26 y/o
For good luck!
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Żeglowanie było, oprócz jazdy samochodem, jedną z kilku czynności, które sprawiały Lucienowi niesamowitą przyjemność. Niestety, rzadko kiedy mógł sobie na to pozwolić, dlatego teraz, kiedy miał nieznaczną przerwę od wyścigów, mógł wykorzystać czas wolny na wybranie się nad zatokę.
Ubrany w białą lnianą koszulę, niebieskie szorty, w całkiem luźnym wydaniu, z czarnymi okularami na nosie, szedł spokojnie przez molo, mijając innych ludzi, czując się wśród nich kompletnie incognito. Wbrew pozorom niewiele osób śledziło sportowe wydarzenia, a i bez typowego kombinezonu czy ubrań z logo Mercedesa ciężko było rozpoznać wyścigowego kierowcę wśród tłumu. To mu dawało pewien komfort, kiedy kierował się do swojej żaglówki.
Wszedł na jej pokład w zamyśleniu i zaczął przygotowywać ją do wypłynięcia. Gdy już niemal wszystko było gotowe, westchnął i podparł się rękami o biodra, bezwiednie przesuwając spojrzeniem po krążących po molo spacerowiczach, aż jego wzrok padł na znajomo wyglądającą sylwetkę. Zmrużył oczy, skupiając na niej intensywniej wzrok. Jej ciemne włosy opadały kaskadami na niemal nagie plecy, a górna część stroju kąpielowego i jeansowe spodenki idealnie podkreślały jej figurę. Wyglądała na to, że dobrze się bawiła. A dostrzegłszy, co trzymała w ręku, ściągnął brwi. Może aż nazbyt dobrze.
Nie myśląc zbyt wiele, przeskoczył przepaść między żaglówką a podestem, po czym ruszył w jej stronę. Akurat przystanęła, więc wykorzystał moment i podszedł, by delikatnie przesunąć dłonią po jej talii i stanąć naprzeciw niej.
Dzień dobry, panno Weasley — przywitał się, posyłając jej promienny, acz nieco arogancki uśmiech. — Widzę, że dobrze się bawisz — zauważył i, wykorzystując jej zaskoczenie, zabrał jej czerwony kubek, żeby powąchać zawartość. Spodziewał się raczej typowego zapachu piwa, ale bijąca od niego słodkość go zdziwiła, więc zaciekawiony przechylił kubeczek, żeby spróbować napoju. Zmarszczył nieco brwi. Lemoniada. — A jednak nie tak dobrze — skwitował, po raz kolejny uśmiechając się do niej z rozbawieniem i oddał jej kubek. Fakt, że się pilnowała, wzbudził w nim pewną satysfakcję.
Czekasz na rejs? — zagadnął, zerkając na kolejkę ludzi nieopodal. Słońce było już wysoko, co nie sprzyjało długiemu staniu na nieosłoniętym molo. Zwłaszcza dla ciężarnej. Czy można powiedzieć, że się o nią martwił? Na to wyglądało. To była przecież całkiem ludzka rzecz. — Myślę, że nie warto napędzać tej całej turystycznej machiny. Lepiej chodź ze mną — skrzywił się odrobinę, a wraz z ostatnimi słowami złapał ją za rękę i nie czekając na jej protest, pociągnął ją za sobą w stronę swojej żaglówki.
Pani przodem — po chwili przystanął na brzegu, ruchem dłoni szarmancko wskazując wejście, drugą jej podając jako pomoc, by weszła bezpiecznie na pokład.

Zoya Weasley
25 y/o
For good luck!
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zoya była prawdziwą społeczniarą, co oznaczało, że uwielbiała wszelkie wydarzenia organizowane dla mieszkańców przez lokalne władze. Jeszcze w Huntsville sama angażowała się w ich przygotowanie.
W Toronto podobne inicjatywy albo zdarzały się znacznie rzadziej, albo były kiepsko nagłaśniane, dlatego rzadko udawało jej się na nie trafić. Tym razem jednak dopisało jej szczęście i obecnie Zoya spacerowała z uśmiechem, dzierżąc w dłoni kubeczek świeżej lemoniady, kupionej od jakiejś babuszki na nieoficjalnym straganie.
Zaintrygowana atrakcjami, ruszyła na molo i chociaż kolejka była okropnie długa, postanowiła cierpliwie poczekać. Jednocześnie rozkoszowała się napojem i napawała się ciepłymi promieniami słońca.
Nagle usłyszała podejrzanie znajomy głos. Przez krótką chwilę zabrzmiał jej jak głos nauczyciela geografii, który zawsze przyłapywał ją akurat wtedy, gdy próbowała wymknąć się ze szkoły. Z lekkim przestrachem odwróciła się w stronę mężczyzny, ale gdy rozpoznała Luciena, ze zdziwienia uniosła brwi, a jej usta delikatnie się rozchyliły. Po paru sekundach otworzyły się już znacznie szerzej, po czym uniosła gwałtownie dłoń, kiedy meżczyzna znienacka odebrał jej kubeczek z lemoniadą.
Nie pij tego! — krzyknęła. Obawiała się, że już nigdy nie będzie jej dane napić się w Toronto napoju wyciśniętego z niepryskanych cytryn. Zoya miała swoje wiejskie przyzwyczajenia i szczerze doceniała ekologiczną żywność!
Nerwowo odebrała swoją własność i, lekceważąc uśmiech Luciena, ostentacyjnie wpatrując mu się w oczy, duszkiem opróżniła cały kubeczek. Nie bardzo wiedziała, o co właściwie mu chodziło.
Czekam. — Potaknęła i dopiero wtedy zmierzyła go od góry do dołu. Miał koszulę, która nijak współgrała z błękitnymi spodenkami kąpielowymi i klapkami. Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy wraz z fortuną Lucien stracił poczucie dobrego doboru ubrań, bo na wiosce również strzelił faila i przyjechał w białych butach zamiast w praktycznych kaloszach.
Nie komentowała jednak tego i właściwie, choć Zoyę korciło, aby z nim porozmawiać, zamierzała ponownie odwrócić się w stronę kolejki.
Co? — Nie zrozumiała ani tego, kiedy wspomniał o turystycznej machini ani dlaczego nagle złapał ją za rękę i pociągnął w drugą stronę molo. Stawiając krok za krokiem, Zoya świadomie odpowiedziała tym samym gestem na jego palce zaciskające się wokół jej dłoni i nawet, zupełnie intuicyjnie, delikatnie się uśmiechnęła. Do jej głowy napłynęły wspomnienia z Huntsville. Właściwie zapomniawszy, że właśnie prowadził ją ku nieznanemu, z zaciekawieniem zaczęła lustrować profil Luciena.
Był przystojny.
Kiedy w końcu przystanęli przy pokaźnych rozmiarów łódce, podejrzliwym wzrokiem omiotła najpierw żaglówkę, a potem ponownie mężczyznę. Ruszyła się dopiero w chwili, w której szarmancko wskazał jej wejście. Wówczas jedynie głupio potaknęła i, skorzystawszy z jego pomocy, weszła na pokład.
