25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Po co miałby ją po raz kolejny zapewniać, że podobała mu się absolutnie we wszystkim – albo i w niczym, co też było całkiem dobrą opcją – skoro o tym doskonale powinna już wiedzieć? Zwłaszcza, że znacznie zabawniejszym wyborem było podchwycenie tych jej przekomarzanek. Wraz z wyrażeniem pewności, że w wymienionym przez nią stroju podczas wyprowadzania psów, niewątpliwie miałaby okazję stać się jedną z bardziej rozpoznawalnych osób – i to nie tylko w najbliższym sąsiedztwie. Prawdopodobnie nie mogłaby też narzekać na brak towarzystwa podczas takich spacerów, więc jak najbardziej, powinna wcielić ten pomysł w życie.
A chociaż nie miał absolutnie nic przeciwko temu, by w ten sposób na chwilę cofnąć się do czasów szkolnych i ówczesnych słownych utarczek… może lepiej byłoby nie traktować tego powrotu zbyt dosłownie i rzeczywiście nie zagłębiać się bardziej w szczegóły imprez odbywających się w tamtym czasie. Ani – tym bardziej – napojów spożywanych podczas nich. Zwłaszcza, że ich dokładny skład chyba do dziś pozostawał zagadką dla wszystkich poza samych Chrisem i… może lepiej, by tak właśnie zostało. Na wypadek, gdyby ktoś kiedyś wpadł na genialny pomysł odtwarzania tej cudownej receptury albo… choćby po prostu dlatego, że czasem zwyczajnie lepiej było nie wiedzieć…
– No dobra, niech będzie. Pistacja nadal jest w porządku – cmoknął ją krótko w policzek, kiedy rozsiadła się obok. Bo oczywiście, że nie zamierzał przecież kręcić nosem na wybrany przez nią smak, który chyba rzeczywiście nadal śmiało można było uznać za jego ulubiony. Tym bardziej nie zamierzał całkowicie rezygnować z tej przyniesionej przez nią dawki cukru, a buziak… po prostu jej się należał – choćby jako podziękowanie. Albo tak po prostu, bo przecież każdą z tych wersji można byłoby uznać za równie trafną.
Czy fakt, że wykorzystał na swoją korzyść ten element zaskoczenia podczas rzuconego niespodziewanie wyzwania, można było uznać za celowe działanie…? Być może. Nie wspomniał przecież ani słowem o tym, że miała to być uczciwa rywalizacja… Zresztą, chodziło przecież o kąpanie Murphy’ego. To chyba oczywiste, że nie zamierzał przegrać, kiedy stawka była aż tak poważna… Z szerokim uśmiechem odwrócił się w stronę Elsy dopiero wtedy, gdy sam dotarł już do wody i… chyba nawet nie musiał ogłaszać swojego zwycięstwa, skoro dziewczyna nie zdążyła jeszcze nawet zamoczyć choćby stopy.
Bo nie, jej późniejsze nadrabianie dystansu absolutnie się nie liczyło. Dotarł do jeziora pierwszy, wygrał, po zawodach. A co więcej – zdecydowanie nie wyglądał na kogoś, kto mógłby czuć się jakkolwiek winny przez to, że – rzekomo! – miałby tego dokonać nieuczciwie, jak właśnie próbowała mu zarzucać.
– Może trochę – roześmiał się, słysząc to jej paskudne oskarżenie o oszustwo. Bo… no tak, gdyby za takowe uznać fakt, że nie dał jej nawet chwili na przyswojenie informacji o tym, że w ogóle zaczynali właśnie jakieś wyzwanie, to rzeczywiście, pewnie można byłoby dojść do wniosku, że dopuścił się drobnego oszustwa. Albo po prostu zapomniał ją w międzyczasie uprzedzić, że cały ten wyścig z założenia nie miał być zbyt uczciwy. – Ale szukanie wymówek w niczym ci już nie pomoże. Przegrałaś, po powrocie kąpiesz Murphy’ego. I…
Rozejrzał się, żeby odnaleźć psa wzrokiem i przekonać się dzięki temu, że ten zdążył już wyleźć z wody. Tylko po to, żeby zająć się radosnym tarzaniem w przybrzeżnym piasku – a przynajmniej można było mieć nadzieję, że był to tylko piasek – co zdawało się jedynie potwierdzać tę katastroficzną wizję Elsy. Szanse na to, że tym razem psia kąpiel miałaby okazać się mniejszym wyzwaniem niż dotychczas była… chyba nawet mniejsza niż zerowa.
– …tak, pralka będzie chyba najlepszym rozwiązaniem… Albo wymienienie go na jakiegoś nowego, trochę czystszego psa – w jednym i drugim przypadku na pewno byłoby to wyjście o wiele łatwiejsze niż próby doprowadzania go do porządku w wannie. Zwłaszcza, że te chyba i tak można było uznać za kompletnie bezsensowne, skoro Murphy’emu i tak wystarczyło przecież ledwie jedno wyjście do ogrodu – a także chwila ludzkiej nieuwagi – by z powrotem doprowadził się do stanu sprzed kąpieli. Albo i jeszcze gorszego, nawet jeśli to za każdym razem zdawało się być już absolutnie niemożliwe…
A kiedy już miał wspaniałomyślnie zaoferować jej pomoc podczas tego karkołomnego przedsięwzięcia… odezwała się ponownie, wspominając o konieczności odstąpienia jej koszulki i skłaniając go tym samym do całkowicie mimowolnego przeniesienia wzroku na tę, w której podobno nie mogłaby wrócić do domku. I oczywiście, że to spojrzenie musiało pozostać w tym miejscu przez dłuższą chwilę, a wymowny uśmiech na twarzy Dantego można było uznać za całkiem naturalną reakcję. A gdyby jakimś cudem miała jeszcze jakieś wątpliwości, czy w jakimś stroju mogłaby mu się nie podobać… możliwe, że przemoczone ubrania śmiało mogła wpisać na listę tych, które były całkiem w porządku. I na pewno znajdowałyby się znacznie wyżej niż te nieszczęsne dresy.
– Nie mam pojęcia, czemu miałabyś jej potrzebować… – uśmiechnął się nieco szerzej, zbliżając się do niej, by móc w kolejnej chwili objąć ją i pocałować – tak na wszelki wypadek przed tym, jak już mogłaby dojść do wniosku, że próba utopienia go może wcale nie byłaby takim najgorszym pomysłem. – No i… mogłaś przecież zostawić swoją na brzegu…
Chociaż może to rozwiązanie mogłoby jednak spotkać się z nieco szerszym poparciem – zwłaszcza, że nie byli przecież na plaży zupełnie sami, nawet jeśli udało im się znaleźć nieco miejsca we względnym oddaleniu od innych osób.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Była kobietą łasą na komplementy. Wynikało to raczej ze zwykłej potrzeby łechtania sobie ego niż pełnych kompleksów przekonań — no może poza jednym, ale na wielkość piersi nic nie mogła poradzić, a przynajmniej nie bez pójścia pod skalpel. No ale on chyba też powinien o tym doskonale wiedzieć, bo przecież ilekroć chwalił jej strój albo po prostu mówił, że była piękna, do jej twarzy przyklejał się tak promienny uśmiech, że ciężko było go jej zedrzeć do końca dnia.
Ale skoro tak stawiał sprawę to zamierzała dotrzymać słowa. W końcu nie wyzbyła się swojej upartości z liceum, więc lepiej żeby był gotowy na pokaz mody bielizny nocnej. On i cała okolica.
Nie zamierzała też odpuścić kwestii związanej z myciem Murphy’ego. Ktoś mógłby stwierdzić, że robi dramę o nic, że przecież wystarczyłoby oddać go do groomera. No i pewnie by to zrobiła. Gdyby nie taki jeden mały szczegół — wszyscy w najbliższej okolicy dali mu wilczy bilet. Nic nie pomagało, smaczki, prośby, groźby… Ten nadpobudliwiec nie dał się wodą polać, a jak wjeżdżała suszarka… o matko. Elsa nie wiedziała, że tyle angielskich przekleństw widniało w słowniku póki nie usłyszała ich od jednej z pracownic. I oczywiście każda taka wizyta kończyła się płatnością, podczas której dziewczyna zamykała oczy, żeby nie widzieć, ile wyświetlało się na terminalu. Bo nie dość, że była to standardowa stawka za pracę groomerki to dochodziły do tego jeszcze zniszczenia, których dopuścił się Murphy. Ale czy ta była na niego zła? Tylko przez pięć minut. Bo podczas powrotu do domu, patrzył na nią z tym swoim pociesznym psim uśmiechem jakby chciał powiedzieć "bo ja nie lubię jak inni mnie myją! Tylko ty możesz i czasem tata!" No i jak miała się gniewać? Miała zdecydowanie za miękkie serce, co z pewnością nie było w żadnym razie wychowawcze. Może więc dobrze, że zdecydowali się nie mieć dzieci?
