Nauka praktycznych rzeczy zdawała się w jego świecie czymś fundamentalnym, niemal religijnym, ponieważ od najwcześniejszych lat wpajano mu, że człowiek, który nie potrafił wykorzystać własnego ciała, własnego umysłu i cudzej słabości, był człowiekiem zależnym, a człowiek zależny prędzej czy później stawał się własnością kogoś innego. Lecz zamiast gwizdania, wiązania butów czy zszywania rozdartych ubrań była jedna z najsilniejszych nauk w rzeczywistości Valencourta — nauka przetrwania, rozumiana nie jako instynkt zwierzęcia uciekającego przed drapieżnikiem, ale jako całkowite podporządkowanie organizmu zasadzie, według której ból nie stanowił argumentu, strach nie stanowił wymówki, a zmęczenie było jedynie informacją o tym, że można było posunąć się jeszcze dalej. Biegi na przełaj, kiedy płuca paliły tak, jakby ktoś wlewał do nich rozgrzane szkło; walka z przeciwnikiem większym, cięższym i silniejszym, przy czym nie uczono go wygrywać w sposób elegancki, lecz przetrwać pierwsze trzydzieści sekund, bo właśnie pierwsze trzydzieści sekund decydowało o tym, czy człowiek miał później walczyć, czy leżeć; znoszenie zimna i bezsenności, aż pojęcie czasu przestawało mieć sens; znajdywanie w tłumie nieznajomych tej jednej osoby, która mogła pomóc, zamiast zdradzić; rozpoznawanie, kto patrzył z zainteresowaniem, kto z pogardą, kto ze strachem, a kto tylko udawał obojętność. Wiedza, komu można zaufać na trzy minuty, komu na trzy godziny, a komu nigdy. Wiedza, kiedy należało mówić, kiedy milczeć i kiedy pozwolić drugiemu człowiekowi mówić tak długo, aż sam wypowie rzeczy, których wcześniej zamierzał strzec. Wiedza o przemocy, o tym, jak szybko człowiek tracił pewność siebie, kiedy odebrać mu poczucie kontroli, jak bardzo psychika potrafiła wyprzedzić ciało w drodze ku załamaniu. Uczono go również rozpoznawać symbole, szanować tradycję, zapamiętywać twarze i pozyskiwać informacje od ludzi podatnych na sugestię. Manipulacja. Znoszenie bólu i zadawania go. Nie jako sport. Nie jako okrucieństwo dla samego okrucieństwa. Jako narzędzia, które mogły zostać wykorzystane, gdyby pewnego dnia świat przestał być tak uprzejmy, jak udawał, że jest. Wszystko było po coś.
Wszystko. To właśnie powtarzano mu najczęściej, aż zdanie przestało być zdaniem, a stało się czymś w rodzaju prawa fizyki: jeżeli coś się wydarzało, musiało mieć cel; jeżeli cierpisz, cierpienie musiało cię czegoś nauczyć; jeżeli się boisz, strach musiał zostać wykorzystany. Najgorszą rzeczą, jaką można było zrobić z bólem, było pozwolić, aby pozostał wyłącznie bólem.
Do teraz pamiętał kobietę, która wyjaśniła mu po francusku, że był
un enfant-papillon. Dzieckiem-motylem. Pamiętał sposób, w jaki wypowiedziała te słowa, niemal łagodnie, jak gdyby opowiadała mu o czymś pięknym, o przyszłości, która powinna wzbudzać zachwyt, a nie lęk. Wtedy jeszcze nie rozumiał metafory. Motyl był czymś, co widywał w ogrodach, czymś lekkim, delikatnym i pozbawionym znaczenia, a przecież ona mówiła o nim tak, jakby nazwała nim jego przeznaczenie. Aby stać się motylem, musiał zdać egzaminy. Pamiętał napięcie, które pojawiło się w jego ciele na samo słowo
egzaminy. Ile ich było? Ile jeszcze mogło być? Ile człowiek mógł ich znieść, zanim przestawał być tym samym człowiekiem, który przystępował do pierwszego? Nie znał odpowiedzi. Nie odważył się zapytać. Dzieci w jego świecie nie pytały o rzeczy, których dorośli nie chcieli wyjaśniać. Dziecko miało przede wszystkim słuchać. Dziecko miało ufać temu, kto mówił, że wie. A jeżeli ten ktoś mówił spokojnie, uśmiechał się i używał słów takich jak
odwaga, przemiana, próba i
przeznaczenie, tym łatwiej było uwierzyć, że cierpienie, które nadchodziło, było czymś szlachetnym.
