ODPOWIEDZ
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward nie zamierzał niczego kupować. To było ważne założenie i przypominał je sobie po raz trzeci, stojąc przed niewielkim olejem na płótnie, którego cena wywoławcza wystarczyłaby zapewne na zakup bardzo przyzwoitego samochodu. Być może dwóch. Edward nie znał się na samochodach na tyle dobrze, żeby dokonać dokładniejszego porównania.
Z obrazami było inaczej. Na nich znał się doskonale.
Preview przed aukcją miało trwać jeszcze godzinę. W salach zrobiło się już luźniej. Zostali tylko ci, którzy naprawdę zastanawiali się nad zakupem, oraz ci, którzy lubili przebywać w pobliżu rzeczy, na które ich nie stać. Edward nie widział w tym niczego złego. Sam lubił chodzić po muzeach i przyglądać się przedmiotom, których nigdy nie mógłby posiadać. Własność psuła czasem przyjemność oglądania. Człowiek zaczynał zastanawiać się, czy obraz wisi prosto, czy światło mu nie szkodzi, czy ubezpieczenie obejmuje pożar. W muzeum można było po prostu patrzeć.
Ten tutaj przedstawiał mężczyznę siedzącego na brzegu łóżka. Nic szczególnego. Plecy, kawałek białego prześcieradła, jedna stopa oparta o podłogę. Twarzy prawie nie było widać. Edward wracał do niego już trzeci raz.
- Nie - powiedział cicho. W zasadzie mruknął gburowato pod nosem. Starsza kobieta stojąca obok spojrzała na niego z zaciekawieniem.
- Nie do pani - wyjaśnił. Kobieta uśmiechnęła się uprzejmie i odeszła. Chłopak wyjął telefon. Zrobił zdjęcie numeru katalogowego. Nie oznaczało to jeszcze niczego. Miał w telefonie setki zdjęć numerów katalogowych przedmiotów, których nie kupił. Co prawda miał też niepokojąco dużo przedmiotów, których numery katalogowe wcześniej fotografował, ale nie widział powodu, żeby łączyć te dwie rzeczy. Schował telefon do kieszeni kurtki.
Tego dnia wyglądał raczej tak, jakby znalazł się tutaj przypadkiem. Wręcz nie pasował do towarzystwa. A może to był jego odwieczny problem? Miał na sobie stare jeansy (Levi’s, model 501, najlepszy!), szary T-shirt i brązową skórzaną kurtkę. Kiedyś musiała być znacznie ciemniejsza. Teraz na łokciach, przy kieszeniach i wzdłuż szwów skóra była wytarta i jaśniejsza, a powlekane nią guziki nosiły drobne ślady po latach zapinania i odpinania. Jeden był przyszyty nicią w nieco innym odcieniu brązu. Edward wiedział o tym, ponieważ sam przyszył go kilka lat wcześniej w hotelu w Paryżu. Zajęło mu to czterdzieści minut i kosztowało sporo przekleństw. Nie wymieniłby tej kurtki na nową. Nigdy!