Odruchowo, razem z nim, zerknęła w stronę brzegu, aby trafić na moment, kiedy to szczeniak zaczął tarzać się w rzekomym piasku jak w najwygodniejszej pościeli. Olive za to leżała na swoim miejscu i przyglądała się tej istnej komedii w wykonaniu jej młodszego brata.
— Chyba będzie trzeba go umyć jeszcze dzisiaj… może przy domku jest jakiś szlauch? Ty go będziesz trzymał, a ja postaram się trafić w niego, a nie w ciebie — Uśmiechnęła się lekko na samo wyobrażenie tej sceny. Ktoś pewnie by uznał podobne praktyki za zwykłe znęcanie się nad zwierzęciem, ale główny zainteresowany na bank byłby zachwycony nową zabawą. — Już widzę jak go wymieniasz… dałabym ci dzień… i byś wracał po niego. Pod warunkiem, że on pierwszy by cię nie znalazł. — dodała po chwili. Bo przecież Murphy go uwielbiał. Kiedy nie był akurat w wirze zabawy albo nie okazywał zainteresowania każdej napotkanej rzeczy, to szukał atencji u niego — oczywiście też pod warunkiem, że Dante akurat nie był na imprezie albo gdziekolwiek indziej — podsuwając mu swoje zabawki czy po prostu łeb do miziania. Else też zdawał się lubić, bo przecież to ona zabierała go na poranne wybieganie i wieczorne wymęczenie, ale nie była tym człowiekiem, który jako pierwszy dał mu dom. Tutaj przegrywała już na starcie.
Obserwowała jak chłopak obniża swój wzrok na jej przemoczoną bluzkę i jak zawiesza go na wiadomych punktach jej ciała. W normalnych okolicznościach powinna go zdzielić w łeb i powiedzieć, że oczy miała nieco wyżej, ale… cóż, mokry materiał przylegał do skóry i sprawiał, że wreszcie było coś tam widać, więc chyba powinna się cieszyć, że można było wreszcie popatrzeć na ten wątpliwy biust.
— Mhm… gdybym miała takie — ostentacyjnie zarysowała dłońmi zdecydowanie przesadzony rozmiar piersi, który wielkością mógł przypominać arbuzy — to bez dwóch zdań byś uznał, że potrzebuję! — pisnęła, a z tego pisku dało się usłyszeć, że wcale nie było jej do śmiechu tak jak Dantemu. Kiedy jednak ją objął i pocałował, jęknęła cicho, jednak odwzajemniła pieszczotę. To był dobry ruch z jego strony. Tym zwykłym gestem stłumił bombardowanie słowotokiem, które czaiło się tuż za rogiem.
— Bo plaża nudystów jest kilka kilometrów dalej. A ja nie zamierzałam świecić przed nikim klatką piersiową… — odburknęła jeszcze, odwracając się zaraz do niego plecami. Specjalnie nie użyła słowa piersi czy nawet cycki, bo chyba lubiła się biczować świadomością, że najzwyczajniej w świecie ich nie miała. Po chwili jednak, wziąwszy spory zamach… uderzyła dłonią o taflę wody, aby go ochlapać. Nie będzie się z niej nabijał! Nim jednak miałby jakkolwiek się jej odwdzięczyć, zanurkowała i odpłynęła kilka metrów dalej.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdyby podejrzewał, że miałaby naprawdę wystroić się w jakąś koronkową koszulę nocną na spacer z psami… może przez moment zastanowiłby się, czy aby na pewno zamierzał kontynuować ten żart. Raczej jednak nie zakładał, by rzeczywiście miał doczekać się czegoś podobnego. A jeśli nawet, to chyba mimo wszystko trudno byłoby mu jednoznacznie określić, czy bardziej zależałoby mu na wybiciu jej z głowy tego, by pokazywać się w takim wydaniu innym, czy… wolałby jednak przekonać się, czy naprawdę dałaby radę wyjść tak z domu. Oraz jak szybko wróciłaby do niego z powrotem, jeśli tuż za progiem miałaby zreflektować się, że spotkanie kogoś z sąsiedztwa było jednak całkiem realnym ryzykiem.
W pierwszej chwili, słysząc jej pomysł ze szlauchem w roli głównej, uniósł po prostu brwi, najpewniej właśnie wyobrażając sobie, jak ta niekonwencjonalna kąpiel mogłaby wyglądać. A mając w głowie tenże obraz… trudno byłoby zwyczajnie nie parsknąć śmiechem.
– Mhm, i pewnie tylko przypadkiem kompletnie nic nie wyjdzie z tego starania się…? – trudno byłoby nie wpaść na ten najbardziej prawdopodobny scenariusz, zgodnie z którym podczas próby zabawy ze szlauchem, to właśnie oni skończyliby kompletnie przemoczeni… Podczas gdy Murphy najpewniej nadal pozostały może niekoniecznie suchy, ale z całą pewnością dokładnie tak samo brudny jak po powrocie z plaży. I chociaż wizja z całą pewnością prezentowała się całkiem zabawnie – niewątpliwie można byłoby ją za taką uznać, zwłaszcza z perspektywy postronnego obserwatora – to… może jednak niekoniecznie było to coś, co Dante miałby ochotę wcielić w życie po powrocie do domku.
Za to zdecydowanie musiałby zgodzić się z nią co do jednego – raczej nie było opcji, żeby rzeczywiście mógł wymienić tego konkretnego psa na jakiegokolwiek innego – niezależnie od tego, na ile ten nowy miałby być czystszy i mniej problematyczny. Bo może i na początku ich znajomości nie do końca był przekonany co do tego, czy faktycznie zabieranie go ze sobą do domu było najlepszym możliwym pomysłem, ale… całkiem szybko – może jeszcze zanim opuścił park wraz ze szczeniakiem – musiał dojść do wniosku, że owszem. A przekraczając z nim próg mieszkania współdzielonego wtedy z Ivy, doskonale wiedział przecież, że prędzej zdecydowałby się razem z psem spać na wycieraczce niż pozwolił jej wywieźć nowego domownika do schroniska, czy gdziekolwiek miała zamiar to zrobić. Zresztą… chyba trudno byłoby zaprzeczyć temu, że szczeniak miał w sobie całkiem spore pokłady uroku osobistego, dzięki którym był w stanie przekonać do siebie nawet najbardziej oporne jednostki – czego chyba doskonałym dowodem mogła być właśnie była dziewczyna Dantego, której też w zasadzie wcale nie trzeba było wiele, by nie tylko zaakceptować obecność psa w mieszkaniu, ale i bez większego problemu wybaczać mu wszystkie pogryzione buty, meble, czy cokolwiek innego, co akurat nawinęło się pod paszczę.
– No dobra, ale możemy podrzucić go komuś przynajmniej na chwilę i liczyć na to, że będzie już po kąpieli, jak pójdziemy go odebrać… – podsunął, wcale nie myśląc przez moment o tym, że mogliby takiego wybrudzonego Murphy’ego podrzucić na przykład jej ojcu, który… być może znalazłby jakiś sposób, żeby przekonać go do kąpieli. Albo chociaż salon groomerski, który wciąż jeszcze nie został uprzedzony, by nigdy, pod żadnym pozorem nie przyjmować do siebie tego konkretnego psa…
I nie, z całą pewnością nie miał zamiaru jakkolwiek wypominać jej, czy – tym bardziej! – wyśmiewać tego rzekomo zbyt małego biustu. Wręcz przeciwnie! Widok przecież naprawdę mu się podobał, co do tego chyba nie powinna mieć żadnych wątpliwości. Tak samo jak co do tego, że nigdy nie uważał, by rozmiar jej piersi mógł być jakimkolwiek problemem. Co zresztą można było chyba wywnioskować bez większego trudu, choćby z tego wymownego wywrócenia oczami, na jakie pozwolił sobie w momencie, kiedy już zaprezentowała ten przesadzony rozmiar, który podobno miałby zmienić jego punkt widzenia.
