przekleństwa, obsesja, chora miłość
Nie dosłyszał wszystkiego, i nie miał pojęcia o tym, co zaraz powiedziała mu Queenie, że nie chodziło wtedy o niego, że to nie on miał jej to życie zmarnować, tylko decyzja, którą chciała podjąć... z miłości do niego.
Każde jedno jej słowo uderzało w niego boleśnie, wbijając się gdzieś pod skórę, prosto w serce może, bo oznaczało tylko, że oni zmarnowali tyle lat. Że to wszystko było jednym wielkim nieporozumieniem, które pociągnęło za sobą lawinę wydarzeń. Które sprawiło, że oni przez te wszystkie lata byli daleko od siebie. Miłość, która przecież kiedyś między nimi była, zamieniając w nienawiść. W gorzkie myśli o tym, że ona go nie chciała, bo był dla niej nikim. W jej żal, że ją zostawił bez powodu, ale przecież wydawało mu się wtedy, że miał powód. Że to co robił, było dla niej...
Dlatego, żeby już nie musiała płakać, kiedy patrząc mu w oczy wyznawałaby mu... miłość?
Jakby sobie wtedy to wyznali, to jak bardzo się kochali, gdzie teraz by byli? Do jakiego miejsca by ich to zaprowadziło?
Na pewno nie tu gdzie się znaleźli. Ze złamanymi sercami, których nie umieli sobie tak łatwo wybaczyć. Poskładać ich.
-
A ty co byś zrobiła, gdybyś usłyszała, że nie mogę cię kochać, bo jesteś dla mnie nikim? - warknął na nią, bo chyba chciał się w ten sposób tłumaczyć, tym, że to między nimi, wtedy było niedomówieniem. Ale co oni teraz mogli z tym zrobić?
Czy teraz to cokolwiek zmieniało?
Najwidoczniej nie i zaraz Queenie mu to dobitnie oznajmiła, mówiąc, że ona ma rodzinę i zobowiązania wobec niej.
Wiedział. Doskonale to kurwa wiedział.
Ale co z tego skoro serce nie dawało mu o niej zapomnieć?
Skoro ono nie rozumiało tego, że
jego Queenie, teraz była Panią Wyatt.
-
Porzuć rodzinę - Ares mówił, jakby to wszystko było takie proste. Jakby byli bohaterami jego książek, którzy z miłości mogli zrobić wszystko. Których uczucia przenosiły góry i podpalały cały świat, a to ich...
Ares znowu czuł, że przy niej płonie.
Z tęsknoty i z miłości, a zaraz też ze złości. Z bezsilności może?
Kiedy temat schodzi na Bree, to Ares też westchnął ciężko, bo ona nawet w jednym procencie nie była taka, jak oni. Ale to może akurat dobrze dla niej. Że nie kochała nigdy tak bardzo, żeby to uczucie przerodziło się w jakąś chorą obsesję. Żeby trawiło od środka ogniem, raz miłości i pożądania, a za chwilę nienawiści i bólu.
-
Żadna nie jest taka jak ty Queenie - musiał jej to powiedzieć, chociaż czarne oczy wpatrzone miał gdzieś w marmurowy blat. Ale przecież tak było. Ares w swoim życiu miał wiele kobiet, ale żadna nie potrafiła go poskładać, tego złamanego serca. Żadna nie potrafiła wyleczyć jego choroby zwanej obsesją.
-
Ale... - podniósł na nią spojrzenie.
Na te niebieskie oczy i pełne wargi, chciał ją zapytać dlaczego on ma sobie odmówić Bree, kiedy ona nie odmawiała sobie swojego męża? Nie chciała dla niego porzucić rodziny. A on Bree powinien, tak?
Zrobiłby to. Wszystko by dla niej oddał. Żeby tylko móc się z nią widywać.
Żeby tylko móc z nią...
I kiedy ten pocałunek zawisł miedzy nimi w powietrzu. Niedokonany, a jednak rozpoczęty. I to z jej strony, która szarpnęła się do niego. Tak, że jego serce w piersi znowu przyspieszyło, a włoski na karku stanęły mu dęba. Jak wtedy gdy mieli po lat osiemnaście i kradli sobie z ust pocałunki. Jak wtedy gdy mieli ich dwadzieścia i na pocałunkach tylko, się nie kończyło. I dzisiaj też by mogło.
Mogli posunąć się dalej, gdyby nie przeszkodziła im Bree.
Cholerna Bree.
Oczywiście zostań z nami kochana.
