę kontaktu. Wyciągnął telefon z kieszeni i wywrócił oczami. - To tylko na miesiąc, nie przyzwyczajaj się - burknął pod nosem, ale grzecznie wyszukał jej numer i sprawnie zmienił nazwę na girlfriend z dodanym na końcu serduszkiem. Nawet nie skomentował faktu, skąd wiedziała, jak miał ją zapisaną w swojej komórce - chyba jednak wolniej przetwarzał fakty po tej marihuanie. Pokazał jej ekran telefonu na dowód, że zmienił jej nazwę, po czym zerknął w jej oczy i znowu napotkał to maślane, denerwujące go spojrzenie… Fuck.

Zanim zdążył pomyśleć, znowu go pocałowała, a on znowu uległ bez walki. Jedyną ścierą na tym dachu był w tym momencie on sam.

Tym razem pocałunek był inny, żadne z nich się nie spieszyło. Wsunął palce w jej włosy i przyciągnął ją do siebie delikatnie - ich oddechy mieszały się niezdarnie w tym słodkim, miękkim pocałunku, podczas gdy on powoli zaczął rozpinać zamek jej bluzy, przesuwając palcami w dół… ale w połowie drogi zastygł.

Co ty, kurwa, wyprawiasz, Thallman?

Zupełnie jakby nagle odzyskał przytomność, bo… NIE. POWINNI. TEGO. ROBIĆ. Gwałtownie się od niej odsunął, przełknął z trudem ślinę i wyswobodził drżące palce z jej włosów. - Na osobności nie musimy się z tym afiszować, nie? - rzucił pod nosem, odrobinę nerwowo, ale miał nadzieję, że tego nie wyłapała. Zaraz wstał, żeby tylko uwolnić swoją przestrzeń osobistą od jej uroku, zaklęcia, klątwy czy innego diabelstwa rodem z piekieł. Jezu, ona naprawdę na niego działała, a jemu powoli kończyły się pomysły, jak mógłby się jej opierać. Cóż, prawda była brutalna - nie potrafił jej się oprzeć, gdy znajdowała się tak blisko niego, kusiła go dekoltem i pachniała tak obłędnie, że kręciło mu się w głowie.

Przeszedł parę kroków w stronę krawędzi dachu, wsunął dłonie do kieszeni spodni i odetchnął chłodnym powietrzem, powoli licząc w myślach do dziesięciu. Kurwa, gdyby nie zwiał na bezpieczną odległość, ten wieczór na bank skończyłby się szybkim seksem na dachu. A jakoś… nie chciał jej wykorzystywać. Nie chciał, żeby tylko kolejną zaliczoną przez niego dziewczyną.

WTF, Albert, co z tobą nie tak? THE HELL??? :aaa:

W tym samym momencie na jego twarz spadła pierwsza, chłodna kropla. Odwrócił się z powrotem do Thalii i naciągnął kaptur bluzy na głowę, bo właśnie się rozpadało. - Dobra, blant wypalony, spierdalamy? - rzucił, po czym nie czekając na jej odpowiedź, ruszył w stronę drzwi, jakby próbował uciec nie tylko przed deszczem, ale też przed nią, lol.

I przed samym sobą.
Before the morning comes, the story's told.
You take my self, you take my self control.
Thalia
26 y/o
Welkom in Canada
173 cm
part time legal assistant | | part time bartender
Awatar użytkownika
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

oh, we're sitting here alone
you're getting kinda close
Spoiler
nienawiść
bardzo silne uczucie niechęci i wrogości wobec jakiejś osoby, któremu towarzyszyć może pragnienie, aby stało się jej coś złego.
Nienawiść... Hah? Niezwykle mylne pojęcie. Bo dlaczego Rosenhall czuła właśnie to do niego, a zarazem miała potrzebę składania pocałunków na jego niewyparzonych ustach? Dlaczego tak bardzo pragnęła czuć jego dłonie na swoim ciele? Dlaczego z każdym dniem, chociaż barwa jego głosu niezmiernie doprowadzała ją do szału, mimowolnie uśmiechała się pod nosem za każdym razem, gdy zwracał jej o coś uwagę. Thalia totalnie nie zgadzała się z tą definicją, bo przecież kontradyktowała się z tym, co oficjalnie było mówione o nienawiści, nie? Można było kogoś nienawidzić i chcieć go pocałować, right? Riiiight?