– Przecież jeszcze niedawno chciałaś wypr… Ej! – nie zdążył przypomnieć jej o stroju, jaki planowała na najbliższy spacer z psami, bo przeszkodziło mu to niespodziewane – i zupełnie niezasłużone! – chlapnięcie. Za które, tak swoją drogą, oczywiście, że zamierzał się stosownie odwdzięczyć… A jeśli sądziła, że jej odpłynięcie jakkolwiek ją przed tym uchroni, to… no, niedoczekanie. Nie zastanawiając się ani chwili, po prostu popłynął za nią, łapiąc ją od tyłu i przytulając, kiedy tylko wynurzyła się ponad powierzchnię wody. I na pewno tylko i wyłącznie zwykły przypadek sprawił, że jego dłonie natrafiły akurat na ten rzekomo zbyt mały – czy też nieistniejący, jak wołała uważać – biust.
– No tak, większe zdecydowanie byłyby mniej wygodne… – stwierdził z rozbawieniem, raczej nie odnosząc się w swojej wypowiedzi do tego, że to jej miałoby być jakkolwiek niewygodnie z większymi piersiami, które na pewno mogłyby dać się we znaki jeśli chodziło o potencjalne problemy z kręgosłupem, bieganiem, czy innymi nieistotnymi drobnostkami. Zdecydowanie ważniejsze było to, że większe prawdopodobnie o wiele mniej wygodnie leżałyby w dłoniach. Oczywiście. I to chyba powinno być wystarczającym argumentem na to, że ten jej rozmiar uważał za całkowicie zadowalający.
– A jeżeli wydaje ci się, że za to chlapanie faktycznie pomogę ci w kąpaniu Murphy’ego, to… zapomnij. Za to chętnie popatrzę, jak sama sobie z tym radzisz – może i w pierwszej chwili chciał jej zagrozić tym, że w odwecie nie miał zamiaru odstępować jej swojej koszulki, ale… chyba w porę musiało do niego dotrzeć, że nawet jeśli sam uważał, że nie miał nic przeciwko temu jak szczelnie ta przemoczona bluzka przylegała do jej ciała, to może jednak niekoniecznie chciał, żeby ktokolwiek inny też miał okazję podziwiać ten widok.
– Co do koszulki… jeszcze się zastanowię… – wciąż jednak nie byłby przecież sobą, gdyby mimo wszystko nie nawiązał i do tego. Nawet jeśli chwilę później zdecydował się złożyć na jej skórze kilka pocałunków – począwszy od tego tuż za jej uchem i dodając jeszcze parę poniżej – które chyba mogły trochę psuć wydźwięk jakiejkolwiek groźby. I pewnie niespecjalnie wpisywały się w standardowy pomysł na to, jak powinien odpłacić się jej za to ochlapanie go, ale… jakoś nie bardzo się tym przejmował.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Jakby się tak dłużej zastanowić to mogliby ją prędzej posądzić o znęcanie się nad własnym chłopakiem niż psem. Bo gdyby już dostała w swoje łapki szlauch podłączony do zimnej wody to pewnie Murphy’ego polewałaby przez pierwsze kilka sekund. Potem musiałoby dotrzeć do tej jej kolorowej łepetyny, że strzelanie strumieniem w Dantego musiało być dużo zabawniejsze. Tak, ten scenariusz był bardzo prawdopodobny, ale przecież nie zamierzała się do tego przyznawać!
— Nie mam pojęcia o czym mówisz… przecież ja mam idealnego cela! — Nie, nie miała. I sama musiała być tego świadoma na co dość wyraźnie wskazywał jej niewinny uśmieszek. W końcu już w liceum pokazywała, że jeśli rzucona przez nią piłka do kosza trafiła chociażby w tablicę — bądź obok niej, ale nadal stosunkowo blisko — to należało uznać to za niewątpliwy sukces i nagrodzić ją gromkimi brawami. Co zabawniejsze, nauczyciel wfu sam zapoczątkował wspomnianą praktykę. Chyba nie mógł w tym wszystkim pojąć, jakim cudem ta dziewczyna trafiała podczas skoku do basenu na swój tor, a nie w zawodniczkę płynącą obok.
A ona miała po prostu swój system. Tylko ten najwyraźniej działał tylko w wodzie. Ale przecież nie mogła być najlepsza ze wszystkiego! Musiała coś zostawić innym, na przykład taką koszykówkę czy siatkówkę — dziewczynom, których wzrost zaczynał się od metra osiemdziesięciu.
Dalej obserwowała jak Murphy tarzał się w piasku, wesoło podszczekując w ich stronę jakby chciał powiedzieć patrzcie na mnie, patrzcie co potrafię! No a potrafił całkiem nieźle doprowadzać ich do zawału serca. Bo jak nie swoimi nie najmądrzejszymi wyprawami w krzaki to właśnie testowaniem piaskowego peelingu… i żeby był on tylko piaskowy, bez żadnych śmierdzących maseczek w gratisie. Zwłaszcza, że jakby się tak zastanowić, to przecież znajdowali się w części plaży przeznaczonej właśnie dla psów, a przecież nie każdy właściciel nosił przy sobie dwie rolki woreczków na odchody swoich pupili. Ba! Zdecydowana większość nie miała przy sobie nawet jednej sztuki.
— To może zawieziemy go do Erica? Mówiłeś, że obiecałeś Murphy'emu, że będzie mógł zjeść jeszcze jedną parę jego butów… może jak dostanie takiego trampka do pyska to zadziała jak piłeczka antystresowa i da radę go wykąpać? — zapytała z szerokim uśmiechem, jednak naprawdę brała pod uwagę owe rozwiązanie. W końcu domyślała się, że Dante raczej chciał zaproponować kandydaturę jej rodziców, licząc pewnie, że szczeniak będzie mógł naostrzyć sobie zęby na ulubionym fotelu ojca, który to już ucierpiał odrobinkę podczas ostatnich psich wakacji u dziadków. Co jednak było w tym najdziwniejsze — o zniszczeniach dowiedziała się przypadkiem, gdy dostała od mamy zdjęcie jak Murphy i Olive spali razem na tym fotelu. Jednak zarówno Eline jak i Casper, słowem się nie zająknęli, że miał to być ostatni pobyt psa u nich w domu.
I oczywiście, że nie zamierzała czekać aż ten się jej odwinie i również zaatakuje potężnym chlapnięciem. Odpłynięcie od niego te kilka metrów zdawało się być świetnym pomysłem, choć nie przewidziała jednej rzeczy — nie tylko ona w tym związku potrafiła pływać. Może była szybsza. Może technicznie rzeczywiście radziła sobie lepiej. Może nawet przez pierwszych kilka sekund mogła z dumą twierdzić, że jej plan działał. Ale nie zmieniało to faktu, że chłopakowi wystarczyło kilka machnięć ręką i już mógł się znaleźć znów przy niej. I właśnie dlatego, gdy odwróciła głowę przez ramię, na jej twarzy pojawiło się niemałe zdziwienie, bo nawet nie zdążyła się zająknąć, a on już szykował się do ataku. Jednak zamiast przywołać wielką falę, która zabrałaby Norweżkę na dno… objął ją. A może raczej ten jej niemały kompleks.
Heh… to aż się prosiło o głupie komentarze, bo jak takie niewielkie piersi mogły wywoływać u niej aż tak duże zmartwienia?
Słysząc jednak jego komentarz, parsknęła cichym śmiechem.
— Mówisz? A jakie niebezpieczne! Mogłabym ci nimi wybić zęby, zrobić śliwę pod okiem… a tak to jesteś bezpieczny — odparła dosyć cicho, siląc sie na uśmiech. Musiała przyznać, że Dante nigdy nie dał jej odczuć, że coś mu nie pasowało. Nigdy nie patrzył na jej ciało jakby było jakieś wybrakowane, niezależnie od tego czy była właśnie napuchnięta przez zbliżający się okres, czy reprezentowała swoją szczytową formę na zawodach pływackich… a przede wszystkim, kiedy pierwszy raz stanęła, a raczej leżała, przed nim całkiem naga. Wtedy, gdy poznawali i odkrywali swoje ciała nawzajem i widziała jak wzrokiem śledził każdą jej krzywiznę, chyba czuła się naprawdę piękna.