Jest twoja czy wypożyczyłeś? — zapytała, jednocześnie idąc wzdłuż burty i uważnie rozglądając się dookoła. Nigdy nie podróżowała samotnie łodzią, a już na pewno nie tak drogą.
Tymczasem Lucien podszedł do steru, sprawnie przygotował żaglówkę do wypłynięcia i niedługo później odbili od pomostu. Wówczas Zoya zajęła miejsce na jednej z ławek znajdującej się obok steru. Wyciągnęła wygodnie nogi i korzystając z okazji, że znajdowała się nieco z tyłu, znowu zaczęła lustrować sylwetę Luciena.
To zadziwiające, że nie miała żadnych wątpliwości, aby spędzić z nim czas. To zadziwiające, że nawet nie zapytała, dokąd płynęli, tylko swobodnie czerpała kolejną wiązkę promieni słonecznych. Czuła się wręcz niepokojąco spokojna, jakby uważała, że przy Lucienie nic złego nie mogło się wydarzyć.
Powinnam zapłacić za rejs? — Wstała nagle, związała dłonie za plecami, po czym podeszła do steru. Zaraz nachyliła się i z filuternym uśmiechem, nachyliła się od boku, aby spojrzeć na kapitana.

Kapitan Jack
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
For good luck!
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Jej protest puścił mimo uszu, a właściwie jeszcze bardziej skłonił go ku temu, żeby spróbować, na co pozwoliła sobie, będąc w ciąży. Nie rozumiał jej oburzenia i tego spojrzenia, jakim go obdarzyła, gdy po oddaniu jej lemoniady ostatecznie opróżniła kubeczek, czemu przyglądał się z widocznym rozbawieniem.
Lemoniada była zdecydowanie lepszym wyborem niż piwo, o którym pomyślał, widząc znajomy czerwony plastik w jej ręku. Przez wzgląd na konsekwencje swoich działań sprzed dwóch miesięcy, czuł się zobowiązany zainterweniować i upewnić się, że Zoya potrafiła się pilnować. Przecież to nie tak, że stanowiło to idealną wymówkę, żeby do niej podejść.
Kolejka na rejs też była bardzo dogodnym pretekstem, żeby zaproponować jej własny transport, choć w zasadzie bezceremonialne wzięcie jej za rękę i poprowadzenie przez molo nie miało nic wspólnego z pytaniem o jej zgodę.
Jak zawsze, gdy chodziło o nią, działał szybciej, niż myślał. I choć zwykle kontrolował siebie, swoje pragnienia i życie, odpowiadała mu ta nuta spontaniczności, którą odkrywał w sobie na nowo. Pewnie egoistycznie tego właśnie potrzebował, decydując się ją ze sobą zabrać. Jednocześnie tłumaczył sobie w myślach, że skoro ich spotkanie znów podlegało przypadkowi, tym bardziej powinni wykorzystać je na bliższe poznanie się. Nie miał jeszcze dość zbierania o niej ciekawostek. Nie miał jej dość.
Technicznie rzecz biorąc, moich rodziców. Zajawkę na żeglugę również odziedziczyłem po tacie, ale teraz to ja częściej z niej korzystam, niż oni — odpowiedział z lekkim uśmiechem, mimochodem dzieląc się z nią kolejną rzeczą o sobie, której jeszcze nie zdążyła się dowiedzieć.
Pominął już fakt, że to on kupił im tę łódź rok temu, po podpisaniu kontraktu z Mercedesem, okazując im wdzięczność za wszystko, co dla niego zrobili. A oni w zamian z chęcią dzielili się nią z synem. W końcu spełnił ich marzenia, czego więcej potrzebowali do szczęścia?
Kiedy stanął za sterami, a żaglówka odbiła od brzegu, na kilka sekund zerknął przez ramię za siebie, posyłając jej w przelocie uśmiech, jakby upewniał się, że Zoi na tej kanapie było wystarczająco wygodnie. Wróciwszy wzrokiem na drogę, uśmiechnął się do siebie, stwierdzając w myślach, że towarzystwo ciemnowłosej było o wiele lepsze, niż samotne dryfowanie po wodach Ontario.
Hmm… — westchnął w zastanowieniu, składając usta w dziubek, jakby wyraźnie się nad czymś zastanawiał. — Sposób zapłaty jeszcze podlega negocjacji — uznał finalnie, przenosząc na nią spojrzenie i odwzajemniając jej uśmiech typowym dla niego zawadiackim. Nie mogła dostrzec błysku w jego oczach, ukrytych za okularami, gdy pomyślał o konkretnych propozycjach. Ani tego, że przesunął wzrokiem po jej sylwetce, zatrzymując się odrobinę dłużej na jej uwydatnionych w kostiumie kąpielowym piersiach, gdy z niezwykłą swobodą stanęła przy nim z dłońmi schowanymi za sobą, nieświadomie eksponując mu swoje walory. Przygryzł wargę. — To zależy, jak będziesz się sprawować — dodał, unosząc wymownie brew, powracając spojrzeniem na jej niebieskie, iskrzące się figlarnie oczy. To samo udzieliło się również i jemu.
Ciężko było stwierdzić, co też przyjdzie jej do głowy w trakcie rejsu, niemniej nie mógł się doczekać wypłynięcia na głębokie wody i dotarcia do jego ulubionego miejsca, które z chęcią zamierzał jej pokazać.
Byłaś nad Scarborough Bluffs? — zapytał z zaciekawieniem.


passenger princess
25 y/o
For good luck!
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Również nie miała go dosyć. Co było dziwne, bo Zoyę mężczyźni łatwo męczyli i wyprowadzali z równowagi. Może to przez to, że w większości dorastała w ich towarzystwie, mając raptem niewielkie grono tych, którzy byli bardziej zrównoważeni.
Lucien, pomimo tego drugiego, ciężkiego wrażenia i zawodu, jaki ją wtedy objął, wydawał się naprawdę w porządku. Wszakże nie obawiała się relacji z nim, bo tak naprawdę niczego nie wymagała. Chyba po prostu doceniała czas, w którym chcieli się poznać, a jednocześnie wciąż traktowała go jako kogoś nie do końca osiągalnego.
Och, rozumiem — potaknęła zdumiona.
Wiedziała, że on i jego bliscy byli bogaci; że interesowali się zajęciami, które dla Weasleyów pozostawały bardzo nieosiągalnym hobby, jednak posiadanie własnej łódki jeszcze bardziej wybiło ją z pantałyku. Zoya coraz mocniej uświadamiała sobie, jak wiele ich dzieliło i w jak różnych społecznościach zostali wychowani.
Pomimo tego w końcu przegnała te myśli i przeniosła wzrok z pokładu na Luciena. Jego specyficzna, może nawet wrodzona elegancja naprawdę pasowała do żeglowania. Natomiast upór do wyścigów.
