31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

W oczach Prowadzącej mężczyźni byli odmienni. Uprzywilejowani w sposób, którego kobiety od dzieciństwa uczono nie kwestionować, jak książęta urodzeni po to, aby zdobywać, posiadać, przekraczać granice i nigdy nie musieć tłumaczyć się z tego, że przekroczyli je właśnie oni. Mężczyzna miał być kimś, komu świat ustępował miejsca; kobieta — kimś, kto powinien nauczyć się rozpoznawać moment, w którym należało zejść z drogi. Raphael dostrzegał tę myśl w jej spojrzeniu, choć nigdy nie wypowiedziała jej wprost. Była zbyt inteligentna, aby przedstawiać swoje przekonania w tak prostej formie. A jednak inteligencja, jak zdążył się przekonać, nie chroniła człowieka przed własnymi mitami. Można było być doskonale wykształconym, przeczytać tysiące książek, znać historię, filozofię, sztukę i języki, a mimo to nadal wierzyć w najbardziej dziecinne zasady świata. Że ojciec chroni. Że lekarz leczy. Że nauczyciel uczy. Że pieniądze zapewniają wolność. Że człowiek, który mówi spokojnym głosem, nie zamierza cię skrzywdzić. Raphael wiedział, że wszystkie te przekonania można było wyciągnąć z człowieka tak samo łatwo jak kamień z ziemi, jeśli tylko posiadało się wystarczająco dużo czasu i cierpliwości.
Jego świat był jednak całkowicie odmienny od świata Prowadzącej. I być może właśnie dlatego jej pogarda wydawała mu się czymś niemal wzruszającym. Nie znała mechanizmu, którego stała się częścią. Widziała bogactwo, ale nie rozumiała ceny. Widziała władzę, ale nie znała jej pochodzenia. Widziała człowieka, który posiadał wszystko, a więc — zgodnie z najprostszą logiką — musiał otrzymać wszystko w zamian za coś. Raphael natomiast wiedział, że w jego rodzinie nie istniało nic tak banalnego jak dar. Nawet narodziny były inwestycją. Dziecko nie przychodziło na świat po to, by być kochane. Przychodziło po to, by przedłużyć ciągłość. Nazwisko miało trwać, struktura miała trwać, Plan miał trwać. Człowiek był tylko kolejnym ogniwem. Przez lata zastanawiał się czasami, czy jego rodzice w ogóle wiedzieli, jak wyglądałoby dzieciństwo pozbawione przemocy. To pytanie było jednak absurdalne, ponieważ skąd miałby znać coś, czego nigdy nie doświadczył? Dziecko nie tęskniło za światłem, jeśli całe życie spędziło w ciemności. Mogło jedynie czuć nieokreślony ból oczu, gdy ktoś nagle otworzył drzwi. Raphael długo nie rozumiał, dlaczego pewne rzeczy bolały go bardziej niż inne. Dopiero jako dorosły pojął, że nie bolały go wydarzenia. Bolała różnica pomiędzy tym, czym mogły być, a tym, czym zostały.
Rok za rokiem, dekada po dekadzie był rzeźbiony w ogniu i stali. Jego umysł, jego ciało nie należały do niego. Należały do nazwiska, do rodziny, do tych, którzy mieli prawo określić, czym miało się stać. Główna metoda szkolenia była przy tym zadziwiająco prosta: Wychowanie. Nie trzeba było człowieka łamać każdego dnia, jeśli od pierwszych lat nauczyło się go, że własne odczucia były mniej wiarygodne niż głos autorytetu. Wystarczyło powtarzać odpowiednio długo, że inni wiedzieli lepiej. Dorośli. Rodzice. Wychowawcy. Lekarze. Terapeuci. Trenerzy. Kapłani. Każdy posiadał fragment prawdy, której Raphael nie miał prawa posiadać sam. W ten sposób uczono go zależności, a zależność była doskonalsza od kajdan, ponieważ człowiek nie próbował się z niej uwolnić. Raphael miał nie wiedzieć, co było dobre, a co złe — nie tylko dla innych, lecz przede wszystkim dla niego samego. To inni mieli określać jego granice. Inni mieli mówić, kiedy był zmęczony. Inni mieli mówić, kiedy był zdrowy. Inni mieli mówić, kiedy się bał. W końcu nawet jego własne ciało przestało być dla niego wiarygodnym świadkiem.


Miał pięć lat, kiedy po raz pierwszy zrozumiał, że prawda może być rzeczą zależną od hierarchii.
Samochód pędził drogą, a szyby były ciemne. Raphael siedział z tyłu, przyciśnięty pasem do siedzenia, i patrzył przez okno na krajobraz przesuwający się zbyt szybko, aby mógł zapamiętać szczegóły. W pewnym momencie zobaczył zwierzę na pastwisku.
- O, koń!
Mężczyzna siedzący z przodu milczał przez dłuższą chwilę. Wreszcie odwrócił głowę.
- Nie. To wielbłąd.
Raphael zmarszczył brwi.
- Ale… nie. To koń.
Mężczyzna patrzył na niego przez chwilę, po czym wychylił się przez siedzenie. Chłopiec poczuł nagły ból w skroni — od uderzenia męską dłonią oraz od drugiego o szybę auta. Świat na moment stał się jasny i rozmazany.
- To wielbłąd.
Raphael zamilkł i spojrzał ponownie przez szybę. Zwierzę nadal wyglądało jak koń, ale po kilku sekundach powiedział:
- Wielbłąd.
Mężczyzna odwrócił się.
- Dobrze.
To słowo było nagrodą. Nie prawda. Nie wiedza. Nie samodzielne rozpoznanie rzeczywistości. Posłuszeństwo.


Dopiero wiele lat później zrozumiał, że nie chodziło o zwierzę. Nie chodziło nawet o ból. Chodziło o zbudowanie w nim pewnego rodzaju wewnętrznej próżni, w której jego własny osąd mógł zostać zastąpiony cudzym. Człowiek, który nauczył się podważać własne oczy, miał być później gotów podważyć własną pamięć. Ten, kto nie ufał pamięci, zaczynał ufać temu, kto opowiadał mu przeszłość. A ten, kto pozwalał innym opowiadać sobie przeszłość, wcześniej czy później miał pozwolić im również opowiedzieć sobie, kim był.
Raphael był więc wychowywany nie tyle do posłuszeństwa, ile do niepewności. Lekarz mówił — wierzył. Terapeuta mówił — wierzył. Ojciec mówił — wierzył, ponieważ ojciec był głową rodziny, a głowa rodziny nie musiała przecież tłumaczyć swoich decyzji dziecku. Starszy przyjaciel mówił — wierzył, bo miał większe doświadczenie. Trener mówił — wierzył, bo znał ciało lepiej. Kapłan mówił — wierzył, bo przemawiał w imieniu czegoś większego.
Aż któregoś dnia Raphael odkrył najprostszy sposób, by przerwać ten nieustanny hałas cudzych głosów. Alkohol. Później narkotyki. Nie chodziło nawet o przyjemność. Przyjemność była dodatkiem, niemal przypadkowym. Najważniejsze było znikanie. Możliwość odsunięcia świadomości od własnego ciała, pozwolenia jej przepłynąć gdzieś obok wydarzeń, zamiast uczestniczyć w nich naprawdę. Dysocjacja była dla niego pierwszą formą wolności, choć oczywiście nie była wolnością wcale. Była kolejną zależnością. Tyle że tym razem zależność należała do niego.
Już jako dziecko zetknął się z substancjami, które miały uczynić go spokojniejszym, bardziej podatnym na polecenia, mniej skłonnym do zadawania pytań. W wieku trzynastu lat jego ciało znało już uzależnienie. Valencourtowie jednak nie pozwolili, aby ciało stało się słabe. Nawet jego nałogi podlegały kontroli. Musiał wyglądać perfekcyjnie. Musiał funkcjonować perfekcyjnie. Musiał pojawiać się przy stole bez drżenia dłoni, na przyjęciu bez śladów zmęczenia, podczas spotkania bez oznak tego, że jego organizm od dawna prowadził własną, wyniszczającą wojnę.
To było chyba najbardziej groteskowe ze wszystkiego. Nawet jego autodestrukcja musiała być elegancka.
Teraz, kiedy kucał przed Prowadzącą, widział w tym wszystkim odbicie własnej historii. Tej samej, którą przechodzili inni w idei Wielkiego Planu. Pozwalał jej wyczyścić okulary drobnymi, drżącymi dłońmi. Obserwował, jak ostrożnie zdejmowała je z jego nosa, jak przecierała szkła materiałem, a potem jak ponownie zakładała je na jego twarz. Ten gest był banalny. Niemal uprzejmy. A jednak Raphael dostrzegał w nim całą strukturę zależności: ręce kobiety, które wykonywały czynność dla mężczyzny; jego nieruchomość; jej ostrożność; niewypowiedziane pytanie, czy może zrobić to źle.
Mógłby powiedzieć jej, że nie musiała się bać. Nie powiedział. Kłamstwo byłoby zbyt łatwe. Słuchał jej słów, obserwując zmiany w tonie głosu, sposób, w jaki akcentowała końcówki, drobne zawahania pomiędzy jednym zdaniem a kolejnym.
Odpiszę, jeśli takie jest twoje życzenie. Ale ja naprawdę… naprawdę wolałabym zamiast tego obejrzeć Odyseję z Chujem. Proszę.
Przez twarz Raphaela przemknął cień rozbawienia. Nie dlatego, że uznał jej słowa za szczególnie zabawne. Rozbawiło go coś innego. Odyseja. Podróż. Powrót. Bohater, który przez lata nie mógł wrócić do domu, ponieważ świat nieustannie stawiał przed nim kolejne przeszkody. Bogowie, potwory, pokusy, burze, wyspy, kobiety. Dziecko wychowane w świecie Wielkiego Planu słyszało podobne historie zupełnie inaczej niż zwykły człowiek. Tamte opowieści nie były wyłącznie mitami. Były instrukcjami. Uczyły, że bohater istniał dlatego, że ktoś większy od niego ustanowił zasady podróży. Uczyły, że zależność była naturalna. Że człowiek musiał słuchać bogów, rodziców, królów, przewodników. Że nawet największy bohater pozostawał pionkiem na planszy, której nie stworzył.
- Masz być gotowa - powiedział w zamian.
Nie musiał podnosić głosu. Nie musiał szukać spojrzeniem. Dwaj mężczyźni, stojący dotąd nieruchomo przy wejściu, ruszyli niemal natychmiast. Ich ruch był spokojny, pozbawiony gwałtowności, lecz właśnie to czyniło go bardziej bezosobowym. Podeszli do blondynki i pomogli jej wstać. Nie było w tym czułości. Nie było też demonstracyjnego okrucieństwa. Była procedura. Raphael znał procedury lepiej niż większość ludzi znała własne pragnienia.
Odczekał chwilę i dopiero potem sięgnął po telefon leżący na posadzce. Urządzenie było chłodne. Ekran wygasł. W jego pamięci nadal znajdowały się wszystkie wiadomości, które przeczytał. Wszystkie pytania. Wszystkie próby kontaktu. Wszystkie słowa Victora. Wszystkie drobne dowody istnienia kobiety poza tym miejscem.
W końcu podniósł się. Przez chwilę stał nad Prowadzącą, wyższy od niej, spokojny, niemal nierzeczywisty w swoim perfekcyjnie skrojonym ubraniu. Następnie wyciągnął rękę i wsunął telefon do kieszeni jej ubrania. To był drobny gest, a jednak wiedział, co oznaczał. Nie odbierał jej świata. Nie całkowicie. Pozostawiał jej kontakt. Pozostawiał możliwość napisania. Pozostawiał iluzję, że gdzieś istniała droga prowadząca poza wyspę — powrót do świata, w którym żyła niegdyś.
Raphael nauczył się dawno temu, że całkowite odebranie człowiekowi nadziei bywało mniej skuteczne niż jej pozostawienie. Człowiek pozbawiony wszystkiego przestawał negocjować. Człowiek, który nadal posiadał jedną rzecz, miał walczyć o nią znacznie dłużej.
Odwrócił się, lecz zanim odszedł, zatrzymał się jeszcze na moment. Przeniósł uważne spojrzenie na blondynkę. Nie wyglądała już jak Prowadząca Aukcję. Nie była symbolem. Nie była pozycją numer dwadzieścia jeden. Była po prostu kobietą, która przeżyła coś, czego nie powinna była przeżyć. I przez ułamek sekundy Raphael poczuł w sobie coś, czego nie potrafił nazwać. Nie współczucie. Nie żal. Raczej ponowne niepokojące przypomnienie.
Tamten las. Jasne włosy. Mała dłoń. Słowo wypowiedziane po francusku.
Odetchnął, pozwalając, aby wrażenie rozpuściło się wraz z wyzbyciem się dwutlenku węgla z płuc, a on ponownie mógł być sobą. Valencourtem. Przedmiotem Wielkiego Planu, który nauczył się udawać podmiot.
Ten sam, który wiedział, iż przyszła pora leczenia. Bo przecież nauka umierania była dopiero pierwszą częścią. Po niej przychodziła nauka powrotu. A Raphael potrzebował jej żywej. Nie dlatego, że zaczął ją kochać. Nie dlatego, że sumienie nagle obudziło się w człowieku, którego przez całe życie uczono, że sumienie było przeszkodą. Potrzebował jej całej. Sprawnej. Świadomej. Silniejszej niż przedtem. Przedmiot uszkodzony był bezużyteczny, a on nie zamierzał niszczyć tego, co kupił.
Dopiero wówczas Raphael ruszył w stronę drzwi, a jego kroki odbiły się głucho od kamiennej posadzki. Nie obejrzał się już za siebie. Za jego plecami rozpoczęła się praca ludzi, którzy mieli przywrócić kobietę do stanu pozwalającego jej funkcjonować. Medycyna miała zrobić to, co medycyna robiła najlepiej: uporządkować ciało, monitorować parametry, zszyć to, co wymagało zszycia, doprowadzić organizm do równowagi. Reszta pozostawała poza zakresem procedur. Psychika nie była przecież tak łatwa do naprawienia. Raphael wiedział o tym najlepiej.
Wychodził z pomieszczenia, kiedy przez chwilę usłyszał jej głos. Nie zrozumiał słów. Nie zatrzymał się, ale usłyszał ton. I wtedy znów pomyślał o tamtej dziewczynce z Belgii, która kiedyś chciała zobaczyć morze. I utonęła we własnej krwi. Przepuszczonej jego dłońmi.
C’était il y a longtemps, mon amour. Tu es déjà libre.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Telefon leżał na stoliku. Pozornie najcenniejszy przedmiot w całym pokoju. Był jej. Działał. Miał zasięg. Zapisane numery rodziców, przyjaciół, domu aukcyjnego. Tak jakby świat zewnętrzny znów był na wyciągnięcie ręki.
I właśnie dlatego nie mogła go użyć.
Wielokrotnie brała go do ręki. Przed długim prysznicem, który miał zmyć z niej cuchnący, lepki brud wiadomości Victora i trzech dni w piwnicy. Po długim prysznicu, który nie zmył niczego - skończył zaś przez nieuwagę blondynki znaczącym zacięciem łydki.
Odblokowywała ekran. Patrzyła na zdjęcie przypisane do kontaktu mamy. Otwierała wiadomości od Nellie. Wpisywała pierwsze słowa…
Wszystkie kasowała.
Chciała rozmawiać, lecz każda rozmowa rodziłaby następne pytania.
Gdzie jesteś?
Dlaczego nie dzwonisz?
Dlaczego brzmisz tak dziwnie?
Z kim jesteś?
Czy możesz wysłać zdjęcia?

