35 y/o
For good luck!
189 cm
to ten gość, który kiedyś był nikim, a teraz pisze książki
Awatar użytkownika
tylko deszcz i palce wystukujące na maszynie znajomy rytm mogły zagłuszyć myśli...
ale o niej nie
ona wciąż kręciła się gdzieś na granicy jawy i snu, w fikcji, kolejnej książce, wspomnieniu i myśli, że powinna być obok
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkijakie chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Już sam nie wiedział, czy dla Queenie był tylko przyjacielem, czy kimś więcej? A może teraz już nikim, kiedy opuścił ją na tyle lat. Kiedy pozwolił, żeby te najważniejsze decyzje w życiu podejmowała bez niego?
Mieszała mu w głowie.
Czego od niego chciała? Czego chciała przychodząc tu dzisiaj do niego? Opowiadać mu wciąż o swoim wspaniałym mężu. On nie chciał tego słuchać. Chciał jej. Nie liczył się z tym, że na przeciwko niego siedzi kobieta zamężna, siedzi matka małego dzieciątka, które teraz pewnie... płacze za nią.
Jak zamykał oczy, to mógł sobie to wyobrazić, dziecinny pokój, w którym Queenie trzyma w ramionach swoje maleństwo i Heatha za jej plecami.
Zemdliło go.
Zaraz wyrzucał jej to, jak kiedyś go potraktowała. Co powiedziała... Nie jemu przecież, ale Kristin. Doskonale to słyszał.
- Nie musiałaś... - pokręcił głową, bo chociaż te słowa nie opuściły jej ust, kiedy stała przed nim, kiedy patrzyła mu w oczy, to przecież doskonale wiedział, że chodziło o niego, bo to był ten dzień, kiedy on chciał przekroczyć pewne granice. Kiedy ich niewinne pocałunki i trzymanie się za rękę mieli jakoś określić, a ona mu uciekła. A potem ze łzami, przecież słyszał to w jej głosie, tłumaczyła Kristin jak to nie może go kochać, bo był... nikim.
Patrzył na jej twarz, kiedy się zmieniła. Nie wiedziała, że ją słyszał? Na pewno nie. Tylko Kristin widziała go wtedy, ale Queenie nie. Nie chciał stawać z nią twarzą w twarz, patrzeć w te smutne oczy, które nie potrafiły na niego spojrzeć, kiedy wyznawała by mu prawdę.
Ale ją znał.
- O tobie? - powtórzył po niej i prychnął - o tym, że zmarnujesz sobie życie przy mnie, owszem. O tym jak bardzo nie mogę ci dać tego, co inni chłopcy... - może powiedziałby coś jeszcze, ale już po bladych policzkach Pani Wyatt ciekły łzy. A jego...
Zamurowało.
Chciał do niej sięgnąć, wytrzeć jej twarz, bo mimo, że miał jej to za złe, to złamane serce, to przecież nie mógł patrzeć na jej łzy.
- Bo nie chciałem, żebyś musiała powtarzać mi to samo co jej... Cała we łzach - jak teraz. Odwrócił od niej spojrzenie, kiedy wycierała się w dłonie, a potem chusteczkę, kiedy łzy spływały na kamienną posadzkę pod jej stopami. Skąd te łzy? Dlatego, że wreszcie zrozumiała, jak wtedy złamała mu serce, że on to wszystko wiedział?
Ciężko mu z tym było, a myślał, że to wyznanie spadnie jak kamień z serca, że sprawi, że poczuje się wolny. Nie czuł się wcale, nie kiedy płakała rzewnie i pytała dlaczego nie wrócił wcześniej - a do czego miałem wracać Queenie? Kiedy nie mogłem ci zapewnić tego co twój mąż? Teraz mogę. Mógłbym, gdybyś tylko chciała - te słowa powiedział chłodno. Zakładając od razu, że nie chciała. Jego.
Przyjął inną taktykę. Drażnił się z nią wspominając o Bree.
Cios w serce, za cios w serce. Niech teraz obydwa krwawią, tak jak jego przez te wszystkie lata.
- Bo? Dlaczego miałbym ją zostawić? - jeszcze pociągnął ją za język. Jeszcze chciał, żeby mu to powiedziała, dlaczego miałby nie igrać z uczuciami jej szwagierki. Dążył do jednego, do tego, żeby Queenie wyznała mu co czuła. To co siedziało w jej ślicznej główce, to czym kierowało się jej serce, które przecież zabiło mocniej, kiedy się do niej przysunął. Czuł to.