Później, kiedy podrósł, zrozumiał, że testy nigdy nie miały końca. Nigdy. Były tylko kolejnymi drzwiami prowadzącymi do następnych drzwi, kolejnymi sprawdzianami, po których nie przychodziła nagroda, lecz następna próba. Najgorszą rzeczą w takim systemie nie było nawet to, że człowiek cierpiał, lecz że zaczynał pragnąć cierpienia jako dowodu własnej wartości. Raphael długo nie potrafił tego nazwać. Wiedział tylko, że kiedy kończyło się jedno zadanie, czuł nie ulgę, lecz pustkę, a pustka była czymś, czego w jego wychowaniu obawiano się bardziej niż bólu. Ból przynajmniej coś znaczył. Pustka nie znaczyła nic.
Musiał jednak słuchać kobiety, która zachęcała go spokojnym głosem i mówiła, że da radę. W końcu go
znała. To zdanie pamiętał szczególnie wyraźnie, ponieważ po latach wydawało mu się jednym z najbardziej perfidnych zdań, jakie można było powiedzieć dziecku.
Znam cię. Co mogło znaczyć? Że znała jego odwagę? Jego granice? Jego lęk? Czy może właśnie to, że jeszcze nie rozumiał, jak wiele można było mu odebrać, zanim zacznie błagać o odzyskanie choćby najmniejszej części siebie? Wtedy jednak jej wierzył. Dzieci wierzyły dorosłym nawet wtedy, kiedy rzeczywistość krzyczała przeciwko temu zaufaniu, bo dziecko nie miało jeszcze odpowiedniej wiedzy, aby uznać własne doświadczenie za ważniejsze od cudzych słów.
Jechali więc do dużego budynku, który później Raphael rozpoznał jako opactwo westminsterskie w Londynie. W jego pamięci nie było jednak żadnej majestatycznej architektury, żadnego historycznego splendoru, żadnego piękna, które można byłoby później odnaleźć na fotografii i powiedzieć:
tam to się wydarzyło. Pozostała jedynie przestrzeń. Kamień. Ciemność. Chłód. Kroki odbijające się gdzieś poza zasięgiem wzroku. Pamiętał, że świat zewnętrzny przestał istnieć niemal natychmiast. Budynek, który później miał dla niego nazwę, wówczas był po prostu miejscem, w którym dorośli wiedzieli więcej od niego.
W ponurym, ciemnym pomieszczeniu pośrodku znajdował się rodzaj stołu. Raphael pamiętał jego powierzchnię, zimną i twardą, oraz własne ciało, które nagle wydało mu się czymś obcym, czymś należącym do innych ludzi, ponieważ mężczyźni w ciemnych garniturach bez trudu ułożyli go na plecach, rozciągnęli ręce i nogi, a następnie zabezpieczyli jego dłonie i stopy. Nie pamiętał ich twarzy. Pamiętał garnitury. To właśnie było najdziwniejsze. Po latach pamiętał materiał, mankiety, połysk butów, sposób, w jaki światło przesuwało się po ciemnych rękawach. Pamięć nie zachowywała tego, co powinno zostać zachowane. Zachowywała drobiazgi, jakby jego umysł w chwili zagrożenia rozpaczliwie próbował znaleźć coś banalnego, czego mógłby się uchwycić.
Kobieta stała obok i patrzyła. Nie pamiętał, czy była smutna. Nie pamiętał, czy wyglądała na zaniepokojoną. Pamiętał jedynie jej bezruch. To właśnie bezruch zapisał się w nim najgłębiej. Człowiek mógł zrozumieć gniew. Mógł zrozumieć krzyk. Nawet okrucieństwo posiadało logikę. Ale obojętność? Obojętność była dla dziecka czymś niepojętym. Jeżeli cierpienie nie wzbudzało reakcji u osoby stojącej obok, może oznaczało to, że cierpienie było normalne. Że problemem nie był ból, lecz jego własna słabość wobec bólu.