— Oczywiście, że mi pomożesz… przecież to będzie największa atrakcja całego dnia, a Ty nie lubisz jak omijają Cię fajne zabawy… — odpowiedziała po chwili znacznie bardziej zrelaksowana niż te kilka sekund wcześniej. Ten gamoń miał niesamowitą moc rozbrajania jej. Prawdziwy saper, który dotykał się tykającej bomby i wygrywał walkę z przeznaczeniem — zawsze wychodził z tego cało. A kiedy jeszcze poczuła ten pierwszy pocałunek za uchem, zadrżała, odruchowo odchylając głowę i dając mu wygodniejszy dostęp do tego konkretnego miejsca. I gdy jego wargi uraczyły pieszczotą skórę na szyi, mimowolnie westchnęła — zdecydowanie głośniej niż by chciała.
— Jesteś… niemożliwy. I mogłabym tak z tobą spędzić… całe życie, wiesz? — wymruczała, spoglądając przed siebie na błyszczącą od słońca taflę jeziora. Tylko oni, woda… i kłócące się na brzegu psy. Naprawdę nie potrzebowała w tej chwili nic więcej.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wymowne mhm chyba mogło być dostatecznie jasną informacją, że on również całkiem nieźle pamiętał tego jej idealnego cela jeszcze z czasów liceum. Bo przecież wcale nie tak rzadko zdarzało się, że akurat zupełnym przypadkiem znajdował się w okolicy boiska, kiedy jej klasa miała na nim zajęcia. Przy czym chyba można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że o ile z początku fakt, że jednocześnie było to całkiem niezłe miejsce na wypalenie skręta w przerwie – nieco wydłużonej, ale wciąż jednak przerwie – pomiędzy lekcjami, był dość przekonującą wymówką, to… z czasem chyba musiało stać się jasne, że ten powód jego obecności należałoby uznać raczej za drugorzędny…
Z drugiej strony – biorąc pod uwagę to, jak świetnie Elsa radziła sobie z trafianiem do celu… prawdopodobnie wcale nie musiałby obawiać się polania tą zimną wodą, gdyby rzeczywiście chciała trafić właśnie w niego. A gdyby nawet – chyba można było się domyślić, że prędzej czy później szlauch musiałby znaleźć się w jego rękach, więc… tak, wciąż najbardziej prawdopodobnym scenariuszem był ten, w którym to właśnie Murphy pozostałby najbardziej suchym uczestnikiem całej tej zabawy. Włączając do tego rankingu również Olive, która prawdopodobnie również musiałaby oberwać rykoszetem – i śmiertelnie obrazić się za to na wszystkich troje – jeśli w porę nie zorientowałaby się, że powinna jak najszybciej ewakuować się poza zasięg szlaucha.
– Tak, to jest jakaś opcja… – oczywiście, że nie miał na myśli akurat Stonesa, kiedy mówił o wrabianiu kogoś w kąpanie ich psa. Ale w zasadzie… może wcale nie było najważniejsze kto dokładnie miałby się tym zająć. Grunt, że nie musiałoby to być żadne z nich. – Nie wiem tylko, czy byłoby nas stać na to, żeby później zafundować mu remont łazienki…
I chociaż obawa była wyrażona jednoznacznie rozbawionym tonem, to może jednak wcale nie była taka bezzasadna. Zwłaszcza, że dość wątpliwe wydawało się, by zwykły trampek – czy jakikolwiek inny but, zależnie od tego, na co tego dnia Murphy miałby ochotę – miałby faktycznie sprawdzić się w roli piłeczki antystresowej. Chyba, że Elsa miała na myśli Stonesa i to, że to właśnie on miałby w ten sposób rozładowywać swój stres związany z psią kąpielą. W takim wypadku może nawet miałoby szansę podziałać. Choć wciąż nie zmieniałoby to faktu, że po wszystkim jego łazienka najpewniej wciąż nadawałaby się tylko do gruntownego remontu. Pomysł był więc może nie taki najgorszy, ale jednak wciąż wymagał drobnego dopracowania…
Tak samo, jak dopracowania mógł wymagać ten sprytny plan Elsy na ucieczkę. Gdyby zamiast odpływać ledwie tych parę metrów, zdecydowała się popłynąć nieco dalej, zmuszając go tym samym do próby dogonienia jej… pewnie faktycznie byłyby spore szanse na to, że musiałby sobie zwyczajnie odpuścić. I ewentualnie zaczekać na nią na brzegu – być może w międzyczasie sprawdzając, jak bardzo ohydne było to, w czym wytarzał się Murphy i jak bardzo ten potrzebował kąpieli już teraz – doskonale zdając sobie sprawę z tego, że podczas jakichkolwiek prób ścigania się z nią w wodzie, i tak nie miał zbytnich szans.
Skoro jednak tak łatwo dała się złapać… najwyraźniej wcale nie miał zamiaru puszczać jej zbyt szybko. Zwłaszcza, że ewidentnie te jej niedorzeczne kompleksy były przy okazji dość wygodne, by pozostawić na nich dłonie na dłużej. Przy okazji upewniając się, że rzeczywiście pasowały wręcz idealnie.
– No widzisz? Czyli tym bardziej świetnie się składa, że są właśnie takie – zaśmiał się, słysząc tych parę dorzuconych przez nią zalet nieco mniejszych piersi. Chociaż chyba wciąż spośród tych wszystkich zalet, najważniejszą było to, że były po prostu jej. I tyle w zupełności wystarczyło mu, żeby uważać je za idealne dokładnie w takim samym stopniu jak wtedy, gdy mógł po raz pierwszy zobaczyć ją bez jakichkolwiek ubrań.
– I właśnie dlatego chętnie popatrzę, jak sobie z tym radzisz. Ale skoro mówisz, że nagranie filmiku z całej tej zabawy wystarczy ci jako pomoc, to w porządku, niech ci będzie – oparł lekko głowę na jej ramieniu, ostatni pocałunek pozostawiając na jej policzku. Bo chociaż najchętniej kontynuowałby wędrówkę ustami po jej skórze – zwłaszcza słysząc to jej westchnięcie – w międzyczasie może też pozbywając się tej całkowicie zbędnej koszulki, to… wciąż przecież nie byli tu zupełnie sami. Ta zabawa – nawet jeśli dużo fajniejsza niż jakieś tam kąpanie psa… – zdecydowanie musiała więc zaczekać przynajmniej do czasu aż mogliby zyskać nieco więcej prywatności.
– To dobrze… Bo pewnie właśnie to cię czeka. Więc lepiej, żebyś nie rozmyśliła się jakoś w międzyczasie… – uśmiechnął się, słysząc jej kolejne słowa. Całe życie wydawało się wprawdzie kwestią strasznie odległą, ale… przecież nie skłamałby, gdyby przyznał, że jeśli faktycznie miałby spędzić je z jedną osobą, to właśnie z nią. Tego mógł być w tym momencie całkowicie pewny – nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy czaiła się nieprzyjemna myśl, że mniej więcej tak samo pewny mógł być tego tych kilka lat temu, zanim jeszcze wpadł na idiotyczny pomysł, by wyjechać z miasta. Ale… tym razem nie planował przecież niczego równie durnego. Nie mógłby jej przecież znowu zostawić – nie po tym, jak wciąż jeszcze momentami trudno było uwierzyć, że naprawdę dała mu drugą szansę, mimo że koncertowo spieprzył sprawę poprzednim razem.
– Chociaż mam nadzieję, że nie miałaś na myśli spędzania tego czasu konkretnie tutaj. Bo może lepiej, żebyś nie sprawdzała, czy tym razem uda ci się wyhodować jakieś choróbsko tak samo skutecznie jak poprzednio… – zaśmiał się jeszcze, odwracając ją przodem do siebie, by móc jeszcze nacieszyć się przez dłuższą chwilę smakiem jej ust.
– Idziemy…? – zapytał, kiedy już odsunął się od niej na tych ledwie kilka milimetrów. Być może nie musieli nigdzie się spieszyć, mając przed sobą weekend przeznaczony tylko i wyłącznie na odpoczynek, ale… całkiem możliwe, że pozostawione na brzegu psy miały na to nieco inny pomysł. Zwłaszcza, że – sądząc po coraz częściej dobiegającym z ich strony szczekaniu – oba zaczynały się już chyba nieco nudzić. A chyba wiadomo było, że Murphy’emu lepiej było nie pozwalać nudzić się zbyt długo… co chyba można było uznać za kolejna rzecz, która dość mocno upodabniała go do Dantego.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie powinien czuć się wcale taki bezpieczny! Bo jeśli za swój cel obrałaby Murphy’ego to istniało wobec tego spore prawdopodobieństwo, że wodą oberwałby każdy tylko nie szczeniak. Może nawet któryś z gości sąsiednich domków? Albo sam właściciel, który miałby szczęście i przechadzałby się akurat w pobliżu.
