Słysząc jej pierwsze, oficjalne "Komendancie", Scott ledwie powstrzymał rozbawienie. Doskonale rozumiał, dlaczego zachowywała dystans. W takim miejscu każde zbyt swobodne zachowanie mogło zostać zauważone, a później zinterpretowane na dziesięć różnych sposobów. Mimo wszystko przez krótką chwilę przemknęła mu przez głowę myśl, że wolałby usłyszeć własne imię niż kolejne przypomnienie o randze, która w tej chwili bardziej ciążyła niż imponowała. Nie mógł jednak narzekać. Nie wtedy, gdy June wyglądała tak, jak wyglądała.
Jej odpowiedź sprawiła, że przez moment jego spojrzenie zatrzymało się na niej z czymś więcej niż tylko zawodowym zainteresowaniem. Słowa o tym, że mundur dobrze mu leży, przyjął z lekkim uniesieniem brwi, a później uśmiechnął się pod nosem. Doskonale wiedział, ile wysiłku wymagało od niej zachowanie odpowiedniego dystansu, dlatego tym bardziej docenił tę cichą, prywatną uwagę.
- Dobrze wiedzieć - odpowiedział równie cicho, bez złośliwości w głosie, pozwalając sobie na krótkie, rozbawione spojrzenie.
- Dzięki - przyznał, choć przyjmowanie komplementów dotyczących własnego wyglądu z pewnością nie było jedną z cech, które Letexier posiadał, co zresztą widać po jego odpowiedzi.
Nie ciągnął jednak tego tematu. June przyszła tutaj nie po to, żeby wymieniać się komplementami, a już tym bardziej nie po to, by oboje mogli przez cały wieczór udawać, że towarzystwo drugiej osoby jest jedynym powodem ich obecności. Jej kolejne słowa sprawiły, że spojrzał na nią nieco uważniej.
- Nie wiem, Harrison. Patrząc na ludzi w tej sali, obstawiałbym raczej, że prawdziwa zabawa skończyła się jakieś 15 minut temu - uśmiechnął się, ale szybko spoważniał. Wiedział dokładnie, co miała na myśli. Przede wszystkim jednak wiedział, że ta cała "zabawa" była dla niej czymś zupełnie innym niż dla pozostałych osób obecnych w ratuszu. June nie przyszła tutaj po drinki, rozmowy i możliwość pochwalenia się nowym mundurem czy awansem. Zgodziła się wejść w coś, czego nie można było wpisać do żadnych akt, a Scott doskonale zdawał sobie sprawę z odpowiedzialności, którą na nią zrzucił. To właśnie dlatego gdzieś pod powierzchnią całego tego wieczoru cały czas tliło się w nim poczucie winy.
Nie powiedział jej wtedy wszystkiego przypadkiem. Najpierw musiał wiedzieć, czy w ogóle będzie gotowa się tego podjąć. Gdy zgodziła się niemal natychmiast, przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie powinien wycofać się z całego pomysłu. Im dłużej jednak prowadził własne obserwacje, tym bardziej dochodził do wniosku, że ktoś taki jak June mógł być dla Cormacka kimś całkowicie niepozornym. Młoda policjantka. Inteligentna. Spostrzegawcza. Piękna. Naturalna. Innymi słowy: magnes na facetów. Problem polegał na tym, że im dłużej patrzył na June tego wieczoru, tym mniej podobała mu się myśl, że będzie musiała zbliżyć się do innego mężczyzny.
Jej pytanie o to, jak sam się bawi, wyrwało go jednak z tych rozważań.
- Mam właśnie przed sobą kilka godzin udawania, że naprawdę interesuje mnie rozmowa o awansach, budżecie i reorganizacji wydziałów. Jak widzisz, jestem człowiekiem, który wie, jak się bawić - w jego głosie znów pojawiło się rozbawienie.