Kiedy zaglądał w jej piękne, błękitne oczy z bliska, kiedy mówił jej te wszystkie słowa. O jej ślubie, o mężu. A ona zostawiała je bez odpowiedzi. A ona tylko... lgnęła do niego.
I ich usta spotkały się na ten jeden krótki moment, pocałunek delikatny jak trzepot skrzydeł motyla, czy był prawdziwy? Rzeczywisty? Czy tylko go sobie wyobraził, otumaniony zapachem jej drogich perfum?
Poczuł go na plecach i w piersi, w której serce znowu szarpnęło do niej mocniej. A potem... ten kurewski zawód, kiedy musiał się od niej odsunąć, bo do kuchni wkroczyła Bree.
W pierwszym odruchu, zaćmiony jeszcze tym nibypocałunkiem, a może jej spojrzeniem, tęsknym i szczerym, jak jeszcze nigdy odkąd się znowu spotkali, chciał ją wyprosić. Niepotrzebna im tu była, nie w momencie, w którym dawne uczucia odżyły i mogły między nimi wybuchnąć prawdziwym płomieniem. A ona tu przychodziła, gasiła je w zarodku.
Ale kiedy Bree weszła w głąb kuchni, kiedy zapytała Queenie co ona tutaj robi, to uderzyło w niego coś jeszcze. Że to była jej szwagierka, siostra jej męża. Że Queenie Wyatt już nie była jego. I on jej też nie.
Nie zrzucił z ramienia dłoni Bree, przytulił do niej policzek, na złość niebieskookiej, blondwłosej nimfie. Na złość tej, która wyrwała mu serce, a dzisiaj wprawiła je w ponowne bicie. Dzisiaj oddała mu życie.
- Nie jest wcale tak późno - wtrącił się Ares i tym razem uciekł spod ręki Bree przystając przy kuchni. Zajął się makaronem, który podczas tych swoich umizgów z Panią Wyatt, chyba rozgotowali - nie odpisywałem ci, bo dzisiaj planowałem spędzić wieczór z dawną przyjaciółką Bree - znowu był bezczelny? Blondynka popatrzyła na niego z boku, a Horne spojrzeniem zaczepił o błękitne oczy Queenie - ale skoro już wpadłaś, to możesz z nami zjeść - znowu robił jej na złość?
Zapewne.
Miłość i złośliwość mieszały się w ich relacji, przeplatały tworząc kalejdoskop emocji i uczuć. Tak silnych, że ciężko było z nimi dyskutować, tylko czy... wygrywała złość? Czy mi-łość?


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐

złość czy miłość?
33 y/o
For good luck!
167 cm
stay at home mom
Awatar użytkownika
Just know that I will find my way from you
Like flowers from a tomb while you decide who you are
And I can see right through like shadows on the moon
And it's all bad news
I hate that I made you love me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszly
postać
autor

- O mnie - powtórzyła, ale wtedy docierają do niej jego słowa o tym, jak go oceniła. Jej oczy patrzą na niego z wyrzutem jakby chciała spytać "jak możesz"? Ale zaraz zwątpiła i myśli, że może faktycznie tak powiedziała? Nie pamięta dokładnie swoich słów, ale przecież pamięta jak kolejnego dnia pewna swoich uczuć szukała go po całym mieście. Jak żałośnie sie zachowała, kiedy pojechała nawet do domu jego rodziców, żeby spytać czy jest w domu. I jak bardzo płakała w drodze powrotnej, kiedy usłyszała, że Ares powiedział, że wyjeżdża z Toronto poprzedniej nocy. Nawet oni byli zdumieni jej wizytą, ale najwyraźniej nie na tyle, by mu o niej donieść - O tym, że zmarnuje sobie życie, bo chciałam zrezygnować ze studiów w British Columbia, żeby z Tobą być. Mówiłam jej, że bez studiów będę mieć zmarnowane życie, że wiem, że to jest gorsza opcja, ale... - jej głowa ugina się aż w tył i Queenie zaciska usta, żeby nie rozpłakać się - nie chciałam Cię stracić, wyjechać do Vacouver albo Cię tam ciągnąć za sobą - pokręciła głową - I tak, mówiłam jej, że nie rozumiem i nie mogę Cię kochać, ale najwyraźniej nie słyszałeś, że mówiłam, że nic nie poradze na to co mogę a co nie mogę, bo serce chce inaczej i że jestem w Tobie absolutnie zakochana po uszy
Tego nie mógł słyszeć, bo przecież by jej nie zostawił.. nie zostawiłby wtedy prawda? A może zrobił to z litości, żeby odebrać jej tego cierpienia? Kiedy myśli teraz o tej rozmowie, to może dlatego Kristin jej nie rozumiała, a Ares źle zrozumiał, może mówiła od rzeczy.