Nie chciała kłamać. Czasami to było konieczne - jak wtedy, gdy wyjeżdżała prowadzić Aukcję i podtrzymywała narrację branżowej konferencji. Rok w rok, spójnie dokładając cegiełki do zbudowanej historii. Teraz zaś byłoby to ryzykowne. Nie mogła powiedzieć prawdy, a zarazem nie była w stanie w obecnych warunkach tworzyć kolejnej warstwy fikcji literackiej, którą dobrze sprzedałaby utrzymując kontakt z bliskimi.
Telefon był więc jednocześnie poczuciem bezpieczeństwa i nowym rodzajem więzienia.
Mogła go użyć.
I nie mogła.
Trzymała go obok łóżka jak pamiątkę po życiu, które mogła oglądać w warunkach skrajnie kontrolowanych. Nie przez Właściciela.
Przez nią samą. A ciężar tej odpowiedzialności był gorszy. Nie było furtki obwinienia kogoś innego. Tylko… Pojedynek z samą sobą. Z własnymi emocjami, niezaspokojonymi potrzebami, zasadami, wartościami.
Posłusznie poddając się zabiegom koordynowanym przez personel, myślami była gdzieś indziej. Coś pękło. Coś, czego rysy na wierzchu obserwował i Właściciel, i jego służba. Nie była jeszcze w stanie określić co dokładnie.

Nie jadła. Nie była w stanie. Proponowano jej wszystkie dania, które w pierwszym tygodniu komplementowała - każdy kęs stawał w jej gardle. Stała się wyraźnie bardziej wychudzona względem dnia Aukcji. Kości policzkowe były mniej okrągłe, dziecięce - bardziej ostro zarysowane. Oczy podkrążone. Obojczyki wyeksponowane. Brzuch zapadnięty. Próbowała. To nie był protest głodowy. Starała się. Sukcesem było zjedzenie jednego jabłka i niezwymiotowanie go od razu, a dopiero kilka godzin później.

Nie spała. W wielkim, ekskluzywnym łóżku było jej gorzej, niż na marmurowych kafelkach w wielkiej sali. Nie rozumiała dlaczego. W piwnicy najbardziej marzyła właśnie o chwilach snu. W ciszy, w komforcie. W… Bezpieczeństwie? Może o to chodziło. O to, że kiedy jej osłabione ciało opadło na podłogę w jadalni, towarzyszył jej martwy wzrok Właściciela. Właściciel zaś stał tożsamy z zapewnieniem, że w tej konkretnej chwili nie wydarzy się nic złego. Kiedy go nie było, bezsenność robiła sobie z Sadie najbrutalniejsze z żartów.

Za dnia potrafiła działać. Przeczytała kilka recenzji Odysei. Ogoliła nogi. Uporządkowała ubrania. Zapisała nawet kilka notatek do pracy. Kiedy zrobiło się ciemno, ciało skutecznie przypominało jej piwnicę. Leżała w łóżku. Próbowała zamknąć oczy. Otwierała. Zamykała. Otwierała. Sprawdzała godzinę. Zamykała. Otwierała.
N a s ł u c h i w a ł a.
Krok w odległej części korytarza. Prąd w gniazdku. Jej własne bicie serca. Uwydatnione do poziomu hałasu, który odbierał zmysły. Tętno przyspieszało. Oddech stawał przerywany.
Ponownie chwyciła telefon.

Victor, przepraszam, że zniknęłam. Wiem, że to było dla ciebie przykre. Naprawdę nie chciałam cię zranić. Powinnam była powiedzieć wcześniej, że potrzebuję czasu…

Kasuje.

Przepraszam. Zniknięcie bez słowa nie było fair. Nie powinnam była…

Edytuje.

Nie chciałam cię upokorzyć.

Zostawia na kilka sekund. Kasuje.

Nie musisz się martwić. Nic złego się nie stało. Wszystko jest w porządku, tylko sytuacja trochę mnie przerosła.

Zatrzymuje wzrok na w porządku.

Kasuje.

Wie, że milczenie wyglądało źle. Nie chciałam, żebyś myślał, że zrobiłeś coś nie tak.

Kasuje.

Nie powinieneś był pisać do mnie w taki sposób.

Edytuje.

Wiem, że mogłeś czuć się zraniony, i że byłeś zły, ale…

Patrzy. Kasuje.

Nie chcę, żebyś pamiętał tylko ostatnie dni. Lubiłam ten czas, który spędzilśmy razem.

Kasuje.

Nie wiem, dlaczego przedstawiłeś mnie w taki sposób. Nie jestem dziwką.

Kasuje n a t y c h m i a s t.

Jak mogłeś pomyśleć o mnie takie rzeczy?

Zostawia. Edytuje. Kasuje.

Wiem, że to moja wina i byłeś naprawdę zraniony. Mogłeś powiedzieć rzeczy, których nie miałeś na myśli…

Nie jestem na ciebie zła.

Nie chcę, żebyś był na mnie zły.


Czyta. Kasuje.

Gdybym zachowała się inaczej, nic z tego by się nie wydarzyło. To był mój błąd… Ale nie zasłużyłam na takie traktowanie.


Kasuje.

Byłeś dla mnie ważny. Nadal jesteś kimś, kogo wspominam dobrze. Mimo tego, co o mnie napisałeś…

Trzy kropki skaczą rytmicznie na wyświetlaczu. Wiadomość czeka na wysłanie.

Sadie przetarła zmęczone oczy. Odrzuciła telefon na drugą stronę materaca i wstała. Ostrożnie otworzyła drzwi do sypialni i rozejrzała się. B i n g o.
Gizmo? — zwróciła cicho do ochroniarza. — Wejdziesz?
Nie dało się zaprzeczyć logice desperackiej prośby Prowadzącej. Ich interesy dało się pogodzić.
On mógł pilnować przedmiotu przebywając w tym samym pomieszczeniu. Ona mogła spróbować zasnąć korzystając z czyjejś obecności.
Wskazała mu kilka miejsc, w których mógł wygodnie spocząć. Fotel przy biblioteczce. Krzesła przy stole. Kanapę z ozdobnymi poduszkami. Mógł pozostać oddalony o kilka metrów. Mógł nadal uparcie milczeć.
A ona mogła położyć i raz jeszcze zawalczyć o sen. Właściciel wyraził się jasno.
Miała być gotowa. Gotowa, to znaczy przytomna.
Minuty mijały.
Nadal tu jesteś? — szeptała w ciemność. Nie odpowiadał, ale przysięgłaby, że pytany zaznaczał swoją obecność oddechem.
Dziękuję. Dobranoc.