- Ale szczerze? Cieszę się, że przyszłaś - tym razem powiedział to zupełnie bez żartu. Na tyle spokojnie, że mogła potraktować to zarówno jako zwykłą uwagę przełożonego, jak i coś bardziej osobistego. I oboje wiedzieli, że nie mówił tego wyłącznie przez fakt, że przystała na tak ciężką misję. Nie zdążył jednak niczego dopowiedzieć, bo June zaczęła mówić ciszej. Scott od razu zrozumiał, o co chodzi. Nie musiała nawet kończyć zdania.
Kiedy wspomniała o tym, żeby nie wyglądali na zbyt zaprzyjaźnionych, Scott przytaknął. Przez cały wieczór miał zamiar zachowywać się dokładnie tak, jak powinien zachowywać się zastępca komendanta wobec jednej z policjantek. Żadnych nadmiernych gestów. Żadnej przesadnej uwagi. Żadnych rozmów, które mogłyby sprowokować pytania. I właśnie dlatego, gdy June nagle urwała i oznajmiła, że Cormack na nich patrzy, Scott nie odwrócił głowy.
Pierwszym odruchem było spojrzenie w stronę detektywa, ale natychmiast go powstrzymał. Zamiast tego uniósł kieliszek do ust i napił się szampana, jakby właśnie usłyszał coś absolutnie nieistotnego.
- Naturalnie - mruknął.
Dopiero kiedy June dodała, że Cormack ruszył w ich stronę i zasugerowała mu, żeby zaczął "przynudzać", Scott musiał naprawdę mocno powstrzymać śmiech. Spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Przynudzać? - powtórzył cicho.
- Nie od wczoraj jestem zastępcą - dodał, pozwalając sobie przez chwilę na lekki uśmiech, po czym momentalnie przybrał znacznie bardziej oficjalną minę. Nie patrzył na Cormacka bezpośrednio. Obserwował go kątem oka, analizując sposób poruszania się, tempo kroków i przede wszystkim to, na kim skupiony był jego wzrok. A kiedy detektyw znalazł się już wystarczająco blisko, Scott odłożył kieliszek na pobliski stolik i zwrócił się do June, jakby właśnie przypomniał sobie coś bardzo ważnego.
- Wiesz, że zeszłoroczny projekt zmian w strukturze wydziałów był absolutnie fatalny? - powiedział z przesadną powagą.
- Gdyby ktoś zapytał mnie o zdanie, powiedziałbym, że budżet nie został odpowiednio wykorzystany. Najdelikatniej mówiąc - było to na tyle nudne i jednocześnie wiarygodne, że Scott sam musiał przyznać w duchu, iż June miała rację. Mógł naprawdę zanudzić człowieka na śmierć.
Po kilku sekundach jednak jego wyraz twarzy nieznacznie się zmienił. Cormack był już tuż obok. Scott odwrócił się w jego stronę i uśmiechnął uprzejmie.
- Matt - skinął mu głową.
- Dobrze cię widzieć. Mam nadzieję, że korzystasz z wieczoru bardziej niż ja - dopiero wtedy spojrzał na June.
- Znasz detektywa Cormacka? - zapytał tonem pozbawionym jakiegokolwiek podtekstu.
- Matt, to June Harrison. Śledcza, a być może niedługo także detektyw wydziału ds. zabójstw, o ile przejdzie obóz przetrwania Swanson - krótka pauza.
- Harrison, detektyw Matt Cormack. Wydział Narkotykowy - Scott cofnął się o pół kroku, zostawiając im przestrzeń. Nie zamierzał prowadzić tej rozmowy za nią. Jeżeli jego przypuszczenia dotyczące Cormacka były słuszne, June właśnie dostała pierwszą, najważniejszą okazję.
A Scott? Scott zamierzał patrzeć. Nie na June, na Cormacka. Na jego twarz, kiedy po raz pierwszy przyjrzy się jej dokładniej. Na sposób, w jaki odpowie. Na to, czy zna jej nazwisko. Czy zainteresuje go bardziej niż zwykła koleżanka z pracy. Czy może wcześniej zwrócił już na nią uwagę. I przede wszystkim - czy będzie próbował ukryć coś pod warstwą zwyczajnej, policyjnej uprzejmości. Jako komendant na to liczył. Jako facet... niekoniecznie.
June Harrison