I oczywiście, że zdawała sobie sprawę, że wcale nie tak rzadko, jej klasa miała podczas zajęć sportowych widownię. W końcu trudno było zignorować ekscytację jej koleżanek, które nagle dostawały dziwnej motywacji do tego, aby zagrać mecz koszykówki na równi z tymi rozgrywanymi w amerykańskim NBA. Albo te piski, po zdobyciu spektakularnego kosza — jeśli tak można było nazwać przedarcie się przez obronę niskiej Norweżki — myślisz, że Dante widział jak ją ograłam?
A jej pozostawało dalej mieć to gdzieś… i przy okazji się modlić, aby na ich korepetycjach był równie skupiony, co na obserwowaniu jej upośledzonych umiejętności sportowych w grach zespołowych. Na szczęście przynajmniej w pływaniu i bieganiu sobie radziła.
— A myślisz, że stać nas na remont jakiejkolwiek łazienki? Zwłaszcza tej głównej w domu moich rodziców? — zapytała z uniesioną brwią, dając mu tym samym do zrozumienia, że dobrze wiedziała kogo chciał wrobić w kąpanie psa. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie miała wolnych środków nawet na odświeżenie swojego domu, a co dopiero na czyjś. Prowadziła specjalny arkusz finansowy w Excelu, w którym skrupulatnie zapisywała wszystkie wydatki i zarobione pieniądze, i póki co przynajmniej nie była pod kreską. Gaża, którą dostała za pokazy we Włoszech, pozwoliła jej na całkiem imponujące nadpłacenie kredytu hipotecznego, a także odłożenie pewnej sumy na konto oszczędnościowe. Tyle tylko, że Elsa miała tę irytującą przypadłość, że kiedy już coś sobie zaplanowała, bardzo nie lubiła później patrzeć, jak jej oszczędności znikają w zupełnie nieprzewidzianych okolicznościach. Zwłaszcza, że te odłożone pieniądze miały pomóc im przeżyć, gdyby nagle straciła pracę.
Albo mogła też dojść do wniosku, że wcale nie chciała do niej wracać. Że mogłaby zostać z nim gdziekolwiek tylko mieliby ochotę się akurat znaleźć. Tak jak w tej chwili — stali w tej przyjemnej wodzie, delektując się promieniami słońca, ale przede wszystkim swoją bliskością. Bo przecież choć wspólny weekend dopiero się zaczął to jej mózg nie pozwalał jej zapomnieć, że wkrótce miał się skończyć, a ona znów będzie musiała wrócić do maratonów w swoim salonie, niejednokrotnie się zastanawiając czy nie wygodniej by było po prostu spać na tamtej kanapie w studio niż jechać do domu.
— Będziesz patrzył tylko chwile… potem zrobi ci się żal Murphy’ego… albo mnie. Albo naszej dwójki. No i pamiętaj, że podczas tej kąpieli pewnie całą mnie zmoczy i… i może znów zapomnę założyć stanika? — Uśmiechnęła się leniwie, pozwalając mu na te ostatnie pocałunki, jednocześnie żałując, że zaprzestał dalszych pieszczot. Ale najwyraźniej tym razem to on musiał okazać sie tym bardziej odpowiedzialnym i zdroworozsądkowym, bo Elsa nawet nie zwróciła uwagi na innych ludzi, którzy pływali niedaleko ich czy na bawiące się na brzegu dzieci.
Przez jej ciało przeszedł dreszcz, kiedy to do jej uszu dotarły słowa Dantego. Czy on właśnie zgodził się zostać z nią do końca życia? Nie spodziewała się usłyszeć od niego tego typu deklaracji, choć wspomnienia ich rozmowy na tamtym włoskim pomoście były wciąż dosyć żywe. Zarzuciła mu przecież wtedy, że nie myśli o nich przyszłościowo… i mimo że bardzo cieszyła ją ta zmiana to nadal było to conajmniej zaskakujące.
Ale cholernie przyjemne i chyba jeszcze bardziej podniecające niż te wszystkie pocałunki złożone na wrażliwej skórze szyi…
— Teraz już nie ma odwrotu. Zawarliśmy ustną umowę, a woda, słońce i glony są świadkami… wkopałeś się… — Uśmiechnęła się triumfalnie, jakby właśnie wygrała najważniejszą rozprawę sądową swojego życia, choć pod tym rozbawieniem czaiło się coś znacznie bardziej… miękkiego. Bo choć starała się to ukryć to Dante z pewnością mógł wyczuć jak naprawdę przeżywała te jego deklarację.
Spojrzała zaraz za ramię, aby spojrzeć na szczekające psy. Murphy właśnie biegał wokół odpoczywającej Olive, sypiąc na nią cały piasek, który wydostawał mu się spod łap, jednocześnie kompletnie ignorując jej podirytowanie szczekanie. Cóż… ona chyba bardziej przypominała Larsa niż Elsę, ale to raczej nie powinno nikogo dziwić, bo kiedy ona potrafiła spędzić w pracy i na uczelni całe dnie to właśnie on zajmował się suczką.
— Tak, chodźmy. — Złapała go za rękę, aby mogli wspólnie wyjść z wody i zająć się swoimi skłóconymi dziećmi. Na brzegu dziewczyna też — ukrywając się za ukochanym — ściągnęła swoją bluzkę i założyła jego koszulkę, nawet nie pytając się o ostateczną zgodę. Przypięli smycze do obroży, zgarnęli torby z zakupami i ruszyli w stronę domku, aby spędzić resztę dnia w dosyć prosty sposób. Wziąć prysznic, spróbować chociażby opłukać Murphy’ego, przebrać się i przy zakupionych paluszkach i chipsach oraz butelce wina, ograć Dantego w warcaby albo chińczyka, ewentualnie pokazać mu, że była mistrzynią w karcianego tysiąca i pokera.
Kiedy jednak zbliżyli się do swojego domku, jej uwagę zwrócił jeden, maleńki szczegół — tylne drzwi ich auta były szeroko otwarte.
— Nie zamknęliśmy samochodu? — zapytała bardziej samą siebie niż chłopaka, po czym, nadal trzymając w dłoni smycz Olive, zbliżyła się do pojazdu. Kiedy jednak zajrzała do środka, z jej ust wydobył się głośny pisk. Torba z suchą karmą psów była rozszarpana, a jej zawartość walała się po całym aucie. Jednak największy problem stanowiły siedzące na tylnej kanapie trzy szopy, które na widok podglądacza, zawarczały ostrzegawczo, pokazując przy tym swoje zębiska.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zgrywanie niewiniątka, które absolutnie nie miało pojęcia, co właśnie usiłowała mu insynuować wspominając o łazience należącej do jej rodziców, chyba i tak nie miało większego sensu. Ani też jakichkolwiek szans na powodzenie. Choć mimo wszystko uśmiech, jaki wykwitł na jego twarzy – zwłaszcza w połączeniu z tymi lekko uniesionymi brwiami i wyrazem szczerego zaskoczenia – mógł chyba sugerować, że postanowił jednak spróbować. Nawet jeśli nie potrwało to zbyt długo, bo ostatecznie stwierdzenie, że przecież jej rodzice jakoś by to ogarnęli, podobnie zresztą jak krótki śmiech towarzyszący temu stwierdzeniu, musiało całkiem skutecznie zaprzepaścić jakiekolwiek próby udawania, że przecież wcale nie miał na myśli tej konkretnej łazienki, gdy wspominał o tym, że psa mógłby wykąpać ktoś inny…
Przez chwilę mogło mu zresztą przejść przez myśl, że w zasadzie chętnie przyjrzałby się także temu, jak to właśnie Casper usiłowałby zachęcić Murphy’ego do kąpieli – ze stosownej odległości oczywiście, by przypadkiem nie narazić się na próby zaangażowania go do jakiejś pomocy przy tym przedsięwzięciu. Trudno jednak byłoby zaprzeczyć temu, że to jednak Elsa dysponowała całkiem poważnymi argumentami, których zdecydowanie brakowało jej ojcu. Bo oczywiście, że po tej wzmiance na temat jej potencjalnego zapominalstwa, musiał przynajmniej przez moment zastanowić się, czy aby na pewno nie zamierzał w żaden sposób pomagać jej podczas całej tej zabawy w kąpanie psa…
I chyba mało istotne było w tym wszystkim to, że w rezultacie Murphy mógłby wciąż pozostać brudny, kiedy już miałoby okazać się, że nieco innymi sprawami należałoby się jednak zająć w pierwszej kolejności…
– Zwłaszcza te glony brzmią całkiem poważnie, więc tak, wygląda na to, że nie mamy już innej opcji – przyznał z rozbawieniem, ani myśląc o tym, żeby z całej tej ustnej umowy jakkolwiek próbować się wykręcać. I to raczej nie z obawy o to, jak te groźne glony miałyby potraktować próbę zerwania jej. Po prostu… z kim innym miałby spędzić tę resztę życia, jeśli nie właśnie z nią?