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

marcus

Jest problemem?
Raphael odwrócił się, aby spojrzeć pytająco na idącego tuż za nim Marcusa. Zatrzymał się bez pośpiechu, jak człowiek, który nie tyle przerwał własną drogę, ile pozwolił, aby cudza myśl na moment przecięła jej bieg. Marcus zrobił to samo. Wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna, o szerokich barkach i twarzy, której surowość nie wynikała z gniewu, lecz z wieloletniego przyzwyczajenia do obserwowania świata bez potrzeby tłumaczenia go sobie, stał kilka kroków za nim. W półmroku korytarza wyglądał niemal jak część architektury posiadłości: nieruchomy, ciężki, nieprzenikniony. Raphael znał tę twarz od lat. Wiedział, kiedy Marcus pytał naprawdę, a kiedy jedynie sprawdzał, czy pytanie, które zamierzał zadać, powinno w ogóle zostać wypowiedziane.
Nie jest – odpowiedział w końcu, przenosząc spojrzenie na wiszący na ścianie portret. Przedstawiał któregoś z Valencourtów sprzed dwóch stuleci, mężczyznę o wąskich ustach i oczach pozbawionych jakiegokolwiek ciepła. Raphael znał ten obraz od dzieciństwa. Nigdy nie zastanawiał się, czy przodek rzeczywiście taki był, czy jedynie tak chciał zostać zapamiętany. Zresztą czym różniło się jedno od drugiego?
Podpalił dom.
Więc?
Tym razem zapadła cisza. Nie była długa, lecz wystarczająca, aby Raphael poczuł tę drobną, niemal niedostrzegalną irytację, która pojawiała się w nim zawsze wtedy, kiedy ktoś zmuszał go do zajmowania się czymś, co uznawał za niegodne jego uwagi. Nie był to gniew. Gniew wymagał zaangażowania. To było coś znacznie chłodniejszego: świadomość, że pewien element układanki pozostawiono w niewłaściwym miejscu.
Marcus obserwował go w milczeniu. Słyszał wiadomość, jaką dostała kobieta. Sklonowanie jej urządzenia było oczywistością, o której nie trzeba było mówić. Victor Heigel. Pijany, rozchwiany, przekonany o własnej bezkarności, podpalił dom Sadie Glass. Nie przypadkiem. Nie w wyniku jakiejś skomplikowanej intrygi. Zrobił to w sposób, który Marcus uważał za niemal obraźliwie prosty. Alkohol, zazdrość, urażona duma i ta szczególna odmiana desperacji, która pojawiała się u ludzi przekonanych, że skoro cierpieli, świat powinien natychmiast uznać ich cierpienie za najważniejsze wydarzenie własnego istnienia. Razem z Raphaelem znali takich ludzi. Widzieli ich całe setki. Byli niebezpieczni nie dlatego, że byli silni, lecz dlatego, że ich słabość pozbawiała ich rozsądku. Człowiek rozsądny kalkulował konsekwencje. Człowiek zraniony kalkulował jedynie możliwość odwetu.
Lecz to nie o dom chodziło. Dom Prowadzącej był tylko symbolem. Miejscem, które Victor mógł zobaczyć, dotknąć, spalić. Człowiek tego rodzaju zawsze potrzebował czegoś materialnego, ponieważ rzeczy niematerialne były dla niego zbyt trudne do zniesienia. Nie mógł podpalić czyjejś pamięci. Nie mógł podpalić strachu. Nie mógł podpalić poczucia bezpieczeństwa. Mógł natomiast podpalić ściany.
Raphael wreszcie odwrócił się od obrazu. – Zostawiam to tobie.
Marcus skinął głową. Nie potrzebował dalszych instrukcji. Ochroniarz nie zadawał pytań tam, gdzie pytania były zbędne. Nie próbował być bohaterem. Nie próbował być przyjacielem. Nie próbował też udowadniać swojej lojalności poprzez teatralne gesty. Był lojalny w sposób znacznie bardziej użyteczny: poprzez konsekwencję.
Valencourt zrobił kilka kroków, po czym zatrzymał się ponownie.
Przyprowadź Skandywana.
I ruszył dalej, a Marcus odwrócił się w przeciwną stronę dopiero gdy młody mężczyzna nie zniknął na samym końcu korytarza.

leif

Leif pojawił się pod drzwiami pokoju dokładnie o wyznaczonej porze. Pasował do wyznaczonej roli niemal absurdalnie dobrze: potężny, szeroki w ramionach, z rudawą brodą, krótko przystrzyżonymi włosami i spojrzeniem, w którym nie było ani cienia nerwowości. Wyglądał jak ktoś, kto całe życie spędził w miejscach, gdzie inni ludzie uczyli się bardzo szybko, że krzyk nie zmieniał rzeczywistości. Nie miał jednak w sobie brutalności na pokaz. Jego siła była zbyt oczywista, aby musiała być demonstrowana.
Idziemy – powiedział. Nie dodał nic więcej, tylko poprowadził do wyjścia z posiadłości, gdzie czekało już szumiące delikatnie auto. Leif otworzył jej drzwi samochodu. Nie dotknął jej. Nie musiał. W jego zachowaniu istniała ta sama bezosobowa uprzejmość, którą można było znaleźć w najlepszych hotelach świata: gest wykonany poprawnie, bez zainteresowania osobą, wobec której został wykonany. Dopiero gdy blondynka wsiadła, przeszedł naprzód i usiadł na siedzeniu pasażera. Wystarczyło, że zamknęły się za nimi drzwi, kierowca ruszył po drodze prowadzącej w głąb wyspy.

raphael

Czekał już w środku, wpatrując się w jej twarz. Siedział naprzeciwko niej - byli tylko oni. Ciemna szyba oddzielała tylną część pojazdu od kierowcy i Leifa. Pozostawali więc sami, przynajmniej w tym osobliwym sensie, w jakim można pozostawać samemu w obecności ludzi, których obecność została dokładnie zaplanowana.
Samochód przemierzał drogę wzdłuż wybrzeża. Za szybą przesuwały się palmy, białe fragmenty plaży, turkusowa woda i światło, tak doskonałe, że mogłoby uchodzić za dekorację w filmie o ludziach, którzy nigdy nie musieli ponosić konsekwencji własnych decyzji. Raphael patrzył na ten krajobraz i pomyślał, że właśnie tutaj wszystko wydawało się szczególnie absurdalne. Człowiek mógł być bogaty do granic niewyobrażalności, mógł posiadać wyspy, odrzutowce, obrazy, nazwiska, ludzi i wpływy, a jednak wciąż pozostawał stworzeniem zdolnym podpalić cudzy dom tylko dlatego, że ktoś nie odpowiedział na jego uczucia.
Bogactwo nie zmieniało natury. Jedynie pozwalało jej rozwijać się bez przeszkód.
Wiedział, że Marcus miał rację. I nie chodziło o ogień. Nie chodziło o ludzi. Chodziło o lekcję. Wszak w świecie Valencourtów największym grzechem nie było uczynić coś złego. Największym grzechem było zrobić to bez pozwolenia ludzi, którzy od pokoleń uważali, że cudze życie było jedynie fragmentem ich własnego planu.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Do samochodu wsiadła zauważalnie opuchnięta. Jej oczy były zaczerwienione, usta suche, a nadgarstki wciąż zdobiła purpura i żółć. Dowody tortur na jej skórze przypominały szlachetny marmur Calcatta; seria śladów, żył koloru, które dla właściciela były wizualnie atrakcyjne i warte każdych pieniędzy. Kamienia nikt nie pytał o zdanie; kamień nie miał posiąść zdolności do jego posiadania.
Wymiotowała cały poranek. Akompaniament głosu Victora, zbitej szyby i trzasku płonącego drewna stanowił patologicznie eleganckie tło do desperackiej próby odzyskania kontroli Prowadzącej. Wszystko inne było poza jej zasięgiem.
Wszystko poza próbą pozbycia żółci, która wypalała żołądek od środka.
Atak na jej dom i groźby o udostępnieniu nielegalnie zdobytych materiałów audiowizualnych były problemem zasadnym, natomiast nie wystarczająco zasadnym by Sadie kontaktowała się z Gospodarzem. Mogłaby prosić Właściciela o interwencję, ale to wydawało się kolejnym krokiem wgłąb jaskini poniżenia. To zaś osiągnęłoby wówczas próg, którego blondynka nie będzie w stanie unieść.
Na samej sobie wymogła cierpliwość. Umyła się, ubrała i przygotowała do dnia pracy. W pracy Victor nie istniał. W pracy istniał Właściciel.
Do niego Prowadząca miała zacząć podchodzić inaczej.
Cześć — powitała go uśmiechem taktownie dostosowanym do miejsca i czasu. Byli sami - w zakresie wystarczającym do realizacji jej zamiarów. — Sadie Glass. Prowadząca — wyciągnęła ku niemu dłoń przedstawiając się tak, jakby spotkanie było pierwszym. Jakby swoim gestem narzucała rozpoczęcie nowego rozdziału od profesjonalizmu obu stron - podkreślenie relacji zawodowej, która mogła ich połączyć przy odrobinie dobrej woli.
Oparła się wygodnie. Nie było w niej - być może spodziewanego - patosu, którym bez wątpienia karmiono ego Właściciela tam, gdzie chciano coś od niego uzyskać, coś na nim wymóc. Traktowała go z sympatią i lekkością spójną z tą, którą oferowałaby kurierowi, sąsiadce czy znajomym z dzieciństwa. Ludziom, którzy nie decydowali o jej życiu i śmierci.
Nie wiem, czemu tak wiele osób nienawidzi korporacyjnego trendu ice breakerów. Nie tak trudno jest powiedzieć „trzy ciekawe fakty o sobie”. Chyba, że… Jest się człowiekiem bez grama treści. — zastanowiła się. — Więc: — zapowiedziała z delikatną nutą entuzjazmu, spojrzenie wyostrzając na twarzy Właściciela.
Mam pamięć ejdetyczną. Wiem, jaki garnitur miałeś na sobie kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy - siedemnastego marca dwa tysiące dwudziestego drugiego roku, o dziewiętnastej czterdzieści cztery. Szczególnie podobały mi się spinki do mankietów - srebrne, z czarnym kamieniem. Przypominały mi parę bardzo aroganckich oczu — jeśli on nie mówił, ona mówiła za nich dwoje. Zupełnie się tego nie wstydziła. Nie miała żadnych oporów przed podawaniem siebie na srebrnej tacy, tak długo, jak decyzje dzielenia się informacjami należały do niej - nie były wynikiem szantażu bądź przemocy. Nie walczyła o to, by cokolwiek przed Właścicielem ukrywać. Walczyła o prawo do samostanowienia w obrębie realizowania zlecenia. Domagała się adekwatnych warunków pracy - nie wymigania od zawodowych obowiązków.
A we wspólnej pracy miała pomóc relacja. Jeśli Właściciel pozostawał nieufny, zamknięty i wycofany, wychodziła mu naprzeciw. Nie w sposób nachalny, szczególnie irytujący bądź atakujący jego granice.
Była zapraszająca. Nie zagrażająca.
W sklepie zawsze wybieram samotne banany. Te, które ktoś wcześniej oderwał od kiści i zostawił na pastwę jarzeniówek. Nie pożyczam książek osobom, które zaginają rogi - za to powinno się trafiać do więzienia… I nie potrafię gwizdać — była to kolekcja informacji, których nie zdobyłby dla Właściciela żaden prywatny detektyw, żaden specjalista od badania śladu internetowej obecności ani ekspert kolekcjonowania teczek. Zbiór prywatnych, subiektywnych przemyśleń, cech, preferencji i wyborów, które - pozornie nieistotne - nie łapały pod parasolem asów, które mógłby zbierać dla Właściciela personel.
Uśmiechnęła się szerzej. Ruch kącików ust i zadbane, śnieżnobiałe zęby kontrastowały z obrazem porannego smutku, który serwowały oczy. W nich także, wbrew wszystkiemu, tlił się jakiś płomyczek. Obecnie mały, słaby, niezdolny do przetrwania na silnym wietrze. Wciąż jednak ciepły.
Jak masz na imię?