- A więc uznałeś, że podejmiesz decyzję za nas oboje i sobie po prostu odejdziesz. Litościwy pan Ares, żebym tylko nie musiała płakać, to patrz -pokazuje mu na swoje oczy, które wcale nie przestają płynąć, ale teraz w nich pojawiła się również złość. Na Aresa, który ją doprowadził do tego stanu tak teraz jak i dziesięć lat temu. Dlatego jej słowa są przesiąknięte kpiną, a ten ton akurat Horne zna bardzo dobrze, bo oznacza tyle, że Queenie wchodzi w zupełnie inny tryb namiętności. Ten atakujący.
Dlatego, kiedy mówi jej, że teraz mógłby jej zapewnić wszystko to samo, co oferuje jej mąż, prycha. No tak, wszystkie argumenty wypadają jej z rąk, bo przecież pan Ares wyrósł z ziemi po dekadzie i najwyraźniej oczekiwał, że ona na niego czekała cały ten czas.
- Nie masz pojęcia o czym mówisz, Ares- ucina go, a jej spojrzenie jest ostre, tak ostre, że nie stępiło się na jego chłodnym tonie - Ja mam rodzinę wobec, której mam zobowiązania. To, czego chcę... to nie ma to nic do rzeczy. - Na sam koniec spuściła spojrzenie na ziemię, ale uniosła je znów uwaznie, kiedy rozmawiali o Bree.
Przebrzydła Bree. Czy teraz konieczne jest, żeby ktoś stał pomiędzy nimi? Heath wczoraj, Bree dziś. Bree może na dłużej - ale po trupie Queenie. Dlatego mówiła mu, że nie powinien się nią interesować, bo to wariatka, ale chyba ten argument do niego nie trafiał. Może w gruncie rzeczy przepadał za wariatkami.
- Bo ona nie jest taka jak my
Jakby się zastanowić, takich jak o n i na świecie dużo. Takich jak o n i zamykało się w szpitalach psychiatrycznych. O takich jak o n i robiono czasami reportaże. To, że Bree nie była taka jak o n i, było jej zaletą.
Ale nie w oczach Queenie.
- Jest zbyt wrażliwa. Zrobisz jej krzywdę. A jak ją złamiesz to ja będę musiała ją pocieszać, a Heath zabroni mi się z Tobą widywać - próbuje postraszyć go ostatnim argumentem, jaki przychodzi jej do głowy. Nie ma już nic więcej. Pozostaje tylko ta jedna groźba - że znowu nie będą się widywać. Tyle że ledwie wypowiada te słowa, uświadamia sobie, co właściwie właśnie zrobiła. Sama podrzuciła mu kolejny powód, żeby nią gardzić. Nią i tym jej małżeństwem jak z katalogu..

Nigdy nie przyzna się do tego, że to ona go pocałowała pierwsza. Nigdy, bo po pierwsze tego pocałunku nie było. Więc nie było o czym mówić. To, że całe jej ciało nagle się jakby przebudziło, a ona sama przeklinała dzień urodzin Bree Wyatt, która sprawiła, że ta chwila nie mogła trwać nieco dłużej. Jedyne na czym się teraz skupia Queenie to to, żeby uspokoić swoje serce, otrzeć resztkę łez z twarzy i przyprowadzić się do porządku.

Bree ją irytowała. Jej blond kudły irytowały ją jeszcze bardziej. Ale najbardziej zirytowało ją to, że Ares zaprosił Bree na ich kolację. Palce Queenie zacisnęły się na kuchennym blacie. Nie podobało jej się to, co usłyszała. Ani trochę. Rozluźniła dłonie niemal automatycznie, kiedy dostrzegła, że Bree zwróciła na nie uwagę. Szybko przeniosła wzrok na marchewkę, udając, że właśnie ona pochłania całą jej uwagę. Po chwili znów spojrzała na Bree i posłała jej szeroki, niemal przesadnie przyjazny uśmiech.
- Oczywiście, zostań z nami kochana
Że też tak łatwo przyszło jej to kłamstwo. Wcale nie było słychać złości, smutku, nawet nie było słychać ani widać tego, że dopiero co płakała i była w emocjach. Teraz jej usta uśmiechają się a policzki są zaróżowione. I jak myśli Bree, są różowe dlatego, że jest taka zadowolona z jej wizyty. W odwecie Bree podekscytowana patrzy na Queenie szukając w jej sprzymierzeńca to swataniu jej z Aresem, a ta odpowiada jej wzruszeniem brwi, jakby również była zachwycona tym obrotem spraw.