A konno jeździsz? — Zoya przynajmniej tym mogła się pochwalić. Z pewnością lepiej siedziała w siodle niż za kierownicą auta. — Może następnym razem w Huntsville pojedziemy na przejażdżkę? — zaproponowała, jednocześnie nie mając żadnej pewności, że ten następny raz rzeczywiście nastąpi.
W końcu odbili od brzegu i naszło ją dziwnie kojące uczucie. Mogła się zrelaksować, przyglądając się oddalającemu się molu i kolejce, w której raptem kilka minut temu, sama stała. Widziała, że ludzie nadal nie wsiedli do łodzi, a na brzegu doszło do jakiegoś zamieszania. Niemniej nie poświęciła temu większej uwagi, bo stanęła obok Luciena.
Była nieświadoma tego, że splatając dłonie na plecach, uwydatniła swoje walory. Nawet nie zauważyła, że przez krótką chwilę przyglądał się jej piersiom zza ciemnych okularów. Skupiła się na ustach mężczyzny, które najpierw ułożyły się w zabawny dziubek, a następnie odwzajemniły jej uśmiech.
Był ładny.
Uważnie obserwowała, jak mimika Luciena zmieniała się z każdym kolejnym słowem. Kiedy uniósł wymownie brwi, ponownie się uśmiechnęła, uroczo marszcząc nos.
Będę grzeczna — zażartowała. — Zawsze jestem grzeczna — skłamała figlarnie rozbawiona własnymi słowami.
Zoya nie wiedziała, o jakich negocjacjach mówił, ale wiedziała, że prowadzili tę dyskusję w żartobliwym kontekście, dlatego nie wyczuła żadnego zagrożenia. I tak naprawdę, o cokolwiek by poprosił, w tym momencie byłaby skłonna zgodzić się na wszystko.
Nie byłam — odpowiedziała od razu. Tak naprawdę przez te cztery lata mieszkania w Toronto Zoya niewiele zwiedziła. — Ale słyszałam o tym. Podobno znajdują się tam piękne widoki, a brzeg tworzą ogromne klify. — Co nieco wiedziała. Nie była przecież kompletną ignorantką, ale potrzebowała, aby Lucien potwierdził, że nie pomyliła Scarborough Bluffs z innym miejscem. — Długo będziemy płynąć?
W pewnym momencie rozprostowała ramiona, po czym podeszła do burty i wychyliła się, aby zerknąć na wodę. Potem znowu odwróciła się do mężczyzny i po prostu ściągnęła spodenki, aby w pełni skorzystać ze słońca, i opalić sobie całe nogi.
Brakuje mi tu drinka z palemką. — Cmoknęła trochę niezadowolona z faktu, że w tak pięknym momencie nie mogła się napić i aby zaprezentować swój teatralny bulwers, złapała sie za biodra.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
For good luck!
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Co prawda, nie znał Zoi zbyt długo, ale już teraz z całym przekonaniem mógł stwierdzić, że była pełna niespodzianek. Nigdy do końca nie potrafił przewidzieć jej następnego ruchu i zaskakiwała go tym, jak bardzo nie doceniała własnego potencjału. Jakby zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo była atrakcyjna. Bo o tym, że Lucien zwracał na nią uwagę, powinna mieć już jednak pełną świadomość.
Następny raz brzmiał obiecująco, jednak to, co właśnie mu oferowała, skwitował niewielkim skrzywieniem. Jazda konno. Prowadził zwykle inne konie, wręcz całe stado, ale nigdy te czworonożne.
Wierz mi lub nie, ale jedyne konie, jakie potrafię ujarzmić, to te pod maską — przyznał w końcu, nie do końca pocieszony tym faktem. Bo tak, Lucien Spencer naprawdę czegoś nie potrafił. — A Ty, jak rozumiem, urodziłaś się w siodle? — dopytał zaraz, przenosząc na nią całe swoje zainteresowanie.
Co prawda, urodził się w bogatej rodzinie, w której wszystkie możliwe hobby były osiągalne, ale nie wtedy, kiedy jego kariera od dziecka była ukierunkowana na wyścigi. Zbyt wiele czasu musiał poświęcić na szkołę i klub kartingowy, żeby mieć czas również na inne rozrywki. Właściwie nigdy nie zastanawiał się, kim by był, gdyby nie jeździł w GT.
Za to Zoya, biorąc pod uwagę wychowanie na farmie, konie miała pod ręką. Nie dziwił się więc, że lubiła na nich jeździć. Co więcej, potrafił sobie wyobrazić, jak doskonale się na siodle prezentowała.
Sądząc po sposobie, w jaki zmarszczyła nos, domyślał się, że Piękna właśnie uraczyła go pięknym kłamstwem. W odpowiedzi pokręcił głową z niedowierzaniem. Tym figlarnym uśmiechem mogłaby go karmić zawsze.
Naprawdę? Jakoś mało to przekonujące — kącik jego ust powędrował do góry w czystym rozbawieniu, a w jego głosie pojawiła się nuta zaczepki, której nie potrafił sobie odmówić.
Oczywiście, że nie miała żadnych powodów do obaw. Tak naprawdę to on porwał ją na pokład, nie zamierzał więc wymagać od niej jakiejkolwiek zapłaty. Nawet, jeśli chodziły mu po głowie pewne pomysły, nie miał najmniejszego zamiaru jej wykorzystywać. No chyba, że sama będzie tego chciała.
Zgadza się. Lubię to miejsce, chyba nawet bardziej niż wybrzeża nad Morzem Śródziemnym. A woda jest tam bardzo spokojna — wyznał lekkim tonem, w myślach zastanawiając się, kiedy ostatnio odwiedził tę zatokę. Musiało to być jakoś w zeszłym roku… — Jeszcze kilka minut. — Przez cały czas prowadzenia łodzi wiatr przyjemnie targał jego włosy, ale zupełnie się tym nie przejmował.
Kątem oka obserwował, jak Zoya przechadza się po pokładzie i wychyla przez burtę, żeby ostatecznie pozbyć się spodenek, ukazując się niemal w całej okazałości, w kusym stroju kąpielowym, na którym zawiesił oko odrobinę dłużej, lustrując zarysy jej ciała, zanim przypomniał sobie, że powinien pilnować kursu. Automatycznie, może odrobinę za szybko, odwrócił wzrok. Jej udawane oburzenie i komentarz o drinku skwitował rozbawionym parsknięciem.
Zaraz, Słońce. Pozwól nam najpierw dopłynąć na miejsce — uspokoił ją żartobliwym tonem. — Możesz też sama się rozgościć i zajrzeć do lodówki. Tylko od barku z procentami proszę mi z daleka. Nawet w tamtym kierunku nie patrz — zastrzegł ze śmiechem na ustach, ruchem głowy wskazując, w którą stronę mogła się udać. Dzięki temu mógł się jej bezceremonialnie przyglądać i podziwiać jej fantastyczną figurę. Przy tym wcale nie chciał myśleć o tym, co jej wyglądzie niedługo ulegnie zmianie.