Potem mechanizm stołu zaczął działać. Pamiętał przede wszystkim nacisk. Rozciąganie. Wrażenie, że jego ciało zostało przekształcone w przedmiot, który można regulować jak urządzenie. Granica bólu przesuwała się coraz dalej, a wraz z nią znikało przekonanie, że granica w ogóle istniała. Krzyczał. Był pewien, że krzyczał, chociaż po latach dźwięk własnego głosu wydawał mu się niemal cudzym głosem, należącym do kogoś, kogo znał bardzo dawno temu i kogo nigdy później nie spotkał. Najgorsza była świadomość, że krzyk nie zatrzymywał niczego. Świat pozostawał taki sam. Kamienne ściany. Ciemne ubrania. Kobieta stojąca obok. Mechanizm wykonujący swoją pracę z obojętną precyzją.
I właśnie wtedy nauczył się pierwszej rzeczy, której później nie potrafił już oduczyć się przez całe życie: człowiek mógł cierpieć całkowicie samotnie nawet wtedy, kiedy ktoś stał pół metra od niego. Zwłaszcza wtedy...
W pewnym momencie wszystko się skończyło. Nie pamiętał momentu zakończenia. Pamiętał jedynie nagłą pustkę po bólu, która była niemal bardziej przerażająca niż sam ból. Przeżył „trening motyla”. Tak go nazwano. Jak gdyby wystarczyło nadać cierpieniu piękną nazwę, aby stało się czymś innym. Jak gdyby słowo mogło zmienić rzeczywistość. Raphael po latach doszedł do wniosku, że właśnie na tym polegała największa przewrotność jego wychowania: nie uczono go wyłącznie znosić rzeczy strasznych. Uczono go nadawać im sens, aby nigdy nie przyszło mu do głowy, że zostały mu wyrządzone.
Następnie samochodem i helikopterem zabrano go z powrotem do Australii. Czy stało się to tego samego dnia, czy później, już nie potrafił powiedzieć. Czas tamtego okresu nie układał się w chronologię. Był zbiorem obrazów, zapachów i nagłych przebudzeń. Wiedział jednak, że nie miał to być ostatni z jego „egzaminów”. Były kolejne. Zawsze kolejne. I być może właśnie dlatego dorosły Raphael tak bardzo nienawidził rzeczy pozbawionych celu. Wszystko musiało mieć zastosowanie.
Wszystko musiało prowadzić dokądś. Bo jeżeli człowiek pozwalał sobie na coś tylko dlatego, że było przyjemne, przypadkowe albo absurdalne, natychmiast wracało do niego tamto stare pytanie:
po co?
Zmrużył lekko oczy, ale nie z powodu rażącego słońca. Jedyne, co go raziło, było historią Sadie Glass. Jej słowa przepływały gdzieś w przestrzeni, podczas gdy myśli Valencourta dryfowały w całkowicie niedostępnej dla niej sferze. Nie słuchał już pojedynczych zdań. Rejestrował jedynie ton, przerwy, zmiany oddechu, miejsca, w których głos stawał się bardziej miękki. Był przyzwyczajony do tego, że ludzie opowiadali o swoich ranach tak, jakby samo ich posiadanie nadawało im moralną przewagę. Raphael nigdy tego nie rozumiał. Rana była faktem. Niczym więcej. Dopiero to, co człowiek zrobił z raną, miało znaczenie. Można było uczynić z niej kajdany albo ostrze. Można było pozwolić jej zdefiniować całe życie albo nauczyć się ją ukrywać tak dobrze, że nikt nigdy nie domyśliłby się, gdzie znajduje się blizna.
Dopiero na sam koniec jej łzawej historyjki wtrącił się, zanim dokończyła ostatnie zdanie.
-
Powinnaś była upewnić się, że Patricia Baxter zawsze będzie się oglądać za siebie.
Wypowiedział to spokojnie. Bez podniesionego głosu, bez gniewu. W jego głowie zdanie miało ciężar większy niż ton, którym zostało wypowiedziane. Nie był rozleniwiony. Był pod pewnym rodzajem zniecierpliwienia, choć wiedział, że zniecierpliwienie nie miało za wiele wspólnego z siedzącą naprzeciwko niego blondynką. Było starsze od niej. Starsze nawet od niego. Pochodziło z tego samego miejsca, w którym kiedyś leżał na zimnym stole i odkrywał, że krzyk nie zmienia rzeczywistości.
-
Nie moja sprawa, że na to pozwoliłaś.