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Nie czerpał przyjemności z uszczerbków na jej fizjonomii. Wiedział jednak, że opieka, jaką jej zapewnił, miała przynieść rezultaty wcześniej, niż można było sądzić. Wszak podobny system Rodzina stosowała od dekad i ulepszała go z każdym rokiem. Sam był poddawany identycznym zabiegom przez lata, a aktualnie widywał raz po raz tych, którzy wychodzili z Uzdrowień, nie posiadając śladu po doznawanych krzywdach. Pomimo doświadczeń nie pozwalał sobie nazywać tego cierpieniem. Cierpienie było bowiem słowem przeznaczonym dla ludzi, którzy wierzyli jeszcze, że ich doświadczenia miały jakąś wartość moralną; dla Raphaela było natomiast jedynie kolejnym materiałem, z którego można było coś zbudować albo który należało usunąć, jeżeli konstrukcja okazywała się nieudana. Na ciele wszystko można było naprawić. Skóra zrastała się z zadziwiającą posłusznością, siniaki znikały, rany bledły, złamane rzeczy odzyskiwały właściwy kształt.
Nigdy nie zastanawiał się, czy to było dobre. Dobre i złe należały do języka ludzi, którzy potrzebowali prostych słów dla skomplikowanych rzeczy. On nauczył się wcześniej, że świat nie był ani dobry, ani zły; świat był skuteczny. Albo nieskuteczny. Wszystko poza tym stanowiło dekorację. Być może dlatego tak dobrze czuł się wśród ludzi, którzy całe życie spędzili na dekorowaniu własnego okrucieństwa pięknymi przedmiotami: marmurem, sztuką, nazwiskiem, filantropią, fundacjami, rodzinami od pokoleń wpisanymi w historię. Widział tych ludzi na balach, w lożach operowych, na pokładach jachtów i podczas kolacji, na których rozmowy o wojnach, wyborach i miliardach prowadzono z taką samą swobodą, z jaką inni rozmawiali o pogodzie. Ich największą sztuką nie było wcale czynienie zła. Było nią przekonanie wszystkich wokół, że nic złego nigdy się nie wydarzyło.
Cierpienie było więc niewidoczne.
Na ciele oczywiście — psychika był czymś zupełnie odmiennym. Czymś, co kruszało, aż nie zostało całkowicie zniszczone i zbudowane na nowo. Widział to wielokrotnie. Wielu odpadało niczym nieudane eksperymenty — jak podczas polowań z udziałem dzieci; jak podczas dziesiątków innych testów, które stawiano przed wybranymi. Część skazana była na klęskę w formie mięsa armatniego, lecz wyselekcjonowany człon miał być następnym pokoleniem w etapach wtajemniczenia, prowadząc nie tylko innych za sobą, lecz zasiadać w Konsylium Trzynastu i rządzić. Prawdziwie. Nie ujawniając twarzy, nie sprowadzając mediów — pozostając w cieniu, lecz równocześnie być tym, który posiadał świat. Nie w metaforze, nie w wyolbrzymieniach. W prawdzie.
Wiedział, że przez pokolenia Valencourtowie posiadali krzesło między najistotniejszymi — aktualnie utrzymywał je jego dziadek, lecz wkrótce miał szukać następcy. I nie miał to być jego ojciec. Nie przez brak kompetencji, lecz właśnie dlatego iż Alastair Valencourt był doskonały na miejscu, w którym się znajdował. Wielki Plan nie zakładał więc jego przeniesienia. Krzesło miało trafić wówczas do kogoś z jego pokolenia. I wiedział, że wszystko wskazywało na Malachiego — jego kuzyna, którego ojciec wżenił się we włoską rodzinę Agnelli. Cztery lata starszy, zdecydowanie mniej atrakcyjny w oczach Raphaela zdawał się zbyt idealną pacynką włoskiego rodu. Zbyt uległy, zbyt przywiązany, a przecież Valencourt doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, iż na szczycie panowała samotność.
Malachi nie mógł przejąć stanowiska po dziadku.
Sadie Glass. Prowadząca.
Głos blondynki wyrwał go z myśli. Raphael przez kilka sekund patrzył na wyciągniętą dłoń, jakby był to przedmiot należący do innej epoki, coś ceremonialnego i odrobinę śmiesznego. Dopiero po chwili przeniósł wzrok na jej twarz. Nie odpowiedział jednak uściskiem. Zamiast tego nachylił się ku niej. Zauważył zsunięte ramiączko lnianej sukienki i poprawił je jednym spokojnym ruchem. Nie było w tym czułości. Była estetyka. Nienawidził rzeczy niedokończonych, asymetrycznych, przypadkowych. Wszystko, co znajdowało się w jego otoczeniu, powinno wyglądać tak, jakby zostało przewidziane jeszcze przed jego pojawieniem się.
Potem oparł się wygodnie. Samochód sunął dalej. Wnętrze było niemal absurdalnie ciche. Ciężkie, przyciemniane szyby odcinały ich od wyspy, a klimatyzacja utrzymywała temperaturę, która nie miała nic wspólnego z dusznym powietrzem Bahamów. Jasna skóra siedzeń pachniała nowością, choć samochód był używany wyłącznie przez ludzi, którzy nie pozwalali sobie na ślady poprzednich podróży. Na niewielkim stoliku pomiędzy nimi stała kryształowa karafka z wodą, dwa kieliszki oraz telefon Raphaela, odłożony ekranem do dołu. Pod stopami znajdowała się miękka wykładzina, tak gruba, że niemal tłumiła nawet zmianę pozycji. Przestrzeń została zaprojektowana nie po to, by podróżować, lecz aby zapomnieć, że się podróżowało. Za ciemną szybą przesuwały się palmy, biel piasku i nieruchome fragmenty turkusowego morza. Wszystko wyglądało jak obraz przygotowany dla człowieka, który już widział każdy możliwy krajobraz.
Mam pamięć ejdetyczną. W sklepie zawsze wybieram samotne banany. I nie potrafię gwizdać.
Raphael słuchał. A na sam koniec…
Jak masz na imię?
Dokładnie w tym samym momencie auto zwolniło. Chrzęst piasku pod oponami stał się wyraźniejszy, aż wreszcie pojazd zatrzymał się całkowicie. Valencourt podniósł wzrok. Przez chwilę nic się nie działo. Potem drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka gwałtowne światło. Raphael spojrzał na Sadie Glass. Nie odezwał się, lecz jego delikatny ruch głowy mówił wyraźnie, aby szła przodem. Sam podążył tuż za nią, by stanąć na pasie startowym tuż obok Pilatusa PC-24. Leif czekał na jego ruch, podczas gdy załoga stała przy wejściu do odrzutowca.
Zatrzymał się na moment przed maszyną. Lubił ten samolot właśnie dlatego, że nie próbował być czymś, czym nie był. PC-24 nie przypominał monumentalnych odrzutowców, które miały przede wszystkim komunikować majątek swoich właścicieli. Był stosunkowo zwarty, elegancki i pozbawiony ostentacji; maszyna stworzona bardziej dla człowieka, który nie potrzebował udowadniać, że stać go na lot, niż dla tego, który chciał, aby każdy na lotnisku wiedział, ile kosztowała jego podróż. Biała sylwetka lśniła w słońcu. Smukły kadłub przechodził w szerokie skrzydła, których krawędzie niemal znikały w jasnym powietrzu. Ciemne okna kabiny tworzyły równą linię, a przy nosie samolotu światło przesuwało się po powierzchni metalu jak po ostrzu. Silniki umieszczone z tyłu nadawały mu wygląd czegoś pomiędzy prywatnym środkiem transportu a perfekcyjnie wykonanym narzędziem.
Raphael lubił właśnie tę dwuznaczność. Nie luksus. Kontrolę. I tym razem to Valencourt ruszył pierwszy, a za nim Prowadząca oraz Leif zamykający mały pochód. Nikt nie zwracał uwagi na stan blondynki, na znaki na jej ciele, otarcia oraz ogólne zaczerwienienia skóry — zachowywali się boleśnie profesjonalnie, nie zatrzymując nawet spojrzenia na kobiecie.
Ominął bez słowa stewardessę oraz pilota, pozwalając, by trzewia maszyny go pochłonęły. Wewnątrz było jeszcze ciszej niż w samochodzie. Kabina nie przypominała wielkiego odrzutowca należącego do kogoś, kto urządzał w powietrzu kolejną rezydencję. Tutaj wszystko miało swój cel. Miękkie, szerokie fotele ustawiono naprzeciw siebie, pozostawiając pomiędzy nimi niewielką przestrzeń do rozmowy. Wykończenie było jasne, niemal ascetyczne, lecz materiały zdradzały cenę przy pierwszym dotknięciu. Drewno, skóra, metal i matowe powierzchnie tworzyły wnętrze, w którym nie było ani jednego przypadkowego elementu. Nad głowami znajdowały się dyskretne schowki, boczne stoliki można było wysunąć jednym ruchem, a światło z małych lamp nie padało agresywnie na twarz, tylko rozpraszało się po kabinie.
Raphael usiadł przy oknie. Lubił patrzeć na świat z góry. Nie dlatego, że uważał się za boga. To byłoby zbyt dziecinne. Bogowie potrzebowali wyznawców. On potrzebował jedynie dystansu. Leif wskazał Prowadzącej miejsce naprzeciwko. Sam usiadł kilka rzędów dalej, pozostając wystarczająco blisko, aby widzieć wszystko, lecz wystarczająco daleko, aby nie naruszać prywatności rozmowy. Załoga poruszała się po kabinie z zawodową obojętnością. Nikt nie patrzył zbyt długo. Nikt nie zadawał zbędnych pytań. W świecie Raphaela profesjonalizm często oznaczał właśnie to: umiejętność zobaczenia czegoś i natychmiastowego zapomnienia.
Kiedy drzwi zamknęły się, dźwięki wyspy zostały odcięte. Raphael spojrzał przez okno i jeszcze przez chwilę widział piasek, fragmenty roślinności, ludzi stojących przy pasie. Potem silniki zwiększyły obroty. Wibracja przeszła przez podłogę, a samolot zaczął się poruszać. Valencourt nie odrywał wzroku od okna. Nie lubił startów, ale nie dlatego, że bał się wysokości. Lubił natomiast moment, w którym ziemia przestawała mieć jakiekolwiek znaczenie. Koła dotykały jeszcze nawierzchni, lecz umysł już znajdował się gdzie indziej. Było w tym coś niezwykle uczciwego. Przez kilka sekund człowiek mógł zobaczyć, jak łatwo świat, który przed chwilą wydawał się niezmienny, zostaje sprowadzony do malejących punktów.
Drzewa. Domy. Ludzie. Problemy. Wszystko malało, aż w końcu zostawało tylko morze.
Spojrzał na Sadie. Nie wiedział, czy rozumiała tę prawdę. Nie miało to zresztą większego znaczenia. - Co licytowałem? - zapytał w końcu. Głos miał spokojny, niemal pozbawiony zainteresowania. A jednak wrócił do jej wspomnienia. Do ich pierwszego spotkania. Jeśli pamiętała, co miał na sobie kilka lat temu, musiała także pamiętać ścieżkę, jaką obrał podczas tamtej Aukcji.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

National Gallery Singapore
17 marca 2022


Singapur pasował do ludzi, którzy chcieli coś załatwić. Sprawiał wrażenie miejsca skutecznego: czysty, precyzyjny, drogi bez ostentacji komunikował siłę bez celowego komunikowania siły. Najbogatsi i najbardziej wpływowi spotkali się w galerii sztuki, by nie obejrzeć ani jednego obrazu. Sadie zauważyła to od razu: każdy z uczestników mógłby wskazać na dowolne dzieło i wyjść z nim tego samego wieczoru, ale nikt nie był tym zainteresowany.
Sztuka była zbyt łatwa do zdobycia.

Pierwsze tygodnie i miesiące otwierania granic po obostrzeniach związanych z pandemią Covid-19, bez wątpienia sterowaną przed poprzednią Aukcję, uśmiechem poprzedniej Prowadzącej.
21 dni po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę.
1 dzień po nazwaniu Putina zbrodniarzem wojennym przez Bidena i wystąpieniu Zełenskiego przed Kongresem USA.
Wiadomość o bombardowaniu teatru w Mariupolu właśnie obiegła świat.
W Singapurze zapadła noc. W Europie zaczynał się dzień. Jedni chowali się w schronach - inni decydowali o tym, ile potrwa ich chowanie się w schronach. Uczestnicy nie musieli być blisko problemu, żeby nim zarządzać.
Pierwsza Aukcja nowej prowadzącej. Pierwszy egzamin Sadie Glass, szkolonej przez miesiące pod okiem samego Gospodarza. Gdy świat płonął, obsługa rozlewała szampana do kryształowych kieliszków.
Elegancka kolacja; kremowe koperty z czerpanego papieru i pytanie: do kogo będą należeć konsekwencje wydarzeń?

