25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oczywiście, że z tej przygody z szopami zamierzał w najbliższym czasie zrobić anegdotę, która świetnie nadawałaby się do opowiadania wśród znajomych. W końcu ilu z nich mogłoby poszczycić się tym, że wyszli zwycięsko – no, prawie… – ze spotkania z trójką grasujących po samochodzie szopów…?
Pewnie też wcale nie trzeba byłoby mu tak wiele, by naprawdę rozważyć oswojenie zwierzaka i zabranie go ze sobą do domu… Może gdyby tylko ten wykazywał nieco większą chęć współpracy albo przynajmniej nie zachowywał się, jakby rzeczywiście zamierzał pożreć nie tylko tę psią karmę, ale również Dantego i Elsę, a na koniec dobrać się jeszcze do zamkniętych w domku psów… Tymczasem – szczęśliwie dla dziewczyny – wszelkie sugestie, że mogliby tego jednego szopa przygarnąć, pozostawały raczej w sferze żartów. Chociaż… kto wie, może gdyby jednak futrzak nieco bardziej przyjacielsko zareagował na podsunięte mu sarnie ucho, Dante byłby skłonny przemyśleć ten pomysł raz jeszcze. Kiedy jednak ten za przysmak odwdzięczył się dość bolesnym ugryzieniem, zdecydowanie bardziej prawdopodobne stało się to, by chcieć przerobić go na czapkę, czy inną parę rękawiczek niż zwierzaka domowego. Możliwe więc, że całkiem nieźle się złożyło, że ten pospiesznie zwiał z samochodu – w przeciwnym razie sytuacja mogłaby skończyć się nieco większą liczbą ofiar. W ludziach lub szopach, zależnie od tego, kto ostatecznie miałby wygrać to starcie…
Z pewnym niepokojem przyjął fakt, że Elsa – zamiast raz jeszcze dać popis swoich umiejętności trafiania do celu – zdecydowała się opuścić swoją bezpieczną fortecę i skierować wprost do samochodu. I nie, ani trochę nie miał jej za złe tego, że nawet nie spojrzała w jego stronę. Przeciwnie – za to akurat mógł być jej co najwyżej wdzięczny, skoro obydwoje raczej zgadzali się co do tego, że nie potrzebowali na dziś więcej atrakcji. A przynajmniej nie tych, jakie mógłby zapewnić im jej atak paniki na widok krwi sączącej się z rany po ugryzieniu.
Miałem taki zamiar, ale siedział za daleko i trudno było sięgnąć – zaśmiał się krótko, przy okazji wywracając oczami na te jej dobre rady udzielane nieco po fakcie. – No i wyobraź sobie, że trochę za szybko uznał, że faktycznie chce sobie wziąć to ucho, żeby można było mu je gdzieś rzucić…
Bo – wbrew temu co twierdził chwilę wcześniej – nie planował przecież ani brać szopa na ręce, ani też karmić go z ręki. Faktycznie w pierwotnym założeniu chciał chyba wyrzucić to ucho za drzwi, kiedy tylko futrzak miałby się nim zainteresować. I znów – plan był pewnie całkiem niezły, trochę za to zawiodło jego wykonanie. Szop okazał się stanowczo zbyt szybki, a w dodatku postanowił zainteresować się nie tylko uchem, ale na dokładkę spróbować jeszcze, czy przypadkiem ludzka ręka nie smakowałaby równie dobrze. Albo po prostu odwdzięczył się za to wcześniejsze szturchanie patykiem – trudno było stwierdzić i raczej niewielkie były szanse na to, by mieli jeszcze okazję zapytać o to sprawcę całego zamieszania. Chyba, że ten postanowiłby wrócić na deser…
Przemył ranę podanym mu płynem do dezynfekcji, raz jeszcze przyglądając się jej przez moment. Wciąż nic szczególnie fajnego, ale też wciąż nie wyglądało na to, by musiał się nią jakoś mocniej martwić. Możliwe, że szop ledwie go drasnął, nie pokazując nawet pełni swoich możliwości. Zwykły opatrunek powinien więc w zupełności wystarczyć – i nawet rzeczywiście zabrał się za opatrywanie tego ugryzienia, kiedy dotarły do niego kolejne słowa Elsy.
Co…? – zmarszczył brwi, na moment przerywając owijanie dłoni bandażem. Za to odwrócił się przez ramię, żeby zerknąć w jej stronę, jakby rzeczywiście spodziewał się, że lada moment sama zreflektuje się, że nie było to przecież nic aż tak poważnego. Tyle, że na to chyba się nie zanosiło. – Nie, nie przesadzaj, nie musimy jechać do żadnego szpitala. Nie wyglądał przecież jakby miał wściekliznę. To nic takiego i… do jutra na pewno nic się nie stanie.
Naprawdę nie miał przecież ochoty marnować czasu, jaki mieli spędzić w tym cholernym rozwalającym się domku na to, by urządzać sobie jakieś wycieczki do szpitala. Pospiesznie dokończył opatrywanie rany, by następnie ponownie odwrócić się w stronę Elsy. Bez zastanowienia odciągnął lekko materiał tej nieco za dużej na nią koszulki, po czym cmoknął ją krótko w odkryte w ten sposób ramię. Widocznie to właśnie miało przekonać ją, że absolutnie nic się nie działo i że nie było potrzeby wybierać się dokądkolwiek.
A w razie jakby jednak coś zaczęło się babrać, jutro możemy odwiedzić jakiegoś lekarza – dodał, mimo wszystko jednak bez większego przekonania. Wciąż jednak znacznie bardziej wolał tę swoją wersję, zgodnie z którą przejmowanie się ugryzieniem jakiegoś dzikiego szopa było zwykłym dramatyzowaniem i czymś, co w ogóle nie powinno mieć miejsca. – Chociaż pewnie i tak każdy stwierdziłby, że to zwykła pierdoła i nie ma się czym przejmować…
W porządku, co do tego mógł mieć już pewne wątpliwości. Bo jednak domyślał się, że większość lekarzy faktycznie podzielałaby opinię, że podobnych ugryzień – nawet jeśli nie wyglądały zbyt groźnie – lepiej było nie bagatelizować tak zupełnie. Mimo wszystko naprawdę postarał się, żeby zabrzmiało to, jakby był absolutnie pewny tego, że tak właśnie musiałoby być i że w związku z tym nie było sensu zawracać głowy żadnemu lekarzowi. I… możliwe, że nawet względnie mu to wyszło.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Coraz częściej zdarzało jej się myśleć, że powrót na terapię nie byłby takim złym pomysłem. Nie chodziło oczywiście o spotkania ze szpitalnym psychologiem, który próbował się dowiedzieć, co złego działo się w życiu Norweżki, że postanowiła rzucić się w wir ćpania i alkoholizacji, w ogóle nie słuchając, że to był tylko jeden drink w klubie i tylko dwie tabletki, które pomyliła z ibuprofenem. Tylko jednocześnie nie zamierzała mu zdradzać czyje były w takim razie prochy skoro nie jej, więc musiała grzecznie odbębnić swoje.
Ale jako mała dziewczynka regularnie odwiedzała wielce znanego i podziwianego terapeutę, który próbował pomóc z jej napadami paniki związanymi z widokiem krwi. Podobno źródło tego problemu było głęboko zakorzenione w jej świadomości i wspomnieniach, które to z kolei wyparła i nie pozwoliła nikomu dokopać się wystarczająco głęboko, aby mogła sobie je na nowo przypomnieć. Może więc… skoro już dorosła, była bardziej świadoma wielu rzeczy i aż tak się chyba nie bała rozmów z obcymi ludźmi. A skoro mogło to pomóc w ich wspólnym życiu – zwłaszcza, że Dante sam już zadeklarował, że chciał z nią spędzić cholernie długie całe życie – to może wypadałoby się przemóc. Tylko do tego potrzebny był jeszcze czas, a przecież już i tak przyjmowała po kilka klientek na raz, żeby móc pozwolić sobie na luźniejsze weekendy, które mogłaby spędzić z ukochanym. Bo na tym jej jednak bardziej zależało niż na względnie zdrowej głowie – żeby byli po prostu razem i to nie tylko w nocy, kiedy ona zmęczona spała wtulona w poduszkę, a on kładł się dopiero do łóżka po kilkugodzinnej imprezie.
