—
Dam szansę, ale na twoją odpowiedzialność — rzucił, trochę żartobliwie. Może faktycznie nie mogło tu być aż tak źle? Może po prostu Jesse już był tak spaczony swoimi wojskowymi doświadczeniami, że wszechobecny komfort i wygodna były dla niego czymś nie do przyjęcia? Bardzo prawdopodobne. Nie narzekał oczywiście na miękkie łóżko czy możliwość zjedzenia świeżego chleba o każdej porze dnia i nocy, jednak w wojennych realiach brak tego naprawdę nie miało większego znaczenia. Ważne, że w ogóle można było coś zjeść i gdzieś się przespać. Z tego powodu po prostu przestał zwraca uwagę na takie rzeczy.
Gdyby znakomitej większości swojego życia nie spędził w wojsku i wojskowych warunkach, to prawdopodobnie uznałby Tortonto za jedno z lepszych miejsc do życia. Wielkomiejski zgiełk, który jednak był znośny w porównaniu z tym typowym amerykańskim; możliwości, których małe miasta nie oferowały; wszystko na wyciągnięcie ręki – nawet święty spokój, o ile wyjedzie się autem odpowiednio daleko. Jak się nad tym dłużej zastanowić, to Jesse naprawdę wymyślał i przesadzał, i sam sobie problemy wymyślał – tak jak zresztą cały czas mu żona powtarzała. Może jednak miała racje w tym zakresie? Mając tyle sposobności na poprawienie swoje życia i przy okazji ich relacji – on z żadnej nie korzystał. Nie dlatego, że nie mógł – jak sam zresztą twierdził – on zwyczajnie nie chciał. I w tym cały problem leżał.
Dobrze założył, że swoimi powodami ucieczki, znaczy
nagłego zjechania z miski bez słowa nie ma jeszcze potrzeby podzielenia się z nim. Szczerze, bardziej by go zaskoczyła, aby wykorzystała te okazje właśnie do opowiedzenia mu o tym. Nie naciskał, nie ciągnął za język. Zdążył już się zorientować, że takie zagrania do niczego dobrego nie prowadziły, a po co miał niszczyć jak na razie przyjemną rozmowę?
Czuł, że mimo wszystko trochę negatywnie na nią wpłynął, poruszając temat rodziny. Wiedział, że Iris nie miała z nimi kolorowo, jednak łudził się chyba, że coś w tym czasie między nimi się poprawiło. Myślał, że jej powrót z tak niebezpiecznego miejsca wpłynie na nich, jednak najwyraźniej tak nie było. —
Szczerze, nie powiem, że jest z mi z jego powodu jakoś bardzo przykro — powiedział, pamiętając historie o nim. Nie było chyba żadnej, którą przedstawiałby go pozytywnie. Wiadomo, znał tylko stronę Iris, ale za jej słowo dałby sobie rękę uciąć, więc wiedział, że były podstawy do wspólnego narzekania na niego. —
Czyli potwierdzasz teorię – z rodziną najlepiej tylko na zdjęciach? — zapytał, chociaż odpowiedź znał.
I wtedy, Valentine udzieliła odpowiedzi na pytanie, które najbardziej go interesowało. Pomyślał jednak momentalnie, że mógł inaczej je zadać, bo to, że nie miała męża nie było równoznaczne z brakiem partnera. Jej komentarz o starej pannie trochę mu jednak sytuacje narysował. —
Od razu stara panna — rzucił ze śmiechem w głosie. —
Ile ty masz lat? Niewiele ponad trzydzieści — odpowiedział sam sobie, tonem trochę cichszym po tym jak szybko w głowie obliczył, które jej urodziny obchodzili na bliskim wschodzie. —
Matko to już tyle? — rzucił, jakby nawet tym zaskoczony. —
To faktycznie ten tytuł może zaraz być twój — dodał, żartując i kompletnie pomijając fakt, że był od niej o ponad dekadę starszy. Z facetami jednak było inaczej – im starsi, tym lepsi. Oczywiście Jesse sam w to nie wierzył, jednak chętnie się tą uwagą dzielił w ramach żartu. Czasem faktycznie zapominał, że była między nimi taka różnica. Praktycznie w ogóle nie było to odczuwalne. Albo on był nad wyraz niedojrzały, albo ona wręcz przeciwnie. Albo po prostu bardzo dobrze się dogadywali, bo po prostu coś było na rzeczy. Nigdy się nad tym Henderson dłużej nie zastanawiał. —
Jak to mówią? Kobieta jest jak bułka? Im starsza tym bardziej czerstwa? — zażartował, zerkając na nią, jednak widząc jej wzrok, uciął ten
nieśmieszny żart. Przywołał na chwilę poważną minę, jednak ciężko mu było, widząc jej wyraz twarzy.
—
Młody? — zapytał, ale zaraz po tym kontynuował:
On nie miał za bardzo co znosić — powiedział zgodnie z prawdą. —
Okazało się, że w czasie, gdy siedzieliśmy na misji, moja żona z młodym siedzieli głównie tutaj, u swojej rodziny. Odkąd wróciłem to nie muszą zwalać się teściowej na głowę — wytłumaczył. Nie wiedział o tym będąc na misji. Nie dlatego, że nie rozmawiali, jednak w porównaniu do innych par, częstotliwość ich telefonów oraz ich szczegółowość nie była zbyt duża. Z tego powodu, prędko okazało się, że z największym szokiem mierzyć się musiał Jesse. —
Skąd mam wiedzieć, ile ma lat? — zapytał. —
Żartuję. Niedawno skończył pięć lat. Jest istnym szatanem w ciele dziecka, który minuty w jednym miejscu nie usiedzi. Podziwiam jego opiekunki w przedszkolu. A jaki pyskaty — zaczął mówić z radością i chyba nawet lekkim podekscytowaniem. Na dobrą sprawę, dopiero teraz uczył się bycia ojcem. Wcześniej pojawiał się w życiu dziecka sporadycznie. Wiedział, że była to tylko jedynie jego niechlubna zasługa, ale były okoliczności, które do tego doprowadziły. —
Ale czasem mam wrażenie, że trochę późno się do ojcostwa zabrałem. Wiesz, o co mi chodzi, teraz to już nie ta werwa co dwadzieścia lat temu — powiedział, myśląc o swoich równolatkach, którzy swoje pociechy już na studia posyłali w czasie, gdy Henderson uczył się literek ze swoją latoroślą. —
Z drugiej strony, nie wyobrażam sobie już teraz, żeby go nie było. Myślisz, że zrobię z niego kolejnego komandosa? Nie wyślę go do Iraku, ale, gdyby tak w Europie jakiś kraj sobie znalazł? Pokojowe misje w końcu też istnieją — powiedział. Sam w końcu za dzieciaka w Europie ładnych parę miesięcy spędził z racji na misje ojca. —
Mógłby wybrać Włochy, to byłoby gdzie na wakacje latać.
Iris Valentine