Pozycja #4: Okno
Rezultat: uzyskanie dostępu do europejskiego mechanizmu sankcyjnego przed jego oficjalnym wdrożeniem. Uczestnicy licytują 72 godziny przewagi.
Wystarczająco długo, żeby przetransferować aktywa i zmienić właścicieli spółek.
Dwóch mężczyzn licytuje agresywnie. Jeden jest rosyjskim oligarchą; drugi - brytyjskim pośrednikiem reprezentującym rodzinę posiadającą ogromne interesy zależne od stabilności rosyjskiego kapitału. Obaj udają, że licytują dla kogoś innego.
Sadie wie, że obaj kłamią.
Raphael również, ale nie licytuje.


Pozycja #6: Głos
Rezultat: zapewnienie określonego wyniku glosowania w jednym wskazanym organie. Uczestnicy licytują możliwość wpływu na wynik wybranego głosowania, z zachowaniem liczby głosów zgodnej z dokumentacją i treścią decyzji określoną przez nabywcę.
Rzeczywista różnica pomiędzy polityką, a Aukcją.
W sali nastaje chaos; szał piranii, które zębami szarpią ten sam, pozornie niewielki kawałek mięsa. Sadie błyskawicznie doprowadza do porządku w sali. Nie podnosi głosu. Nie robi przedstawienia. Nie mówi więcej, niż musi. Pozostaje niewzruszona.
Dominuje spokojem.

Pozycja #9: Port
Rezultat: wybrany kontener nie zostanie znaleziony. Uczestnicy licytują możliwość zapewnienia, iż określony ładunek przejdzie przez wybrany port bez dokładnej kontroli celnej.
Jeden uczestnik potrzebuje, by coś weszło Do Europy. Drugi potrzebuje, żeby coś nie wyszło. Obaj licytowali tę samą pozycję, to samo rozwiązanie - z kompletnie przeciwnych powodów.

Pozycja #11: Gaz
Rezultat: dostęp do rynku LNG przed oficjalnym zawarciem kontraktów. Uczestnicy licytują przewagę w okresie panicznego poszukiwania alternatywy dla rosyjskiego gazu poprzez stworzenie fikcyjnego konsorcjum, które zabezpieczy dostawy z Kataru i Afryki Północnej.
Licytują: Francuz, Niemiec, Amerykanin i… Izraelczyk.
Raphael obserwuje. Pozwala im wzajemnie podbijać cenę. A kiedy na polu bitwy została tylko dwójka emocjonalnie zaangażowanych graczy, podnosi tabliczkę.
Bez najmniejszej zmiany wyrazu twarzy.

Pozycja #20: Sukcesja
Rezultat: doprowadzenie do określonego rozstrzygnięcia w procesie sukcesyjnym. Uczestnicy licytują możliwość zadecydowania, kto odziedziczy kontrolę nad wybranym imperium.
Raphael licytuje z pozycji członka dynastii rozwiązującego problem cudzej sukcesji, ale nie licytuje dla siebie. Licytuje przeciwko mężczyźnie siedzącemu jeden rząd do tyłu i trzy miejsca w lewo.

Wydarzenia tamtej nocy były dalekie od normalnych, a jednak oczy Sadie Glass błyszczały spojrzeniem dziecka, które odkryło stos prezentów pod choinką pewnego grudniowego poranka. Skutki Aukcji - jak sobie mówiła - nie były jej odpowiedzialnością. Gdyby nie ona została Prowadzącą, na jej miejscu pojawiłaby się inna młoda i atrakcyjna kobieta, a decyzje wpływowych mężczyzn i tak by zapadły. Dawała więc sobie prawo katalogowania tego wspomnienia jako wybitnie pozytywnego, a pytanie Raphaela i szansa by opowiadać o pracy wprawiały ją w wyśmienity nastrój. Zastanawiała się przez chwilę - nie nad tym, czy popisać talentem do zapamiętywania detali. Nad tym, jakie tak naprawdę było pytanie: co licytował?
A może: co zobaczyła?
Na przywołanie wspomnień nie potrzebowała nawet sekundy.

Pozycja jedenasta: gaz — uśmiechnęła się szerzej. Przez te minuty nie była ofiarą sprzedaży i porwania, wywożoną do nieznanej lokalizacji przez tyrana, który bawił nią jak psychopatyczne dziecko lalką Barbie. Była Prowadzącą, która promieniała pasją do planszy partii szachów, która przez jeden wieczór każdego roku należała do niej. Nie do Gospodarza - ten nigdy nie ingerował w jej decyzje. Nie do licytujących - ten jeden raz nie mieli prawa ostatniego słowa. Do niej.
Siedziałeś trzy miejsca od końca drugiego rzędu. Po mojej lewej. Czarna tabliczka z numerem 37. Kiedy przeczytałam kartę, pierwszy licytował Francuz. Potem Niemiec. Amerykanin dołączył po trzeciej ofercie. Izraelczyk dopiero przy piątej. Francuz chciał wygrać, Niemiec nie chciał przegrać, Amerykanin chciał sprawdzić ile to jest warte. A Izraelczyk… — urwała na moment, by od stewardessy przejąć szklankę z idealnie schłodzoną wodą gazowaną. Upiła łyk przez słomkę i odstawiła na stoliczek. — Chciał, żeby pozostali uwierzyli, że jest gotów zapłacić każdą cenę. Ty nie chciałeś żadnej z tych rzeczy.
Wyjrzała przez okno. Sunąca wzdłuż maszyny biel chmur sprzyjała dozie nostalgii. Sadie tęskniła za światem, w którym pozwalano jej pracować na potencjalnie najbardziej wyjątkowym stanowisku jej życia. Nie miało się powtórzyć.
Dokładnie pamiętam moment, w którym podniosłeś tabliczkę. Niemiec i Francuz byli już wtedy bardzo wysoko. Za wysoko. Zaczęli licytować przeciwko sobie, nie przeciwko innym. Francuz przestał patrzeć na mnie, patrzył wyłącznie na Niemca. Niemiec robił dokładnie to samo. I wtedy pojawiłeś się ty — spojrzała na niego z lekkim rozbawieniem.
Pierwszy raz tej nocy. W sali zrobiło się cicho, choć twoja oferta nie była najwyższa. Wszyscy zaczęli zastanawiać się, dlaczego w ogóle licytujesz — palcami przesunęła po krawędzi skórzanego fotela. Było coś egoistycznego w przyjemności, z jaką Sadie zatapiała się w ulotnym poczuciu kontroli, jakie dawało jej miejsce przy pulpicie aukcyjnym. — Nie patrzyłeś na kartę, ani na mnie, ani na Francuza. A kiedy podbił, od razu odpuściłeś. Nie chciałeś wygrać — nachyliła się odrobinę. — Chciałeś żeby sala zaczęła się zastanawiać, czy przegapiono coś ważnego. Zadziałało.
Pamiętała tę scenę jak urywek filmu nie Nolana, bo na Nolana jeszcze jej Rafałek nie zabrał.
Francuz nerwowo poprawiał mankiet, Niemiec przełykał ślinę z niepokojem. Amerykanin zrezygnował, a Izraelczyk nie patrzył na tabliczki, tylko na Raphaela.
Nagle czterech mężczyzn przestało kupować kontrakt gazowy, a zaczęło informację o tym, dlaczego ty chcesz go kupić. Niezły ruch — wzruszyła ramionami. Brakowało w jej tonie pochlebstwa. Stwierdzała fakt odchylając wygodnie w fotelu.

I moja ulubiona: pozycja dwudziesta. Sukcesja — jej delikatny uśmiech ustąpił miejsca powadze.
Im wyższy był numer katalogowy, tym mniej chodziło o pieniądze. Tym większy chaos można było sprzedać, kupić i wymienić. Tym gorsze konsekwencje dla pozostałych uczestników Aukcji.
Mężczyzna siedzący jeden rząd za tobą i trzy miejsca w lewo podniósł tabliczkę przy pierwszej ofercie - ty dopiero przy czwartej. Odpowiadaliście sobie natychmiast. Wtedy zrobiłeś coś, czego reszta nie zauważyła: przestałeś patrzeć na niego — zatrzymała się.
Cały wieczór obserwowałeś go kątem oka. Jego dłonie. Za każdym razem, gdy licytował, zaciskał prawą dłoń na kolanie. Przy piątej ofercie pozycji dwudziestej zrobił to tak mocno, że pobielały mu knykcie. A ty wtedy spojrzałeś na mnie.
Znów uśmiechnęła się łagodnie. Jakby przyłapała go na czymś, czego nie powinien robić i uważała to za kusząco zabawne.
Sprawdzałeś, czy ja to zauważyłam.
Skinęła głową.
Zauważyła.
Parsknęła cicho.
Ale najlepsza była końcówka — jej uśmiech i jasnoniebieskie tęczówki rozjaśniały wnętrze samolotu błyskiem prawdziwej fascynacji. Rzadkiej w świecie ludzi zombie, którzy całymi dniami pracowali dla kogoś i na kogoś, a nocami przewijali starannie przygotowane przez algorytmy treści w aplikacjach internetowych. Byli martwi; bez celu, bez głębi, bez głodu. A Sadie pragnęła świata i odczuwała świat milion razy intensywniej.
On podbił. Ty podbiłeś. On podbił. I wtedy… Odłożyłeś tabliczkę. Przestałeś grać - on wygrał, a przynajmniej tak mu się wydawało. Następnego dnia człowiek, którego reprezentował, wycofał się z transakcji.
Wtedy, niemal żartobliwie, pomyślała że był trochę przerażający. Nie fizycznie. Był natomiast człowiekiem który wchodzi do pomieszczenia i sprawia, że inni podejmują decyzje, których wcale nie planowali podejmować.

Na jej twarzy na chwilę znów zawitała powaga.
Nauczysz mnie?
Nie licytowania ludzi. Nie sterowania globalną gospodarką.
Gwizdać.