Okej, dobra, nie skomentowała nawet swojego jakże błyskotliwego podejścia, żeby dojechać mu kolejnym popkulturowym przezwiskiem. Nie wszystko musiało trafiać, co nie? Więc zaszczyciła go ciszą i przewróceniem oczami, bo no ten, nie miała nic na swoje usprawiedliwienie. lol. -Nie chce mi się na ciebie wysilać - dodała tylko. Znając go, pewnie jeszcze dopierdoliłby jej jakimś dodatkowym zadaniem. Nagle przypomniałoby mu się coś, czego jednak nie umyła, nie wytarła albo, nie daj boże, źle odłożyła. Więc niech sobie myśli, że tym razem tę walkę wygrał. A ona tak naprawdę po prostu w kącie się regenerowała, o... Raz po raz spoglądała na niego, posyłając mu gniewne spojrzenie. Nie dlatego, że chciała na niego patrzeć, bo miał przyjemną dla oka twarz, której oczywiście wcale nie miał. Absolutnie... a tylko dlatego, że wiatr roznosił ten jego pieprzony zapach. Perfumy, wodę kolońską czy cholera tam wie, co to było. Ale pachniał dobrze. Naprawdę dobrze. Oczywiście irytowało to jej nozdrza, a przy okazji też ją samą, więc miała pełne podstawy do tego, żeby czasami dłużej zawiesić na nim oko. Tylko po to, żeby zauważył, że ją irytował. Chociaż za każdym razem, gdy to robiła, akurat na nią nie patrzył. Makes sense, nie?

oh, we're losing self-control
don't act like you don't know


''Jak ty mnie dobrze znasz.''

Już ja cię dobrze poznam, cisnęło jej się na usta, ale przecież musiała przypieczętować tę umowę, więc nie mogła pozwolić sobie na żadne errors w tym całym planie. Oczywiście, że potrzebne było zaciągnięcie się jeszcze raz jointem, żeby dodać sobie odwagi. A gdy usłyszała tylko jego nie ma mowy, bezczelny uśmieszek pojawił się na jej twarzy. Ale tylko przez moment. Bo kiedy chwyciła jego przedramię, zacisnęła na nim palce i przyciągnęła go do siebie, cholera, poczuła, jak serce zaczęło bić jej mocniej. Jakby przez jej ciało przeszedł jakiś pieprzony elektrostatyczny szok, który próbował wzbudzić ją na nowo do życia. Była prawie na bank pewna, że zaraz ją opierdoli. Że ją od siebie odsunie, prychnie coś pod nosem, rzuci jakimś swoim ironicznym tekstem i znowu będzie udawał, że wcale nic między nimi nie iskrzy. Ale czując jego dłonie na swojej talii, to jak pogłębiał pocałunek za pocałunkiem, Thalia na sam koniec tylko uśmiechnęła się przez ten pocałunek. I musiała się upewnić, że nie zapomni... że nie robił sobie z niej żartów. Wycierając szminkę z jego ust, docisnęła palec delikatnie mocniej, gdy odpowiedział, że zapomni. No co za miotła. Pomyślała tak przez moment, ale chwilę później jej uśmiech tylko się rozszerzył, a ona posłała mu spojrzenie w stylu, ohhhh, you are so cheeky, you almost got me. Po chwili jednak na moment zatopiła się w jego jasnych tęczówkach, zanim jej brązowe ślepia zsunęły się na jego usta. Nie rozkojarzaj się, Rosenhall. Opieprzyła się w myślach, bo przecież musiała upewnić się, że brał to wszystko na poważnie. Przyglądała się, jak wyciągnął telefon, po czym uniosła dłonie w niewinnym geście. - No dobrze, nic nie mówię - zaśmiała się pod nosem i posłała mu ciepły uśmiech. A potem znowu atmosfera zrobiła się jakaś gęstsza... Taka, przez którą wszystkie głupie myśli w jej głowie zaczynały się potykać jedna o drugą, a jedyne, na czym potrafiła się skupić, to on. Te pociągające oczy i usta, które chciała całować od momentu ich pierwszego pocałunku.

you can run, run, run,
you can hide, hide, hide...