- Właśnie rozmawialiśmy o tym, to znaczy Ares się ze mną spierał - zaśmiała się głośno, przytłumiając dźwięki kuchenne - Bo twierdzi, że powinnam się przefarbować na czarno, albo przynajmniej na brązowo. Wyobrażasz sobie? Podobno to jest teraz najlepszy kolor włosów, Ares podobno wszystkie swoje nowe bohaterki będzie takimi obdarzać - nawija tak jej, prawie pewna, że doprowadzi do tego, że Bree przyjdzie jutro w nowej fryzurze. Kiedy ta naiwnie zerka na Aresa i roześmiana opowiada, że to niesamowite, że on tak uważa, że absolutnie nigdy by nie pomyślala, ale cos w tym jest - Queenie rzuca Aresowi wymowne spojrzenie, którym potwierdza swoje wcześniejsze slowa na temat Bree. Ona jest zbyt słaba. Nie jest taka jak o n i.
- No dobrze, dwa do jednego, chyba was nie przegadam. To co Bree, chyba musimy iść jutro do fryzjera - zażartowała, ale już widzi jak Bree liczy sobie w głowie czy jutro ma czas i wciśnie gdzieś wizytę.
Bingo!

Obserwuje, jak Ares odcedza makaron i dodaje go do sosu. Patrzy, jak gęsta, czerwona masa powoli oblepia kolejne nitki, kiedy miesza wszystko z namaszczeniem, jakby doskonale wiedział, że właśnie urządza przed nimi mały pokaz, po którym obie będą mieć mokre sny. Bo która kobieta nie śni o tym, że ktoś dla nich gotuje.
Bree zgodzila sie zostać, więc przy stole lądują 3 talerze. Ares siedzi u szczytu a po obu jego bokach siedzą dziewczyny. Queenie rozprasowuje dlonmi serwetke na swoich udach, zeby nie zachlapac bieli, a Bree czeka az Ares poleje im wina. Queenie zerka na kieliszek z tęsknotą. Sama chętnie by po niego sięgnęła, ale przecież karmi. Przy okazji zaczyna przyglądać się Bree nieco uważniej. Dziewczyna prezentuje swoją smukłą, niemal modelkową sylwetkę i nawet siedząc, potrafi przyjąć taką pozycję, żeby wyeksponować delikatne linie obojczyków. Momentalnie czuje ukłucie zazdrości.
Jest na siebie wściekła, że tydzień temu odpuściła pilates, a potem jeszcze wizytę na siłowni. Przez to wciąż nie zrzuciła dodatkowych kilogramów, które zostały jej po ciąży. Niby wie, że nie powinna się porównywać, ale wystarczy jedno spojrzenie na Bree, żeby natychmiast poczuła się ciężka i niezdarna.
Przy niej sama wygląda jak jakiś słoń.
- Bree opowiedz Aresowi o swoim byłym, to jest dobry motyw na książkę - zachęciła Bree, zdając sobie sprawę z tego, że Horne nie chce słuchać żadnych opowieści o mężczyznach z życia Bree, bo jedyne po co ją chce to zeby wykorzystac ja na oczach Queenie.
Oko za oko.


Ares A. Horne
35 y/o
For good luck!
189 cm
to ten gość, który kiedyś był nikim, a teraz pisze książki
Awatar użytkownika
tylko deszcz i palce wystukujące na maszynie znajomy rytm mogły zagłuszyć myśli...
ale o niej nie
ona wciąż kręciła się gdzieś na granicy jawy i snu, w fikcji, kolejnej książce, wspomnieniu i myśli, że powinna być obok
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkijakie chcesz
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa, obsesja, chora miłość
Nie dosłyszał wszystkiego, i nie miał pojęcia o tym, co zaraz powiedziała mu Queenie, że nie chodziło wtedy o niego, że to nie on miał jej to życie zmarnować, tylko decyzja, którą chciała podjąć... z miłości do niego.
Każde jedno jej słowo uderzało w niego boleśnie, wbijając się gdzieś pod skórę, prosto w serce może, bo oznaczało tylko, że oni zmarnowali tyle lat. Że to wszystko było jednym wielkim nieporozumieniem, które pociągnęło za sobą lawinę wydarzeń. Które sprawiło, że oni przez te wszystkie lata byli daleko od siebie. Miłość, która przecież kiedyś między nimi była, zamieniając w nienawiść. W gorzkie myśli o tym, że ona go nie chciała, bo był dla niej nikim. W jej żal, że ją zostawił bez powodu, ale przecież wydawało mu się wtedy, że miał powód. Że to co robił, było dla niej...