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Mieli niecałą godzinę lotu do Nassau. Dokładnie czterdzieści trzy minuty, jeśli warunki pogodowe miały na to pozwolić. Wyjątkowo tego dnia Raphael nie spieszył się z czasem, zezwalając sobie na coś, co w jego przypadku przypominało niemal luksus: na oddech w przestrzeni. Nie znaczyło to jednak, że przestrzeń była wolna od zaburzeń. Kobieta siedząca naprzeciwko niego była wręcz ich doskonałym przedstawicielem — czymś, co nie powinno znaleźć się w jego uporządkowanym świecie, a jednak znalazło się w nim z tą osobliwą konsekwencją, z jaką rzeczy najbardziej niepożądane pojawiały się w życiu ludzi przekonanych, że mieli nad nim władzę. Jej mowa wskazywała jedno: potrzebę zapewnienia o własnym jestestwie. Nie chodziło nawet o to, co mówiła. Chodziło o samą konieczność mówienia, o niemal fizyczną potrzebę pozostawienia po sobie śladu w cudzej świadomości. Starała się dotrzeć tam, gdzie nikt z jego grona nie sięgał. Do miejsca, którego nie można było kupić, zastraszyć ani odziedziczyć. Raphael nie rozumiał tego zachowania, ale nie zamierzał go przesadnie analizować. Analiza była przywilejem ludzi, którzy mieli czas. On miał natomiast ludzi, pieniądze, informacje i pamięć; cztery rzeczy wystarczające, by z większości zagadek uczynić rachunek. Jeśli jej działanie mogło zostać w jakikolwiek sposób wykorzystane, przestawało być dziwne. Stawało się użyteczne. A użyteczność była jedyną formą niewinności, którą Raphael jeszcze tolerował.
Pytając o Aukcję, nie znał wyniku tego, co miała powiedzieć. Nie miało to jednak znaczenia, bo bez względu na jej słowa miały one dać mu odpowiedź. Nie odpowiedź dotyczącą samej Aukcji — tę posiadał już w części, w której każda odpowiedź człowieka stawała się tylko kolejną warstwą kłamstwa — lecz odpowiedź dotyczącą jej. Z kim miał naprawdę do czynienia? Z blondynką próbującą ratować się abstrakcją, kobietą, która znalazła sobie ideę większą od własnego strachu i teraz desperacko próbowała wmówić sobie, że idea mogła być tarczą? Czy z faktyczną dźwignią w sytuacji, w jakiej się znaleźli? To drugie interesowało go znacznie bardziej. Raphael nauczył się bowiem dawno temu, że ludzie rzadko bywali tym, za kogo się podawali, ale niemal zawsze byli tym, czego potrzebowała ich sytuacja. Człowiek przerażony stawał się tchórzem. Człowiek upokorzony stawał się mściwy. Człowiek zakochany stawał się idiotą. A człowiek, który przez lata pozostawał w pobliżu władzy, zaczynał w końcu mylić własne odbicie z jej źródłem. Najciekawsze było to, że wszystkie te przemiany następowały bez widocznego momentu przejścia. Nikt nie budził się rano i nie mówił: dziś będę potworem. Potwór powstawał z szeregu drobnych ustępstw, z kolejnych usprawiedliwień, z małych decyzji podejmowanych wtedy, gdy nikt nie patrzył.
Prowadząca opisywała licytację sprzed czterech lat. Gdy mówiła, nie wyglądała już banalnie jak wcześniej. Zdawało się, że Aukcja rozgrywała się między nimi, chociaż nie aktywa były licytowane, lecz wiedza. W małej przestrzeni prywatnego odrzutowca ona była Prowadzącą, on — Kupującym. Posiadała ten sam profesjonalizm, choć pozwalała sobie na uśmiechy, które podczas licytacji były zakazane. Raphael słuchał i miał wrażenie, że słuchał opisu własnego snu, tego szczególnego rodzaju snu, w którym człowiek rozpoznawał wszystkie twarze, lecz żadnej nie potrafił nazwać. Wszystko zgadzało się w bolesnych detalach, zupełnie jakby odczytywała mu scenariusz scen filmowych, których sam był autorem, aktorem i widzem jednocześnie. Nie pamiętał wszystkiego. Pamiętał najważniejsze kwestie, jakie wyznaczała. Pamiętał przebieg oraz własne motywacje. Zawsze nieoczywiste. Najczęściej boleśnie sugestywne i mające na celu odebranie komuś gruntu pod nogami. W Aukcji nie chodziło przecież o pieniądze. Pieniądze były jedynie językiem, którego używano, żeby nie trzeba było nazywać rzeczy po imieniu. Kupowano decyzje, dostęp, milczenie, przyszłość, czasami czyjąś karierę, czasami czyjeś małżeństwo, czasami po prostu pewność, że pewne nazwisko nigdy nie pojawi się w odpowiednim dokumencie. Najdroższe rzeczy były zawsze tymi, których nie można było pokazać na fotografii.
A ty wtedy spojrzałeś na mnie.
- Nie patrzyłem na ciebie - zaznaczył z opóźnionym rozleniwieniem.
I rzeczywiście nie patrzył. Przynajmniej wtedy. Miał przed oczami tę samą sylwetkę, która zawsze była częścią Aukcji. Nie Prowadząca — one zmieniały się co parę lat. Zapadały się pod ziemię; zostawały czyimiś żonami z dala od spojrzeń; wyjeżdżały do Europy, Australii, Ameryki Południowej; niektóre po prostu znikały, a ich nazwiska przestawały istnieć w rozmowach ludzi, którzy jeszcze rok wcześniej wymawiali je z przesadną uprzejmością. Raphael nigdy nie pytał, dokąd trafiały. Wiedział, że pewne pytania były niebezpieczne nie dlatego, że odpowiedź mogła człowieka zabić, lecz dlatego, że odpowiedź mogła sprawić, iż przestawał spać. Zresztą... Nie interesowały go Prowadzące. To Gospodarz zostawał ciągle ten sam. Zawsze ten sam od dekad. Zawsze skryty za plecami Prowadzącej podczas każdej licytacji. Zawsze obecny, lecz nigdy wystawiony na światło. Była w tym metoda tak doskonała, że niemal piękna. Władza nie musiała mieć twarzy, jeśli inni chętnie użyczali jej własnych.
Raphael znał ten mechanizm również z własnego domu. Od dzieciństwa obserwował, jak nazwisko jego rodziny poruszało się przez świat bez potrzeby pojawiania się w nim osobiście. Człowiek, który rzeczywiście posiadał władzę, nie musiał podnosić głosu. Wystarczało, że ktoś inny podniósł go za niego. Dlatego Gospodarz Aukcji fascynował go bardziej niż wszystkie jej rytuały. Nie dlatego, że był tajemniczy. Tajemnica była tanią sztuczką. Fascynowało go to, że przez dziesięciolecia pozostawał niewidoczny i dzięki temu stał się niemal abstrakcją. Ludzie bali się go bardziej, niż mogli bać się konkretnego człowieka, ponieważ nie potrafili przypisać mu granic. Człowiek miał ciało. Miał choroby. Miał dzieci. Miał lęki. Miał potrzebę snu. Abstrakcja nie miała niczego z tych rzeczy.
Miała za to P r o w a d z ą c ą.
Odchylił głowę i spojrzał przez okno. Ocean pod nimi był tak spokojny, że wyglądał jak metalowa płyta. Z wysokości wszystko stawało się pozbawione znaczenia: domy, drogi, samochody, ludzie przesuwający się po własnych podwórkach jak owady wykonujące odwieczne, niezrozumiałe rytuały. Zastanawiał się czasami, czy właśnie dlatego ludzie bogaci tak bardzo kochali wysokość. Nie dla widoku. Dla redukcji. Z góry człowiek nie widział człowieka. Widział ruch. A ruch można było kontrolować.
Przypomniał sobie wszystkie te historie o instytucjach, które przez dziesięciolecia próbowały złamać ludzką psychikę, przekonane, że człowieka można sprowadzić do odpowiednio dobranego bodźca. Izolacja. Pozbawienie snu. Niepewność. Strach. Nagła nagroda po długim okresie oczekiwania. Odebranie człowiekowi orientacji, a potem podanie mu jednej, jedynej rzeczy, której mógł się uchwycić. Raphael nie potrzebował podręcznika tortur. Wystarczała mu obserwacja ludzi. Najbardziej skuteczne metody zawsze były banalne. Człowieka można było złamać nie przez ból, lecz przez odebranie mu przekonania, że ból kiedyś się skończy. Można go było zniszczyć nie krzykiem, lecz ciszą. Nie groźbą, lecz oczekiwaniem na groźbę. Najgorszą torturą była możliwość.
Nauczysz mnie?
Pytające spojrzenie osiadło na twarzy blondynki. Raphael przez chwilę nie odpowiedział. W jego świecie każde pytanie miało koszt, a pytania pozornie pozbawione sensu często kosztowały najwięcej.
Gwizdać.
Raphael zmarszczył lekko brwi. Gwizdać. Jedno słowo. Tak absurdalne, że przez krótką chwilę nie potrafił znaleźć dla niego odpowiedniego miejsca w swoim umyśle. Wszystko, co znał, posiadało swoją funkcję. Każdy gest miał znaczenie. Każde słowo mogło być bronią, zasłoną albo walutą. Nawet cisza była narzędziem. Tymczasem gwizdanie nie prowadziło do niczego. Nie otwierało drzwi. Nie zamykało ust. Nie kupowało lojalności. Nie zapewniało bezpieczeństwa. Było czystym, niemal dziecinnym dźwiękiem wydobywającym się z człowieka bez żadnego praktycznego powodu.
- Czemu? - spytał, znów mając do czynienia z absurdem świata kobiety przed sobą. - Jest wiele innych praktyczniejszych umiejętności. Po co marnować czas na coś podobnie absurdalnego?
Pytanie zabrzmiało w kabinie spokojnie, ale Raphael sam usłyszał w nim coś, czego nie zamierzał tam umieszczać. Nie irytację. Nie kpinę. Coś znacznie bardziej oddalonego od niego samego. Zdezorientowanie. Przez sekundę przez jego myśl przemknęło, iż znajdował się na wysokości kilku tysięcy metrów, w skórzanym fotelu, z oceanem pod stopami i kobietą, której nie powinno tam być, i dostał pytanie, na które odpowiedź nie miała żadnej wartości.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Papa Glass nauczył swoją córkę wielu praktycznych umiejętności. Często tym lekcjom protestowała - była nastolatką, która wolała znów zaszyć się w bibliotece, niż uczyć rozpoznawać klucze w garażu ojca. Szczególnie buntowała się wtedy, gdy w przedpokoju Senior zaczynał gromadzić bardzo charakterystyczny zestaw. Wiadro. Przynętę. Kalosze.
Nienawidziła wypadów na ryby.
Robactwo i komary gryzły jej delikatną skórę. Złowione ryby śmierdziały rybami. I wiecznie ten sam tekst staruszka: nie gadaj tyle, bo wszystkie spłoszysz.
Siedzenie w d z i c z y było stratą czasu. Milczenie było stratą czasu.
A jednak po latach zauważała, że łowienie z ojczulkiem było darem, który wciąż przynosił owoce. Albo - po korporacyjnemu - transferrable skill.
Właściciel pływał w zbiorniku, którego nie znała. Nie miała żadnych podpowiedzi. Próbowała różnych przynęt. Na razie nic nie skutkowało sukcesem, a jej wykończenie nierówną walką było widoczne z daleka. Papa Glass nalegał, by się nie poddawać. Raz po raz rozrzucać sieci, sprawdzać nowe przynęty i czekać.
Jak bardzo bawiło ją to, że tym, co wreszcie zwróciło jakkolwiek jego uwagę, było gwizdanie. Sukces. Plus trzy punkty dla taty.
Nie wszystko musi być po coś — zacząć należało do fundamentalnej różnicy ich postrzegania. Właściciel wybiegał myślami do celu; Sadie uważnie obserwowała drogę do niego prowadzącą. On oceniał możliwe skutki; ona doceniała przygodę pomiędzy początkiem a końcem. Jeśli nie potrafił przypisać umiejętności gwizdania wymiernych korzyści, które mogłyby zaprocentować, od razu deklasował ją jako niepraktyczną i stratę czasu - podczas kiedy Sadie wyobrażała sobie niegroźną, luźną aktywność do zabicia czasu podczas długiego lotu.
Nie miała jednak tłumaczyć mu swojej życiowej filozofii ani cytować zdrowotnych zalet gwizdania, które kiedyś wyczytała na Wikipedii. Dialog, który wreszcie podjął, był jej szansą - nie na dochodzenie swoich racji. Na wzajemne poznawanie się. On już wiedział, że jest dobra w swojej pracy. Ona już wiedziała, że on jest dobry w swojej. Oboje pracowali inaczej, ale to w niczym nie przeszkadzało.
Za to dopiero dowiadywali się swoich stanowisk w sprawie gwizdania. Między nimi wreszcie pojawiło się coś nowego, świeżego. Coś tak odrębnego od kwestii porwania i tortur.
Jeśli potrafisz gwizdać — zamyśliła się — to albo ktoś cię nauczył, albo nauczyłeś się sam. W obu przypadkach oznacza to, że na jakimś etapie życia poświęciłeś czas czemuś kompletnie niepraktycznemu — uśmiechnęła się zaczepnie.
Wniosek był prosty: albo był hipokrytą, albo Sadie swoimi durnymi zabiegami (a durnoty była świadoma!) odkryła w nim przynajmniej jedną rzecz, której nie zrobił dlatego, że była użyteczna w kontekście Wielkiego Planu. To fenomenalne odkrycie dla małej, posiniaczonej blondyneczki w cudzym samolocie.
Pytanie o gwizdanie przestało nim być.
Chciałabym, żebyś mnie nauczył. To olbrzymia luka w moim wykształceniu — podsumowała lekko. Czy mógł zrobić dla niej coś tak małego i absurdalnego? W metalowej klatce zawieszonej w połaci bezkresnego nieba? Nie miała wpływu na jego decyzje, ale…
Negocjacja wciąż była podróżą.
Negocjacja była rozmową.
Kontaktem. Relacją. Okazją.
I według swojej własnej zasady - cieszyła się tą drogą nawet jeśli nie miała doprowadzić jej do celu, który sobie wyznaczyła.
Urwała na minutę, może dwie. Intensywnie myślała nad czymś, czego Właściciel nie miał prawa wiedzieć. W tym czasie negocjowała sama ze sobą: czy poświęcić tę kartę we wczesnej partii gry, czy zachować na później? Rzuciłaby monetą, ale jako ofiara współczesnego handlu ludźmi nie miała żadnej.
Wreszcie zdecydowała, co zakomunikował bardziej czujny wzrok skierowany na twarz Właściciela.
Patricia Baxter — w jej ton wkradła się nuta rozgoryczenia.
Mieszkała naprzeciwko. W pierwszej klasie kopnęła mnie w szczękę i wypadła mi garść mleczakówzły człowiek, zły człowiek, zły człowiek. W tamte wakacje nauczyła gwizdać wszystkie dzieci z osiedla - poza mną. Bez zębów było to niewykonalne, ale Patricia dopilnowała by wszyscy się ze mnie śmiali. Zawyrokowała, że nigdy się nie nauczę.
Zatem w Sadie Glass istniało jakieś ego. Jakaś rysa. Jakaś chęć udowodnienia komuś, kto źle ocenił jej potencjał, jak bardzo się mylił. Mogło to być dziecko z podwórka - wyjątkowo wstrętne; nauczyciel, który próbował wybić z głowy wyjazd z małego miasteczka. Sadie nosiła w sobie katalog osób, które zaprzeczały temu, by nadawała się do czegokolwiek.
Jakim pięknym, przewrotnym momentem byłoby nauczenie się gwizdania od kogoś takiego, jak Właściciel.
A Patricia Baxter nigdy się o tym nie dowie.