Nie powiedział tego po to, żeby ją zranić. Przynajmniej tak sobie tłumaczył. Nie było jego zadaniem teraz nadrabianie cudzych zaległości. Nie stanęła w swojej obronie, nie postawiła granic, więc w jego systemie wartości okazała się słabością, a ze słabości nie miało wyniknąć nic. Nie zmieniła tego doświadczenia w siłę, nie odegrała się, nie zrobiła nic. Raphael nie potrafił przyjąć do wiadomości, że człowiek mógł być złamany i jednocześnie nie ponosić winy za to, że został złamany. Dla niego była to niemal logiczna sprzeczność, ponieważ przez całe życie uczono go, że odpowiedzialność zaczynała się tam, gdzie kończyło się usprawiedliwienie. Nie rozumiał, że czasem człowiek nie wybierał pomiędzy odwagą a tchórzostwem. Czasem wybierał tylko pomiędzy dwiema formami przetrwania.
Wstał więc z fotela. Nie czekał na odpowiedź. Nie potrzebował jej. Skierował się na tył odrzutowca, gdzie wszedł do prywatnej łazienki. Drzwi zamknęły się za nim, odcinając go od reszty kabiny, a płynny ruch uruchomił wodę w eleganckim zlewie mogącym stanowić wystrój pokoju hotelowego, nie zaś samolotu. Raphael jednak nie zwracał uwagi na wystrój. Przesunął sygnet, wykonał znajomy gest i sięgnął po substancję, którą traktował jak jeszcze jeden z elementów własnej dyscypliny, choć gdzieś pod powierzchnią wiedział, że była dokładnie jej przeciwieństwem. Skóra między kciukiem a palcem wskazującym zbielała, jednak nie na długo. Ciało przyzwyczajone do kontroli potrzebowało czasem czegoś, co tę kontrolę odbierało.
Po chwili poczuł ciepło rozchodzące się pod marynarką. Zsunął ją szybko z ramion i rzucił za siebie, jakby nagle stała się ciężarem. Oparł dłonie o umywalkę i odetchnął głęboko. Powieki osiadły ciężko.
Nie narkotyk był problemem. Problemem były obrazy. Obrazy przesuwające się pod powiekami były nieprzyjemne. Zbyt rzeczywiste. Kamień. Ciemność. Zimna powierzchnia. Kobieta stojąca nieruchomo. Ta sama, którą widywał do teraz na większych wydarzeniach. Mechaniczny ruch. Własny krzyk, który po tylu latach nadal potrafił odnaleźć drogę do świadomości.
Odetchnął ponownie.
Woda płynęła cały czas silnym strumieniem. Raphael nie wiedział kiedy, ale ujął trochę płynu w dłonie i obmył twarz. Raz. Potem drugi. Zimno pomogło. Nie rozwiązało niczego, ale pozwoliło oddzielić wspomnienie od chwili obecnej. Przypomniało mu, że znajdował się w samolocie, nie w kamiennym pomieszczeniu. Że miał trzydzieści jeden lat, a nie kilka. Że mógł wyjść, kiedy chciał. Że nikt nie miał prawa go zatrzymać.
To ostatnie było najważniejsze.
Przed wyjściem z łazienki podniósł rzuconą w kąt marynarkę i spojrzał na siebie w lustrze. Twarz wyglądała normalnie. To wystarczało. Lekko mokrymi dłońmi przesunął po włosach, odgarniając je w tył i nadając im odpowiednią formę. Wygładził kołnierzyk. Poprawił mankiet. Sprawdził sygnet.
Wszak nic nie mogło wyglądać na niewłaściwe. Nie w jego świecie. Nie wtedy, kiedy samolot był pełen ludzi, którzy mogli zobaczyć jedynie Raphaela Valencourta, a nie chłopca, który kiedyś nauczył się, że człowiek może zostać rozciągnięty między cudzymi rękami i nadal przeżyć.
-
Obudź mnie, jak wylądujemy - rzucił do Leifa schrypniętym lekko głosem, gdy wyszedł. Skandynaw nie odezwał się, lecz uniósł jedynie lekko brodę na oznakę porozumienia. Raphael nie musiał tego sprawdzać. Ruszył w przeciwnym kierunku — na tył, do części sypialnianej.
Na Sadie nawet nie spojrzał.
Sadie Glass