Jednak brak jej ataków paniki z pewnością ułatwiłby im to wspólną przyszłość – nie tylko nie musiałby gnać na złamanie karku, gdy ta by się tylko skaleczyła, ale nawet w tej chwili, nie musiał się obawiać, że zobaczy sączącą się z rany po ugryzieniu krew i zamiast zająć się opatrywaniem dłoni, musiałby dodatkowo skupić na uspokajaniu jej oddechu.
Siedziała za nim, ewidentnie spięta zaistniałą sytuacją, bo naprawdę nie przewidziała, że zwierz tak szybko mógłby rzucić się na jedzenie nieznanego pochodzenia, przy okazji zatapiając swoje zębiska w nieco innym mięsku. Tylko czy był po prostu złośliwą mendą, czy najzwyczajniej w świecie się pomylił?
– Nie przesadzam… to że piana mu się nie sączyła z pyska to nie znaczy, że nie miał wścieklizny albo innych chorób. Szpital nie jest wcale tak daleko i spędzimy tam najdłużej dwie godziny i będzie można wrócić. Nawet lepiej, żeby lekarz na to spojrzał, żebyś nie miał później brzydkiej blizny…! W kosmetyczce mam jakieś leki przeciwbólowe i przeciwzapalne, ale to nie to samo co zastrzyki i… – Drgnęła delikatnie, kiedy zaczął zsuwać koszulkę z jej ramienia. – … ty mnie w ogóle słuchasz..?! Dante… mmhm.. – z jej ust wyrwało się ciche westchnienie, gdy uraczył jej ramię krótkim buziakiem. Wiedziała, że chciał ją uspokoić i zapewnić, że nic mu nie było i nie mogło być skoro to tylko lekkie draśnięcie.
Nie zgadzała się z nim, żaden lekarz nie stwierdziłby, że to lekka pierdoła i na pewno nie bagatelizowałby jego stanu, wiedząc, że został pogryziony przez szopa. A gdyby do czegoś takiego doszło to chyba niechcący mogłaby wpłynąć do jego przełożonego dziwna, anonimowa skarga, w której ten całkowicie anonimowy pacjent – bądź osoba, która mu towarzyszyła – zalecała ponowne zapoznanie się z przysięgą Hipokratesa.
– Bardzo boli? – zapytała, odwracając się po chwili w jego stronę i delikatnie przejeżdżając palcami po materiale bandaża. – Wiesz, że jak ci amputują dłoń to nadal będę cię kochać, nawet z tym kikutem, ale wtedy będziemy musieli jeździć na obiadki do mojego ojca. Albo to on znów zacznie przyjeżdżać z tymi wszystkimi pudełkami i nas dokarmiać… to chyba w sumie nie jest taki zły pomysł, masz rację, zostańmy, nie ma co przesadzać, na pewno nic ci nie jest. – Na usta dziewczyny wkradł się zadziorny uśmiech. Skoro prośbami nie była w stanie go zmusić do poświęcenia kilku godzin na odwiedzenie najbliższej placówki medycznej to może groźbą? A regularne odwiedziny Caspera zdawały się być spełnieniem największego koszmaru Dantego. Może więc wizja oglądania codziennie swojego przyszłego niedoszłego teścia jednak zmusiłaby go do ponownego przemyślenia całej sprawy?
– No i jedną ręką chyba trudno byłoby ci rozwiązać i odpinać te wszystkie moje fatałaszki, które kupiłam z myślą o naszych zabawach. Co prawda, praktyka czyni mistrza, ale do tego czasu… chyba musiałabym chodzić w dresach… – dodała zaraz tuż przy jego uchu, które czule ucałowała. Był jej bohaterem. Uratował zarówno ją jak i ich zwierzaki, a sam poniósł rany bitewne. Dlatego chciała mieć pewność, że na pewno wyjdzie z tego cało, a przynajmniej bez większych i brzydszych śladów. Tylko już naprawdę powoli kończyły jej się argumenty.


Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miał problemu z tym, że w razie jakiegoś idiotycznego skaleczenia – albo ugryzienia przez szopa, zależnie od tego, co akurat się wylosowało… – samodzielnie musiał zajmować się tymi obrażeniami. W jakiś sposób chyba też przyzwyczaił się również do tego, że niekiedy w międzyczasie trzeba było zająć się również tym, by przypomnieć swojej dziewczynie w jaki sposób należało oddychać, żeby przypadkiem nie udusić się albo nie zapowietrzyć. Gdyby jednak terapia rzeczywiście miała poprawić jej codzienne funkcjonowanie – a co do tego raczej nie powinno się mieć wątpliwości, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że na co dzień pracowała jednak z całkiem spora liczbą ostrych narzędzi… – raczej nie miałby nic przeciwko temu, żeby nieco okroić ten czas, który mogli spędzać wspólnie. O czym pewnie nie omieszkałby jej poinformować, gdyby faktycznie zechciała podzielić się swoimi rozterkami dotyczącymi skorzystania z pomocy specjalisty…
I w porządku, może i musieliby mieć wybitnego pecha, żeby trafić na lekarza, który faktycznie uznałby, że ugryzienie szopa to zwykła pierdoła i że nie trzeba było się nim przejmować. Bardzo możliwe, że zdecydowana większość doszłaby jednak do wniosku, że ranę po ugryzieniu zwierzaka, który na co dzień stołował się w śmietnikach i raczej niespecjalnie dbał o higienę jamy ustnej, wypadałoby przynajmniej porządnie oczyścić. Tyle, że ta opcja wciąż jednak niespecjalnie odpowiadała Dantemu, który naprawdę nie miał ochoty marnować nawet tych dwóch godzin na dość wątpliwą rozrywkę, jaką miałyby być odwiedziny w szpitalu. Wciąż znacznie bardziej wolał tę swoją wersję, wedle której zupełnie nic mu przecież nie było. A gdyby nawet miał się mylić… bardzo możliwe, że mimo wszystko nadal miał spore szanse na to, by dożyć kolejnego dnia i wtedy znaleźć chwilę na odwiedzenie jakiegoś lekarza…
Uśmiechnął się mimowolnie, słysząc to jej pytanie o to, czy w ogóle jej słuchał. Bo oczywiście, że na to jedyną słuszną odpowiedzią było tak dobrze jej znane mhm, którego absolutnie nie mógłby sobie odpuścić.
Parę tabletek w zupełności wystarczy, zastrzyki dalej mogą poczekać do jutra – stwierdził, całkiem wygodnie pomijając tę część jej wypowiedzi, w której zauważała, że zwierzę wcale nie musiało mieć żadnych oczywistych objawów, żeby można było w stu procentach stwierdzić, czy miał wściekliznę, czy też nie. Zbytnie skupianie się na tym, zdecydowanie za bardzo kłóciłoby się z jego oceną sytuacji, więc… można było sobie to odpuścić.