Po chwili ich oczom ukazała się piękna zatoczka, otoczona klifami i zielenią. Na plaży widać było korzystających z pogody plażowiczów, a wokół nich w niedalekich odległościach, zapewniających prywatność, znajdowały się inne żaglówki. Według Lucienia nie mogło być lepiej.
Po zatrzymaniu łodzi udał się do Zoi. Na widok naszykowanych szklanek z jakąś bliżej nieokreśloną zawartością ściągnął brwi.
Co to za wynalazek? — zapytał bardziej z ciekawością, niż podejrzliwością, powoli odpinając guziki swojej białej koszuli, z każdym kolejnym ukazując swoje mięśnie. Nic, czego Zoya wcześniej nie widziała.

Zojka
25 y/o
For good luck!
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie do końca tak, że Zoya nie zdawała sobie sprawy z tego, że była atrakcyjna. Raczej po prostu nie podejrzewała, że mogła działać na Luciena w jakiś szczególny sposób, przez który niekiedy musiał powstrzymywać się przed okazywaniem jej większego zainteresowania.
Sama uważała go za przystojnego mężczyznę, ale jeszcze nie traciła dla niego głowy, chociaż musiała przyznać, że miewała momenty, kiedy zaczynała o nim myśleć w ciągu dnia.
Hmm... — mruknęła, zastanawiając się nad tym głębiej. W gruncie rzeczy dobrze, że nie potrafił wszystkiego, chociaz trochę zdziwiła się, że nie jeździł konno. Zoi czasem wydawało się, szczególnie gdy bogatsi mieszkańcy Hunstville pytali, czy mogą przechowywać u nich swoje konie, że był to dość popularny sport wśród szlachty. — Mniej więcej. Pomagałam rodzinie w oporządzaniu stadniny, więc musiałam jeździć konno. Właściwie nawet nie pamiętam, jak się tego uczyłam.
Naprawdę nie sięgała tak daleko pamięcią. Zupełnie, jakby po prostu wsiadła i od razu potrafiła poskromić zwierzę, a przecież na pewno tak nie było.
Och, przestań! — oburzyła się sztucznie i nawet capnęła Luciena w ramię. Tak łatwo ją przejrzał, że jeszcze bardziej rozbawił ją jego zaczepny ton. — Chyba dużo zwiedziłeś — dodała po tym, jak wspomniał o wybrzeżach Morza Śródziemnego. Wiedziała, o które kontynenty chodziło i zdawała sobie sprawę, że jak na swoje krótkie życie mężczyzna zobaczył naprawdę spory kawałek świata.
Tymczasem Zoya była jedynie na drugim końcu Kanady, u swoich dziadków od strony mamy, choć ostatni raz widziała ich na początku roku.
Potaknęła na wiadomość, że do celu zostało jeszcze parę minut, po czym po prostu skorzystała z walorów łodzi i zsunęła spodenki. Nawet wtedy nie była świadoma, że wzrok Luciena uważnie śledził jej ruchy, dlatego wcale się nie krępowała. W końcu na plaży bywało mnóstwo kobiet w strojach kąpielowych i nikt nie przypisywał temu żadnych dwuznaczności!
Kiedy jednak ponownie spojrzała w stronę Luciena, a ten gwałtownie odwrócił głowę, odruchowo przygryzła wargę, aby powstrzymać głupi uśmiech.
Nie mów do mnie Słońce. Nie jesteśmy tak blisko — dodała równie żartobliwym tonem co on, po czym zdecydowała się skorzystać ze zgody Luciena i rozgościła się na jachcie, jednocześnie ignorując jego słowa o tym, że miała nie ruszać alkoholu.
Niemal pobiegła do lodówki i zaczęła szperać w jej wnętrzu, tylko przez chwilę zerkając w kierunku whisky i ginu. Potem zajęła się przygotowywaniem napoju i z tego, co udało jej sobie przypomnieć, zrobiła Virgin Mojito.
Parę minut później siedziała rozłożona na kanapie z zimnymi imitacjami drinków na stoliku i telefonem obok.
Po chwili ich oczom ukazała się piękna zatoczka, otoczona klifami i zielenią. Na plaży widać było korzystających z pogody plażowiczów, a wokół nich w niedalekich odległościach, zapewniających prywatność, znajdowały się inne żaglówki.
Zoya ppoglądała na to wszystko z zapartym tchem, czując, że tego lata nic piękniejszego już nie zobaczy.
Takie mojito bez alkoholu — odpowiedziała zgodnie z prawdą. Raczej nie była dobra w przygotowywaniu tajemnych mikstur, a to było jedyne, co potrafiła, więc Lucien musiał albo się tym zadowolić, albo samemu coś przyrządzić. Było jej to obojętne, skoro miała już prawie-drinka i zatokę przed sobą.
Wzrok Zoi mimowolnie uciekł w stronę odsłoniętej klatki piersiowej mężczyzny. Zaraz wstała i delikatnie odtrąciła jego dłonie, tylko po to, aby samodzielnie odpiąć mu cztery ostatnie guziki.
Miał fascynujące ciało, więc tym razem mogła cieszyć oczy z bliska. Wolno przesunęła spojrzeniem najpierw po obojczykach, piersiach, mostku i brzuchu, aż dotarła do linii, przy której zaczynały się spodenki. Wtedy przygryzła wargę i pospiesznie wróciła wzrokiem do twarzy Luciena, uprzednio stawiając krok bliżej.
Nie ściągnęła mu jednak koszuli. Nie była pewna, czy właśnie tego chciał, więc o reszcie musiał zdecydować samodzielnie.
Przez dłuższą chwilę po prostu spoglądała mu w oczy, aż niespodziewanie rozległ się alarm w jej telefonie. To budzik przypominał, że powinna wziąć witaminy, których de facto nie zabrała z domu. Oderwała się więc od mężczyzny tylko po to, aby wyciszyć upierdliwy telefon.
Mimowolnie wyprostowała się z urządzeniem w dłoni i, z miną sugerującą, że znowu coś im przeszkodziło, postukała komórką w wewnętrzną część dłoni. Niespodziewanie lampa aparatu błysnęła, a wokół rozległ się charakterystyczny dźwięk.
Zoya zdumiona, nerwowo spojrzała na ekran. Ukazał się na nim świetnie wyeksponowany tors Luciena.
To niechcący — rzuciła nazbyt pospiesznie, zerkając raz na obraz, raz na mężczyznę. Wtem lampa znowu rozbłysła. Aparat tym razem uchwycił tors i połowę twarzy, co z kolei sprawiło, że Zoya automatycznie rozchyliła usta.
Naprawdę nie chciała. Naprawdę. Ale kiedy z zaciekawieniem lustrowała fotografię, niespodziewanie uśmiechnęła się przebiegle i znowu uroczo zmarszczyła nos.