Wczuwała się w ten drugi pocałunek, powoli muskając jego usta i przysuwając się bliżej, gdy wplótł palce w jej włosy i pogłębił pocałunek. Czułe muśnięcia odblokowały w niej zupełnie inną intymność i poczucie zbliżenia do niego, przez co momentami czuła się niemal onieśmielona. Dosłownie miała wrażenie, jakby wszystko wokół nich zatrzymało się w czasie i stali tam, na tym dachu, bez nikogo w zasięgu stu kilometrów, tylko oni. Kojarzycie te momenty w filmach, gdzie listki spadają w slow motion, wiatr, który jeszcze chwilę wcześniej bohaterowie jakiejś romantycznej sceny mieli we włosach, nagle jakoś tak zwalniał i można było tylko ujrzeć twarze głównych bohaterów, delikatnie przechylających głowy, żeby zatapiać się w swoich pocałunkach i napawać własnymi oddechami? Jeżeli nie, no to well, your loss, I guess? A jeżeli tak, to właśnie w tamtym momencie Thalia Rosenhall poczuła się, jakby była na scenie jakiegoś romansidła. Do momentu, kiedy Albert fucking Thallman nie spierdolił wszystkiego swoimi świeżbiącymi łapskami, dobierającymi się do jej bluzy. Jezu. Czy wszystkim facetom chodziło tylko o dotknięcie pieprzonego cycka? Nie żeby narzekała, podobało jej się to, że może w jakiś tam sposób na niego działała, no ale I’M SORRY, daj człowieku nacieszyć się romantyczną chwilą. To bah, nie ma. Fajerwerki, fanfary, latające staniki zmieniły się w pył, a ten jeszcze chwilę później, jakby i tak nie czuła się już chujowo z faktem, że nic innego nie może sobą zagwarantować poza zajebiście seksi przodem, odsunął się od niej.

O D S U N Ą Ł!

Patrzyła na niego lekko zdezorientowana, wciąż czując na ustach posmak tych jego. Skanowała jego twarz, która wyglądała, jakby zobaczył ducha. Już nie wspominając o tych drżących palcach, które na bank wyrwały jej jednego pojedynczego włoska. Miejmy nadzieję, że jakiegoś pojedynczego siwego. Takowych NIE POTRZEBOWAŁA. Mrugnęła kilkakrotnie, słysząc jego słowa, i nie mogła się powstrzymać. Parsknęła pod nosem z niedowierzania. - Jak ty sobie to wyobrażasz? Musimy być wiarygodni, Al… All… Albert. - Cholera, czemu to imię tak ciężko przechodziło jej przez gardło? A tak. Nienawidziła go, lol.

Po chwili jednak, gdy wstał i ruszył w stronę krawędzi, no kurde, aż sama się podniosła, żeby upewnić się, czy przypadkiem nie rzuci się z niej, krzycząc kilimandżaro. No cholera, nie znała go aż tak dobrze, a wcale nie zdziwiłaby się, jakby zaraz jej tam RIPNĄŁ. Już jednego świętej pamięci miała na sumieniu. Nie chciała mieć drugiego. - Ugh, whatever - rzuciła na tyle głośno, żeby ją usłyszał. Nie miała zamiaru z nim dyskutować i się kłócić. Albert Thallman był tchórzem, ot co. Inaczej nie dało się tego wyjaśnić. A podobno to kobiety są dramatyczne. E Y E R O L L. Śmiechu warte. Jeżeli ktoś kiedykolwiek rzuci jej takim tekstem, mogłaby przysiąc, że strzeliłaby mu w pysk tak mocno, że obróciłby się wokół kuli ziemskiej, zatrzymał w stolicy Krzyżaków, położył w łóżku w Ciechocinku, żeby na moment odsapnąć, i wrócił pierwszym lepszym LOT'em z Warszawy do Toronto. Free tour around the world, eh? No ale dobra, koniec fantazjowania. Teraz musiała skupić się na tym, co było tu i teraz. A teraz Albert odwalał manianę. Załamanie nerwowe?
Dobra, co mam robić?
Iść do niego?
Potrząsnąć nim i powiedzieć, żeby się ogarnął?
Zapytać, o co chodzi?