Nie. Mówiłem ci już, że to nic takiego – ugryzienie faktycznie nie bolało na tyle, by można było uznać je za wyjątkowo dokuczliwe. Choć pewnie śmiało można było podejrzewać, że nawet gdyby miało być inaczej, wciąż wolałby zachować tę informację dla siebie. W końcu… wspomniane przez nią tabletki i tak powinny załatwić sprawę, a on z całą pewnością nie zamierzał podsuwać jej argumentów, którymi mogłaby przekonać go do tego, że wizytę w szpitalu powinni odbyć jeszcze dziś. Zwłaszcza, że z ich wymyślaniem najwyraźniej i tak sama radziła sobie całkiem nieźle, co mogły potwierdzać jej kolejne słowa. Te same, na które musiał zareagować krótkim śmiechem – chociaż to tylko dlatego, że nie zakładał raczej, by ewentualna amputacja rzeczywiście była jakkolwiek prawdopodobna. W innym przypadku na pewno nie byłoby mu do śmiechu z myślą, że jej ojciec mógłby odwiedzać ich każdego dnia. Przy okazji najpewniej nie mogąc powstrzymać się od rzucanych mimochodem komentarzy dotyczących tego, jak bardzo bezużyteczny musiał być chłopak jego córki, skoro to właśnie Casper miałby być odpowiedzialny za dopilnowanie, by tych dwoje nie umarło zbyt szybko z głodu.
Strasznie żałuję, bo przecież nie marzę o niczym innym jak tylko o codziennych odwiedzinach twojego ojca i jego pudełkach z żarciem, ale… obejdzie się bez tego. Bez amputowania dłoni też. Widzisz…? – uniósł lekko tę opatrzoną rękę i poruszał demonstracyjnie palcami, jakby w ten właśnie sposób zamierzał zaprezentować jej, że wszystkie wciąż trzymały się na swoim miejscu, pozostawały całkiem sprawne i nic im w najbliższym czasie nie groziło. – Nic mi nie jest.
A nawet jeśli kolejny z przytoczonych przez nią argumentów mógłby brzmieć już nieco bardziej przekonująco, to… wciąż przecież nie planował w najbliższym czasie – tym dalszym też nie, ale pewności nigdy nie można było mieć – pozbywać się dłoni. Nie było więc mowy o tym, by miał nie poradzić sobie z rozwiązywaniem, czy odpinaniem czegokolwiek by na siebie nie założyła – nawet jeśli niekiedy z obiema sprawnymi rękami mogło wymagać to irytująco dużo czasu i cierpliwości, o którą w pewnych sytuacjach bywało jednak dość trudno…
W takim razie mam nadzieję, że coś z tego zabrałaś ze sobą nad jezioro. No wiesz, lepiej zacząć ćwiczyć już teraz, żeby później nie mieć z tym aż takiego problemu – uśmiechnął się więc, być może dając jej tym samym do zrozumienia, że w ten sposób mogła co najwyżej przekonać go do tego, że jakiś tam lekarz był absolutnie ostatnim tematem, na jakim chciałby się w tym momencie skupiać. Zresztą, to już przecież mieli ustalone – przynajmniej jego zdaniem. Na dziś mogli śmiało uznać, że nie stało się nic poważnego, a do prawdopodobnej wizyty w szpitalu wrócić ewentualnie następnego dnia.
I chyba przydałoby się tu trochę posprzątać zanim te szopy przekażą swoim kumplom, że znalazły dobre miejsce na wyżerkę… – może i sprzątanie samochodu też nie było jakimś szczególnie wdzięcznym tematem, ale… lepsze to niż dalsze roztrząsanie, czy w ciągu kolejnych kilku godzin miał pożegnać się z ręką przez te niezwykle poważne rany bitewne, czy może jednak zostało mu nieco więcej czasu. Dlatego też, traktując kwestię wizyty u lekarza za zupełnie zamkniętą, zdecydował się wreszcie wyjść z samochodu, po chwili jedynie nachylając się, żeby do niego zajrzeć i upewnić się, że Elsa zamierzała pójść w jego ślady. – W domku powinien być chyba jakiś odkurzacz…?
A przynajmniej dobrze by było, gdyby jakiś faktycznie znaleźli. Mimo wszystko ręczne zbieranie tych wszystkich psich chrupek wydawało się równie kuszącą opcją na spędzenie reszty dnia, co wycieczka do szpitala przez zwykłą pierdołę.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Buziak w ramię z pewnością był ciosem poniżej pasa. Zawsze, gdy chciał ją uspokoić bądź po prostu dać znać, że przecież wszystko było w porządku i nie musiała się niczym martwić to fundował jej takie czułe, delikatne buziaki czy to w czoło, czy właśnie w ramię. Przytulał, łapał za rękę i milion razy zapewniał, że nic się nie stało. A choć te gesty były niesamowicie urocze jak na tego gamonia i sprawiały, że po raz kolejny czuła się wyjątkowa… to nie kupowała ich. Miała tę — z pewnością dla Dantego irytującą — przypadłość, że jak już coś sobie wbiła do głowy to ciężko było ją przekonać do swojej racji. Zwłaszcza jeśli chodziło o tego gamonia. Bo ile razy słyszała, że przecież to nic takiego, a miał poobijany ten swój przystojny ryjek po bójce z kapitanem drużyny hokejowej? Zdecydowanie za często, aby tak po prostu zignorować jego obecny stan. On chciał szukać dla niej lekarza we Włoszech, bo miała tylko odrobinę podwyższoną temperaturę, a sam nie zamierzał skorzystać z pomocy, kiedy byli na miejscu w Kanadzie?
I jeszcze to jego "mhm"… chyba tylko jakiś cud ją powstrzymał przed tym, żeby nie rzucić się na niego z pazurami i to bynajmniej po to, żeby zostawić mu kilka pamiątek na plecach.
— Dante..! To nie jest ani trochę zabawne! Dlaczego ty zawsze musisz wszystko sprowadzać do żartu? Dlaczego musisz być tak uparty i w ogóle mnie nie słuchać? To dlatego, że się na tym w ogóle nie znam, tak? Skoro nie mogę sama stwierdzić czy jest potrzebna interwencja lekarza to możesz sobie tak po prostu machnąć ręką? — Nie krzyczała, ale w jej głosie można było wyczuć zdenerwowanie. Nic do niego nie docierało, żadne argumenty, żadne groźby… gdyby była lekarką albo chociaż pielęgniarką to też by się tak wzbraniał przed wizytą w szpitalu albo innej placówce medycznej? Gdyby była… nią… posłuchałby?
Nie wiedziała, dlaczego pomyślała o Ivy. Dante wspominał kiedyś, że była rezydentką w Mount Sinai, w tym samym miejscu, w którym wylądowała po tamtym rzekomym przedawkowaniu, nie miała jednak przyjemności jej tam spotkać. Ale tak samo, gdyby była prawniczką… wtedy by się stosował do jej próśb, aby przestał się pakować w kłopoty? Nie związał się jednak ani z dziewczyną po medycynie, ani po studiach prawniczych, a ze zwykłą fryzjerką, która najwyraźniej mogła mu jedynie dobierać kosmetyki do włosów…
— Nie możemy tam pojechać, żebym po prostu była spokojniejsza? Skoro to nic takiego to spędzimy tam jeszcze mniej czasu, lekarz spojrzy, posmaruje ci jakąś maścią z antybiotykiem i da naklejkę dzielnego pacjenta. Może nawet dostaniesz taką z szopem? — Uśmiechnęła się mimowolnie na samo wyobrażenie tej absurdalnej sytuacji, choć przeczuwała, że wcale nie była aż tak nieprawdopodobna.
Oczywiście, że zabrała ze sobą jedną bieliznę, którą sama najpierw musiałaby zakładać dobrych kilka minut, mecząc się z tymi wszystkimi sznureczkami i kokardkami, więc z pewnością dla niego byłoby nie małym wyzwaniem pozbycie się jej jedną ręką. Ale… znów. Znów żartował, a Elsie naprawdę nie było do śmiechu. Chciała usłyszeć, że naprawdę wszystko było w porządku z tą jego ręką… ale chciała to usłyszeć od faceta w kitlu, a nie tego kędzierzawego gamonia.
Dlatego kiedy tak po prostu wyszedł z auta, ona rozsiadła się jeszcze wygodniej, krzyżując ramiona pod biustem i nadymając lekko policzki, dając chyba jasno do zrozumienia, że nigdzie się nie wybiera.