Właściwie jeżeli sprzedam te fotki jakiejś twojej psychofance, to pewnie będę mogła opłacić sobie trzy miesiące czynszu. — I tym razem celowo zrobiła zdjęcie, łapiąc już całą twarz Luciena.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
For good luck!
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Lucien, jak każdy mężczyzna, był bardzo prosty w obsłudze. I naprawdę doceniał urodę kobiet, które kręciły się wokół niego. Wbrew powszechnej opinii, jego rozpoznawalność i pieniądze nie zawyżały jego standardów, więc jego oczekiwania nie wyrosły nagle jakoś szczególnie wysoko. Z tym, że zwykle przyciągał tylko takie piękności, które mierzyły wysoko, próbując dorwać mu się do portfela, znajomości czy zwyczajnie się polansować.
Dlatego tak łatwo przyszło mu ocenić Zoyę tą samą miarą. Tymczasem, po bliższym poznaniu, naprawdę zyskiwała w jego oczach. Była nie tylko atrakcyjna, ale było w niej też coś, czego większość kobiet, które dotychczas spotykał na swojej drodze, po prostu nie miała. Wrodzoną naturalność, szczerość i dostęp do świata normalności, który był poza jego zasięgiem. Przy tym zdecydowanie wyglądała na taką, która chodziła własnymi drogami.
Widzisz, Ty miałaś stadninę, ja miałem garaże i padok — wyznał po krótkiej chwili milczenia, gdy jej słowa o stadninie nasunęły mu przemyślenia związane z własnym dzieciństwem. Próbując wrócić wspomnieniami do tamtych chwil, też nie pamiętał momentu, w którym pierwszy raz wsiadł do gokarta. Pamiętał tylko, że świata poza tym nie widział. Oprócz tego, interesowały go głównie inne dziedziny sportu, w których również mógł się wykazać. I nabierać formy do coraz bardziej profesjonalnych wyścigów. — Nawet nie wiem, czy dogadałbym się z prawdziwym koniem — ściągnął nieco żartobliwie brwi, posyłając jej przelotny uśmiech.
Jej oburzenie na jego uwagę tylko utwierdziło go w przekonaniu, że miał rację. Już trochę zdążyła mu pokazać, jaki miała w sobie temperament. Gdy go pacnęła w ramię, uchylił się nieco, śmiejąc się przy tym cicho, zupełnie nic sobie z tego nie robiąc.
Ściganie się na międzynarodowych torach daje mi naprawdę sporo możliwości — przytaknął po chwili. — Grzechem byłoby też nie wykorzystać przerwy letniej w sezonie na odpowiedni restart — dodał jeszcze. Nie zamierzał wspominać o tym, że gdyby nie ona, wyjechałby do Europy właśnie tam rozkoszować się toskańskim słońcem gdzieś na odludnym terenie w willi z basenem. Zwłaszcza po tak nieprzyjemnym finiszu pierwszej połowy sezonu. Czy żałował swojej decyzji? Teraz, gdy Zoya była na jego pokładzie, werdykt był prosty. Sama zainteresowana nie musiała jednak o tym wiedzieć.
Yhym, dzielą nas całe dwa metry — zauważył, posyłając jej zawadiacki uśmiech. Co prawda, Słońce wyrwało mu się w całkiem bezwiednym odruchu, ale to zawsze stanowiło miły dodatek do rozmowy, mający na celu połechtać kobiece ego. I nie miał zamiaru się przed tym określeniem wzbraniać.
Po zacumowaniu i dołączeniu do Zoi, skinął z uznaniem na odpowiednik mojito, zajmując się swoją koszulą. Nie spodziewał się, że ciemnowłosa ostatecznie wstanie z kanapy i podejdzie do niego, żeby mu pomóc. Westchnął nieco zaskoczony, kiedy zaborczym gestem przerwała mu i sama zajęła się ostatnimi guzikami. Jednak bez słowa sprzeciwu pozwolił jej się z nimi rozprawić, opuszczając ręce wzdłuż tułowia i spoglądając w dół na jej poczynania, czując przy tym, jak delikatnie, przypadkiem trąca jego skórę palcami.
W tym samym momencie, kiedy ciemnowłosa badała wzrokiem jego tors, on mógł zerknąć na jej idealnie zarysowane piersi, skryte pod skrawkiem górnej części od kostiumu kąpielowego. Na plaży mnóstwo kobiet prezentowało się w strojach, ale to ona rozbudzała w nim fantazje, które w obecnej chwili nie były zbyt stosowne.
Niepostrzeżenie odetchnął nieco głębiej, łapiąc jej spojrzenie w tej samej chwili, w której uniosła głowę i zbliżyła się do niego, zmniejszając między nimi przestrzeń. W jej oczach odbijało się to samo, co widział wtedy na farmie i mógłby przysiąc, że w tych jego odczytywała to samo. Przełknął ślinę i uniósł rękę.
Dokładnie wtedy, kiedy nagle rozdzwonił się alarm. Na ułamek sekundy zatrzymał dłoń w połowie drogi i przygryzł wargę, widząc, jak Zoya w pośpiechu odwraca się po ten telefon.
Zapomniałaś o czymś? — zapytał, starając się ukryć w głosie niepokój i jakieś dziwne rozczarowanie. W tym czasie ściągnął z siebie koszulę i rzucił ją na pobliską kanapę. W tych upałach była już zupełnie zbędna.
Nagły błysk lampy sprawił, że na chwilę zmrużył oczy, wyraźnie zaskoczony. Powiódł wzrokiem za dziewczyną na ekran i skrzywił się, widząc swoje zdjęcie.
Taak — tylko tyle zdążył odpowiedzieć niepewnym głosem, zanim telefon zrobił zdjęcie po raz kolejny. W odpowiedzi prychnął śmiechem, bo wyglądało to naprawdę niewinnie. Dopóki nie zauważył jej przebiegłego uśmiechu. Jej uwaga go zdziwiła, ale nie zdążył zaoponować przed następnym zdjęciem, które zrobiła już celowo.
Nawet mi się nie waż — zaprotestował od razu, wyciągając dłoń w tym kierunku. Ale dziewczyna była szybsza i odsunęła komórkę od niego najdalej, jak potrafiła, z miną, która nie wróżyła niczego dobrego. Gdy złapał jedynie powietrze, zatrzymał się w bezruchu, zawieszając otwartą dłoń, i zmrużył oczy. Bezwiednie przygryzł wargę, nieudolnie powstrzymując drgnięcie kącików ust. Ach, czyli tak sobie ze mną pogrywasz, mówiło jego spojrzenie, którym wpatrywał się w ciemnowłosą, nie spuszczając z niej wzroku.
Oddaj ten telefon — powiedział, powoli przeciągając głoski ostrzegawczym tonem, by na koniec przez jego twarz przebiegł zawadiacki uśmiech. Ewidentnie się z nim droczyła, dobrze wiedząc, co go sprowokuje, ale chyba nie zdawała sobie sprawy, że gotów był zareagować na następny jej ruch.