Stała tam jeszcze chwilkę, dosłownie sekundę później obrywając kroplą deszczu w nos. Po chwili kolejną w czoło. I kolejną. I kolejną. Zarzuciła kaptur na głowę i podsunęła wyżej zamek bluzy, teraz to naprawdę zaczynając się denerwować, że chciał wykorzystać ten pieprzony deszcz jako wymówkę do ucieczki. Zmarszczyła brwi i nos w niezadowoleniu, po czym ruszyła za nim szybkim krokiem, nie pozwalając mu dojść do drzwi. Stanęła przed nim, opierając się plecami o drzwi, i wbiła w niego spojrzenie. - Co ty wyprawiasz, Thallman? - zapytała z początku naprawdę spokojnie. Ale po chwili przypomniała sobie, że przecież była na niego wkurzona. - Podpisałeś kontrakt. To znaczy słownie… to znaczy pocałunkiem go przypieczętowałeś - mruknęła, nie zwracając uwagi na to, że z każdą sekundą deszcz coraz mocniej uderzał w ich ciała. - Zgodziłeś się być moim chłopakiem, więc oczekuję zaangażowania, a nie uciekania i zostawiania mnie samej sobie. - Dodała to zirytowana, ale kiedy tak wpatrywała się w niego przez moment, poczuła szybsze bicie serca. Ścisnęło ją w gardle i nagle miała nieodpartą chęć po prostu go pocałować.

Tak jak wtedy. Czule..Powoli...

Cholera, Rosenhall, ogarnij się. Zezłościła się. Na to, że w ogóle tak myślała. Na niego. Na to, że po prostu stał przed nią i wyglądał tak cholernie pociągająco z tymi pieprzonymi kosmykami włosów ociekającymi kroplami deszczu. Odwróciła się gwałtownie, chwyciła klamkę i otworzyła drzwi na oścież. Wolną dłonią wskazała na przejście niczym lokaj, który w tamtym momencie miał bardzo negatywne nastawienie do swojego pana, hah.. - Idź. Uciekaj, Thallman - westchnęła zrezygnowana. - Znajdę kogoś innego.
...but feelings don't lie thallman
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

It's a new dawn
It's a new day
It's a new life

Obojętność to stan, w którym nie okazujesz żadnych emocji, troski czy zainteresowania kimś lub czymś.

Nie chce mi się na ciebie wysilać.


Teoretycznie Albertowi też się nie chciało. Z jednej strony szkoda było strzępić ryja na każde złośliwe zachowanie Thalii, a z drugiej… nie potrafił przejść obojętnie obok czegokolwiek, co wyprawiała. Z bólem serca musiał przyznać sam przed sobą, że Thalia Rosenhall przestała być mu obojętna. Jezu. Coraz częściej łapał się na tym, że śmieszyły go jej miny i durne, cięte żarty rzucane za barem. A kiedy obsługiwała innych klientów, posyłając im ten swój słodki, wyuczony uśmiech? Tak, dobrze się domyślacie, odczuwał wtedy czystą, irracjonalną zazdrość. Jego uczucia do tej dziewczyny przypominały… pieprzoną sinusoidę - kiedy tylko wydawało mu się, że zaczynał po prostu lubić Thalię, momentalnie w głowie pojawiała mu się myśl, dlaczego nie powinien.

A przecież miał naprawdę dobry, niepodważalny powód, dlaczego nie powinien zadawać się z Thalią. Christopher. Przecież matka jego zmarłego przyjaciela nigdy by mu nie wybaczyła, gdyby poczuł coś więcej do dziewczyny, która sprowadziła na jej syna tragedię. Thalia była zapalnikiem. Była przeszłością Chrisa. Była jego zgubą. I to powinno w zupełności wystarczyć, żeby Albert omijał ją szerokim łukiem.