Dlatego, żeby już nie musiała płakać, kiedy patrząc mu w oczy wyznawałaby mu... miłość?
Jakby sobie wtedy to wyznali, to jak bardzo się kochali, gdzie teraz by byli? Do jakiego miejsca by ich to zaprowadziło?
Na pewno nie tu gdzie się znaleźli. Ze złamanymi sercami, których nie umieli sobie tak łatwo wybaczyć. Poskładać ich.
- A ty co byś zrobiła, gdybyś usłyszała, że nie mogę cię kochać, bo jesteś dla mnie nikim? - warknął na nią, bo chyba chciał się w ten sposób tłumaczyć, tym, że to między nimi, wtedy było niedomówieniem. Ale co oni teraz mogli z tym zrobić?
Czy teraz to cokolwiek zmieniało?
Najwidoczniej nie i zaraz Queenie mu to dobitnie oznajmiła, mówiąc, że ona ma rodzinę i zobowiązania wobec niej.
Wiedział. Doskonale to kurwa wiedział.
Ale co z tego skoro serce nie dawało mu o niej zapomnieć?
Skoro ono nie rozumiało tego, że jego Queenie, teraz była Panią Wyatt.
- Porzuć rodzinę - Ares mówił, jakby to wszystko było takie proste. Jakby byli bohaterami jego książek, którzy z miłości mogli zrobić wszystko. Których uczucia przenosiły góry i podpalały cały świat, a to ich...
Ares znowu czuł, że przy niej płonie.
Z tęsknoty i z miłości, a zaraz też ze złości. Z bezsilności może?
Kiedy temat schodzi na Bree, to Ares też westchnął ciężko, bo ona nawet w jednym procencie nie była taka, jak oni. Ale to może akurat dobrze dla niej. Że nie kochała nigdy tak bardzo, żeby to uczucie przerodziło się w jakąś chorą obsesję. Żeby trawiło od środka ogniem, raz miłości i pożądania, a za chwilę nienawiści i bólu.
- Żadna nie jest taka jak ty Queenie - musiał jej to powiedzieć, chociaż czarne oczy wpatrzone miał gdzieś w marmurowy blat. Ale przecież tak było. Ares w swoim życiu miał wiele kobiet, ale żadna nie potrafiła go poskładać, tego złamanego serca. Żadna nie potrafiła wyleczyć jego choroby zwanej obsesją.
- Ale... - podniósł na nią spojrzenie.
Na te niebieskie oczy i pełne wargi, chciał ją zapytać dlaczego on ma sobie odmówić Bree, kiedy ona nie odmawiała sobie swojego męża? Nie chciała dla niego porzucić rodziny. A on Bree powinien, tak?
Zrobiłby to. Wszystko by dla niej oddał. Żeby tylko móc się z nią widywać.
Żeby tylko móc z nią...
I kiedy ten pocałunek zawisł miedzy nimi w powietrzu. Niedokonany, a jednak rozpoczęty. I to z jej strony, która szarpnęła się do niego. Tak, że jego serce w piersi znowu przyspieszyło, a włoski na karku stanęły mu dęba. Jak wtedy gdy mieli po lat osiemnaście i kradli sobie z ust pocałunki. Jak wtedy gdy mieli ich dwadzieścia i na pocałunkach tylko, się nie kończyło. I dzisiaj też by mogło.
Mogli posunąć się dalej, gdyby nie przeszkodziła im Bree.
Cholerna Bree.
Oczywiście zostań z nami kochana.
Ares spojrzał na Queenie krzywo, unosząc w górę jedną brew, jakby tym spojrzeniem chciał jej przekazać - i czemu jej nie wyprosiłaś? To twój dworek. Każesz mi ją zostawić i sama zapraszasz ją na kolację. Prosto w paszczę lwa...
To wszystko mówiło jedno jego spojrzenie.
A kolejne było przewrócenie czarnymi ślepiami, kiedy Pani Wyatt zaczęła te swoje dywagacje na temat koloru kobiecych włosów. dla niego zawsze blond, jak jej jasne kosmyki.
- Albo na rudo, myślę, że dobrze by ci było w rudym Queenie - zaczepił ją Horne, no przecież, że specjalnie, bo sam sobie nie wyobrażał jej w innym kolorze, a już na pewno nie w smutnej czerni, czy nudnym brązie.
Ale Bree już się zastanawia jak ona by w takim wyglądała, a zaraz trzepocze rzęsami.