Zoya… — z wolna postąpił krok do przodu, mając złudne nadzieje, że jakimś cudem go posłucha, ale ona również zwiększyła między nimi dystans. Pokręcił głową z udawanym niezadowoleniem, lecz w jego jasnych tęczówkach na próżno można było szukać zawodu. Zamiast niego tańczyło w nich rozbawienie. A sądząc po równie niesfornych iskierkach błyszczących w oczach Zoi, kiedy wpatrywała się w niego z niemym wyzwaniem, bynajmniej nie miała zamiaru być grzeczna. Mógł się tego domyślić.
Tak, jak tego, że w pewnej chwili zobaczył kolejny błysk lampy telefonu, przez który na moment wstrzymał powietrze i otworzył usta jako oznakę tego, jak bardzo sobie nagrabiła. — Zaraz Cię dorwę — zanim ostatnie słowo opuściło jego usta, dziewczyna po prostu rzuciła się do ucieczki, pozostawiając swój telefon na blacie stołu. Zerknął na niego w przelocie, ruszając z uśmiechem pod nosem za nią.
Wszak w tym momencie nie liczyły się już zdjęcia, a fotograf, która tak bezczelnie sobie z nim pogrywała. I zamierzał ją złapać. Za wszelką cenę.


pani fotograf
25 y/o
For good luck!
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zoya nigdy nie przypuszczałaby, że jej wrodzona naturalność i normalność mogłyby komuś zawrócić w głowie.

Lucien nie mijał się z prawdą, kiedy wspomniał, że oboje dorastali w zupełnie innych środowiskach. Zaznaczył to wyraźnie, posługując się przykładem stajni i garażu, które dobrze nakreśliły otoczenie w jakim obracali się w dzieciństwie. Na te słowa Zoya jedynie zabawnie wydęła usta i wzruszyła ramionami. Potem zaśmiała się, gdy wspomniał o swojej niepewności związanej z dogadaniem się z prawdziwym koniem.
I... tutaj, tak naprawdę nie miała pojęcia, jak by mu poszło.

Nie wiedziała, że pokrzyżowała jego wakacyjne plany ani że, mówiąc o researchu, miał na myśli kolejną wycieczkę. W pełni nieświadoma pokiwała głową, nie doszukując się w jego słowach drugiego dna, po czym pobiegła przygotować napoje. W kolejnej części dyskusji, w którą wkradł się przekorno-flirtujący ton, widząc zawadiacki uśmiech mężczyzny, po prostu wystawiła mu język.

Dźwięk alarmu wyrwał Zoyę z tego hipnotyzującego transu, podczas którego bezwładnie wpatrywała się w oczy Luciena. Dłonie jeszcze przez ułamek sekundy przytrzymała na ostatnim skrawku jego koszuli, po czym sięgnęła po telefon.
Poczuła jak rumieńce wkradają się na jej twarz. Nie wiedziała, że mogła tak łapczywie czegoś pragnąć, dopóki po raz kolejny im nie przerwano.
Witamin — odpowiedziała zgodnie z prawdą, po czym zatrzymała wzrok na klatce piersiowej Luciena. Zaraz jednak ocknęła się i prędko powędrowała spojrzeniem wyżej; znowu do jego jasnych oczu. — Suplementuję się, chociaż odkąd, no... — zawahała się. Zoya nie potrafiła tego zrozumieć, ale ciężko było jej poruszać temat dziecka. Jeszcze nie czuła się z tym swobodnie. — Odkąd wiem, że jestem w ciąży, zostawiłam tylko witaminę C, DHA i kwas foliowy. Na wizycie zapytam lekarza o resztę.
A potem ten cholerny błysk lampy przepędził wszystkie watpliwości i myśli o nadchodzących zmianach. Stała wpierw zamurowana, nie do końca ogarniając, co się wydarzyło, a potem spróbowała obrócić całość w żart. W końcu naprawdę nie chciała zrobić Lucienowi zdjęcia.
Dlaczego? Inne dziewczyny wrzucają twoje fotki do internetu! — rzuciła rozbawiona, po czym odruchowo odsunęła telefon, gdy mężczyzna spróbował go złapać. Na każde jego kolejne słowa zareagowała przebiegłym uśmiechem i charakterystycznie zmarszczonym noskiem.
Wiedziała, do czego prowadziło jej zachowanie, ale nie zamierzała odpuścić. Kolejna porcja przekory wdarła się do żył Zoi i sprawiła, że cofnęła się o kilka kroków. Lucien był większy i bardziej wysportowany. Toć musiała przygotować sobie pole do manewru, skoro zaczęła sobie z nim pogrywać i, co gorsza, znowu zrobiła mu zdjęcie!

Biegła tyle, ile miała sił w nogach i sprawnie omijała wszystkie wystające elementy łodzi. Przez ten cały czas się śmiała i chociaż telefon Zoi od dawna leżał na stole, Lucien nie wydawał się odpuścić. Przyśpieszała, zwalniała i dosłownie wymykała mu się sprzed nosa, ale nadal w ciasnej przestrzeni łodzi nie miała zbyt wielu możliwości.
Co chwilę zerkała przez ramię, a widząc, jak szybko się do niej zbliżał, wybuchała potężną dawką śmiechu.
Niespodziewanie pisnęła, gdy prawie udało mu się ją dosięgnąć, po czym znów spróbowała przyspieszyć. Urwany oddech sprawił, że coraz mocniej opadała z sił, więc w końcu zatrzymała się przy drabince i machnęła dłonią, aby odpuścił. Lucien jednak szybko postawił kolejne kroki, a Zoya, intuicyjnie chcąc znowu ucieć, gwałtownie odchyliła się do tyłu. Zaraz straciła równowagę i... po prostu runęła.
Niekontrolowany, przerażony krzyk wyrwał się z jej gardła, gdy spadała do wody. Ostatnim, co zarejestrowała zanim pochłonęła ją toń, była sylwetka Luciena, który wyskoczył za nią z jachtu. Złapał ją w locie za nadgarstek i choć nie zdołał przyciągnąć do siebie, to był pokrzepiająco blisko.
Ostatkiem nabrała głęboki oddech, zanim chłód objął całe jej ciało, a wilgoć przedarła się pod skąpy kostium. Przez chwilę szamotała się pod wodą, ale mężczyzna w końcu pociągnął ich do góry. Wówczas intuicyjnie objęła kark Luciena, pozwalając sobie w pełni spocząć na jego ciele.
Dorwał ją, tak jak obiecał. Za wszelką cenę.
Tylko że Zoya jeszcze nie wiedziała, jak wielka to była cena.
Cena złotego Rolexa.