— Nie będzie sprzątania póki nie dasz obejrzeć tej ręki lekarzowi. I będę tu siedzieć tak długo póki się nie zgodzisz do niego pojechać. Dlatego jak szopy wrócą… nie martw się. I tak nie będziesz przecież słyszeć moich krzyków… bo nigdy mnie nie słuchasz… — Przez chwilę patrzyła na niego z całkowitą powagą, za moment jednak wzdychając ciężko i zamykając oczy. Bo już naprawdę nie wiedziała, co mogła zrobić.
Wyjść za nim i udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy wcale nie była spokojna? Sprzątać samochod, podczas gdy przez cały czas myślałaby o tym czy ta rana nie była czasem głębsza niż on przypuszczał? Co, jeśli naprawdę potrzebował pomocy, a on jak zwykle postanowił zachowywać się tak, jakby był niezniszczalny? Tym razem nie zamierzała odpuszczać. Nawet jeśli oznaczało to siedzenie w samochodzie do rana. Albo przynajmniej dopóki szopy naprawdę nie postanowiłyby wrócić i zrobić sobie z niej uczty.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez krótką chwilę miał dość nieprzyjemne wrażenie, że naprawdę powinien zwrócić uwagę na to, czego Elsa nie mówiła na głos, a co mimo wszystko wciąż zdawało się chować pomiędzy poszczególnymi jej słowami niemalże na widoku. Ostatecznie jednak… przecież nie mogło być mowy, żeby w tej swojej wypowiedzi jakkolwiek odnosiła się do jego byłej dziewczyny, skoro nie miała ku temu kompletnie żadnych powodów. Nie był to temat, który miałby jakkolwiek powracać w ich rozmowach – czy w ogóle się w nich pojawiać, zwłaszcza od czasu, gdy definitywnie został zamknięty po tym, jak już Elsa miała okazję poznać dość mocno skróconą historię całego tego związku oraz, co ważniejsze, tego w jaki sposób się zakończył.
Raczej dlatego, że to naprawdę nic takiego. Ani tym bardziej nic, co nie mogłoby poczekać do jutra… – westchnął z rezygnacją, która jednak zdecydowanie nie miała jeszcze nic wspólnego z jakąkolwiek chęcią kapitulacji z jego strony. Raczej ze zniecierpliwieniem tym, że naprawdę aż tyle razy musiał powtarzać jej, że nie stało się przecież zupełnie nic, co mogłoby wymagać natychmiastowej interwencji lekarskiej. Przy czym ani trochę nie pomagał fakt, że najwyraźniej tą jedną spośród nielicznych cech, które mogłyby ich do siebie upodabniać był właśnie upór… I ewidentna niechęć do zmiany zdania, kiedy już własne uznali za jak najbardziej słuszne.
Możemy. Jutro – oczywiście, że nadal zamierzał obstawać przy swoim. To nie miał być przecież weekend poświęcony na włóczenie się po jakichś lekarzach i uskutecznienie zabaw w pokazywanie im niewartych uwagi ran po ugryzieniu. Mieli poświęcić go na odpoczynek, spędzenie czasu ze sobą i… może ewentualnie sprzątanie psiej karmy z samochodu. Tyle tylko, że najwyraźniej Elsa wciąż miała na ten temat nieco odmienne zdanie, czego trudno byłoby nie domyślić się po tym, jak już całą sobą dała mu do zrozumienia, że nie zamierzała nigdzie się ruszać.
Stłumił cisnące się na usta przekleństwo – albo i kilka, bo trudno byłoby zdecydować się na to, które najlepiej pasowałoby do całej tej sytuacji – na moment po prostu opierając czoło na przedramieniu, które z kolei ułożył na górnej krawędzi wciąż otwartych drzwi od samochodu. Kolejne przeciągłe westchnięcie pewnie można byłoby uznać już za nieco bliższe kapitulacji, ale… nie, to wciąż jeszcze nie było to.
Na razie to ty w ogóle nie słuchasz, kiedy powtarzam ci, że nic mi przecież nie jest – za to zniecierpliwienie całkiem skutecznie zastąpiło w jego głosie jakiekolwiek oznaki rozbawienia. Przynajmniej więc nie mogła mu już zarzucić, że rzeczywiście wszystko miałby obracać w żart… – Nie próbował mi odgryźć ręki, po prostu lekko zahaczył zębami. Pewnie nawet ten durny bandaż można byłoby sobie odpuścić, jakby nie chodziło tylko o to, żeby to jakoś zasłonić!
Nie, nie miał zamiaru wypominać jej tego, że to przez nią musiał zawracać sobie głowę jakimś bandażem. Ale… przecież faktycznie pewnie nawet tym za bardzo by się nie przejmował, gdyby nie chęć oszczędzenia jej nawet tej niewielkiej ilości krwi, która pewnie i tak w zupełności wystarczyłaby do zafundowania jej absolutnie zbędnego ataku paniki. Za to zupełnie już osobną kwestią było to, że chyba też niespecjalnie zwracał również uwagę na to, by nad wydźwiękiem własnych słów zastanowić się zanim miałyby one faktycznie wybrzmieć na głos.
I co niby masz zamiar zrobić z psami? Zostawić w domku, czy zabrać ze sobą na wycieczkę? – dodał, zerkając w kierunku budynku, w którym Murphy najprawdopodobniej zdążył już znaleźć sobie jakieś kreatywne zajęcie, które prawie na pewno musiało wiązać się z mniejszymi lub większymi zniszczeniami. Oczywistym było, że najrozsądniejszą opcją musiała okazać się ta, w której wizytami lekarskimi mogliby faktycznie zacząć martwić się dopiero kolejnego dnia, najlepiej po odstawieniu psów do domu.
Przecież nic się nie stanie, jak poczekamy z tym do jutra… – może i ktoś mógłby pokusić się o stworzenie listy wszystkiego, co jednak stało się za każdym razem po tym, jak już Dante miał okazję posłużyć się podobnym stwierdzeniem, ale… w tym przynajmniej faktycznie przebiło się już coś, co przy odrobinie dobrych chęci można byłoby uznać za potencjalnie zbliżającą się kapitulację. Ponownie usiadł też na tylnej kanapie samochodu, raczej jednak nie po to, by dać się grzecznie zawieźć dokądkolwiek – przed tym pewnie jednak wypadałoby się przynajmniej w pełni ubrać, skoro aktualnie to Elsa miała na sobie jego koszulkę… Ale w ten sposób mógł przynajmniej oprzeć głowę o zagłówek, przechylając ją w stronę swojej – równie upartej co on sam – dziewczyny i uraczyć ją wyczekującym spojrzeniem, które najwyraźniej miało ostatecznie przekonać ją, że dalsze tkwienie w tym cholernym samochodzie nie miało najmniejszego sensu. Oraz że nie zamierzał przecież paść trupem w ciągu kilku najbliższych godzin, więc… naprawdę mogliby jednak zapomnieć na ten czas o jakimś durnym szopie i śladach pozostawionych przez jego zęby, a zamiast tego wrócić do cieszenia się tym wspólnym weekendem nad jeziorem. Chociaż to akurat wydawało się aktualnie dość wymagającym zadaniem…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Może to i lepiej, że nie poświęcił wystarczającej uwagi jej wyrzutowi, w którym to w pełni świadomie nawiązywała do Ivy. Wiedziała, że często się kłócili, o tym też zdążył jej powiedzieć podczas tej ostatniej rozmowy, która miała pozbawić ją — a pewnie przy okazji także i samego Dantego — jakichkolwiek zmartwień, że ta dwójka mogłaby jeszcze kiedykolwiek do siebie wrócić. Nie zmieniało to jednak faktu, że gdyby właśnie to ona była z nim nad jeziorem i ona widziałaby całe zajście z szopem to z pewnością dużo łatwiej byłoby jej namówić chłopaka do tej pieprzonej wizyty w pieprzonym szpitalu. Bo ona to sobie mogła… jak grochem o ścianę! Każde jej słowo odbijało się od niego jak głupia piłeczka.
