Minęła więcej niż chwila, zanim zdążył zrozumieć, że wszystko, co ich łączyło, tak naprawdę stało się powodem ich podziału; te gęste obrazy wspomnień, godziny nocnych dyżurów które pęczniały w jedną, nienasyconą dobę, niemogącą jak dotąd się zakończyć, sterylny sznur korytarza bladego jak twarze chorych zrośnięte z powierzchnią łóżek, duszny zapach odleżyn i środków do dezynfekcji, wszystko to sprowadzone do granic jednego słowa.
Pacjent.
Słowa, które niemal na zawsze miało już zdefiniować ich relację, słowa, które, powracając po latach stało się bardziej ciężkie i nieprzyjemne niż w środku ścieżek przeszłości. Pacjent. Jeden z pacjentów. Sprawiło, że uwięził go w jednej, niezwykle prostej definicji, sprawiło, że nie wychodził poza profesjonalizm, poza maskę zawodu osuwającą się odtąd zawsze na jego fizjonomię. Sprawiało, że czuł się zawsze
źle i niezręcznie, gdy ich spojrzenia, tuż przed opuszczeniem oddziału przez Oleandra, spotkały się nieco dłużej niż powinny, kiedy ich słowa chciały się wpleść w rozmowę, dłuższą, przekraczającą ponure obowiązki oraz garść pytań zadanych podczas wizyty. Sprawiało, wreszcie, że pozostało mu przeżuć jedynie gniew i niepokój, których czerstwe kawałki zaczynały kaleczyć mu fundamenty podniebienia. Nie wiedział nawet, dlaczego zresztą był wściekły, nie była to złość skierowana do Everharta, bardziej sama frustracja, pulsująca bez źródła i szpetna jak pasożyt wczepiony haczykami w narządy jego świadomości. Rzadko zdarzało się, że odczuwał wrażenie, jakby znalazł się blisko paszczy obłędu, rzadko zdarzało się, że odwzajemniał chęć osób które spotykał w pracy, pragnących wyłamać kraty dzielącego ich dystansu, rzadko zdarzała mu się bezwzględna pewność, że gdyby tylko ich losy potoczyły się inaczej, gdyby spotkali się w innych okolicznościach, na przyjęciu, w kawiarni czy nawet w cholernej aplikacji ich znajomość byłaby całkiem inna i przepełniona od emocji, których aktualnie do siebie nie dopuszczał. Nawet, gdyby miała trwać krótko, jak większość jego relacji, mogłaby trwać inaczej. Nie mógł, pomimo upływu czasu, wyprzeć się tej historii, dlatego, że szpital zawsze w pewnym znaczeniu zdołał odbierać ludziom podmiotowość; pośród cewników, wkłuć obwodowych i rutynowych badań, podsuwanych do góry materiałów i odsłoniętej skóry nie było miejsca na odczucia odmienne od oceny i diagnozy. Było to naturalne; było to kwestią, która towarzyszyła wszystkim pracownikom bez względu na ich prywatne skłonności i opinie. Słowo
pacjent tworzyło zamknięte drzwi. Słowo
pacjent nie miało prawa zostawiać niedomówień.
Przyznał się, w tym momencie, przed samym sobą, że zdołał popełnić błąd; wyrzucał sobie, że niepotrzebnie ciągnął dalej ich grę, z początku próżny i dumny, z poczuciem spływającym przyjemnym dreszczem po wychyleniach jego kręgosłupa. Przyznał się, że to, co uczynił było nieracjonalne i że zwyczajnie nie powinien tego robić, nie mogąc wyjść z tamtej roli, odczytane przejęcie uznając tylko za nadużycie swojej władzy, jaką wierzył, że sprawował ze względu na hierarchię, ze względu na to, że właśnie on widział Everharta w chwilach jego słabości, a nie odwrotnie. Nic mu nie pomagało, żadne, dostępne i raptownie wypchnięte na scenę myśli usprawiedliwienie, żadne
każdy może być pacjentem, lekarze są pacjentami, on również pełnił zawód obchodzący się z kruchym, ludzkim życiem, nie, nic mu nie pomagało i rosło w nim szarpnięciami paroksyzmów. Nie było na to lekarstwa, nie istniało banalne rozwiązanie.
-
To samo, co każdy człowiek - powiedział jednak świadomy, że musi kontynuować i przełknąć tym samym syrop konsekwencji -
mam swoje obowiązki i rzeczy, które w danej chwili uznaję za przyjemne -
znowu lekka neutralność podszyta czymś znacznie innym. Upił kolejnych kilka łyków uszczuplającego się napoju, kubek stawał się pusty, a on w zamian za to wbijał się w niewygodne krzesło coraz bardziej, wszystko mu przeszkadzało, wszystko go uwierało, wszystko chciał z siebie zdrapać. Uderzyłby nawet w stolik, przewracając go, aby dłużej już nic nie stało między nimi, bo właśnie teraz był wściekły, nie lubił się nigdy tłamsić, nie lubił jedynie brodzić po wyjaśnieniach zamiast zanurzyć się na ich całej rozległej głębokości. Chciał mu powiedzieć, żeby wreszcie skończyli i żeby teraz wyciągnął go z tego bagna, bo odkrył, że jeśli zrobi to samodzielnie, uzna to za niezgodne z zasadami, według których funkcjonuje. Chciał mu powiedzieć, że jeśli się myli, niech uda się w swoją stronę.
-
Niczym się nie różnimy - zauważył z rysującym się, wątłym cieniem uśmiechu; wydawał się jednak być czymś poważniej pochłonięty, ze smutkiem schowanym w punktach jego źrenic, jakby pokrótce przeżył żałobę czegoś, co nie miało okazji nawet się narodzić. Ich zawód był zawodem jak setki innych profesji, tylko, że obchodzili się z czymś zdecydowanie bardziej delikatnym; dlatego każdy traktował go inaczej, a oni, pomimo starań, nie byli w stanie się odciąć, całkowicie, doszczętnie od wyznaczonych przez niego obowiązków. Niczym się nie różnili, tak samo mieli marzenia, tak samo jak zresztą inni czekali na odpoczynek, tak samo chorowali, tak samo też mieli umrzeć.
-
Czasami jedynie - dodał -
trzeba nam to przypomnieć - niknęli w wirze przypadków, w oddechu ciągłej, niedającej się przerwać odpowiedzialności. Odsłonił się; oddawał mu teraz wszystko, wszystkie narzędzia, słowa, gdy stygnął w oczekiwaniu.
oleander everhart