Umiem pływać. — Musiała to powiedzieć. Potrzebowała podkreślić swoją niezależność. Nieważne, że raptem kilka sekund wcześniej wydarła się tak głośno, że z pewnością spłoszyła wszystkie okoliczne ryby. Mimo tego uważnie patrzyła Lucienowi w oczy. W te jasne, ładne i szczere oczy, które nagle sprawiły, że nie chciała nic więcej dodać. Bezwolnie, zgodnie z delikatnie falującą wodą, ocierała się piersiami o tors mężczyzny, a jej stopy co rusz zahaczały o jego łydki. W końcu, chyba pragnąc wyłącznie upoić się tą niesamowitą bliskością, objęła go nogami w pasie.
Głupiała. Naprawdę miała wrażenie, że traciła głowę za każdym razem, gdy Lucien ją dotykał, gdy patrzył na nią z większą żarliwością i gdy ich oddechy mieszały się ze sobą pomimo braku pocałunku. Zoi nie przeszkadzało nic co robił, co mówił ani to, gdzie niepostrzeżenie przesuwał dłonie. Zwłaszcza teraz, gdy jedną ręką podtrzymywał ją przy sobie, a drugą stabilizował ich równowagę w wodzie.

Lucuś
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
For good luck!
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Widział to spojrzenie. Tę konsternację i wahanie przez ułamek sekundy, zanim sięgnęła po telefon. A później czerwień oblewającą jej policzki. Wędrował za nią wzrokiem, chcąc wyczytać z niej jak najwięcej. To, jak zatrzymała się na jego torsie, by sekundę potem pospiesznie podnieść swoje niebieskie tęczówki na jego oczy.
Chciała tego samego, co on. Wdech, i wydech. Pod maską spokoju i opanowania kryło się więcej, niż mogła przypuszczać. Nie zdawała sobie jednak sprawy z tego, z jakim trudem przychodziło mu w tym momencie kontrolowanie własnego oddechu oraz tłumaczenie, że to przecież nie było nic takiego.
Dostrzegł również to zawieszenie głosu, gdy wspomniała o suplementacji. Po chwili zrozumiał, czemu i szczerze mówiąc, wcale się temu nie dziwił. On również z tematem ciąży nadal czuł się trochę nieswojo. Otwarte rozmawianie o tym mimowolnie nadawało atmosferze nieco cięższej wagi. — Jasne. To wydaje się rozsądne — przytaknął więc tylko i delikatnie uniósł kąciki ust, nie zamierzając brnąć w to dalej.
Błysk lampy, jeden, drugi, trzeci, nagle nadał ich rozmowie innego tonu, w jednej chwili rozładowując całą sytuację. Jego rozgniewanie było tylko na pokaz, o czym świadczył niewielki, łobuzerski uśmieszek nie znikający z jego ust.
Inne dziewczyny nie mają szans oglądać takich widoków z bliska — odparł szybko, dopiero po wypowiedzeniu tych słów orientując się, jak to zabrzmiało. Jedno intensywne spojrzenie i poszerzenie kącików ust było wymowne — pozwalał jej doświadczać o wiele więcej, niż którejkolwiek z fanek.
Droczenie się z Zoyą sprawiało mu niesamowitą przyjemność, a walcząc o telefon, a potem o zasady, odnosił wrażenie, że wchodzili na kolejny poziom.
Gonił ją, ze śmiechem na ustach omijając kolejne przeszkody, będąc pod wrażeniem jej zwinności. Gdy już-już ją miał, ta niemal w ostatniej chwili zmieniała kierunek, robiąc mu zmyłki, tym samym jeszcze bardziej podsycając w nim pragnienie złapania jej. Kompletnie nie zwracał uwagi na to, jak to czyste szaleństwo na łodzi w towarzystwie pisków i śmiechów wyglądało z perspektywy osób trzecich. Właściwie nie myślał o niczym innym, jak o biegnącej tuż przed nim dziewczynie i jej długim włosom łopoczącym na wietrze, zwyczajnie poddając się zabawie.
Ale poddać się bynajmniej nie zamierzał. Gdy przystanęli, Lucien też łapał nieco szybszy oddech, ale na jej znak pokręcił tylko głową i uśmiechnął się pod nosem. Teraz Cię mam, zdążył pomyśleć i postąpić jeden krok do przodu, aż dziewczyna ponownie poderwała się do ucieczki.
Wystarczył jeden fałszywy ruch, a powietrze przeciął przeraźliwy wrzask dziewczyny, która poślizgnęła się i wypadła za burtę. — Zoya! — krzyknął wystraszony, a serce zadudniło mu w uszach. Nie zastanawiał się nawet sekundy, rzucając się za nią. Nie przejmował się nagłym uderzeniem chłodu, gdy wpadł do wody, w ostatniej chwili łapiąc ją za nadgarstek.
W takich chwilach był wdzięczny sobie za swój upór, by nauczyć się pływać tak dobrze. Skupiony na celu, nie pozwolił, by impet, z jakim znalazł się w wodzie, oszołomił go. Dopadł ją pod powierzchnią, objął mocno i pociągnął w górę, wydobywając spod głębokości.
Już dobrze, jesteś bezpieczna — zapewnił ją, instynktownie przyciskając ją do siebie. — Nic Ci nie jest? — dopytał, gdy złapał z nią kontakt wzrokowy. W jego jasnych oczach odbijała się troska. Serce nadal próbowało wyrwać się z jego piersi, a on potrzebował chwili, żeby ustabilizować oddech, ale po chwili grozy, czując ją przy sobie, stał się już spokojniejszy.
Odetchnął jeszcze bardziej w momencie, gdy objęła go za kark. Bał się o nią. W tej jednej krótkiej chwili cholernie bał się, że pod jego nadzorem coś się jej stanie. Im się stanie. Dlatego na jej absurdalną uwagę pokiwał z wolna głową, unosząc nieznacznie kącik ust. Nie zamierzał się z nią o to wykłócać.
Nie ma za co — szepnął, przyglądając się z bliska jej pięknym tęczówkom, w których odbijało się iskrzące w słońcu jezioro. W tym momencie naprawdę uważał, że nie miała za co mu dziękować. Bez względu na to, czy umiała pływać czy nie, i tak by za nią skoczył.
Spokojny szum wody, w której się unosili, ocierając się swoimi ciałami, tworzyły magiczną, intymną atmosferę. Jakby istnieli tylko oni i nic poza tym.
W chwili, gdy oplotła się nogami wokół jego pasa, zacisnął dłoń mocniej na jej lędźwiach. Nie mógł, nie chciał, wypuścić jej z rąk. W tej pozycji całkowicie zrównała się z nim twarzą, znajdując się w tak niewielkiej odległości, że wystarczyło tylko delikatnie się pochylić, by sięgnąć po to, na co na chwilę przeniósł swoje spojrzenie. I już, już, miał sięgnąć jej ust, kiedy do jego uszu dobiegły odgłosy podpływającej łodzi. Wraz z dudniącą z głośnika muzyką oznaczały jedno.