- A ja w rudym? Jakby mi było w rudym Ares? - zapytała, na co Horne uśmiechnął się bezczelnie.
- Seksownie - powiedział, ale jego ciemne spojrzenie uciekło do tej drugiej Pani Wyatt.
Potem Ares wziął się za zapiekankę i wymieszał z makaronem i warzywami aromatyczny sos, przerzucił wszystko na brytfannę, a przy tej czynności ubrudził się gęstym, czerwonym płynem i na oczach dwóch niebieskookich niewiast, zlizał go za palców.
Teraz to na pewno obie będą miały mokre sny z jego udziałem.
A kiedy usiadł u szczytu stołu, rozsiadając się nonszalancko na krześle i serwetkę rozkładając sobie niedbale na odkrytym torsie, który wystawał mu spod rozchełstanej pod szyją koszuli, wiedział, że to też wróci do nich w nocy, ta wizja, jak patrzył na nie, pan i władca tego dworku.
Bree zaproponował wino, a potem spojrzenie utkwił w Queenie.
- Dla ciebie lemoniada? - zapytał z kpiną w głosie, ale przecież sam jej ją wyciskał, własnoręcznie i zaraz też sam jej nalał pełną prawie szklankę. Ciemne spojrzenie utkwił w jej błękitnych oczach, a wtedy Bree zaczęła nawijać i prężyć się przy stole. Gadała o czymś głupim, więc Ares jej nawet nie słuchał, jak zwykle zresztą, tylko zajął się zapiekanką. Była idealna, wszystkie warzywa aldente, a makaron wcale się nie rozgotował.
Dopiero kiedy Queenie powiedziała o tym byłym Bree, żeby o nim opowiedziała, to podniósł na nią wzrok, najpierw na Queenie, a potem na Bree.
- Opowiedz, może się zainspiruje - powiedział, chociaż prawda jest taka, że miał to gdzieś.
- Ach to nic takiego - Bree macha ręką, a zaraz ocierał serwetką wąskie wargi, a potem...
Kurwa. Ten potok słów, który z nich wyleciał sprawił, że Ares momentalnie pożałował, że ją zaprosił. Gadała i gadała.
- … i on wtedy mnie rzucił, bo powiedział, że jest zakochany w innej kobiecie. Po prostu mnie wykorzystał, bardzo długo nie mogłam się po tym pozbierać... - zakończyła smutno i oparła dłoń na stole szukając chyba w którymś z nich wsparcia, ale ani Queenie, ani Ares się nie ruszyli.
Oni tylko znowu spotkali się spojrzeniem. A Horne nawet zamiast tego podniósł kieliszek z winem, żeby upić z niego kilka łyków, bujnąć nim w dłoni, a potem obracając go w palcach, skomentować.
- Nudny motyw. Wykorzystane kobiety są słabe, a u mnie zawsze postać kobieca jest silna. Wie czego chce i idzie po to, po trupach, nie patrząc na konsekwencje - spojrzał znowu na Queenie.
Dopatrywała się w jego bohaterkach podobieństw do siebie?
Bree pociągnęła nosem.
- To faceci są okropni... Ale ty taki nie jesteś, prawda Ares? - spojrzała na niego tymi wielkimi, niebieskimi oczami.
- Nie wiem, Queenie, jestem taki, czy nie jestem? Przecież tak dobrze mnie znasz... - znała go kiedyś najlepiej na świecie. Lepiej niż on sam.
A teraz? Jak go oceniała?


ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ🥀་༘࿐

znasz mnie jeszcze?
33 y/o
For good luck!
167 cm
stay at home mom
Awatar użytkownika
Just know that I will find my way from you
Like flowers from a tomb while you decide who you are
And I can see right through like shadows on the moon
And it's all bad news
I hate that I made you love me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszly
postać
autor

Queenie długo wyobrażała sobie, że Ares wróci. Że tak na prawdę zniknął tylko na chwilę, ale przecież nie wytrzyma bez niej miesiąca. Później sądziła, że trzech nie wytrzyma. Że po pół roku oszaleje i pojawi się znów w jej życiu. Codziennie się malowała, spędzała godziny w łazience kręcąc loki, szorując a później blasamując całe ciało - bo była pewna, że to właśnie tego dnia Ares znów pojawi się na jej werandzie. Że przyjdzie do niej z bukietem kwiatów, najlepiej różowych piwonii albo niebieskich hortensjii i przeprosi za każdą minutę swojej nieobecności.