Nie miał też zamiaru protestować, kiedy bez pytania po prostu sięgnęła po jego koszulkę. Wymowne spojrzenie powinno w zupełności wystarczyć jako komentarz dla tego bezczelnego przywłaszczenia, chociaż… i tak przecież nie była to ani pierwsza, ani zapewne ostatnia rzecz spośród jego ubrań, która na jakiś czas – albo i na stałe, bo przecież i tak – miałaby przejść na jej własność. Trudno jednak byłoby mieć z tym jakikolwiek problem, skoro nawet w tych jego koszulkach wyglądała wyjątkowo dobrze. Zwłaszcza w tych, które bywały jedyną częścią garderoby, jaką czasami nosiła na sobie w domu…
Z początku nie zwrócił nawet uwagi na otwarte drzwi samochodu, zerkając w ich stronę dopiero wtedy, gdy Elsa odezwała się na ten temat. I tak, całkiem możliwe, że któreś z nich – pewnie właśnie on, bo to chyba jego najłatwiej byłoby posądzić o podobną niefrasobliwość – musiało zapomnieć o zamknięciu drzwi, kiedy już skończyli przenosić do domku przywiezione ze sobą bagaże. Nie wyglądało jednak na to, by ktokolwiek postanowił wykorzystać to niedbalstwo do tego, by spróbować przywłaszczyć sobie samochód… Albo była to wyjątkowo nieudolna próba kradzieży, skoro ten wciąż stał na swoim miejscu, a żadnego złodzieja nie było nigdzie w pobliżu.
A przynajmniej tak się wydawało do czasu, gdy Elsa zareagowała piskiem na to, co zobaczyła wewnątrz auta. Niewiele myśląc, podszedł do niej w kilku pospiesznych krokach i…
W porządku, tego zdecydowanie się nie spodziewał.
Na tyle, że przez kilka sekund po prostu przyglądał się tej trójce intruzów – zaskoczonych zresztą w niemniejszym stopniu niż oni sami… Dopiero krótkie szczeknięcie Murphy’ego – który chyba nie zdążył jeszcze zdecydować, czy chciałby z nowymi kumplami się zaprzyjaźnić, czy może jednak przepędzić ich jak dzika – przypomniało mu o tym, że może jednak wypadałoby jakoś wyprosić towarzystwo z samochodu. Choć raczej niewiele wskazywało na to, że zwierzaki miałyby tak łatwo odpuścić sobie znaleziony wewnątrz poczęstunek…
– Weź psy do środka – podał jej smycz Murphy’ego, który coraz mocniej zaczynał interesować się tym, kto dobrał się do jego karmy. Oraz, tak przy okazji, chyba zaczynał zdawać sobie sprawę z tego, że niespecjalnie podobało mu się, musiał się nią z kimś dzielić, więc… tak, zabranie jego i Olive do domku było chyba całkiem niezłym pomysłem. Chociaż wciąż tak nie do końca rozwiązywało to problem zorganizowanego w samochodzie bufetu…
Nie mając lepszego pomysłu, obszedł samochód dookoła, otwierając drzwi po drugiej jego stronie. Rozejrzawszy się po najbliższej okolicy, mógł za to wypatrzeć jakąś gałąź, która całkiem nieźle mogła nadawać się do tego, by spróbować przepłoszyć zwierzęta z samochodu – bo jednak ich pięknie zaprezentowane zębiska niespecjalnie zachęcały do tego, by pakować tam ręce… I może nawet to lekkie szturchnięcie gałęzią jednego z futrzanych zadków nie byłoby takim głupim pomysłem – dwa szopy rzeczywiście postanowiły odpuścić sobie posiłek i niezadowolone wybiegły z auta, znikając wkrótce w okolicznych zaroślach – gdyby nie to, że… nie do końca skutecznym. Trzeci intruz musiał najwyraźniej dojść do wniosku, że psia karma była zdecydowanie zbyt smaczna, by tak po prostu ją zostawiać i w związku z tym przeskoczył jedynie na przednie siedzenie, skąd wciąż fukał ostrzegawczo, komunikując wszem wobec, że nigdzie się nie wybierał.
– Myślisz, że tego jednego możemy po prostu zabrać ze sobą…? – oczywiście, że całą tę sytuację Dante musiał mimo wszystko uznać za wyjątkowo zabawną. Co do tego trudno byłoby mieć wątpliwości, kiedy już wyprostował się, żeby z trudnym do ukrycia uśmiechem zerknąć w kierunku, gdzie spodziewał się zastać Elsę. – Chyba, że masz jakiś lepszy pomysł jak się z nim dogadać…
Zajrzał raz jeszcze do samochodu, z którego szop niezadowolonym pomrukiem oznajmił właśnie, że o żadnym dogadywaniu się nie było mowy. Przyszedł się tu przecież najeść, a jeżeli tym upierdliwym ludziom to nie pasowało, to… mogli poszukać sobie innego samochodu. Oraz karmy, bo ta na pewno nie należała już do psów.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Wiedziała jakich argumentów użyć, aby Dante był bardziej skory do współpracy. Bo choć nigdy nie dał jej do zrozumienia, że chciał od niej tylko jednego —choćby w czasach licealnych, nie zaciągnął jej do łóżka po tygodniu związku, ale także szanował każde jej "nie", "za wcześnie" czy także późniejsze "nie mam dziś ochoty". Bo przy nim nigdy nie musiała kłamać, że bolała ją głowa. "Nie" oznaczało "nie" i nigdy tego nie kwestionował. A przynajmniej nie na głos, bo to co sobie myślał i wyklinał w głowie to mogła być zupełnie inna sprawa. Zawsze uważała się za ogromną szczęściarę, że to właśnie z nim miała swój pierwszy raz i nawet jeśli jej ojciec mógł być nieco innego zdania i wybrać sobie na przyszłego zięcia rzekomo tysiąc lepszych facetów. Ale chyba nawet Casper, niechętnie, bo niechętnie musiał przyznać sam przed sobą, że choć nie cierpiał gówniarza to Else traktował naprawdę dobrze.
Ale nadal był facetem! Wzrokowcem, który może nie zawsze mówił jak pięknie wyglądała albo jak chętnie pozbyłby się bielizny, którą akurat miała na sobie, jednak jego spojrzenie zdawało się zdradzać wszystkie jego myśli.
Pamiętała o swoim życzeniu z labiryntu luster. Jakoby miał być jej do końca życia i ani dnia krócej. Ale po tym co się tam stało i jak dalej potoczyły się ich losy, czy powinno kogoś dziwić, że teraz wypowiadając bardzo podobne marzenie, podświadomie przestraszyła się własnych pragnień? Tak jakby jej mózg był gotowy usłyszeć, że znów zamierzał wyjechać tylko na rok. Ale… cisza. A nawet niekoniecznie. Bo stwierdził, że to ich właśnie czekało — wspólne życie.
Zignorowała jego wymowne spojrzenie, gdy bez pytania zgarnęła leżącą na piasku jego koszulkę i po ściągnięciu swojej, zarzuciła ją na siebie. On mógł chodzić topless, wywołując u mijanych plażowiczek ciche jęki żałości i zazdrości, że też tak wyglądający facet musiał być zajęty…
Jednak otwartego auta już tak łatwo zignorować nie mogła. Zwłaszcza, że od razu zaczęła się zastanawiać czy to czasem nie ona zawiniła. W końcu, podczas kiedy Dante był zajęty zabieraniem ich wszystkich walizek — a że musiała spakować rzeczy na KAŻDĄ ewentualność to trochę tych bagaży było — ona zajęła się zbieraniem psiego ekwipunku. I najprawdopodobniej mogła nie domknąć drzwi, chcąc wrócić się jeszcze po tę nieszczęsną karmę, ale Murphy domagał się spaceru już, natychmiast i bez dyskusji, więc musiało jej to wylecieć z głowy…
Ale żeby od razu szopy? Już mniej by ją zaskoczył widok jakiegoś pijanego chłopa, który dopiero co wracał z imprezy i postanowił się zdrzemnąć na miękkiej kanapie. Ale… dlaczego szopy?
