A czego twoim zdaniem nie można kupić, cud chłopcze?
Wolności?
Czasu?
M i ł o ś c i?Raphael patrzył na nią przez chwilę, jakby pytanie nie zostało skierowane do niego, lecz do kogoś, kim mógłby się stać, gdyby w jego życiu drogi prowadziły innymi ścieżkami niż dotychczas. Kąciki jego ust uniosły się nieznacznie, ale nie był to uśmiech szczęścia ani tym bardziej czułości. Było w nim coś bardziej niepokojącego: świadomość człowieka, który usłyszał pytanie zbyt bliskie prawdzie, aby móc potraktować je jako niewinną grę. Znajdowali się przecież w miejscu, gdzie wszystko miało swoją cenę. Pod wysokimi, zdobionymi boazerią sufitami, pośród ciemnego drewna, monumentalnych kominków, ciężkich tkanin i złoconych ram, ludzie, którzy na co dzień kupowali całe przedsiębiorstwa, fundacje, gazety, polityczne wpływy i milczenie innych ludzi, tej jednej nocy bawili się w to, że niczego nie chcieli. Była to najbardziej wyszukana forma hipokryzji: człowiek posiadający wszystko przebierał się za człowieka, który przyszedł jedynie zatańczyć.
Widział to w każdym szczególe. W kryształowych kieliszkach ustawionych na srebrnych tacach. W kelnerach przemieszczających się bezgłośnie pomiędzy grupami gości. W kobietach, których suknie były dziełami sztuki, a których nazwiska można było odnaleźć w zarządach fundacji, muzeów i międzynarodowych korporacji. W mężczyznach rozmawiających o sztuce tak, jak inni rozmawiali o pogodzie, choć pod słowem „sztuka” kryły się niejednokrotnie pieniądze, wpływy i dyskretne zobowiązania. Wszystko było piękne, ponieważ wszystko zostało zaprojektowane tak, aby piękno odwracało uwagę od mechanizmu znajdującego się pod spodem. Była to właśnie największa sztuczka tego świata: uczynić występek eleganckim, ambicję kulturalną, a władzę — dobrym wychowaniem.
Ona szeptała na progu ich warg, a oddechy mieszały się niczym fale dwóch odmiennych oceanów. Patrzył na jej wargi, myśląc o tym, jak wyglądałyby z drobinami narkotykowego szczęścia. Jak silnie rozpalone miałaby wówczas oczy.
A więc? Czego nie można było kupić w świecie przepalonym wszystkością?
-
Inteligencji - odpowiedział wreszcie. Powiedział to niemal lekko. A jednak kiedy wypowiedział to słowo, jego oczy zmieniły się na krótką chwilę, jakby pod spokojną powierzchnią otworzyła się czarna szczelina. Nie cynizm. Cynizm był dla niego zbyt tani, zbyt łatwy. Cynik zakładał, że wszystko było złe, ponieważ dzięki temu nie musiał już niczego rozumieć. Raphaelowi chodziło o coś bardziej ponurego: o przekonanie, że człowiek mógł kupić niemal wszystko oprócz tej jednej rzeczy, która pozwoliłaby mu właściwie zrozumieć, co właściwie kupił.
W grę wchodziła rzeczywistość i bolesna prawda. Nihilizm w najczystszej jego postaci.
Można było kupić nauczycieli. Można było kupić uniwersytety, doktoraty, całe instytuty. Można było kupić człowiekowi bibliotekę tak ogromną, że potrzebowałby kilku żyć, aby przeczytać jej zawartość. Nie można jednak było kupić umysłu. Nie można było rozkazać komuś, aby zrozumiał. Nie można było zapłacić za prawdziwą przenikliwość.
I może właśnie dlatego ludzie tak bardzo bali się inteligentnych. Wszak na sali pełnej tłumu było ich niewielu.
Odwrócił się, nie puszczając jej dłoni, i poprowadził ją przez parkiet. Tłum rozstępował się przed nimi nie dlatego, że ktokolwiek otrzymał rozkaz, lecz dlatego, że w takich miejscach ludzie instynktownie rozpoznawali tych, którym należało zrobić miejsce. Nikt nie zatrzymał ich spojrzeniem dłużej niż na sekundę. Albo może wszyscy patrzyli, lecz nauczyli się patrzeć tak, aby nigdy nie zostać przyłapanym na obserwowaniu.
Raphael wiedział, że był obserwowany i nie przeszkadzało mu to. Przyzwyczajenie było drugą naturą. Kiedy mijali schody prowadzące ku górnej galerii, dostrzegł tam figurę lwa. Kamienna sylwetka trwała nieruchomo na balustradzie, a człowiek stojący za nią nosił maskę króla zwierząt. Ich spojrzenia spotkały się. Raphael zatrzymał je przez sekundę dłużej, niż wymagała uprzejmość, a delikatny, sardoniczny uśmiech wykrzywił jego usta. Nie zwolnił jednak, tylko ruszył dalej. Wiedział doskonale, kto krył się pod maską.
Przeszli poza główną salę pod arkady, gdzie dźwięk orkiestry stawał się bardziej przytłumiony, lecz nie wyciszony. Ambit oddzielający boczną galerię od centrum rezydencji tworzył naturalną granicę pomiędzy widowiskiem a jego cieniem. Tutaj światło było słabsze. Ciężkie zasłony pochłaniały blask, drewniane panele nabierały niemal brunatnej głębi, a portrety wielkich tego świata spoglądały z wysokości na współczesnych bogaczy z tym samym wyniosłym spokojem, z jakim od pokoleń patrzyli na kolejne pokolenia ludzi przekonanych, że właśnie osiągnęli szczyt.