Siedziała później cały mi dniami na werandzie. Sztywno i czujnie obserwowała każdy ruch na drodze. I spędzała czas na wyobrażaniu sobie ich kolejnych dni. Tego, jak ogłoszą swój związek jej rodzicom, jak ci zareagują, jak będą chcieli go sprawdzić, ale koniec końców będą zachwyceni. I jak tatuś da mu pracę w swojej firmie, a później kupi im dom na wzgórzu. Wyobrażala sobie ich ślub, kameralny i gdzieś na plaży, w otoczeniu jej rodziny, kilku jego znajomych. To jak będą cieszyć się pierwszymi miesiącami po ślubie, a później po kilku latach będą mieli trójkę dzieci. Siedząc na werandzie miała plan na wszystko.
Tylko lato się skończyło i musiała iść na studia. A później poznała Heatha i jej plany powoli odchodziły w dal. W domu wszyscy powtarzali jej, że Ares już nie wróci. Peter, który się chyba o nią martwił, obiecał jej zdawać realację codziennie, ale nie było nowych wieści. Ares nie wrócił przez rok.
Później nie wrócił przez kolejny rok. I tak mijały miesiące, dni, tygodnie.
A kiedy Heath klęczał przed nią pod koniec studiów z wielkim pierścionkiem z diamentem, zrozumiała, że to jedyna droga.
Nie wzdrygnęła się na jego ton, ale wzięła głębszy wdech, zaskoczona tym. Już dawno nikt nie mówił do niej w ten sposób i chociaż gdyby Heath na przykład się odważył, to by mu się zaśmiała w twarz, to kiedy Ares wydobył z siebie to warknięcie, to jej spojrzenie wbiło się w jego oczy czujnie sprawdzając, czy pójdzie za tym coś jeszcze, jakby chciała go nawet o to poprosić.
-Roześmiałabym Ci się wtedy w twarz, Ares - odpowiada chłodno, z jakąś nutą satysfakcji - Bo wiem, że to są słowa, które w Twoich ustach są kłamstwem
Była pewna swojego od momentu, kiedy pierwszy raz go pocałowała. Ares był jej, był jej pokrewną duszą, jej zabawką i jej nemesis. I chociażby chciał okłamywać sam siebie, to nie był w stanie się z niej wyleczyć.
Więc może była z ich dwójki silniejsza, bo była pewna jego. On zaś zaufał jej słowom podsłyszanym przypadkiem, bardziej niż temu jak na niego patrzyła i jak jej serce przy nim mocniej biło. Musiał czuć kompleks niższości, skoro nie mógł jej zapewnić dobrobytu materialnego. Nie miał nazwiska, pieniędzy, był wyraźnie poniżej jej. I nawet to, że dla niej taka sugestia była śmieszna, kiedy jego zniszczyła, to obrazuje.
Ale teraz przyszedł czas na rewanż.
Złość wezbrała w niej momentalnie. Porzucić rodzinę?! Ares był niemożliwy, jeżeli sądził, że tak po prostu można zostawić pięć lat układania sobie życia tylko dlatego, że znów pojawił się w jej okolicy i tego żądał.
-Świetny pomysł, i jak sobie to wyobrażasz? Że zamieszkamy tutaj na jednej ulicy i będę codziennie widziała własnego syna i męża w sklepie albo na spacerze? Że będziemy sobie organizować grill sąsiedzki i zaprosimy ich w odwiedziny? - prychnęła, kręci głową i zakłada sobie nerwowo pasemko blond włosów za ucho. Wariat. - A może mam ich od jutra ignorować. Spakować sie, zamieszkać tutaj i wyprzeć się wszystkich, tylko dlatego, że postanowiłeś się tu pojawić?- ten plan był taki, że go nie było i Ares też musiał sobie zdawać z tego sprawę. Miał w sobie wiele cech, które ją do niego przyciągały, ale tą najbardziej niebezpieczną było to, że kiedy tylko rozkazał jej, by zostawiła rodzinę, to w jej głowie ten zalążek pomysłu już został. Od teraz będzie się codziennie budzić z myślą, czy to dobry moment, by zostawić Heatha. Ale jeszcze gorsza myśl pojawi się wieczorem, kiedy patrząc w twarz swojego dziecka zastanowi się czy umiałaby zostawić Percivala.

