To nie miało prawa skończyć się dobrze.
A już na pewno nie tym
grzecznym powrotem do domu, który jeszcze do niedawna mógł stanowić całkiem realną opcję, a który nagle zamieniał się w jakąś bardzo odległą wizję – w dodatku taką, którą Dante coraz mniej chętnie brał w ogóle pod uwagę. Najwyraźniej z góry musiał założyć, że zwyczajnie nie pozostawało mu wiele więcej, jak tylko pogodzić się z tym, że to miał być po prostu kolejny wypad do baru, który może i z początku miał skończyć się na ledwie kilku grzecznie wypitych drinkach oraz powrotem do domu o względnie przyzwoitej porze, ale… wszystko wskazywało na to, że plany musiały się
nieco pozmieniać. Jak bardzo? Tego jeszcze nie wiedział, ale wnioskując po stanie, w jakim znajdował się Noah – prawdopodobnie już teraz powinien
na wszelki wypadek uprzedzić Elsę, że nie powinna spodziewać się go w domu zbyt wcześnie.
Albo zasugerować zamówienie kumplowi Ubera, co pewnie byłoby tą
najrozsądniejszą opcją. Gdyby jednocześnie nie było tą, która nie miała nawet prawa przejść Dantemu przez myśl. Nawet jeśli nie trzeba było wiele, by dojść do wniosku, że Beaumont nie powinien raczej decydować się na kolejnego drinka… obaj byli przecież –
podobno – dorośli, o podobnych kwestiach mogli decydować samodzielnie, a Dante był prawdopodobnie ostatnią osobą, która mogłaby sugerować komuś odpuszczenie dalszego picia i powrót do domu.
Zresztą, wspomnienie licealnych czasów też jakoś niespecjalnie sprzyjało tym
rozsądnym decyzjom. Mało to razy zdarzało im się wtedy testować własne możliwości, nie myśląc nawet o zakończeniu picia, jeśli tylko wciąż byli w stanie utrzymać w ręku butelkę, puszkę, czy inną szklankę – zależnie od okoliczności…? Tymczasem Noah zdawał się być aktualnie nawet tych kilka poziomów wyżej, nadal utrzymując się w pionie. Średnio bo średnio, ale jednak. Nadal nie runął na ziemię i może nawet byłby w stanie przejść tych kilkanaście kroków, nie przegrywając po drodze walki z grawitacją, więc… wniosek mógł być tylko jeden – jak najbardziej nadawał się do dalszego picia.
–
Słusznie. Do trzeźwienia lepiej nie dopuszczać, w końcu to nic fajnego – parsknął śmiechem, nie mogąc nie zgodzić się z jego słowami. Zwłaszcza, że poniekąd sam wyznawał chyba podobną zasadę.
Dopił to, co pozostało mu w szklance, pustą natomiast odstawił na blat. Choć przed tym dał sobie tych kilka sekund na przyjrzenie się jej, jakby przez tę krótką chwilę
zdrowy rozsądek próbował jednak walczyć o prawo głosu i przypomnieć mu, że nie tak miały wyglądać plany na ten wieczór. Niestety, ta walka musiała skończyć się całkowitą porażką, dlatego już po chwili Dante mógł po prostu uśmiechnąć się beztrosko, przenosząc spojrzenie na Beaumonta.
–
Pewnie coś mocniejszego niż do tej pory. Wygląda jakbym miał do nadrobienia parę kolejek, żeby cię w ogóle dogonić – i chyba niespecjalnie mu ten
przymus przeszkadzał, o czym dość jasno mógł świadczyć wciąż wyraźnie rozbawiony ton głosu. Właściwie… znacznie bardziej zaczynało przeszkadzać mu raczej to, że póki co czuł się stanowczo
zbyt trzeźwo. Na szczęście nie był to jednak problem, którego nie mogłaby rozwiązać porcja kilku shotów – bo przecież tyle powinno chyba wystarczyć, by rzeczywiście przynajmniej trochę nadgonić ten dystans, jaki jeszcze ich dzielił.
–
No i totalnie nie wiem za kogo mnie masz, skoro myślisz, że miałbym szukać jakichś wymówek – nawet nie starał się, by dość wiarygodnie udawać to rzekome oburzenie. Ale mimo wszystko faktem pozostawało, że jeszcze w czasach licealnych z całą pewnością daleki był od tego, żeby w ogóle próbować jakkolwiek wykręcać się od jakichś imprez. Pod warunkiem, że rzeczoną wymówką nie miałoby być to, że wcześniej zdążył już umówić się z Elsą – w takim przypadku rzeczywiście zdecydowanie bardziej wolał spotkania z dziewczyną niż upijanie się po raz kolejny ze znajomymi. –
Co proponujesz zamiast tego grzecznego powrotu do domu? Poza treningiem wątroby, to raczej dość oczywiste…
W niemym toaście uniósł na moment kieliszek z jednym z przygotowanych przez barmana shotów, w kolejnej chwili przechylając szkło do ust. Tak, czując to dobrze znane palenie w gardle, mógł chyba utwierdzić się w przekonaniu, że to
zdecydowanie miał być jeden z tych wieczorów, który po prostu nie miał prawa zakończyć się
nudą. A chociaż alternatywą było zwykle pakowanie się w coś wyjątkowo durnego, w co absolutnie nie warto było się pakować… na pewno nie miał zamiaru jakkolwiek narzekać. Wręcz przeciwnie. Wciąż utrzymujący się na twarzy uśmiech chyba dość wyraźnie mógł świadczyć o tym, że i on cieszył się, że kompletnym przypadkiem mogli natknąć się na siebie w klubie i zyskać tym samym okazję do tego, by rzeczywiście w pewien sposób cofnąć się do czasów liceum.
Noah Beaumont