Ares spojrzał na Queenie krzywo, unosząc w górę jedną brew, jakby tym spojrzeniem chciał jej przekazać -
i czemu jej nie wyprosiłaś? To twój dworek. Każesz mi ją zostawić i sama zapraszasz ją na kolację. Prosto w paszczę lwa...
To wszystko mówiło jedno jego spojrzenie.
A kolejne było przewrócenie czarnymi ślepiami, kiedy Pani Wyatt zaczęła te swoje dywagacje na temat koloru kobiecych włosów. dla niego zawsze blond, jak jej jasne kosmyki.
-
Albo na rudo, myślę, że dobrze by ci było w rudym Queenie - zaczepił ją Horne, no przecież, że specjalnie, bo sam sobie nie wyobrażał jej w innym kolorze, a już na pewno nie w smutnej czerni, czy nudnym brązie.
Ale Bree już się zastanawia jak ona by w takim wyglądała, a zaraz trzepocze rzęsami.
-
A ja w rudym? Jakby mi było w rudym Ares? - zapytała, na co Horne uśmiechnął się bezczelnie.
-
Seksownie - powiedział, ale jego ciemne spojrzenie uciekło do tej drugiej Pani Wyatt.
Potem Ares wziął się za zapiekankę i wymieszał z makaronem i warzywami aromatyczny sos, przerzucił wszystko na brytfannę, a przy tej czynności ubrudził się gęstym, czerwonym płynem i na oczach dwóch niebieskookich niewiast, zlizał go za palców.
Teraz to na pewno obie będą miały mokre sny z jego udziałem.
A kiedy usiadł u szczytu stołu, rozsiadając się nonszalancko na krześle i serwetkę rozkładając sobie niedbale na odkrytym torsie, który wystawał mu spod rozchełstanej pod szyją koszuli, wiedział, że to też wróci do nich w nocy, ta wizja, jak patrzył na nie, pan i władca tego dworku.
Bree zaproponował wino, a potem spojrzenie utkwił w Queenie.
-
Dla ciebie lemoniada? - zapytał z kpiną w głosie, ale przecież sam jej ją wyciskał, własnoręcznie i zaraz też sam jej nalał pełną prawie szklankę. Ciemne spojrzenie utkwił w jej błękitnych oczach, a wtedy Bree zaczęła nawijać i prężyć się przy stole. Gadała o czymś głupim, więc Ares jej nawet nie słuchał, jak zwykle zresztą, tylko zajął się zapiekanką. Była idealna, wszystkie warzywa aldente, a makaron wcale się nie rozgotował.
Dopiero kiedy Queenie powiedziała o tym byłym Bree, żeby o nim opowiedziała, to podniósł na nią wzrok, najpierw na Queenie, a potem na Bree.
-
Opowiedz, może się zainspiruje - powiedział, chociaż prawda jest taka, że miał to gdzieś.
-
Ach to nic takiego - Bree macha ręką, a zaraz ocierał serwetką wąskie wargi, a potem...
Kurwa. Ten potok słów, który z nich wyleciał sprawił, że Ares momentalnie pożałował, że ją zaprosił. Gadała i gadała.
-
… i on wtedy mnie rzucił, bo powiedział, że jest zakochany w innej kobiecie. Po prostu mnie wykorzystał, bardzo długo nie mogłam się po tym pozbierać... - zakończyła smutno i oparła dłoń na stole szukając chyba w którymś z nich wsparcia, ale ani Queenie, ani Ares się nie ruszyli.
Oni tylko znowu spotkali się spojrzeniem. A Horne nawet zamiast tego podniósł kieliszek z winem, żeby upić z niego kilka łyków, bujnąć nim w dłoni, a potem obracając go w palcach, skomentować.
-
Nudny motyw. Wykorzystane kobiety są słabe, a u mnie zawsze postać kobieca jest silna. Wie czego chce i idzie po to, po trupach, nie patrząc na konsekwencje - spojrzał znowu na Queenie.
Dopatrywała się w jego bohaterkach podobieństw do siebie?
Bree pociągnęła nosem.
-
To faceci są okropni... Ale ty taki nie jesteś, prawda Ares? - spojrzała na niego tymi wielkimi, niebieskimi oczami.
-
Nie wiem, Queenie, jestem taki, czy nie jestem? Przecież tak dobrze mnie znasz... - znała go kiedyś najlepiej na świecie. Lepiej niż on sam.
A teraz? Jak go oceniała?
ִֶָ𓂃 ࣪˖ ִִֶֶָ
་༘࿐
znasz mnie jeszcze?