Przy wyjściu wziął katalog. Tego również nie należało traktować jako deklaracji. Dopiero za drzwiami odkrył, że pada. Nie ten drobny deszcz, który można zignorować przez kilka przecznic, tylko ciężki, letni deszcz, od którego chodnik zdążył zrobić się niemal czarny. Woda spływała wzdłuż krawężników. Ludzie stali pod markizą domu aukcyjnego, czekając na podstawiane samochody i taksówki. Co chwilę otwierał się kolejny parasol.
Edward parasola nie miał. Nigdy nie miał. Nie był nawet pewien czy w domu jakikolwiek parasol był obecny? Od lat utrzymywał, że Anglicy są odporni na deszcz. Powtarzał to z takim przekonaniem, że sam zaczął chyba w to wierzyć.
Przeprosił parę osób, kogoś szturchnął łokciem. Wyszedł na ulice. Przez pierwsze kilkadziesiąt metrów rzeczywiście nie było źle.
Potem było.
Deszcz szybko przedostał się przez T-shirt na ramionach. Jeansy zrobiły się cięższe, a skórzana kurtka ciemniała dużymi, nieregularnymi plamami. Katalog schował pod nią. Obrazom, nawet reprodukowanym na kredowym papierze, należał się pewien szacunek.
Szedł dalej. Niczym żelazny wyspiarz. Po dwóch przecznicach woda zaczęła ściekać mu za kołnierz. Okropne uczucie!
- Kurwa -powiedział bez większego przekonania. Skapitulował. Poddał się i schował się pod pierwszą napotkaną markizą. Przeczesał dłonią włosy, odgarniając je z twarzy. Niewiele to dało. Były mokre, ciemniejsze niż zwykle i posklejane w nierówne pasma. Kilka przykleiło mu się do czoła, inne zawijały się przy uszach. Z końcówek kapała jeszcze woda, spływała po karku i znikała pod koszulką. Przetarł twarz rękawem. Popatrzył na deszcz.
Toronto w deszczu wydawało mu się dziwnie obce. Od kilku miesięcy mieszkał tutaj, znał już restauracje, kilka galerii, skróty między ulicami, wiedział, gdzie kupować papierosy i gdzie robią kawę, której da się napić. To jednak nie wystarczało. Miasto można znać na pamięć i wciąż nie mieć pewności, czy się w nim mieszka, czy tylko przedłuża pobyt.
[akapit]Spojrzał na katalog wystający spod kurtki. Pomyślał o mężczyźnie siedzącym na brzegu łóżka. Właściwie wiedział już, gdzie go powiesi. To komplikowało sprawę. Czyżby zatęsknił?