Słyszała irytację w głosie chłopaka, w każdym jego westchnieniu, nie wspominając, że widziała ją także w wyrazie twarzy czy tym spojrzeniu, które jasno wskazywało na to, że był naprawdę bliski popełnienia morderstwa. I była gotowa zaryzykować stwierdzeniem, że powstrzymywało go przed tym nie tyle wizja długoletniej odsiadki, co towarzyskie spotkania z jej ojcem podczas rozpraw. Wolałby ją udusić, żeby w końcu przestała gadać czy od razu rzucić szopom do rozszarpania i zagryzienia, żeby późniejsza sekcja zwłok mogła potwierdzić bądź zaprzeczyć, że ten konkretny zwierzak miał wściekliznę?
— Słucham i dlatego próbuję Cię przekonać do zmiany zdania! Nie wiem czy byłeś świadkiem tego samego zdania co ja, może w szoku coś przeoczyłeś, więc będę kochana i ci przypomnę. Ugryzł cię szop. Dziki. Nie z zoo. Dziki szop. Taki, co napada na śmietniki i żre zepsute resztki jedzenia. — Specjalnie akcentowała niemal każdy wyraz osobno, jakby liczyła, że to pozwoli Dantemu zrozumieć całą tą sytuację. No bo może naprawdę był w szoku? Może po tym jak Elsa mu rzuciła to sarnie ucho to odurzony jego smrodem nie zakodował, co się właśnie działo i ocknął się dopiero z sączącą się raną? A ta kurwa, którą w międzyczasie krzyknął… często to robił, więc nie musiała mieć ona nic wspólnego z atakiem tamtego szkodnika.
I już chciała mu przerwać zaraz po tej wzmiance, że szop tylko zahaczył zębami o jego skórę, mówiąc, że na sto procent chciał mu zostawić malinkę, a potem jeszcze zapisać swój numer telefonu, ale wystraszył go tym darciem swojego ryjoka, kiedy… no właśnie. Powiedział chyba trochę za dużo. Zostawiła usta lekko uchylone, a błyszczące, brązowe oczy utkwiły w nim z wyraźnym żalem.
— A… ha… —zdołała początkowo tylko wymamrotać. Nie chciał jej wypominać hemofobii, a jednak zabrzmiało to zdecydowanie inaczej. Durny bandaż, który mu podała, powoli zaczynając mieć problemy z oddychaniem. Normalna osoba po prostu zeszłaby z tego głupiego tarasu i bez problemu by się wszystkim zajęła. Ale dla niej to było naprawdę spore osiągnięcie. Nie krzyknęła, żeby poszukał w bagażniku. Nie powiedziała, żeby znalazł w schowku opakowanie chusteczek. Sama tam poszła i podała mu wszystko, co niezbędne, czując, że to było i tak więcej niż mogła. Bo tak chciała okazać mu swoją troskę. A skoro nie mogła zrobić nic ponad to osobiście to chciała, aby zajął się tym lekarz. Dlaczego nie potrafił zrozumieć, że się po prostu martwiła?
— Mało razy zostawały same w domu na cały dzień? Tutaj przecież byłyby tylko przez maksymalnie dwie godziny. Jak Murphy coś zje to się zrzuci na korniki. Albo powiemy, że to przeciez tak zostało po tej imprezie z dwa tysiące dwudziestego… — odburknęła znacznie ciszej. Że nagle się niby przejął losem psów? Szkoda, że się tak nimi nie interesował, kiedy ona szła do pracy, a on był drugi dzień na imprezie. Wtedy to jedyne psy, jakie miał w głowie to mad dogs.
Mimowolnie zerknęła na zegarek, który miała na nadgarstku i uzmysłowiła sobie, że te dyskusje prowadzą już od dobrych dziesięciu minut, i nie zapowiadało się, żeby byli chociażby w połowie. Dwa uparte osły tylko jeden myślał o zdrowiu drugiego, a ten drugi o… no właśnie. O czym?
— Wiesz, że to się może zacząć babrać nawet za pięć minut? W nocy pójdziemy spać, ty się naćpasz przeciwbólowymi, a rano będziesz miał dłoń większą niż głowa. Swoją drogą… właśnie byśmy dojeżdżali do najbliższego szpitala. Pod warunkiem, że nie zgrywałbyś bohatera… — odpowiedziała jeszcze, nie reagując początkowo na to, że zaraz po tym posadził swoją dupę na kanapie obok niej. Dobrze wiedziała, że gdyby to ją użarł szop albo jakieś inne zwierzę to już dawno siedziałaby w gabinecie lekarza i to nie dlatego, że sama by się tam zawiozła. Zawsze się o nią troszczył, czy to jak poparzyła sobie dłoń w salonie, czy jak pochorowała się we Włoszech… ba! Przecież jak się pieprznęła łbem o szafkę w kuchni to też zaraz stał przy niej i sprawdzał czy nie nabawiła się guza bądź innego rozcięcia. Dlaczego więc…
Odetchnęła ciężko i odwróciła głowę w jego stronę, uświadamiając sobie, że ta jego znajdowała się zdecydowanie bliżej niż podejrzewała. I jeszcze ten wzrok…
— Nie możesz tego zrobić dla mnie? Żebym była spokojniejsza? Żebym mogła się cieszyć z tego wspólnego weekendu i nie myśleć non stop o tym, że coś ci się stało? Bo dobrze wiesz, że będę, choćbyś mi milion razy powtórzył, że nic ci nie jest, to i tak będę. Kocham cię idioto, no! — jęknęła żałośnie, uderzając czołem o jego ramię i biorąc głęboki wdech. Już nie wiedziała czy bardziej denerwowała się tą niewiedzą o stanie zdrowia chłopaka czy jego zachowaniem.
— Zwariuję kiedyś z tobą… — dodała jeszcze ciszej, zamykając oczy. Koszulka przecież nie była problemem. Wystarczyłoby tylko jedno słowo, a pewnie w całym tym ferworze ściągnęłaby te co miała na sobie i poszła do domku po coś dla siebie. Tak jakby nie było łatwiejsze przyniesienie mu czegoś nowego…

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miał pojęcia – i nie miał zamiaru się nad tym zastanawiać – czy gdyby w tej sytuacji znalazł się z kimś innym, przekonanie go do wizyty w szpitalu byłoby jakkolwiek łatwiejsze. Mógłby mieć za to pewność, że wymianę zdań usłyszałaby cała okolica – i to niekoniecznie tylko ta najbliższa. Przy okazji mając okazję posłuchać również o paru innych wywleczonych przy okazji sprawach, które mogłyby w międzyczasie przypomnieć się jednej lub drugiej stronie kłótni…
Nawet teraz rozważał przecież – jeśli nie rzeczywiście rzucenie Elsy na pożarcie szopom – czy nie lepszym wyjściem byłoby zostawienie jej w tym cholernym samochodzie i odczekanie aż to właśnie ona miałaby zmienić zdanie. Możliwe jednak, że musiał znać ją już dość dobrze, by zdawać sobie sprawę z tego, że takiej zmiany mógłby się zwyczajnie nie doczekać. A przynajmniej nie w trakcie tego nieszczęsnego weekendu, który i tak właśnie marnowali na sprzeczanie się o jakieś idiotyczne draśnięcie.