F u c k


Gdy Thalia rzuciła to swoje niewinne "No dobrze, nic nie mówię", pomyślał, że bardzo, kurwa, dobrze. Najlepiej, jakby już nigdy nic do niego nie powiedziała, ale to przecież nie było możliwe, prawda? Za bardzo lubiła działać mu na nerwy, a on za bardzo lubił na to pozwalać. A teraz jeszcze ten pocałunek… CHOLERA, NO. Wkręcił się w niego. Naprawdę się w niego wkręcił. Na te kilka sekund również pozwolił sobie na to jebane SLOW MOTION, na rozkoszowanie się miękkością jej warg, na wplecenie palców w jej włosy, ale… kurwa, oprzytomniał. Nie. Mógł. Sobie. Na. To. Pozwolić. To było głupie. Czym innym było zgodzenie się na poudawanie jej chłopaka i trzymanie jej za rękę przed kilkoma znajomymi dla pozorów, a czymś zupełnie innym było obściskiwanie się z nią sam na sam na dachu w ich miejscu pracy.

No i właśnie dlatego musiał się odsunąć. Nawet nie zauważył jej reakcji - tego całego mrugania oczami i… całej reszty. Tak. Było. LEPIEJ! Jak ty sobie to wyobrażasz? Musimy być wiarygodni, Al… All… Albert. Tym razem to on parsknął śmiechem. Przez sekundę zaczął podejrzewać, czy ona… ona… nieee. NIE. To było niemożliwe. Byli wrogami, kropka. - No ale co jak? - zapytał w końcu, marszcząc brwi. - Nikogo tu nie ma, Thalia. Przed kim mamy być teraz wiarygodni? Przed gołębiami? - rzucił, rozglądając się dookoła, ale nawet gołębi tu nie było. Byli sami. Całkiem sami.

Dobrze, że usłyszał w odpowiedzi tylko jej obrażone UGH, WHATEVER, bo nie odpowiedział nic więcej. Nawet nie zaszczycił jej spojrzeniem. Cała ich relacja powinna sprowadzać się do jednego wielkiego WHATEVER. Już zmierzał w stronę wyjścia, już się z nią prawie pożegnał, juuuż miał nacisnąć klamkę, bo miał w dupie dzisiejszy wieczór (który de facto, Rosenhell znowu mu popsuła), jej propozycje i wariujący od zioła łeb, kiedy nagle Thalia zmaterializowała się tuż przed nim, jak jakiś pierdolony demon, po czym oparła się o drzwi, blokując mu wyjście. No i zaczęła wyrzucać z siebie wszystkie te swoje pretensje o przypieczętowaniu kontraktu i braku zaangażowania. Ładnie pachniała, tak swoją drogą...


And this old world is a new world
And a bold world
For me


Albert stał w miejscu, a krople deszczu uderzały w jego twarz, spływając po nosie i żuchwie. - Thalia - zaczął, starając się odzyskać jakąkolwiek cierpliwość, bo od tygodni jechał już na oparach. - Mieliśmy tylko udawać. Na oczach innych - przypomniał jej, patrząc prosto w jej pociągające, orzechowe oczy, całkowicie ignorując ulewę.

(Trudno, przemokną, zachorują na gruźlicę albo inne suchoty i umrą razem, a Carmen będzie przynosiła świeże kwiaty na ich groby, umiejscowione obok siebie. Wszystko dla księżniczki Thalii.)