Dorian Hawthorne
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
45 y/o
For good luck!
183 cm
prawnik i adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
..because the only kind of love I have to offer is stupid and blind and so deep and powerful that I feel like I'm cracking just to hold it in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

001.

Miał swój określony poranny rytuał, zazwyczaj zaczynał go czarną, mocną kawą i spojrzeniem na komputer czy nie przyszły do niego jakieś nowe wiadomości, na szczęście dzisiejszego dnia nie miał żadnych umówionych spotkań. Mógł poświęcić ten dzień dla samego siebie, na robienie na co tylko miał ochotę. Postanowił zacząć go tak więc od treningu.
Przywdziewając swój strój do biegania czyli dresowe spodnie, koszulkę z krótkimi rękawami czuł się bardzo nieswojo, większość czasu ubierał się w bardziej eleganckie stroje jak koszula, spodnie zawsze wyprasowane idealnie przez jego gosposię. Zerknął na wiszący jego strój na wieszaku, tam gdzie zawsze go zostawiała po praniu i westchnął delikatnie. Wiedział, że jak wróci do domu to będzie musiał sprawdzić swoją skrzynkę mailową bo zapewne dostanie nowe propozycje poprowadzenia sprawy, na szczęście uwielbiał swoją pracę i uwielbiał pracować z ludźmi a do każdego oskarżonego miał swoje indywidualne podejście, bo nie każdy człowiek był taki sam. Wcisnął do uszu swojego bezprzewodowe słuchawki odpalając playlistę nazwaną do biegania i wyszedł z domu kierując się w stronę okolicznych parków.
Zazwyczaj biegał nawet przez dwie czy trzy godziny z małymi przerwami na jakąś wodę czy kawę jak przebiegał koło jakiejś kawiarni, która przyciągała jego spojrzenie. Bieganie było pewnego rodzaju terapią dla niego, głównie to chodziło o oczyszczenie głowy jak i myśli, które ostatnio nawiedzały go bardzo często. Czuł jeszcze zmęczenie w kościach po licho przespanej nocy, ale zmuszał swoje ciało do wysiłku, dążąc do momentu, że mięśnie nóg paliły go żywym ogniem.
W parkdale znalazł się zupełnie przypadkiem, rzadko kiedy zapuszczał się aż tak daleko, ale postanowił obierać nowe trasy, bieganie pomagało mu także poznać ulice Toronto, nawet gdy wychowywał się w tym mieście, ale codziennie go coś zaskakiwało. Niektórzy ludzie już go znali z widzenia, zwłaszcza gdy od paru lat przebiegał przez te same trasy.
Deszcz złapał go gdzieś w połowie ulicy, zaklął cicho pod nosem, na szczęście nie był mu on ani trochę straszny, a krople, które spadały na jego ciało było także pewnego rodzaju orzeźwieniem, nie spodziewał się jednak, że za chwile po prostu lunie i będzie musiał szukać jakiegokolwiek schronienia. Na jego szczęście dostrzegł markizę pod którą chowali się ludzie, przez deszcz nie był w stanie określić ile ich tam stało, ale skierował tam swoje kroki rozpryskując wodę kiedy przebiegał przez stworzone już kałuże.
Zatrzymał się dopiero pod daszkiem opierając ręce o swoje kolana, żeby złapać oddech. Dawał sobie dzisiaj niesamowity wycisk, czuł jak woda miesza się z jego potem, jak koszulka przylepia się do jego wysportowanego ciała (dzięki godzinom spędzonym na siłowni), a ręce jak i nogi drżą lekko od wysiłku. Dopiero po chwili uniósł lekko głowę, żeby spojrzeć na ludzi stojących obok i zamarł na widok jednej znajomej twarzy, tych oczu nie zapomniał by nigdy, czasami nadal nawiedzały go w snach i nie pozwalały mu spać spokojnie, a jego ciało reagowało na jego spojrzenie tak jakby ktoś wbijał mu milion małych szpilek.
Wyciągnął jedną słuchawkę ze swojego ucha przerywając jakiś rockowy kawałek, który w nich leciał i wyprostował się spoglądając w kierunku mężczyzny.
- Edward
Jego imię dziwnie smakowało w jego ustach, pozostawały pewnego rodzaju słodycz, ale i jednocześnie gorycz na języku, gdy zrobił w jego stronę powoli krok, zmuszając swoje nogi do ruchu.
Nie spodziewał się go tutaj w Toronto a po drugie jakie istniało prawdopodobieństwo, że przebywał właśnie pod tym samym daszkiem co on?
Jeden na milion?