Nie było tutaj prywatności. Nigdy nie istniała. W tym świecie nawet samotność była przywilejem udawanym. Mogli patrzeć. Mogli słuchać. Mogli później interpretować. Nie obchodziło go to.
W końcu zatrzymał się przy jednej z arkad, a jego ciało naparło na to należące do kobiety. Płynnie, naturalnie, przysunął ją do filaru, wymuszając ponowną próżnię w przestrzeni między nimi i tym razem sprawiając, że opia — z natury wyjątkowo intensywna, a między nimi brutalnie żywa i dzika w naturze — zmieniła kolor. Jej źrenice połyskiwały czernią, bezdenne i nieprzeniknione. Przez kilka sekund zdawało się, że mógł zajrzeć do skarbca, w którym przechowywane było wszystko, czym była. Że mógł dostrzec przebłysk jej bezbronności, bólu, poczucia humoru, żywotności, władzy, jaką miała nad innymi, oraz wymagań, jakie stawiała samej sobie. Ale czy jej oczy były oknami duszy, czy drzwiami percepcji — właściwie nie miało to znaczenia: wciąż stał na zewnątrz domu.
Jej piersi zakleszczone w szczelinie jego klatki piersiowej. Jego prawa dłoń sięgająca jej szyi i zaciskająca się na niej delikatnie. Jej twarz znów blisko należącej do niego. Jego kolano powoli, lecz nieustępliwie wślizgujące się między jej nogi. Jej oddech pachnący wypitym wcześniej szampanem. Jego drgające w bezgłośnym śmiechu wargi.
Czego nie można było jeszcze kupić? Chłopcze?
-
Bycia interesującym - mruknął cicho, a cienka skóra kobiecych ust zetknęła się na moment z należącymi do niego, lecz nie w pocałunku. Był to splot, zetknięcie, szept na cienkiej granicy, na który pozwolił, igrając z iskrą zbyt kuszącą, aby nie pozwolić jej przemienić się w ogień. I patrzeć, jak pochłania wszystko.
Właśnie tego nie można było kupić. Nie uwierzenia. Nie seksu. Bycia czymś ponad. Można było kupić sztuczną uwagę. Można było kupić ludzi, którzy mieli się śmiać w odpowiednich momentach, klaskać w odpowiednim rytmie i wypowiadać cudze nazwisko z odpowiednim zachwytem. Można było wynająć orkiestrę, która miała grać przez całą noc, zamówić kwiaty z kilku kontynentów, sprowadzić najlepszych kucharzy Europy i zapłacić za suknie, których cena przekraczała roczne budżety małych przedsiębiorstw. Można było nawet kupić miejsce w historii, jeśli miało się wystarczająco dużo pieniędzy i cierpliwości. Ale zainteresowanie? Prawdziwe zainteresowanie? To było czymś innym.
Człowiek interesujący nie potrzebował dekoracji. Nie potrzebował nazwiska, choćby było najstarsze. Nie potrzebował ochrony, choćby wokół niego stało stu ludzi. Nie potrzebował nawet bogactwa. Wystarczyło, że posiadał w sobie coś, czego inni nie potrafili natychmiast sklasyfikować.
Wolną dłoń zsunął leniwie wzdłuż jej boku, zatrzymując ją przy żebrach, jakby badał granicę wyznaczoną przez ciężki materiał sukni. Nie było w tym pośpiechu; przeciwnie, każdy ruch pozostawał podporządkowany rytmowi muzyki, dzięki czemu dotyk mógł zniknąć wśród dziesiątek innych gestów, wśród obrotów, śmiechu i szelestu tkanin. Nie został tam jednak na dłużej. Nie, gdy mógł iść dalej do pełnego uda. Palce zacisnęły się lekko na materiale, wyczuwając pod nimi fakturę sukna i drobne marszczenia, które poruszały się wraz z jej oddechem. To tam odnalazł delikatne miejsce pod kolanem, pachnące silnymi perfumami, którymi skropiła swoje ciało. Olejki były intensywne, lecz nie zagłuszały zapachu rozgrzanego powietrza, wosku świec i ciężkiego drewna rezydencji; wszystko mieszało się w jeden osobliwy aromat tego świata, w którym nawet przypadkowa bliskość musiała wyglądać jak część starannie wyreżyserowanego spektaklu.
Płynnym ruchem podciągnął jej łydkę na własne biodro. Niewielka granica zacisnęła się jeszcze mocniej, gdy oparł czoło o jej własne. Schowane pod misterną maską.
Za nimi zabrzmiał śmiech. Gdzieś dalej kieliszek upadł na kamienną posadzkę. Orkiestra rozpoczęła kolejny walc. Nie musiał patrzeć, by wiedzieć, że sala przez arkadę wyglądała jak ogromna, lśniąca scena. Ludzie tańczyli pod kryształami, maski obracały się w rytmie muzyki, złoto migotało na szyjach i dłoniach, a światło odbijało się od wszystkiego, co można było kupić. Oni stali za kulisami, równocześnie nie kryjąc się w żaden sposób. W takich miejscach nigdy nie było naprawdę samotności. Zawsze istniało trzecie spojrzenie. Czasem czwarte.
Czasem całe setki.
Lass sie kommen.
Celeste Williams