A wracając do tematu - KURWA MAĆ, już zaczynał żałować, że się zgodził. Dlaczego on zawsze najpierw robił, a potem myślał?! Dlaczego, do diabła, po pijaku i zielsku każdy kretyński plan wydawał mu się sensowny? Znowu zjechał wzrokiem na jej usta, dokładnie w momencie, gdy wypomniała mu ostatni pocałunek. Przeginała, prawda? Problem tkwił jednak w tym, że nie miał nic na swoją obronę, bo przecież się na to, kurwa, zgodził. Właśnie dlatego milczał, wpatrując się w nią ciężkim wzrokiem, tocząc w głowie jakąś dziwną walkę z samym sobą, ale akurat wtedy Thalia straciła do niego cierpliwość. Szarpnęła za klamkę, otworzyła drzwi na oścież i zaprosiła go do wyjścia. Idź. Uciekaj, Thallman. Znajdę kogoś innego. Wait a second. Kogoś innego? Niby kogo? A co go to interesowało tak w zasadzie? Znowu był zazdrosny? O nią? Nosz kurwa. Nie potrafił siebie ostatnio zrozumieć. - Kogo? - warknął nisko pod nosem w odpowiedzi, ale na odpowiedź brunetki to już nie poczekał, bo zrobił krok do przodu i wszedł na suchą klatkę schodową. Jednak zamiast minąć Thalię w przejściu, chwycił ją mocno za rękę i szarpnął ją do środka, żeby też schroniła się przed deszczem, bo deszczyk przerodził się w ulewę. Drzwi na dach zostawił otwarte, wpuszczając do klatki schodowej orzeźwiające powietrze i zapach petrikoru. Lubił ten zapach. - Czy ktoś inny byłby na tyle głupi, żeby zgodzić się na twój rąbnięty plan? - dodał, popychając ją lekko w stronę ściany.

Znów utonął w jej oczach, znów zrobił krok w jej stronę i znów zbliżył się do niej tak, że ich klatki piersiowe stykały się ze sobą. Co on wyprawiał? Umm… Czy on właśnie ułożył obie dłonie na jej biodrach? Um. W sumie… walczył ze sobą przez każdy jebany dzień w tej pracy, odmawiając sobie jej towarzystwa i wmawiając sobie nienawiść. Czy gdyby raz postąpił inaczej, świat by się rozjebał? Zauważył, że już otwierała usta, żeby mu odpyskować, więc ścisnął jej biodro. - Nic już, kurwa, nie mów - uciął krótko, bo odpowiedź go nie interesowała. A wiecie, co go interesowało? Już wam mówię.

Zerknął w jej oczy ostatni raz, po czym bez uprzedzenia nachylił się w jej stronę i pocałował ją gwałtownie, jakby potrzebował tego pocałunku jak powietrza i tlenu. Jakby cała ta urojona nienawiść nagle przestała mieć jakiekolwiek znaczenie… Wbił palce w jej skórę tuż pod bluzą i docisnął ją mocno do ściany, jakby bał się, że zaraz mu ucieknie. Czy mu się wydawało, czy między pocałunkami usłyszał jej cichy, urwany jęk? Jezu, jej skóra była mokra od deszczu, jego zresztą też, ale w ogóle się tym nie przejmował. Opuścił go rozsądek, prawda? Całował ją bez opamiętania i nie mógł pozbyć się myśli, że to było złe. To było w chuj nie w porządku wobec całego świata, ale... cóż, nie pierwszy raz Albert Thallman miał cały świat w głębokim poważaniu.

And I'm feeling good


rosenhell
26 y/o
Welkom in Canada
173 cm
part time legal assistant | | part time bartender
Awatar użytkownika
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

i still see your face
every time that record plays


n i e w i n n o ś ć

Utraciła ją w momencie, gdy poznała najlepszego przyjaciela Alberta. Czarujący, pewny siebie i cholernie przystojny Christopher zawrócił jej w głowie równie szybko, jak zdążył ją omotać i zamieszać w jej pewności siebie, której jako nastoletnia gówniara na dobrą sprawę nie miała. Aparat na zęby, nerdowe zainteresowania, trochę więcej kilogramów, które zdecydowanie nie dopasowywały się wizualnie do tego, jak wyglądała święta trójca, CAC, Christopher, Albert, Cassie, którą Thalia z początku ze swoimi ziomkami nazywała GAG. Close, eh? No ale wracając do tej historii, w której Rosenhall znalazła się w samym środku metaforycznej, biblijnej opowieści, która na dobrą sprawę wcale nią nie była.