I choć zwierzęta te nie wyglądały jak pluszowe maskotki, które można było wygrać podczas ustawionych gier w wesołym miasteczku to nie bała się o siebie czy Dantego tak bardzo jak o psy. Bo choć szczeniak już rwał się do bliższego zapoznania z sierściuchami to wcale nie oznaczało, że one również chciały go zaprosić do wspólnego konsumowania karmy. Olive z kolei od razu uciekła tak daleko na ile pozwalała długość jej smyczy. Najwyraźniej dzik był mniej przerażający niż stado tlusciowych, które dobierały się do jej smakołyków.
Od razu wzięła też smycz od Dantego i całą dwójkę zamknęła w domku, upewniając się, że i tam nie zalęgły sie żadne szkodniki. Sama zaś stanęła na tarasie, skąd miała dobry widok na poczynania chłopaka. I ewentualne kibicowanie, bo przecież nie przypuszczała, że mogłaby mu pomóc w jakiś inny sposób jak okazując mentalne wsparcie. Ale jakby się uprzeć to może mogłaby zrobić pompony z worków na śmieci. Obserwowała jak otwiera drugie drzwi od auta i kijem próbuje wygonić niechcianych lokatorów. Na szczęście te nie wybiegly od strony domku, bo chyba by dostała zawału. Szkoda jednak, że jeden uparciuch uznał, że to pyrganie kijem wcale nie było takie złe.
— Co? — Spojrzała zaskoczona na chłopaka, gdy zadał pytanie o przygarnięcie szopa, licząc, że może jednak się przesłyszała. Ta, chciałaby.
— Pewnie. Ale ty go kąpiesz i chodzisz z nim do weterynarza. Już zamawiam mu adresowke do obroży… a niech to, nie ma tu zasięgu, co za pech… a tak bardzo chciałam mieć w domu szopa, którego prawo zabrania hodować. — Wywróciła teatralnie oczami. Powinien się cieszyć, że wybrała taką firmowe komunikacji zamiast od razu mu powiedzieć, że go chyba posrało.
— Nie wiem… może na ucho sarny go zwabimy? Murphy pewnie się obrazi, że rozdajemy jego smaczki, ale nic innego mi do głowy nie przychodzi — odparła zrezygnowana. Nie tak dawno temu uratowała tonącego w jeziorze szopa podczas spaceru z Olive, ale tamten był malutki i zdecydowanie zbyt przestraszony, żeby protestować i się wyrywać z rąk Norweżki. Ten z kolei wyglądał jakby miał zamiar odgryźć jej głowę, gdyby tylko wyciągnęła w jego stronę dłoń. Dlatego weszła do domku po wspomnianego psiego rarytasu i gdy po kilku chwilach wróciła już z odpakowanym uchem, rzuciła go w stronę Dantego. No ten chyba się nie spodziewał, że ta zbliży się do auta, kiedy koczował w niej krwiożerczy szop.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może i nie było to najpowszechniejsze podejście w czasach liceum, ale chyba już wtedy co najmniej niesmak budziły w nim przewijające się nad wyraz często w męskim gronie tematy dotyczące tego, jaką strategię należałoby obrać, żeby jak najszybciej zaciągnąć jakąś dziewczynę do łóżka – względnie na tylną kanapę samochodu, czy do jakiejś łazienki w tracie imprezy… Niesmak z kolei mógł zmieniać się co najwyżej w poirytowanie kiedy temat zaczynał oscylować niebezpiecznie blisko tego, czy jemu wreszcie udało się dobrać do majtek swojej dziewczyny, skoro już postanowił popsuć wszystkim innym ten ich idiotyczny zakład. I nie, irytacja w tym wypadku zdecydowanie nie dotyczyła tego, że Elsa nie zamierzała rozbierać się przed nim przy pierwszej lepszej okazji. Bo… tego z całą pewnością od niej nie wymagał. Był przecież w stanie zrozumieć, że faktycznie mogło być dla niej za wcześnie, mogła nie mieć ochoty, czy cokolwiek innego. I niezależnie od tego, jak bardzo mogła go pociągać, z całą pewnością nie zamierzał jej do niczego zmuszać. Zresztą… chyba warto było zaczekać, skoro dzięki temu przynajmniej obydwoje całkiem miło mogli wspominać swój pierwszy raz…
Za to pewnie poważne wątpliwości można byłoby mieć co do tego, w jaki sposób mieliby wspominać za jakiś czas to niespodziewane spotkanie z szopami… Możliwe jednak, że w tej kwestii ich zdania mogły się nieco od siebie różnić – zwłaszcza, że wiele wskazywało na to, że już teraz chyba tylko jedno z nich uważało tę sytuację za dość zabawną…
Całe to mentalne wsparcie z tarasu z całą pewnością było niesamowicie pomocne. Może i w żaden sposób nie ułatwiało wyproszenia szopa z samochodu, ale… na pewno bez tego Dante poradziłby sobie jeszcze gorzej.
Choć może wcale jednak nie przeszkadzał mu tak bardzo ten brak prawdziwego wsparcia. Najwyraźniej bawił się całkiem nieźle, nawet mimo kompletnego braku współpracy ze strony futrzaka. Świadczyć o tym mogło choćby parsknięcie śmiechem w odpowiedzi na to, jak Elsa zareagowała na jego sugestię przygarnięcia do domu nowego zwierzaka.
– Na pewno nikt nawet by się nie zorientował, że to nie pies… – chociaż może naprzemiennie mógłby bywać również kotem, bo jednak psa trudno byłoby posądzić o ten donośny syk, jaki zwierzę z siebie wydało, kiedy Dante przy użyciu tej nieszczęsnej gałęzi usiłował przekonać go do powrotu na tylną kanapę i ewakuacji z samochodu.
Nie do końca był wprawdzie przekonany co do tego, czy ucho sarny rzeczywiście mogło tu jakoś pomóc, ale… skoro już szopy skusiły się na psią karmę, to może faktycznie nie gardziły też innymi psimi przysmakami… Pewnie więc warto było spróbować. Wciąż jednak spodziewał się, że Elsa po prostu mu to ucho poda… Kiedy więc to wylądowało zaraz pod jego nogami, przez moment przyglądał mi się zaskoczony, by następnie przenieść spojrzenie na taras, który najwyraźniej nadal stanowił jakąś niezdobytą twierdzę, której żaden szop nie dałby rady sforsować.
– Serio, Els…? – znów roześmiał się, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że z każdą kolejną chwilą ta sytuacja stawała się coraz bardziej komiczna. Zwłaszcza jeśli dołożyć do tego ciche chrupanie dobiegające z samochodu – bo najwyraźniej w ciągu tych paru chwil, gdy zwierzak miał względny spokój i nikt nie trącał go żadnymi gałęziami, ten musiał dojść do wniosku, że najlepszym co mógłby zrobić było… ponowne zajęcie się jedzeniem. – A właściwie masz jakiś pomysł, jak mam go niby zwabić tym uchem? Szopy jakoś się w ogóle woła…?
Odłożył na bok gałąź, póki co uznając ją za zbędną i zamiast tego schylając się po to sarnie ucho. Pomysł z wabieniem szopa może i faktycznie był całkiem niezły, zdecydowanie gorzej było z realizacją. Albo… mogłoby być, gdyby Dante faktycznie miał w zwyczaju słuchać tego cichego głosiku z tyłu głowy, który tym razem mógłby na przykład przypomnieć mu, że podtykanie dzikiemu zwierzęciu rąk pod nos najprawdopodobniej nie było najlepszym pomysłem…
Na szczęście – niestety – nie zwykł słuchać głosów niewiadomego pochodzenia, toteż już po chwili, nie tracąc czasu na zbędne rozmyślania, nachylał się do wnętrza samochodu, podsuwając szopowi sarnie ucho. Ten w pierwszym momencie zareagował dokładnie tak, jak można byłoby się spodziewać – kolejnym warknięciem i prezentacją uzębienia, ale… po chwili poruszył kilka razy nosem, dając sobie jeszcze kilka sekund do namysłu. Aż wreszcie musiał dojść do wniosku, że przekupstwo wcale nie było takie najgorsze, a podsuwany mu przysmak pachniał – cuchnął… – wystarczająco dobrze, by dać się na niego skusić. Dalej jednak wszystko potoczyło się wyjątkowo szybko – szop rzeczywiście chwycił to nieszczęsne ucho, wcześniej jednak zatapiając na moment ostre zęby w dłoni Dantego – co zresztą ten podsumował w jedyny słuszny sposób, a więc donośną kurwą. Zaraz po tym zwierzak czmychnął z samochodu ze swoją nową zdobyczą, niespecjalnie przejmując się rzucanymi pod jego adresem – oraz paru wcześniejszych pokoleń – wyzwisk.