No właśnie! Szop. A nie jakiś pieprzony niedźwiedź, żeby trzeba było od razu lecieć z tym do szpitala! – nie, chyba jednak jakiekolwiek jej próby przemówienia mu do rozsądku wciąż nie miały większych szans na powodzenie. Jak zresztą niemal za każdym razem, kiedy już ktoś podejmował się tego absolutnie bezsensownego zadania… Za to chyba obydwoje mogli już zdążyć pożałować, że zamiast szopów, faktycznie nie przyszło mu wyganiać z samochodu właśnie niedźwiedzia. Gdyby to jego próbował w taki sam sposób kusić cuchnącym uchem sarny, może przynajmniej istniała jakaś szansa na to, że kilka chwil później nie dałby już rady wykłócać się z nią o to, czy warto było jechać do lekarza z jakimś tam ugryzieniem, czy może lepiej byłoby zaczekać aż zagoi się samo.
Zakładając, że Elsie faktycznie udałoby się wtedy znaleźć wszystkie kawałki, które mogłaby do tego lekarza zwieźć…
W całym tym poirytowaniu, mimo wszystko nie mógłby nie zauważyć wyrazu jej twarzy, kiedy rzeczywiście wypowiedział tych parę słów, które… niezależnie od intencji, chyba po prostu nie mogły zabrzmieć zbyt dobrze. Tym razem nie powstrzymywał się więc przed wymruczeniem pod nosem tej kurwy, która po raz kolejny była chyba jedynym najlepszym podsumowaniem sytuacji. Jasne, że w każdym innym wypadku – albo gdyby posiadał chociaż trochę więcej cierpliwości – musiałby zauważyć, że ten durny bandaż kosztował ją naprawdę sporo. A raczej fakt, że osobiście pofatygowała się do samochodu, żeby go znaleźć zamiast – jak z początku zakładał Dante – zostać w bezpiecznym oddaleniu i stamtąd albo rzucić mu coś, czym mógłby tę dłoń opatrzyć, albo po prostu przekazać mu instrukcje gdzie mógłby samodzielnie coś znaleźć.
Nie o to mi chodziło… To po prostu naprawdę……nic takiego. Tyle, że to konkretne stwierdzenie powtórzył już chyba dostatecznie wiele razy, by wreszcie zreflektować się, że naprawdę nie miało to żadnego większego sensu. Tak samo jak to, że od dłuższej chwili obydwoje po prostu zawzięcie upierali się przy swoim, ani myśląc odpuścić i przynajmniej przez moment zastanowić się, czy to drugie mogłoby mieć choćby odrobinę racji…
Nie zgrywam bohatera – prychnął, wciąż kompletnie głuchy na te jej całkiem rozsądne argumenty. – Próbuję ci tylko wytłumaczyć, że nie ma sensu tracić czasu na snucie się po jakichś szpitalach, skoro…
…to nic takiego. No tak, który to już raz? A jednak Elsa wciąż pozostawała tak samo głucha na te wszystkie jego zapewnienia, jak on w stosunku do jej prób przekonania go, że to właśnie ona miała rację. W dodatku w chwili, kiedy poczuł ciężar jej głowy na swoim ramieniu, mógł już chyba dojść do wniosku, że może jednak ten jeden raz to rzeczywiście on powinien sobie odpuścić. Zwłaszcza, że tym razem chyba nawet jemu trudno byłoby odmówić jej racji – na jakikolwiek spokojny weekend najpewniej i tak nie mogliby liczyć. Przynajmniej nie do momentu, gdy wreszcie zgodziłby się, żeby tę pieprzoną ranę obejrzał jakiś lekarz. Bo oczywiście, że temat musiałby powracać z częstotliwością przyprawiającą co najmniej o nieznośny ból głowy – tym częściej, im częściej nieopatrznie skrzywiłby się lub syknął mimowolnie, kiedy już zdarzyłoby mu się zapomnieć o całym tym ugryzieniu i niezbyt ostrożnie posłużyć się zranioną dłonią.
Na moment sam przymknął oczy, jeszcze przez tych parę sekund pozwalając sobie na krótką wewnętrzną dyskusję dotyczącą tego, czy dalsze upieranie się przy swoim miało w ogóle jakikolwiek sens. Niestety, wynik tejże nie mógł mu się w żadnym stopniu spodobać, a to z kolei z całą pewnością nie umniejszało jego irytacji. Wręcz przeciwnie.
Świetnie – rzucił poirytowany, kiedy wreszcie dotarło do niego, że najwyraźniej kapitulacja faktycznie była jedynym możliwym rozwiązaniem. Ewentualnie to, by naprawdę zostawić Elsę na pastwę tych cholernych szopów, ale tego może jednak nie brał pod uwagę tak na poważnie. Zaraz po tym wyszedł z samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi i znikając na moment w domku. Dość krótki jednak, by nie dać jej zbyt wiele czasu na zastanawianie się, czy zamierzał ją tak rzeczywiście zostawić, czy może wrócić choćby po to, żeby upewnić się, że żadne dzikie zwierzęta nie planowały kolejnego nalotu na samochód.
Wrócił po chwili – z założoną koszulką – i bez słowa zajął miejsce z przodu, po stronie pasażera. Na fotel kierowcy rzucił jedynie chwycone naprędce kluczyki, przynajmniej jednak wciąż nie odzywając się i nie próbując po raz kolejny tłumaczyć jej, że całe to ugryzienie nie było niczym poważnym. Skoro tak bardzo chciała usłyszeć dokładnie to samo od jakiegoś lekarza, to proszę bardzo. A skoro w dodatku był to jedyny sposób – poza morderstwem – żeby wreszcie dała sobie spokój z tym swoim kompletnie bezsensownym martwieniem się, to najwyraźniej i tak nie miał innego wyjścia. I może lepiej rzeczywiście było mieć to jak najszybciej za sobą, jeśli wyglądało na to, że cały ten wspólny odpoczynek nad jeziorem zdążył już trafić szlag.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

To że z tej dwójki to ona była spokojniejsza, nie powinno raczej niczego dziwić. Potrafiła wbić szpilkę, dogryźć, pyskować ale raczej unikała krzyków. Nawet jej podniesiony głos brzmiał zazwyczaj dosyć miękko. W chwilach, kiedy była zirytowana, bardziej dawało się od niej wyczuć chłód i ironię niż prawdziwą agresję. A gdy się martwiła, a ktoś nie potrafił tego zrozumieć – tak jak w tej chwili jej chłopak – brzmiała po prostu bardziej piskliwie. A to wszystko dlatego, że sama nie lubiła, gdy ktoś na nią krzyczał. Nie była do tego przyzwyczajona, taka forma komunikacji potrafiła ją sparaliżować i w moment wywołać łzy. Dlatego kiedy Dante tak nagle podniósł na nią głos w złości, wypominając, że przecież spotkali szopa, a nie niedźwiedzia, więc jak zwykle przesadzała i wszystko wyolbrzymiała – może nie użył dokładnie tych słów, ale tak to właśnie brzmiało! – jej oczy zabłyszczały od zbierającej się w nich wilgoci, ale na szczęście nic nie spłynęło po policzkach. Jeszcze tego brakowało, żeby się przy nim rozryczała i to w takim momencie. Ale zamiast tego zacisnęła żeby i wyciągnęła w jego stronę palec wskazujący.
– Nie drzyj na mnie tej japy – wycedziła przez zęby i dźgnęła go tym paluchem w główkę jednego z wytatuowanych na torsie węży. Normalnie mogłaby w tej sytuacji parsknąć śmiechem, jednak tym razem naprawdę nie czuła tej zabawnej atmosfery. Chłopak kłócił się z nią o to czy powinien jechać do szpitala na krótką kontrolę! Oglądała masę głupich komedii romantycznych, ale takiej fabuły jeszcze nie znała. Przecież to miało zająć tylko chwilę, a on się z nią wykłócał jakby lekarze mieli go przygwoździć do łóżka przynajmniej na najbliższe dwa tygodnie. Cóż, jakby im opowiedziała, co za cyrk w związku z tym jej urządzał to przynajmniej mieliby podstawę, żeby go zamknąć w zakładzie psychiatrycznym. Bez fajek, bez wina… ba! Nawet nie daliby mu powąchać piwa bezalkoholowego!