Widząc zdziwioną minę Aresa, Queenie zastanawia się, czy dobrze zrobiła przyjmując Bree. Nie, niedobrze. Oczywiście dobrze dla jej relacji z Bree oraz dla jej małżeństwa. Obecność kobiety w dworku trzymała ją i Aresa w zdrowym dystansie. Gdyby Bree nie przyszła dziś do niego, niewiadomo czy Queenie zdołałaby oderwać się od niego równie szybko, jak zrobiła to, kiedy jej usta nagle musnęły jego ust. Ale niedobrze dla jej zdrowia psychicznego, bo kiedy Bree się rozgaszcza, pani Wyatt stara się opanować po momencie, który im przerwała. I jeszcze jej oddech nie wrócił do normy, jeszcze dreszcze, które rozlały się zimnym ciepłem po jej brzuchu nie zniknęły, a Bree już zdążyła podejść do Aresa i swoją dłonią dotknąć jego policzka.
S z m a t a.
- Mówisz, że w rudym? No co ty Ares, nie wiedziałam, że tak się znasz na kolorach włosów - i powstrzymuje się przed tym, żeby swoją rękę włożyć w jego włosy tylko dlatego, że jest tu z nimi Bree. Nigdy wcześniej nie zahamowałaby się przed takim gestem, ale teraz ma więcej do stracenia. Nie chce, żeby głupia Bree powiedziała Heathowi o tych małych słodkich gestach, które dzieliła z Aresem.
Stara się za wszelką cenę nie pokazać, że obecność Bree i to, że Ares komentuje, że wyglądałaby seksownie w jakikolwiek sposób ją dotknęło, ale nie podoba jej się to, w jaki sposób ze sobą przy niej rozmawiają.
Jej serce znów przyśpiesza bicie, kiedy Ares kieruje te słowa tak, że mówi je patrząc na nią. Coś magnetyzującego było w sposobie w jaki układał słowa na swoich ustach, i sprawiało, że nawet kiedy już na nią nie patrzył, to ona wciąż miała swoje oczy skupione na nich. I kiedy nagle oblizują jego palce Queenie czuje rozpływające się gorąco gdzieś w okolicach szyji i odruchowo zagryzła wargę. Na szczęście Bree tego nie widziała, bo sama też ogląda ten spektakl.
Dostała lemoniadę i pije ją bez przekonania, milcząc, mając nadzieję, że jeżeli oboje z Aresem nie będą się odzywać to Głupia Bree sobie pójdzie. Ale niestety tej niewiele trzeba było, aby mówić, więc po małej zachęcie zaczyna opowiadać historię, a Queenie zakłada nogę na nogę i w wyniku zupełnego przypadku jej stopa zachacza o jego nogę pod stołem. Na początku udawała, że tego nie czuje, ale spogląda na niego ukradkiem gdzieś w połowie historii. Queenie słyszała tę opowieść już z dwa razy, ale tak jak kiedyś to robiło na niej wrażenie, tak teraz, w obliczu tego, że Ares był tu spowrotem, wcale jej to nie interesowało co Bree przeżyła. A mimo to posyła jej zachęcające uśmieszki i raczy się zapiekanką, która jest tak idealna, że aż jej stopa pod stołem potarła jego łydkę. Przypominało to jeden z obiadów rodzinnych, kiedy Bylthowie zapraszali Aresa na wystawne kolacje i Queenie siadała obok niego i miała za cel swoich zabaw przy stole to, jak daleko można się posunąć, żeby ktoś nie zauważył, że pod stołem się podrywają.
Skupiona na jedzeniu, dopiero po chwili zareagowała na pytanie Aresa. Uśmiecha się lekko w odpowiedzi i wzrusza ramionami.
- Czy byłbyś w stanie wykorzystać inną dziewczynę, wiedząc, że Twoje serce należy już do kogoś innego...? Och Bree, a któż z nas nie byłby w stanie czegoś takiego zrobić? Przeiceż to się nazywa rebound skarbie. Może po prostu za wiele oczekiwałaś od chłopaka poznanego gdzieś na aplikacji. - odpowiedziała tak wcale nie odpowiadając, ale nie wyobrażała sobie, żeby Ares tak na prawde mógł kogoś wykorzystać w tak podły sposób. - Ale myślę Ares, że ty jesteś po prostu bardziej prawdomówny i w twoim stylu było bardziej mówienie z góry, że dana dziewczyna nie ma u Ciebie szans na dłuższą metę - podzieliła się swoją obserwacją, dość szczerze i przygryza cukinię w pysznym sosie pomidorowym. - A no właśnie Aresku, a ty teraz kogoś szukasz, jesteś na takich aplikacjach? - spojrząła porozumiewawczo na Bree a później nieco bardziej okrutnie na Aresa. To było absoultunie logiczne, że o to by spytała, ale miała nadzieję, że usłyszy coś w stylu, że postanowił być teraz pustelnikiem i wcale nie szukał żadnych ekscesów.
Bo już to co robił z Bree jej sie nie podobało!

pustelnik z tindera
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”