Mamy towarzystwo — wyznał cicho, pod pozorem opanowania starając się ukryć rozczarowanie. Nie spodziewał się ich tak wcześnie. — Mogłem dać znać przyjaciołom, że będę w tej okolicy — przyznał się, ściągając brwi z niewielkim zakłopotaniem. W tym właśnie momencie nie był z siebie dumny, ale, będąc jeszcze na lądzie, nie przypuszczał przecież, że spotka Zoyę i weźmie ją ze sobą.
Niechętnie puścił ciemnowłosą i odwrócił się w wodzie w stronę żaglówki — trochę mniejszej i niższej od tej jego, ale nadal wyglądającej na luksusową, z dwiema kobietami opierającymi się o barierki i mężczyzną za sterem. Wszyscy wyglądali na mniej więcej w tym samym wieku. Piękni, młodzi i, sądząc po naturalnym sposobie bycia, ociekający pieniędzmi.
Luke? Miałeś zaczekać na pierwszą bombę! — krzyknął do niego brunet, na co Spencer prychnął pod nosem.
Spóźniliście się. Ile można było na was czekać? — odparował w zamian, po czym wskazał Zoi, by weszli z powrotem na jego łódź, podczas gdy tamci przystanęli tuż obok.
Znalazłszy się na pokładzie, poszedł szybko po ręczniki.
Proszę — mówiąc to, bez namysłu otoczył ją miękkim materiałem, by mogła się wytrzeć. — Oni nie wiedzą — mruknął do niej, po chwili przenosząc spojrzenie z jej oczu tuż za nią, na towarzystwo, które właśnie wchodziło na pokład. — Ale są w porządku. Myślę, że się polubicie — uśmiechnął się pokrzepiająco, wracając do niej wzrokiem, dopiero wtedy puszczając okalający ją ręcznik i sięgając po swój.
Taką miał nadzieję.

pani niezależna
25 y/o
For good luck!
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W to akurat mu nie uwierzyła. Skoro pozwolił jej zbliżyć się do siebie tamtego wieczoru w alejce, nie miała wątpliwości, że zdarzało mu się już wcześniej postępować w podobny sposób z kobietami. Więc na słowa Luciena jedynie prychnęła ni to ironicznie, ni to rozbawiona, a widząc ten pewny siebie, szczery uśmiech, po raz kolejny złośliwie wystawiła mu język. Jednocześnie wmawiała sobie, że urok mężczyzny wcale na nią nie działał.
Wcale.
Zoya nie była przerażona w momencie wpadnięcia do wody, ale naturalny przestrach wywołany samym spadaniem mimowolnie rozwrzeszczał się w jej w głowie. W uszach wciąż świszczało jej własne imię, które Lucien krzyknął w przypływie paniki(?). Nie spodziewała się ani tego, że po nią wskoczy, ani tym bardziej ciepła, które poczuła, gdy ujął ją w ramiona i razem wypłynęli na powierzchnię.
Mimowolnie spojrzała na niego z dozą niezrozumienia i ogromną łagodnością w oczach, przez moment nie potrafiąc wydusić z siebie ani słowa. Nie pamiętała, aby którykolwiek z poznanych mężczyzn patrzył na nią z taką troską. Nie pamiętała, aby nawet Logan, jej były partner, z którym mieszkała, kiedykolwiek tak bardzo zmartwił się jej stanem. Tymczasem Lucien po raptem czterech spotkaniach, zdecydował się na gwałtowny skok do wody w obawie, że Zoi mogłoby stać się coś złego.
Nie rozumiała tego, ale aby uchronić się przed rozczarowaniem, szybko pomyślała, że pewnie chodziło o dziecko. To w zupełności wyjaśniało, dlaczego wpatrywał się w nią z iskrzącą w oczach troską, która zaczęła wręcz peszyć Zoyę.
Był przez to uroczy.
Jestem cała — odparła, uśmiechając się delikatnie, a potem zaśmiała się, kiedy odpowiedział z lekką ironią na jej uwagę, że potrafiła pływać.
Mimo wszystko się, że znowu mieli okazję się do siebie zbliżyć. Po trudnej, ale jakże potrzebnej rozmowie na farmie miała wrażenie, że ich wspólna ścieżka nie będzie usłana kamieniami. Chyba potrafili się dogadać i c h y b a ciągnęło ich do siebie również na innych płaszczyznach.
Może właśnie dlatego tak ochoczo trzymała Luciena w ramionach, gotowa przyjąć wszystko, co miało się dalej wydarzyć. Gotowa na pocałunek, który, no przecież, miał lada moment nastąpić, gdy zapatrzeni w siebie, w pełnym napięcia milczeniu, coraz żarliwiej zerkali sobie nawzajem na usta.
Jednak właśnie wtedy nadpłynęła łódka, na której zabawa rozbrzmiewała pełną parą. Zoya mimowolnie zerknęła w tamtą stronę i jednocześnie rozluźniła otaczające kark Luciena ramiona, po czym całkowicie ściągnęła z niego ich ciężar.
Umówiłeś się tu z kimś? — zapytała. Początkowo nie zrozumiała jego słów, dlatego zdezorientowana spoglądała raz na Luciena, a raz na wyłaniające się z jachtu sylwety. W tej samej chwili mężczyzna ją puścił, więc musiała już całkiem samodzielnie utrzymać się na powierzchni wody.
Drgnęła niespokojnie, gdy usłyszała obcy, męski głos, a następnie, za wskazówką Spencera, chwyciła barierkę i podciągnęła się na pokład.
Mogłeś mnie nie zabierać — rzuciła z pretensją, kiedy wspomniał, że oni nie wiedzieli.
Nie sądziła, że Lucien podzieli się ze znajomymi wiadomością o ciąży z dziewczyną z klubu. Nie była przecież aż tak naiwna. Przez to nawet nie czuła się gotowa, aby poznać ludzi z jego otoczenia, niezależnie od tego jak bardzo byli w porządku.
Spojrzała więc znowu na Luciena, niemo błagając o jakąkolwiek wskazówkę jak powinna się zachować. Albo chociaż o to, aby pośpienie określił, kim była, skoro znalazła się na pokładzie jego łódki, na którą, o zgrozo, zaprosił przyjaciół.
Nerwowo zacisnęła palce na ręczniku, po czym uciekła wzrokiem od twarzy mężczyzny i wyjrzała za jego sylwetkę, aby zerknąć na gości. Cała trójka olśniewała zarówno perlistymi uśmiechami jak i strojami, na których widniały prestiżowe metki. Ten detal Zoya dostrzegła nawet z tej odległości.
Kiedy Lucien spróbował odwrócić się w ich stronę, nagle oburącz złapała go za nadgarstek. Zmusiła, aby ponownie na nią popatrzył. Pod wpływem tego gestu ręcznik zsunął się z jej ramion.
Chyba panikowała.
Co mam robić? — szepnęła.

Lucuś
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Summer by the Lake”