Z nim naprawdę było gorzej jak z dzieckiem.
I najprawdopodobniej przez ten jego pierwszy krzyk, dalsze słowa, które brzmiały jak kolejny przytyk pod jej adresem i jej niedołężnością, przygasła jeszcze bardziej. Bo robił z niej histeryczkę na każdej płaszczyźnie życia. Ugryzł go tylko brudny, dziki zwierz? Już go pakowała do szpitala. Widziała albo chociaż pomyślała o tym, że mógł być ranny? Zapominała jak się oddychało i zachowywała się jakby sama potrzebowała interwencji lekarza. Ale ona przecież to wszystko robiła tylko z troski o niego! Przecież jak się skaleczył nożem podczas krojenia brownie to nie wysyłała go od razu na SOR albo inny ostry dyżur!
Po całej tej prośbie, aby chociaż dla niej postarał się zmienić zdanie i przy okazji wyznaniu miłości, westchnęła ciężko i już nie odezwała się ani słowem. Głowę też podniosła dopiero po usłyszeniu tego pełnego irytacji ”świetnie”, ale kiedy wyszedł z auta, trzaskając za sobą drzwiami, aż podskoczyła, a z usta wyrwała jej się ta znana mu dobrze norweska kurwa. Chyba na tym właśnie zakończyli jakąkolwiek rozmowę, nie wspominając o mile spędzonym weekendzie. Czyżby też to ”całe życie” też właśnie dobiegło końca? Całkiem szybko…
I kiedy sama wyszła z auta, zamierzając chociaż rękami wytrzepać kanapę z tych psich chrupek – bo raczej nie podejrzewała, że w ich domku mogli doświadczyć luksusu w postaci odkurzacza – wrócił. Ubrany. Choć nadal była na niego obrażona za ten ośli upór, to nie mogła powstrzymać delikatnego uśmiechu, który sam pojawił się na jej twarzy. Usiadła zaraz na miejscu kierowcy i upewniwszy się, że miał w spodniach portfel – po prostu bezczelnie go zmacała, bo nie zamierzała się odzywać – ruszyła w stronę najbliższego szpitala.
Drogi były puste, więc na miejsce dojechali dosłownie w te dziesięć minut, o których mu mówiła. Na recepcji pielęgniarka dała do wypełnienia jakiś formularz i niemalże od razu po jego oddaniu, Dante został poproszony do gabinetu. Jako że Norweżka była dla niego dosłownie nikim, usiadła grzecznie na korytarzu, nieświadomie wybierając krzesło tuż przy drzwiach pokoju, za którymi to zniknął jej chłopak. I to nie tak, że podsłuchiwała, po prostu lekarz mówił za głośno! Zresztą, gdy tylko wyłapała ”dobrze, że pan przyjechał, widzi pan tego krwiaka…”, odetchnęła z wyraźną ulgą.
Ta… poczekamy do jutra
Gamoń.
Kiedy wyszedł z nowym, dużo ładniejszym opatrunkiem i kilkoma dokumentami, wstała i bez słowa zabrała mu plik kartek, aby zobaczyć zalecenia, rokowania i listę leków do wykupienia.
– Na parterze mają aptekę – mruknęła tylko, kierując się po chwili do wspomnianego miejsca, gdzie kupili przepisane maści i tabletki. A potem już tylko do samochodu. Tylko kiedy znów usiadła na miejscu kierowcy, odchyliła głowę do tyłu i ukryła buzię w lekko drżących dłoniach.
– Zwariuję z tobą…


Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Musiała doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że był prawdopodobnie ostatnią osobą, która mogłaby nadawać się do łagodzenia, czy strategicznego wycofywania się z jakichkolwiek sprzeczek i konfliktów. Nawet jeśli raczej nie zdarzało się, by to właśnie na nią miał podnosić głos – choć i w tym wypadku zdarzało mu się niekiedy wypowiedzieć pewne kwestie nieco głośniej… – chyba dostatecznie często miała okazję być świadkiem jego kłótni i nieporozumień z innymi, żeby wiedzieć, jak te kończyły się za każdym razem, kiedy akurat przyszło mu trafić na kogoś równie impulsywnego. Jeśli jednak chodziło o jakiekolwiek słowne utarczki z nią… te zazwyczaj wyglądały kompletnie inaczej. I nawet teraz, kiedy dźgnęła go palcem, zwracając mu przy okazji uwagę, żeby się na nią nie darł, może i na parę sekund otworzył usta, nabierając powietrza, by natychmiast się jej odciąć… Ostatecznie nie odezwał się jednak ani słowem, w duchu mogąc jej przyznać rację przynajmniej w tej jednej kwestii – nie chciał przecież wydzierać się na nią. Nawet jeśli kompletnie nie miała racji co do tej idiotycznej wizyty w szpitalu.
I oczywiście, że przynajmniej przez moment przeszło mu przez myśl, żeby wcale nie wracać do samochodu, stawiając tym samym na swoim i udowadniając jej, że konsultowanie się z lekarzem w tak błahej sprawie było całkowicie niepotrzebne. Przeważyć musiała jednak myśl o tym, że w takim wypadku z całą pewnością mogliby całkowicie zapomnieć o tym miłym weekendzie, który podobno mieli tu wspólnie spędzić. Zwłaszcza, że ten już chyba zdążył stać się znacznie mniej miły niż z założenia miał być…
Nie odezwał się ani na widok tego uśmiechu, który pojawił się na jej twarzy, ani w momencie, kiedy postanowiła sama upewnić się, że faktycznie zabrał ze sobą wszystko co powinien. Tak było po prostu bezpieczniej, bo gdyby któreś z nich zdecydowało się znów podjąć wcześniejszy temat… z całą pewnością nie skończyłoby się to zbyt dobrze. Może i nie pomyślał nawet o tym, że to deklarowane jeszcze niedawno – choć można było przypuszczać, że minęły jednak całe wieki od momentu, kiedy stali razem w wodzie ciesząc się swoją bliskością – całe życie miałoby zakończyć się przez tak idiotyczną sprzeczkę, ale… weekend nad jeziorem rzeczywiście mógłby skończyć się jeszcze zanim miałby na dobre się zacząć. Ta przeciągająca się cisza zdawała się być więc całkiem niezłą opcją…
Nadal jednak uważał, że cały ten wyjazd do szpitala był absolutnie zbędny. Tak przez całą przejechaną w milczeniu drogę do niego, jak i już na miejscu, kiedy to najpierw musiał odpowiadać na durne pytania w formularzu, a później na równie wcale nie lepsze pytania lekarza.
Czy mieli szansę jakoś znaleźć szopa, który go ugryzł? No jasne, pewnie nadal biegał gdzieś nad jeziorem, ciesząc się swoim sarnim uchem. Chociaż istniało pewne prawdopodobieństwo, że któryś z kumpli zdążył go już pozbawić tej zdobyczy, więc równie dobrze można byłoby zlokalizować kompletnie innego szopa.
I w ten sposób załatwił sobie pierwszą dawkę szczepionki – na wypadek, gdyby zwierzak rzeczywiście miał mieć jednak wściekliznę…
Czy miał pełen komplet szczepień przeciwko tężcowi? Pewnie tak. Kiedy? Wystarczająco dawno, żeby nie zawracać sobie głowy podobnymi pierdołami.
Dzięki temu z kolei dorobił się kolejnych, tym razem związanych właśnie z tężcem.
Oraz nowego opatrunku, chociaż o ten nie musiał się już zbytnio starać. O porządne oczyszczenie rany też nie – bo najwyraźniej lekarz musiał uznać, że niedbałe psiknięcie na nią jakimś środkiem odkażającym nie było ani trochę wystarczające. Tak samo, jak musiał uznać, że całkowite zbagatelizowanie tego ugryzienia byłoby dość kiepskim pomysłem, skoro wypuścił Dantego z gabinetu dopiero po wypisaniu tych wszystkich durnych zaleceń i jakichś leków, czy innych smarowideł, w które ten podobno powinien się zaopatrzyć. Tyle tylko, że zaraz po przekroczeniu progu, Dante zamierzał tak po prostu zapomnieć o tych durnych kartkach, przy najbliższej okazji wpychając je do schowka w samochodzie albo gdziekolwiek indziej, gdzie mogłyby przepaść na dobre.
