Udawać.
NO PRZECIEŻ.
Mógł po prostu u d a w a ć!
Znaleźć lukę po tym wariackim kwadransie, wskoczyć do niej i udawać, że to co się wydarzyło tak naprawdę nie miało miejsca. I załatwione, po sprawie. Koniec i kropka. Nie bez powodu dumnie nosił przezwisko Loophole, prawda?
No ale kurwa nie potrafił.
Jak mógłby zapomnieć o czymś, co
smakowało tak dobrze. Smak jej ust wyrył się mu już na zawsze w pamięci, a przyciąganie, które poczuł w tej konkretnej chwili było niemożliwe do zignorowania. Zwyczajnie nie dało się przejść obok tego obojętnie. On zresztą wobec Abby nigdy nie potrafił być obojętny, ale teraz? Teraz, kiedy nawet najdrobniejszy jej dotyk sprawiał, że jego ciało elektryzowało się, jedyne o czym mógł myśleć to to, jak to napięcie rozładować. Niepoważna głowa podsuwała mu pomysły wielce dalekie od strefy obojętności. Bliższe temu, co mogło mieć miejsce, gdyby tylko los sobie z nich nie zadrwił stawiając im na drodze Dorothy.
Z każdą kolejną chwilę spędzoną w kuchni wcale nie było mu łatwiej. Czekoladowe usta Abby wodziły na pokuszenie, a każdy jej ruch tylko potęgował to uczucie w nim. Nie potrafił się powstrzymać. Nie opanowałby się przed ponownym przyciągnięciem jej w swoje ramiona, gdyby nie ona.
Wycofała się.
K I N O
Dokładnie tego właśnie potrzebowali, a może i nie, ale sprawa i tak się już epicko rypnęła, więc mogli po prostu dreptać przed siebie w zaparte, by zobaczyć co ten dzień jeszcze ze sobą przyniesie. Każdy kolejny zresztą też, bo coś co wcześniej było dla nich dobrze znanym terytorium teraz wkraczało na zupełnie nową ścieżkę.
Najwyraźniej na tej ścieżce biodra Abby kołysały się jakoś mocniej niż gdy byli
tylko przyjaciółmi. To jego głowa, czy jej celowe działanie? Nieważne, efekt był taki sam — jego myśli szalały, z każdą chwilą coraz bardziej. Sam nie pogardziłby chłodnym prysznicem, by wziąć się w garść, a jeśli tak dalej pójdzie to finalnie wyląduje w jeziorze po seansie. Powinien, bo na razie przegrywał ze zdrowym rozsądkiem, gdy zatrzymał się przy drzwiach pokoju Bonnie i bezczelnie zerknął do środka. Widok Wallace w tej białej sukience go zaskoczył, zwiewny materiał odsłaniający jej nogi i te jej kręcone włosy, które zresztą u w i e l b i a ł, nigdy nie rozumiejąc skąd to parcie na ich prostowanie. Wyglądała tak
letnio, dziewczęco niby, a jednak czuł się sprowokowany. Kiedy dziabnęła go w klatkę piersiową i zażartowała o myleniu imion zorientował się, że stoi tak wpatrzony w nią z lekko rozchylonymi ustami i zaraz je zamknął, by znów je zaraz otworzyć mówiąc —
Pierwszy raz widzę tę sukienkę. Zero skojarzeń — zapewnił ją wykonując jakiś durny gest, jakby jej
słowo harcerza składał i uśmiechając się przy tym zawadiacko. Powinien walnąć teraz tekstem, że się odwaliła jak szczur na otwarcie kanałów i obrócić wszystko w żart, jak zawsze, ale nie… z jego ust wyrwało się tylko krótkie —
Wyglądasz ślicznie — i stałby tak dalej rozmarzony, ale skierowali się do garażu, gdzie Abby obudziła w nim ducha rywalizacji.
To było niczym wybawienie, bo na
rywalizacji opierała się ich przyjaźń. Mogli się w pełni oddać tej chwili, wypedałować emocje i poczuć wiatr we włosach, który przy odrobinie szczęścia wywieje im głupoty z głowy.
Ta, jasne. Archiemu to co najwyżej rozwiało blond czuprynę. gdy rzucił się w pogoń za Wallace, która próbą oszustwa myślała, że coś ugra. Klasyczna, pyskata Abby Wallace.