Wąż zawrócił jej w głowie, a nastoletnie serce dziewczyny, jak i niedorozwinięty płat czołowy odpowiadający za logiczne myślenie… wiedzieliście, że podobno u kobiet osiąga wiek zatrważających dwudziestu pięciu lat? No właśnie, to mówi samo za siebie. Anyways… znowu zbaczamy z toru. Nie myślała logicznie. Była tylko gówniarą, która łaknęła uwagi chłopaka, za którym oglądały się dziesiątki dziewczyn. Tak samo jak za jego niedostępnym przyjacielem, równie przystojnym, z bujną burzą włosów i nieziemskimi oczami. Ten drapieżnik bardzo szybko upewnił się, żeby ugryźć Thalię wystarczająco głęboko. Tak głęboko, by cały ten jego jad rozszedł się po jej żyłach bardzo powoli, aż do serca, pompując w niej nienawiść w kierunku Thallmana do tego stopnia, że nawet po śmierci Christophera pałała do Alberta żywą niechęcią. Tylko czemu przebywanie teraz, po latach, w jego towarzystwie zamieniało się w coś pomiędzy czyśćcem a Edenem?

z a k a z a n y
o w o c

Tym właśnie był dla niej Albert. Kimś, kto nie powinien wzbudzać w niej żadnego zainteresowania. Kimś, kto pomimo tego, że powinna go nienawidzić, kusił ją swoimi ustami, by scałowywać z nich resztki jadu przesiąkniętego słowami Chrisa. Oczami, w których pragnęła tonąć. Ramionami, w które chciała się wtulać. Włosami, za które chciała ciągnąć. I głosem, cholernie irytującym głosem, którego mimo wszystko chciała słuchać. Potrafił być zabawny, charyzmatyczny, wiedział, co robił, a inni ludzie odczuwali do niego respect. Zauważała, jak na nią patrzył, i momentalnie miała wrażenie, że może on też zauważał jej skryte spojrzenia rzucane w jego kierunku. Interesował ją. Chciała wiedzieć o nim więcej, ale strach przed faktycznym otworzeniem się przed nim mógł równać się ze zderzeniem z przeszłością i potencjalnym zniszczeniem mu wizji jego najlepszego przyjaciela. Rosenhall nie była głupia. Przecież za czasów licealnych wiedziała, jak blisko ze sobą byli. A pomimo czerpania tej kurewskiej przyjemności z dokuczania mu i dawania mu jego osobistego smaczku, by doświadczył, jak to było być częścią Rose n Hell, wolała, żeby uważał ją za szmatę, która zabiła jego przyjaciela, niż żeby spojrzał na Christophera z innego punktu widzenia niż ten, który znał do tej pory. Honourable? Nie, ależ skąd. Po części bała się, że sama będzie musiała zmierzyć się ze wspomnieniami z przeszłości. A co najgorsze, bała się, że jej nie uwierzy..że nikt jej nie uwierzy.

with your hands on my mouth
and the radio on

Pieprzony owoc, którego nie powinna nigdy zasmakować, działał jej teraz na nerwy. Doprowadzał ją do szewskiej pasji. Dlaczego on musiał być aż taki… taki… ah?! Westchnęła głośno i zmierzyła jego tył wzrokiem, mając nadzieję, że poczuje, jak dosłownie wyobrażała sobie wbijanie w niego szpilki po szpileczce, bo zasłużył sobie na to, okej? Z czego on się w ogóle śmiał, do cholery? Przejechała dłonią po twarzy, słuchając go, i przewróciła oczami. - Jakiś ty zabawny, Thallman - burknęła pod nosem. - Bliskości nie da się tak o, po prostu udawać. Nie jestem aktorką! Muszę się do ciebie przyzwyczaić. - Zarzuciła rękę na rękę, patrząc na niego z irytacją. - Będziesz w stanie mówić do mnie zdrobniale albo słodko przy innych bez cringowania lub robienia twarzy, jakbyś miał się zaraz zrzygać? Nie sądzę, więc przestań się dąsać. - Machnęła ręką w czymś na kształt poddania się, bo już naprawdę nie miała więcej słów na tego człowieka. Nic, tylko szukałby dziury w całym. Zachowywał się, jakby zadawała mu takie pytania i prośby co pięć minut. Jakby sam fakt, że pytała o to swojego odwiecznego wroga, do którego ciągnęło ją jak do nikogo nigdy wcześniej, nie był wystarczającym wysiłkiem.
A jebać to.
Wiedziała, że to był zły pomysł.