Edward Wentworth
gall anonim
29 y/o
For good luck!
180 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Edward odwrócił głowę dopiero, kiedy usłyszał swoje imię. Najpierw spojrzał bez większego zainteresowania. Odruchowo. W Toronto zdążył już poznać wystarczająco dużo osób, żeby ktoś wołający go po imieniu nie był szczególnie niezwykłym wydarzeniem. Potem przyjrzał się uważniej.
O, kurwa.
Przez chwilę nic nie powiedział. A raczej miał nadzieję, że siarczyste przekleństwo pozostawało tylko w sferze niewerbalnych myśli. Stał z mokrym katalogiem przyciśniętym do boku i patrzył na Doriana chyba odrobinę zbyt długo. Najpierw na twarz, później niżej. Mokra koszulka, spodnie dresowe, buty do biegania. Znowu twarz. Znał ten widok. Może nawet lepiej niż ten właściwy, oficjalny. Doriana w garniturze znali jego ojciec, matka, partnerzy kancelarii i połowa ludzi pojawiających się przy stole Wentworthów. Edward pamiętał go bez krawata. Z mokrymi po prysznicu włosami. W dresie naciągniętym rano i z kawą wypijaną w jego kuchni, zanim któremukolwiek z nich chciało się zdecydować, czy poprzednia noc była błędem. Zwykle dochodzili do wniosku, że tak. Nigdy specjalnie im to nie przeszkadzało. Najgorsze było to, że Edward chyba zawsze wolał go właśnie takiego. Bez całej tej prawniczej zbroi. Garnitur robił z Doriana człowieka, którego znała jego rodzina. Dres przypominał mu człowieka, którego znał on. I najwyraźniej pamiętał go irytująco dobrze.
Siarczyste krople deszczu stukały w rozpięty materiał markizy. Wybijały jakiś naturalny, uspokajający rytm. Wtedy pociągnął go do siebie. Złapał za przemoczony materiał koszulki i przyciągnął. Tak, aby znaleźć się między Dorianem, a wilgotna, zimną ścianą budynku. Chciał poczuć jego oddech na swojej skórze, chciał znów błagać go o kolejne nieprzyzwoite chwile przyjemności. Teraz, gdy już nie dzieliły ich nawet centymetry, wpił się w jego usta. Zachłannie, napastliwie. Wręcz agresywnie. Przygryzając jego dolną wargę, drażnił go, chciał sprowokować. Agresywny i zniecierpliwiony Dorian zawsze był najlepszą z wersji. Jego dłonie, mimo, że w miejscu publicznym, już zawędrowały do szarego materiału spodni dresowych. Prymitywnie, nonszalancko i bez krzty wstydu wsunął rękę pod materiał, a na jego twarzy błysnął…
- Nie. - Pokręcił głową i odwrócił wzrok w stronę ulicy, jakby deszcz był teraz znacznie pilniejszą sprawą. Ta fantazja musiała znać swój koniec. Czas wrócić do rzeczywistości, w której nic się nie wydarzyło.
- Edward. - Kącik ust drgnął mu zawadiacko, gdy skinięciem głowy potwierdzić najbardziej oczywisty fakt: własne imię.
- Cieszę się, że pamiętasz jak mam na imię. Ale nie nadużywaj go, bo spowszednieje. - Jak zwykle, w niewygodnej chwili Edward sięgał po ironię, sarkazm, uszczypliwości i wręcz dziecinną zajadłość.
- Jesteś chyba ostatnią osobą, której bym się tutaj spodziewał. Szczególnie w takim wydaniu. – skinął głową, mając na myśli jego strój. Powinien teraz szybko wykręcić się brakiem czasu. Uciec. Ale nie miał żadnych planów. Aukcja odbywała się dopiero za kilka dni, a jedynym pilnym obowiązkiem na resztę popołudnia było znalezienie czegoś do jedzenia.
Ponownie na niego spojrzał. Zmienił się. Oczywiście, że się zmienił. Edward też się zmienił. Tylko własnego upływu czasu człowiek nie oglądał stojącego przed sobą, mokrego od deszczu. U Doriana dało się go zauważyć od razu. Może w kilku nowych liniach przy oczach. Może gdzieś przy ustach. Nadal wyglądał dobrze. To akurat było kompletnie niepotrzebne. I niewiarygodnie wkurzające.
- Nadal biegasz - zauważył. Tym razem nie było w tym zaskoczenia. Raczej coś pomiędzy rozbawieniem a wspomnieniem, którego nie zamierzał analizować przy świadkach.
- Myślałem, że z wiekiem człowiek nabiera rozsądku. Albo lenistwa. - chcąc znaleźć jakieś wyjście z tej niewygodnej sytuacji, odruchowo spojrzał na nadgarstek. Na zegarek, który zawsze tam nosił i który nigdy nie wskazywał poprawnej godziny.