Kochał to. Jak się okazało nawet nie musiał wkładać w pedałowanie całej swojej mocy, gdy nagle zrównał się z nią na pustej drodze i roześmiał się w głos widząc, jak próbuje wyczarować sobie na nim przerzutki. —
Fajną masz błyskawicę! Ale ja mam nowy nimbus 2001, podarunek od ojca! — czy brzmiał jak Draco Malfoy w tym momencie? Być może, ale nie zamierzał obrażać po wszystkim
swojej Hermiony. Miller zresztą uważał, że Draco i Hermiona to akurat mogliby być ze sobą. Byliby prawie równie ładni, co Abby i Archie.
Rzucił jeszcze jedno krótkie spojrzenie na Wallace, której sukienka falowała na wietrze, a nogi w czarnych trampkach pracowały na pedałach starego składaka, jakby chciał to sobie wyryć w pamięci. Dokładnie tak, jak ten jej siniak na pomoście i ja w koszulce Green Day. Kolekcjonował takie chwile, ten widok też zamierzał… a później docisnął pedał i wysunął się na prowadzenie. Fory nie wchodziły w grę. Wiedział, że ma wygraną w kieszeni i niespecjalnie nawet starał się to obwieszczać powiększając dystans, raczej trzymał się bezpiecznej odległości, by mógł zagadać w razie czego. Po drodze rzucił kilka uwag typu:
Co tak się ociągasz? Dajesz Wallace! Pedałuj pedałuj, raz raz! obracając się przez ramię, by skontrolować czy nie zgubił swojej Bulwy po drodze, aż w końcu dojechali. Miller bez oporu wyminął krążących w tej okolicy ludzi i wjechał na wzniesienie tuż przy brzegu jeziora, zaraz pod drzewem o którym wspominała mu mama. Rower położył na trawie i to samo zrobił z kocem, który przed wyjazdem przypiął do swojego bagażnika, a wtedy zobaczył dojeżdżającą do niego przyjaciółkę.
—
Prawie ze mną wygrałaś! — obwieścił radośnie —
Zabrakło ci tylko jakieś pięćset metrów i zupełnie innego roweru — dodał chwytając za kierownicę, by pomóc się jej zatrzymać. —
No a teraz zsiadaj, zgodnie z zasadami stawiasz popcorn i napoje — dodał i zaraz złapał ją za nadgarstek by pociągnąć w stronę oświetlonych girlandami budek. On to jednak wolałby żelki, ale nie był pewien co tutaj serwują. Nie bez powodu znienawidził popcorn, wolał go więc unikać w zestawieniu z Abby.
Podchodząc do stoiska z prażoną kukurydzą Miller zauważył najpierw typa w czapce realizującego zamówienia, a dopiero chwile później dziewczynę w koszulce, która opinała się na jej ogromnym siedmiomiesięcznym brzuchu. Widząc ich na horyzoncie zaraz podniosła na nich swój wzrok, a w jej oczach na chwilę pojawiła się złość, pewnie na samo wspomnienie tego, jak zawsze była piątym kołem u wozu w tym ich trio. Zamiast jadu zaserwowała im porcję przesadnej uprzejmości.
— Ooooo móóóóóój booooooooże — pisnęła przeciągle opierając dłonie na swoim pokaźnym brzuchu. —
Abby! Aaaaaarchie! No nie wierzę! — posłała im taki uśmiech, że skala sztuczności wyjebała w kosmos. —
Nierozłączni jak w podstawówce — skomentowała mierząc Wallace z góry do dołu z jakąś taką dziwną satysfakcją. Jakby właśnie w jej głowie zrodził się szatański plan.
Archie — jak na chodząca lukę w systemie przystało — totalnie nie ogarnął ani jadu w jej oczach, ani osi czasu i tego, że ostatni raz widział się z nią na jesieni, gdzie wypili zdecydowanie zbyt wiele piwa nad jeziorem. Oparł się łokciem o blat i uśmiechnął szeroko. —
Siema, Janice! Mama wspominała, że dorabiasz tutaj. Daj nam dwa duże popcorny — a niech będzie, że zeżre w ramach zemsty te paskudne marionetki i niszczycieli dobrej zabawy —
i dwie cole, może być? — zerknął jeszcze na Abby, czy nie wolałaby czegoś innego i zaraz też zwrócił się do Janice. —
Przegrała dzisiaj wyścig i stawia — pochwalił się, a Janice jakby czekała na taką informację i zaraz wypaliła. —
Należy się 50 CAD — ale zaraz typ z czapką spojrzał na nią jak na wariatkę wtrącając. —
Baby brain ma, liczyć nie umie, dwadzieścia będzie — zsumował, a ona już niezadowolona pakowała im popcorn do papierowych pudełek nie szczędząc przy tym soli. Chyba po to, by później nie wypłacili się w napojach jak ich będzie suszyć.