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Nauka praktycznych rzeczy zdawała się w jego świecie czymś fundamentalnym, niemal religijnym, ponieważ od najwcześniejszych lat wpajano mu, że człowiek, który nie potrafił wykorzystać własnego ciała, własnego umysłu i cudzej słabości, był człowiekiem zależnym, a człowiek zależny prędzej czy później stawał się własnością kogoś innego. Lecz zamiast gwizdania, wiązania butów czy zszywania rozdartych ubrań była jedna z najsilniejszych nauk w rzeczywistości Valencourta — nauka przetrwania, rozumiana nie jako instynkt zwierzęcia uciekającego przed drapieżnikiem, ale jako całkowite podporządkowanie organizmu zasadzie, według której ból nie stanowił argumentu, strach nie stanowił wymówki, a zmęczenie było jedynie informacją o tym, że można było posunąć się jeszcze dalej. Biegi na przełaj, kiedy płuca paliły tak, jakby ktoś wlewał do nich rozgrzane szkło; walka z przeciwnikiem większym, cięższym i silniejszym, przy czym nie uczono go wygrywać w sposób elegancki, lecz przetrwać pierwsze trzydzieści sekund, bo właśnie pierwsze trzydzieści sekund decydowało o tym, czy człowiek miał później walczyć, czy leżeć; znoszenie zimna i bezsenności, aż pojęcie czasu przestawało mieć sens; znajdywanie w tłumie nieznajomych tej jednej osoby, która mogła pomóc, zamiast zdradzić; rozpoznawanie, kto patrzył z zainteresowaniem, kto z pogardą, kto ze strachem, a kto tylko udawał obojętność. Wiedza, komu można zaufać na trzy minuty, komu na trzy godziny, a komu nigdy. Wiedza, kiedy należało mówić, kiedy milczeć i kiedy pozwolić drugiemu człowiekowi mówić tak długo, aż sam wypowie rzeczy, których wcześniej zamierzał strzec. Wiedza o przemocy, o tym, jak szybko człowiek tracił pewność siebie, kiedy odebrać mu poczucie kontroli, jak bardzo psychika potrafiła wyprzedzić ciało w drodze ku załamaniu. Uczono go również rozpoznawać symbole, szanować tradycję, zapamiętywać twarze i pozyskiwać informacje od ludzi podatnych na sugestię. Manipulacja. Znoszenie bólu i zadawania go. Nie jako sport. Nie jako okrucieństwo dla samego okrucieństwa. Jako narzędzia, które mogły zostać wykorzystane, gdyby pewnego dnia świat przestał być tak uprzejmy, jak udawał, że jest. Wszystko było po coś. Wszystko. To właśnie powtarzano mu najczęściej, aż zdanie przestało być zdaniem, a stało się czymś w rodzaju prawa fizyki: jeżeli coś się wydarzało, musiało mieć cel; jeżeli cierpisz, cierpienie musiało cię czegoś nauczyć; jeżeli się boisz, strach musiał zostać wykorzystany. Najgorszą rzeczą, jaką można było zrobić z bólem, było pozwolić, aby pozostał wyłącznie bólem.
Do teraz pamiętał kobietę, która wyjaśniła mu po francusku, że był un enfant-papillon. Dzieckiem-motylem. Pamiętał sposób, w jaki wypowiedziała te słowa, niemal łagodnie, jak gdyby opowiadała mu o czymś pięknym, o przyszłości, która powinna wzbudzać zachwyt, a nie lęk. Wtedy jeszcze nie rozumiał metafory. Motyl był czymś, co widywał w ogrodach, czymś lekkim, delikatnym i pozbawionym znaczenia, a przecież ona mówiła o nim tak, jakby nazwała nim jego przeznaczenie. Aby stać się motylem, musiał zdać egzaminy. Pamiętał napięcie, które pojawiło się w jego ciele na samo słowo egzaminy. Ile ich było? Ile jeszcze mogło być? Ile człowiek mógł ich znieść, zanim przestawał być tym samym człowiekiem, który przystępował do pierwszego? Nie znał odpowiedzi. Nie odważył się zapytać. Dzieci w jego świecie nie pytały o rzeczy, których dorośli nie chcieli wyjaśniać. Dziecko miało przede wszystkim słuchać. Dziecko miało ufać temu, kto mówił, że wie. A jeżeli ten ktoś mówił spokojnie, uśmiechał się i używał słów takich jak odwaga, przemiana, próba i przeznaczenie, tym łatwiej było uwierzyć, że cierpienie, które nadchodziło, było czymś szlachetnym.
Później, kiedy podrósł, zrozumiał, że testy nigdy nie miały końca. Nigdy. Były tylko kolejnymi drzwiami prowadzącymi do następnych drzwi, kolejnymi sprawdzianami, po których nie przychodziła nagroda, lecz następna próba. Najgorszą rzeczą w takim systemie nie było nawet to, że człowiek cierpiał, lecz że zaczynał pragnąć cierpienia jako dowodu własnej wartości. Raphael długo nie potrafił tego nazwać. Wiedział tylko, że kiedy kończyło się jedno zadanie, czuł nie ulgę, lecz pustkę, a pustka była czymś, czego w jego wychowaniu obawiano się bardziej niż bólu. Ból przynajmniej coś znaczył. Pustka nie znaczyła nic.
Musiał jednak słuchać kobiety, która zachęcała go spokojnym głosem i mówiła, że da radę. W końcu go znała. To zdanie pamiętał szczególnie wyraźnie, ponieważ po latach wydawało mu się jednym z najbardziej perfidnych zdań, jakie można było powiedzieć dziecku. Znam cię. Co mogło znaczyć? Że znała jego odwagę? Jego granice? Jego lęk? Czy może właśnie to, że jeszcze nie rozumiał, jak wiele można było mu odebrać, zanim zacznie błagać o odzyskanie choćby najmniejszej części siebie? Wtedy jednak jej wierzył. Dzieci wierzyły dorosłym nawet wtedy, kiedy rzeczywistość krzyczała przeciwko temu zaufaniu, bo dziecko nie miało jeszcze odpowiedniej wiedzy, aby uznać własne doświadczenie za ważniejsze od cudzych słów.
Jechali więc do dużego budynku, który później Raphael rozpoznał jako opactwo westminsterskie w Londynie. W jego pamięci nie było jednak żadnej majestatycznej architektury, żadnego historycznego splendoru, żadnego piękna, które można byłoby później odnaleźć na fotografii i powiedzieć: tam to się wydarzyło. Pozostała jedynie przestrzeń. Kamień. Ciemność. Chłód. Kroki odbijające się gdzieś poza zasięgiem wzroku. Pamiętał, że świat zewnętrzny przestał istnieć niemal natychmiast. Budynek, który później miał dla niego nazwę, wówczas był po prostu miejscem, w którym dorośli wiedzieli więcej od niego.
W ponurym, ciemnym pomieszczeniu pośrodku znajdował się rodzaj stołu. Raphael pamiętał jego powierzchnię, zimną i twardą, oraz własne ciało, które nagle wydało mu się czymś obcym, czymś należącym do innych ludzi, ponieważ mężczyźni w ciemnych garniturach bez trudu ułożyli go na plecach, rozciągnęli ręce i nogi, a następnie zabezpieczyli jego dłonie i stopy. Nie pamiętał ich twarzy. Pamiętał garnitury. To właśnie było najdziwniejsze. Po latach pamiętał materiał, mankiety, połysk butów, sposób, w jaki światło przesuwało się po ciemnych rękawach. Pamięć nie zachowywała tego, co powinno zostać zachowane. Zachowywała drobiazgi, jakby jego umysł w chwili zagrożenia rozpaczliwie próbował znaleźć coś banalnego, czego mógłby się uchwycić.
Kobieta stała obok i patrzyła. Nie pamiętał, czy była smutna. Nie pamiętał, czy wyglądała na zaniepokojoną. Pamiętał jedynie jej bezruch. To właśnie bezruch zapisał się w nim najgłębiej. Człowiek mógł zrozumieć gniew. Mógł zrozumieć krzyk. Nawet okrucieństwo posiadało logikę. Ale obojętność? Obojętność była dla dziecka czymś niepojętym. Jeżeli cierpienie nie wzbudzało reakcji u osoby stojącej obok, może oznaczało to, że cierpienie było normalne. Że problemem nie był ból, lecz jego własna słabość wobec bólu.
Potem mechanizm stołu zaczął działać. Pamiętał przede wszystkim nacisk. Rozciąganie. Wrażenie, że jego ciało zostało przekształcone w przedmiot, który można regulować jak urządzenie. Granica bólu przesuwała się coraz dalej, a wraz z nią znikało przekonanie, że granica w ogóle istniała. Krzyczał. Był pewien, że krzyczał, chociaż po latach dźwięk własnego głosu wydawał mu się niemal cudzym głosem, należącym do kogoś, kogo znał bardzo dawno temu i kogo nigdy później nie spotkał. Najgorsza była świadomość, że krzyk nie zatrzymywał niczego. Świat pozostawał taki sam. Kamienne ściany. Ciemne ubrania. Kobieta stojąca obok. Mechanizm wykonujący swoją pracę z obojętną precyzją.
I właśnie wtedy nauczył się pierwszej rzeczy, której później nie potrafił już oduczyć się przez całe życie: człowiek mógł cierpieć całkowicie samotnie nawet wtedy, kiedy ktoś stał pół metra od niego. Zwłaszcza wtedy...
W pewnym momencie wszystko się skończyło. Nie pamiętał momentu zakończenia. Pamiętał jedynie nagłą pustkę po bólu, która była niemal bardziej przerażająca niż sam ból. Przeżył „trening motyla”. Tak go nazwano. Jak gdyby wystarczyło nadać cierpieniu piękną nazwę, aby stało się czymś innym. Jak gdyby słowo mogło zmienić rzeczywistość. Raphael po latach doszedł do wniosku, że właśnie na tym polegała największa przewrotność jego wychowania: nie uczono go wyłącznie znosić rzeczy strasznych. Uczono go nadawać im sens, aby nigdy nie przyszło mu do głowy, że zostały mu wyrządzone.
Następnie samochodem i helikopterem zabrano go z powrotem do Australii. Czy stało się to tego samego dnia, czy później, już nie potrafił powiedzieć. Czas tamtego okresu nie układał się w chronologię. Był zbiorem obrazów, zapachów i nagłych przebudzeń. Wiedział jednak, że nie miał to być ostatni z jego „egzaminów”. Były kolejne. Zawsze kolejne. I być może właśnie dlatego dorosły Raphael tak bardzo nienawidził rzeczy pozbawionych celu. Wszystko musiało mieć zastosowanie. Wszystko musiało prowadzić dokądś. Bo jeżeli człowiek pozwalał sobie na coś tylko dlatego, że było przyjemne, przypadkowe albo absurdalne, natychmiast wracało do niego tamto stare pytanie: po co?