Dorian Hawthorne
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
45 y/o
For good luck!
183 cm
prawnik i adwokat Vishwakar, Bradford & Grant Llp
Awatar użytkownika
..because the only kind of love I have to offer is stupid and blind and so deep and powerful that I feel like I'm cracking just to hold it in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrafił tak szybko wyrzucić go ze swojej głowy, kiedyś zapewne roześmiałby się na przytyk, że straci dla kogoś głowę. Dorian nie był człowiekiem, który potrafił się zaangażować w relację, zawsze ciężko mu przychodziło oddać całego siebie drugiej osobie a co dopiero jej zaufać, ale w przypadku tego chłopaka było zgoła inaczej. Edward znał go z tej innej strony, mniej oficjalnej, gdy się odsłaniał przed nim pokazując mu swoją codzienność, swoje życie, które tak naprawdę nie było zbyt ciekawe, ale ta relacja spowodowała, że mężczyzna zaczął się odkrywać i zdejmować tę cholerną zbroję prawnika.
A potem… potem przyszły wyrzuty sumienia, przyszły pewnego rodzaju wątpliwości co do ich relacji i do tego, że Dorian nie powinien podcinać mu skrzydeł i skazywać go na samego siebie. Nigdy nie potrafił o tym rozmawiać.

To nie było tak, że mu nie zależało, owszem zależało ale z drugiej strony ta relacja była dla niego… niestosowna. Był synem jego pracodawcy a po wielu latach jego przyjaciela, a Dorian wbrew pozorom miał ich zbyt mało, że mógł policzyć ich na palcach jednej ręki, nie chciał nadwyrężać zaufania, nawet gdy już wpadł po uszy.
Odetchnął lekko spoglądając na niego, doszukując się w nim tamtego młodego mężczyzny, którego nie raz zostawiał rano w swoim łóżku, żeby zrobić im kawy, doskonale wiedział jaką pije - takie właśnie małe rzeczy powodowały, że czuł, że życie ma sens.
Odchrząknął delikatnie na jego przytyk, kącik ust lekko uniósł się w uśmiechu, dobrze było wiedzieć, że Edward nie stracił tego sarkazmu i ironii, która w oczach Doriana była poniekąd urocza.
- Zawsze podobało mi się Twoje imię - przyznał po chwili milczenia, przenosząc spojrzenie na padający deszcz, próbując opanować reakcje swojego ciała, które tak naprawdę tęskniło. Starał się go wyrzucić ze swojej głowy, ale to nie było takie proste jakby się spodziewał, on był obecny w pewien sposób w jego życiu, nawet gdy mogłoby się wydawać inaczej. Bywał w jego snach i myślach, a gdy był w swoim domu i spoglądał na łóżko gdzie spał… wspomnienia były żywe, tak jakby gdzieś tam czaiły się pod jego skórę rozgrzewając ją i powodując, że jego serce w klatce piersiowej biło nieznośnie głośno.
W sumie to bał się, że ten mógłby to usłyszeć, jak dudniło a wystarczył tylko jego widok i parę wspomnień, nadal się tlących.

- Mógłbym powiedzieć to samo - wyrzekł po chwili milczenia, czując jak napięcie rosło między nimi, w ich przypadku zawsze to było proste, wystarczyła tylko mała iskra, żeby obudzić w nich ten cholerny płomień, który nigdy nie chciał zgasnąć.
Nie doszukiwał się zmian w jego wyglądzie, wiedział że ten czas przez który się nie spotykali go zmienił tak samo jak Doriana, czas zawsze był nieubłagalny, zawsze dotykał w najbardziej brutalny sposób, dlatego mężczyzna postanowił zadbać nie tylko o swoją psychikę, ale i także o swoje ciało.
Zaśmiał się delikatnie na jego słowa.

- Właśnie z wiekiem powinno się bardziej dbać o ciało, nie jestem już taki młody - wyrzekł, przenosząc na niego spojrzenie, badawcze.
To właśnie wiek w ich przypadku był przeszkodą i zawsze będzie, nie ważne co by się stało to nie mogli tego zmienić. Nie mógł narazić swojej kariery dla relacji, która wprawdzie powodowała, że czuł się szczęśliwy.
Chociaż przez ten krótki moment gdy coś dla siebie znaczyli.

Edward Wentworth
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „Artisans’ Alley”