– No zajebisty pomysł z tym uchem, faktycznie… – mimo wszystko wciąż jeszcze dało się w jego głosie wychwycić rozbawienie, kiedy zerknął na swoją dłoń, by ocenić obrażenia. Nie wyglądało to najgorzej, może nawet była szansa na to, że obejdzie się bez amputacji, ale… – Masz pod ręką jakiś… plaster? Bandaż? Nie wiem, cokolwiek. Możesz rzucić, tak samo jak uchem.
Usiadł na tylnej kanapie wolnego już od szopów samochodu, nogi wystawiając jednak na zewnątrz i wychylając się jedynie w kierunku Elsy. Raczej nie potrzebowali do pełnego kompletu wyjazdowych przygód jej ataku paniki, więc tym razem rzucanie przez nią z tarasu czymś, czym mógłby ten ślad po ugryzieniu skutecznie zakryć, mogło okazać się całkiem niezłą strategią.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Elsa z kolej czuła dziwną presję. W liceum co druga dziewczyna nie potrafiła zrozumieć dlaczego ta jeszcze z nikim nie spała, a już w ogóle nie mogły pojąć jakim cudem po tygodniu jej związku — bo przecież nadal nie wierzyły, że ta dwójka chodziła ze sobą na serio — z Dante, nie rozłożyła jeszcze przed nim nóg. Słuchanie głupich komentarzy, że jak dalej będzie zgrywała cnotkę to w końcu ją zostawi, bo w końcu każdy facet miał potrzeby i zwykłymi pocałunkami na pewno ich nie zaspokoją. I choć początkowo sama zaczynała w to wierzyć, Dante bardzo szybko pokazał jej, że nie miała powodu się bać. Ilekroć prosiła go, żeby nieco przystopowali przy pieszczotach, natychmiast się zatrzymywał. Nigdy nie nalegał. Nigdy nie próbował jej przekonywać ani sprawiać, by czuła się winna. Po prostu pozwalał jej samej zdecydować, kiedy będzie gotowa na kolejny krok. I chyba właśnie dlatego, kiedy w końcu nadszedł ten moment, nie towarzyszył jej strach, że robi coś, czego powinna żałować. Była pewna, że robi to dlatego, że sama tego chce — i że jest przy niej ktoś, komu naprawdę ufa. Dlatego też nigdy nie żałowała, że to właśnie Dante był jej pierwszym.
Wspomnienia związane z szopą rodzinką z pewnością nie miały należeć do tych, które Elsa chciałaby opowiadać w gronie przyjaciół czy rodziny. Chociaż widząc ten szeroki uśmiech na twarzy Dantego podejrzewała, że o swoich przygodach zacznie mówić przy pierwszej możliwej okazji, a jak tą pierwszą okazją miałoby być jeszcze spotkanie Erica… może lepiej, żeby już się nastawiała, że chłopak nie wróci do domu przez kolejne dwa dni, gdy tak wkręci się w relacjonowanie historii z dziką rodzinką w roli głównej.
No ale to wszystko na pewno nie było w jej weekendowym bingo. Najpierw dzik, a teraz szopy? I to jeszcze z przewagą liczebną. Na szczęście dwoje z nich okazało się wystarczająca tchórzliwa i dała się przestraszyć patykowi, ale ten jeden zdawał się być bardziej zdeterminowany od swojego rodzeństwa. I dźganie gałęzią chyba tylko bardziej go wkurzało, co oznajmiał głośnym syknięciem, warknięciem albo innym trudnym do zidentyfikowania odgłosem. Jednakże wystarczająco strasznym, aby upewnić Elsę, że stanie na tarasie było najlepszym pomysłem na jaki mogła wpaść.
— Może jak upijesz weterynarza to zgodzi się wpisać w jego książeczce, że to pies. Rasy szop. — Wywróciła teatralnie oczami, bo jej naprawdę nie było do śmiechu. Chociaż najgorsze było chyba to, że nie miała pewności czy Dante mówił na serio, czy też sobie robił jaja. Bo z nim przecież nigdy nie było wiadomo.
Pewnie mogła mu rzucić paczkę którejś z kupionych niedawno przekąsek. W końcu te szkodniki robiły napady na śmietniki, więc skoro nie gardziły spleśniałym chlebem czy niedojedzonym mielonym to chrupki kukurydziane powinny być przez nie traktowane jak prawdziwy rarytas! No ale ten rarytas mieli tylko jeden, a sarnie uszy zapakowała do torby psów przynajmniej trzy sztuki, więc tutaj wybór był prosty.
Patrzyła jak ucho leci łukiem i ląduje tuż pod nogami Dantego. Tak! Nauczyciel wfu powinien być z niej dumny! Jak nic dostałaby za ten rzut szóstkę.
— Ale że o co ci chodzi? Mogłam cię w łeb trafić, więc doceń… — Parsknęła cichym śmiechem, przypominając mu po raz kolejny o swoich wspaniałych umiejętnościach w trafianiu do celu. Na jego następne pytanie, wzruszyła lekko ramionami i podparła się na łokciach o drewnianą balustradę tarasu. — Nie wiem… może po imieniu? W końcu sam mówiłeś, że to prawie jak pies… albo taś taś? — No bo skąd miała wiedzieć? Pierwszy raz w życiu widziała szopa na żywo. Tym bardziej nie było mowy o goszczeniu go w aucie i wyciąganiu go z niego! Ale nie spodziewała się, że ze wszystkich możliwych opcji tej wybierze karmienie zwierzaka z ręki. Dlatego słysząc te siarczystą kurwę po prostu wiedziała, że tamten go użarł. I nawet jeśli po chwili uciekł, trzymając w swoich łapkach śmierdzącą zdobycz, tym samym pozbawiając ich głównego problemu, to pozostawił inny — zranioną rękę Dantego.
— No bo co trzeba mieć w głowie, żeby dzikie zwierzę karmić z ręki! — krzyknęła przestraszona i zaraz wybiegła z tarasu, kierując się szybko do auta. Oczywiście, że od razu pomyślała o apteczce, a tą miała w samochodzie. Ostatnio nawet ją uzupełniała, tak jakby miała przeczucie, że mogą się przydać nowe bandaże i środki do odkażania ran. I choć mogło to być okropne z jej strony, to nie spojrzała w stronę chłopaka, nie wspominając o jego ręce. Jak sam słusznie twierdził, jej atak paniki to było ostatnie czego potrzebowali w tej chwili i choć czuła się podle… to nie mogła przy nim kucnąć i pomóc.
— Równie dobrze mogłeś go po prostu wziąć na ręce i wynieść z auta… wyszłoby na to samo… czemu nie poszczułeś go tym uchem, a potem nie rzuciłeś gdzieś na drogę? — mamrotała zdenerwowana, przeszukując bagażnik w poszukiwaniu czerwonej torby. A gdy to się udało, wyciągnęła z niego kilka opatrunków jałowych i bandaż, oraz oczywiście płyn do dezynfekcji. Podała je chłopakowi, po czym sama wpakowała się do auta, ale usiadła odwrócona do niego plecami. Czuła się nieswojo, gorzej jej się oddychało, bo przecież wystarczyła sama świadomość, że Dante był ranny, ale na szczęście do ataku było jeszcze daleko.
— Musimy jechać do szpitala. Przecież on mógł mieć wściekliznę… do tego zastrzyki na tężec… masz aktualne szczepienia? Przecież ranę musi obejrzeć lekarz, żeby ci się tam nic nie babrało… — Znów się odpaliła, ale czy ktoś w ogóle jej się dziwił, że właśnie stres zżerał ją od środka? Jej chłopak został ugryziony przez szopa, a ona nawet nie mogła mu pomóc…
Faen!

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
ODPOWIEDZ

Wróć do „Summer by the Lake”