W tym jednak przeszkodziła mu Elsa, tak po prostu wyrywając mu je z ręki i zupełnie bez sensu zaczynając się w nie wczytywać. Nie zamierzał tego jednak w żaden sposób komentować, wywracając jedynie oczami i reagując trudnym do jednoznacznego odkodowania pomrukiem na jej informację o tym, gdzie znajdowała się apteka. Oraz – w domyśle – że oczywiście zamierzali się do niej wybrać, żeby wykupić wszystkie te zbędne leki.
Wciąż bez słowa i wciąż ewidentnie niezbyt zadowolony z tego, jak cała ta sytuacja się potoczyła, zajął swoje wcześniejsze miejsce po stronie pasażera. Z lekko uniesionymi brwiami spojrzał na nią dopiero w momencie, kiedy się odezwała.
Wcale nie musieliśmy tu przyjeżdżać – mruknął, wzruszając ramionami i – oczywiście nadal zamierzając trzymać się tej swojej wersji. – I naprawdę trzeba coś zrobić z tym psim żarciem, bo wali tu jak w zoologicznym…
A tego akurat nie dało się ukryć – o ile wcześniej nieco łatwiej było ignorować charakterystyczny zapach, skoro spędzili w nim już trochę czasu, tak po powrocie do samochodu… trudno byłoby nie zwrócić uwagi na intensywny zapach, który mógł podobać się chyba tylko psom. I szopom. Ale tych drugich chyba jednak nie planowali ponownie zapraszać do samochodu, więc… tak, zdecydowanie powinni zrobić coś z rozsypanymi dookoła chrupkami. I zdecydowanie byłoby to lepszym pomysłem niż ponowne roztrząsanie tego, czy wizyta w szpitalu była konieczna, czy jednak mogliby się bez niej obejść.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

To jej zadaniem było łagodzenie konfliktów czy to między chłopakiem a innymi, czy to tymi, które narodziły się między nimi. Mało razy, kiedy zaczynali się sprzeczać o pierdoły, po prostu podchodziła się przytulić i przeprosić? I to zazwyczaj działało. Sam ją obejmował, całował w głowę i było po prostu pięknie. Jednak tym razem nie zamierzała odpuścić. Choćby miał ją znienawidzić. Przecież chodziło tutaj o jego zdrowie! A jeśli szop miał wściekliznę to może nawet i o życie! Ale pewnie, jemu łatwiej było się wydzierać, robić z niej nawiedzoną histeryczkę i bagatelizować cały problem niż po prostu ruszyć dupę i mieć już za sobą całą wizytę. Tylko jeśli faktycznie ta bezsensowna kłótnia miała sprawić, że zakończyliby nie tylko weekend, ale także i całą relację, którą próbowali na nowo budować, to najwyraźniej mogliby zgodnie przyznać, że oboje byli kompletnymi idiotami. Albo że ten związek nie miał racji bytu skoro jego konstrukcja zawaliła się z tak błahego powodu.
I może ta cisza w drodze do szpitala wcale nie była taka zła. Owszem, ciążyła Elsie, bo musiała przynajmniej kilka razy ugryźć się w język, żeby po drodze go nie zaczepić i nie pokazać jakiego pięknego pieska wieźli ludzie w samochodzie obok, albo że kobieta na światłach miała przepiękną sukienkę. Obawiała się, że nawet takie głupie tematy mogłyby rozbroić bombę i sprawić, że auto stałoby się istnym placem bitwy. Albo po prostu była na niego obrażona i nie zamierzała pierwsza wyciągać ręki. Choć naprawdę chciała, ale… może czasami to całe pogodzenie sie nie polegało na tym, żeby jedna osoba znowu ustąpiła, a żeby ta druga zrozumiała — wreszcie — dlaczego ta pierwsza tak bardzo nie potrafiła odpuścić.
Dlatego, poza zwykłym stwierdzeniem, że apteka znajdowała się na parterze budynku szpitala, co tak naprawdę było tylko jej własnym potwierdzeniem, że na pewno miała co do tego rację, odezwała się dopiero, gdy znów siedzieli w samochodzie i mogli wracać nad jezioro. Tylko nie była pewna czy aby na pewno mieli tam spędzić resztę weekendu. Bez dwóch zdań, i z tym musiał się i on z nią zgodzić — przynajmniej w tym — musieli pojechać i zabrać psy oraz walizki. Ale od czego to zależało czy zdecydują się jednak spędzić tam noc… chyba sami nie wiedzieli.
— Co? — wyrwało jej się, słysząc jak ten dalej się upierał, że wcale nie musieli jechać do szpitala. Od razu się wyprostowała na fotelu kierowcy i sięgnęła po dokumenty, które położyła na desce rozdzielczej.
— Bla…bla… tyntyn… — mruczała, zdając sobie sprawę, że połowy zapisanych słów nawet nie rozumiała. Cóż, nigdy nie zamierzała zostać lekarzem ani iść na jakieś biologiczne studia, więc chyba nikogo nie powinno dziwić, że nie wiedziała, co ten bełkot oznaczał. — O, rany częściowo oczyszczone, z cechami miejscowego uszkodzenia tkanek. Wokół ran rozległy rumień, wyraźny obrzęk, ocieplenie skóry oraz znaczna tkliwość palpacyjna. Z jednej z ran obecna ropna wydzielina. Rumień wykazuje tendencję do szerzenia się poza bezpośrednie otoczenie ran… masz rację, powinniśmy przyjechać jakbyś stracił czucie w ręce… bo tobie się wydaje, że jak jakimś cudem nie trzeba było ci amputować łapy po tamtym tatuażu to jesteś niezniszczalny. Kapitan Ameryka się znalazł… — Zacisnęła lekko palce na kartce. Dalej było napisane, że w gabinecie zostały podane dawki zastrzyków przeciw wściekliźnie i tężcowi, że ranę porządnie oczyszczono i posmarowano odpowiednimi maściami, ale on nadal twierdził, że zmarnowali tylko te kilkadziesiąt minut. I pewnie, że to nadal była jej wina. Odłożyłam świstek na pozostałą kupkę i odpaliła silnik, licząc, że jego charkot zagłuszy jej urywane westchnienie.
— Na stacji jest odkurzacz — powiedziała jeszcze i ruszyła w stronę najbliższej stacji benzynowej. Tam zaparkowała przy stanowisku do sprzątania aut po czym powiedziała Dantemu, że skoro nic mu nie było to może w takim razie zająć się ogarnianiem tylnej kanapy. Sama zaś udała się do sklepu po… no właśnie. Bo nawet w tej sytuacji znów myślała o nim i o tym, że może te kupione w sklepiku nad jeziorem przekąski i powodujące świecenie w ciemności zupki chińskie nie były spełnieniem jego kulinarnych marzeń. Dlatego kiedy wróciła do niego po jakichś dziesięciu minutach, w ręce trzymała dwie puszki zimnych energetyków — w wersji cukrowej dla niego i zerówkę dla siebie — oraz z zapiekanką z pieczarkami i salami. O dziwo, wyglądała naprawdę ładnie i równie dobrze pachniała.
— Zjedz coś… pewnie jesteś głodny i dlatego gwiazdorzysz… — prychnęła, podając mu jego prowiant i… uśmiechała się. Nie było w tym uśmiechu ani grama tego słynnego a nie mówiłam?, tylko czułość, ciepło… trochę zmęczenia, ale przede wszystkim troska.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
ODPOWIEDZ

Wróć do „Summer by the Lake”