Zataranowała mu drogę do środka sobą, no bo skoro nie chciał udawać, to po co się w to zagłębiać, no nie? Nie to nie. Basta. - A ja ci mówię, że nie będę w stanie udawać tak o bycia w tobie zakochaną, skoro nawet cię nie lubię - rzuciła. Spojrzała w jego ślepka odrobinę dłużej, niż chciała, po czym odwróciła wzrok. Cholera. Czy jej głos załamał się na ostatnich dwóch słowach? Nie lubiła go? Czy po prostu chciała sobie wmówić, że tak było? Nie mogła go lubić. Nienawidziła go. To były słowa, których powinna użyć, a z każdą ulotną sekundą chyba coraz mniej sama w to wierzyła. Przejechała wierzchem dłoni po twarzy, żeby odsunąć spływające po niej krople deszczu. - A co cię to obchodzi? - fuknęła pod nosem, marszcząc brwi, gdy przechodził do środka klatki schodowej. Chciała już trzasnąć drzwiami i pokazać mu faka przez nie, (no bo była taka brejw i w ogóle... uwu), kiedy poczuła ścisk jego dłoni na swoim nadgarstku. Chwilę później przycisnął ją do ściany, o którą oparła się plecami. Już ja mu kurwa powiem, kto byłby na tyle głupi… Patrzyła w jego oczy, w to, jak nachylał się nad nią, i już zbierała całą swoją manę, chakrę, energię ziemską, żeby wywinąć mu wiązankę. - A… - Jakaś taka niema literka zdążyła się z niej tylko wydobyć, bo kazał jej nic nie mówić?

OKEJ HALO?
TUPET?
ZNOWU?

Przez jej twarz chwilę później przeszło zdziwienie, kiedy zauważyła, że zbliżał się do niej. Nie zdążyła zareagować. A może miała wystarczająco dużo czasu, żeby go odepchnąć? Może mogła to przerwać? A zamiast tego jęknęła w pocałunek, pogłębiając go, dłonie już standardowo zarzucając na jego szyję. Gdyby nie ten kaptur na jego głowie, palce na pewno byłyby już wplecione w jego włosy. Odwzajemniała pocałunek za pocałunkiem, pragnąc więcej, aż całe jakieś kilkaaaaaaaaa długich minut później popsuł woźny Franko, który przyłapał ich na make-out session niczym gówniarzy. - Thallman, znowu kolejną tu przyprowadzasz?! - rzucił z szyderczym uśmiechem(wcale a wcale nie kissing booth reference, hihi, wink wink). Rosenhall tylko spojrzała na niego, unosząc brew. - Czemu mnie to nie dziwi, Thallman - prychnęła pod nosem. - Dziękuję, Franko, już ja się z nim rozmówię. - Chwyciła Alberta za rękę i zbiegła z nim po schodach, posyłając woźnemu uśmiech, zanim dotarli do szatni. Tam, po chwili droczenia się z nim, że jest kolejną z wielu dziewczyn, znowu zatopili się w swoich ustach. Później nie mogli się od siebie odkleić nawet w autobusie w drodze do swoich domów, bo przecież byli sąsiadami. Tej nocy, leżąc w łóżku, nie mogła przestać myśleć o dachu. O Albercie. O tym, jak przyjemne ciepło na ustach przypominało jej tylko, jak uzależniająco smakował.. i jak bardzo wpakowała się w kłopoty, bo skosztowała czegoś, czego nigdy nie powinna była zapragnąć.

you're in my head,
I don't wanna forget

k o n i e c


forbidman
ODPOWIEDZ

Wróć do „National at The Well”