Zmrużył lekko oczy, ale nie z powodu rażącego słońca. Jedyne, co go raziło, było historią Sadie Glass. Jej słowa przepływały gdzieś w przestrzeni, podczas gdy myśli Valencourta dryfowały w całkowicie niedostępnej dla niej sferze. Nie słuchał już pojedynczych zdań. Rejestrował jedynie ton, przerwy, zmiany oddechu, miejsca, w których głos stawał się bardziej miękki. Był przyzwyczajony do tego, że ludzie opowiadali o swoich ranach tak, jakby samo ich posiadanie nadawało im moralną przewagę. Raphael nigdy tego nie rozumiał. Rana była faktem. Niczym więcej. Dopiero to, co człowiek zrobił z raną, miało znaczenie. Można było uczynić z niej kajdany albo ostrze. Można było pozwolić jej zdefiniować całe życie albo nauczyć się ją ukrywać tak dobrze, że nikt nigdy nie domyśliłby się, gdzie znajduje się blizna.
Dopiero na sam koniec jej łzawej historyjki wtrącił się, zanim dokończyła ostatnie zdanie.
- Powinnaś była upewnić się, że Patricia Baxter zawsze będzie się oglądać za siebie.
Wypowiedział to spokojnie. Bez podniesionego głosu, bez gniewu. W jego głowie zdanie miało ciężar większy niż ton, którym zostało wypowiedziane. Nie był rozleniwiony. Był pod pewnym rodzajem zniecierpliwienia, choć wiedział, że zniecierpliwienie nie miało za wiele wspólnego z siedzącą naprzeciwko niego blondynką. Było starsze od niej. Starsze nawet od niego. Pochodziło z tego samego miejsca, w którym kiedyś leżał na zimnym stole i odkrywał, że krzyk nie zmienia rzeczywistości.
- Nie moja sprawa, że na to pozwoliłaś.
Nie powiedział tego po to, żeby ją zranić. Przynajmniej tak sobie tłumaczył. Nie było jego zadaniem teraz nadrabianie cudzych zaległości. Nie stanęła w swojej obronie, nie postawiła granic, więc w jego systemie wartości okazała się słabością, a ze słabości nie miało wyniknąć nic. Nie zmieniła tego doświadczenia w siłę, nie odegrała się, nie zrobiła nic. Raphael nie potrafił przyjąć do wiadomości, że człowiek mógł być złamany i jednocześnie nie ponosić winy za to, że został złamany. Dla niego była to niemal logiczna sprzeczność, ponieważ przez całe życie uczono go, że odpowiedzialność zaczynała się tam, gdzie kończyło się usprawiedliwienie. Nie rozumiał, że czasem człowiek nie wybierał pomiędzy odwagą a tchórzostwem. Czasem wybierał tylko pomiędzy dwiema formami przetrwania.
Wstał więc z fotela. Nie czekał na odpowiedź. Nie potrzebował jej. Skierował się na tył odrzutowca, gdzie wszedł do prywatnej łazienki. Drzwi zamknęły się za nim, odcinając go od reszty kabiny, a płynny ruch uruchomił wodę w eleganckim zlewie mogącym stanowić wystrój pokoju hotelowego, nie zaś samolotu. Raphael jednak nie zwracał uwagi na wystrój. Przesunął sygnet, wykonał znajomy gest i sięgnął po substancję, którą traktował jak jeszcze jeden z elementów własnej dyscypliny, choć gdzieś pod powierzchnią wiedział, że była dokładnie jej przeciwieństwem. Skóra między kciukiem a palcem wskazującym zbielała, jednak nie na długo. Ciało przyzwyczajone do kontroli potrzebowało czasem czegoś, co tę kontrolę odbierało.
Po chwili poczuł ciepło rozchodzące się pod marynarką. Zsunął ją szybko z ramion i rzucił za siebie, jakby nagle stała się ciężarem. Oparł dłonie o umywalkę i odetchnął głęboko. Powieki osiadły ciężko.
Nie narkotyk był problemem. Problemem były obrazy. Obrazy przesuwające się pod powiekami były nieprzyjemne. Zbyt rzeczywiste. Kamień. Ciemność. Zimna powierzchnia. Kobieta stojąca nieruchomo. Ta sama, którą widywał do teraz na większych wydarzeniach. Mechaniczny ruch. Własny krzyk, który po tylu latach nadal potrafił odnaleźć drogę do świadomości.
Odetchnął ponownie.
Woda płynęła cały czas silnym strumieniem. Raphael nie wiedział kiedy, ale ujął trochę płynu w dłonie i obmył twarz. Raz. Potem drugi. Zimno pomogło. Nie rozwiązało niczego, ale pozwoliło oddzielić wspomnienie od chwili obecnej. Przypomniało mu, że znajdował się w samolocie, nie w kamiennym pomieszczeniu. Że miał trzydzieści jeden lat, a nie kilka. Że mógł wyjść, kiedy chciał. Że nikt nie miał prawa go zatrzymać.
To ostatnie było najważniejsze.
Przed wyjściem z łazienki podniósł rzuconą w kąt marynarkę i spojrzał na siebie w lustrze. Twarz wyglądała normalnie. To wystarczało. Lekko mokrymi dłońmi przesunął po włosach, odgarniając je w tył i nadając im odpowiednią formę. Wygładził kołnierzyk. Poprawił mankiet. Sprawdził sygnet.
Wszak nic nie mogło wyglądać na niewłaściwe. Nie w jego świecie. Nie wtedy, kiedy samolot był pełen ludzi, którzy mogli zobaczyć jedynie Raphaela Valencourta, a nie chłopca, który kiedyś nauczył się, że człowiek może zostać rozciągnięty między cudzymi rękami i nadal przeżyć.
- Obudź mnie, jak wylądujemy - rzucił do Leifa schrypniętym lekko głosem, gdy wyszedł. Skandynaw nie odezwał się, lecz uniósł jedynie lekko brodę na oznakę porozumienia. Raphael nie musiał tego sprawdzać. Ruszył w przeciwnym kierunku — na tył, do części sypialnianej.
Na Sadie nawet nie spojrzał.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pamiętała mamę, która oglądała zakrwawione dziąsła i obiecywała, że sprawiedliwy świat kiedyś wyrówna szalę. Tłumaczyła małej, nieporadnej blondyneczce prawdę uniwersalną w domu Glassów - będzie dobrze. Jeśli nie jest dobrze, to jeszcze nie jest koniec. Wystarczy zaczekać, a sprawy się uporządkują. Tego samego wieczoru wykopane przez Patricię Baxter mleczaki trafiły w lnianym woreczku pod poduszkę w kolorowe motylki, a rano Sadie zamiast nich wyjęła spod poszewki kilka dolarów.
Co prawda chciała je wydać na gumy kulki, których nie miała czym żuć, ale... To tylko kolejna lekcja cierpliwości. Wkrótce zęby stałe zajęły właściwe miejsce, ślad Patricii zniknął, zamiast niego dokuczał Sadie aparat ortodontyczny. Metalowe druty podrażniały delikatne podniebienie. Comiesięczna wizyta u dentysty skutkowała kilkoma dniami niejedzenia, gdy wzmocniona instalacja szarpała za korzenie zębów z mocą, którą mógł wymyślić tylko sadysta.
A to przecież dyskomfort najzwyklejszego dzieciństwa. Nie działo się nic złego - poza przykładami prozy życia, która miała nadejść w dorosłości. Dzieciństwo Sadie było okresem przygotowania do życia w świecie, który nie zawsze robi to, czego chcemy wtedy, kiedy chcemy - ale w świecie, który pracuje razem z pracującym. Jeśli Sadie potrafiła być w jakimś procencie elastyczna, świat miał odpowiadać tym samym, bo tak było fair.
To przekazywano w rodzinie Glass z pokolenia na pokolenie. Wiarę w uczciwość wszechświata. W porządek, któremu trzeba się podporządkować, ponieważ nie ma złych intencji.
Dlaczego więc Patricia Baxter rozwaliła wargę i uzębienie koleżanki z podwórka? Sadie rozumiała odpowiedź dopiero po latach. Nie miało znaczenia ani dlaczego, ani nawet to, że wypadek się wydarzył. Znaczenie miała nauka, jaką Sadie z tego wyciągała.
"Be soft. Do not let the world make you hard. Do not let the pain make you hate. Do not let the bitterness steal your sweetness. Take pride that even though the rest of the world may disagree, you still believe it to be a beautiful place."
I tę lekcję wspominała ze smutkiem, gdy siedzący przed nią wpływowy, bogaty i potężny mężczyzna dawał jej największą informację o sobie dotychczas.
Mogła nie wiedzieć, jak miał na imię i wciąż nazywać go Panem Darcym.
Ale teraz wiedziała, że był dzieckiem któremu nie pokazano magii Wróżki Zębuszki. Dzieckiem, które nie mogło być smutne, przytulone bez okazji, kopać piłki bez wyraźnego i odpowiednio ważnego celu. Może nie był dzieckiem nigdy? Może nie było na to czasu pośród szeregu obowiazków, którym miał sprostać dziedzic międzynarodowego imperium?
Nie wyobrażała sobie wyrafinowanej i niezaprzeczalnie kreatywnej tradycji przemocy. Jej umysł nie sięgał tak daleko wyobraźnią. Potrafiła natomiast zauważyć ukłucie w jej klatce piersiowej na myśl o tym, że Właściciel od zawsze musiał produkować wartość. Każdy oddech, każda minuta musiały coś wygenerować. Umiejętność musiała do czegoś służyć. Cierpienie musiało zostać wykorzystane, aby nie pozostawało tylko cierpieniem. A jeśli coś mu się stało - było jego winą, powinien był albo temu zapobiec, albo ukarać wystarczająco, by nie musieć obawiać się zemsty.
Prędzej czy później będziesz musiał wytrzymać z kimś dłużej, niż piętnaście minut — odpowiedziała na jego niechęć; na ten brak tolerancji dla słuchania o życiu tak rozbieżnym od jego własnego. — Dobrze byłoby najpierw ustalić, czy potrafisz wytrzymać sam ze sobą.
Mówiła do jego pleców - trudno. Spokojnie, bez podnoszenia głosu i bez zaczepnej nuty, którą mógłby klasyfikować jako atak. To była jej obserwacja; jej odbiór kreacji, którą demonstrował w interakcjach. Krótkich - wiedziała, o ograniczonym potencjale - wiedziała, ale jedynych na których mogła się opierać w swoich hipotezach.
Nie dokuczała mu dalej. Odyseją, gwizdaniem, ani pytaniem czy daleko jeszcze. Zajęła się sobą, to znaczy: pisaniem wiadomości tekstowych do jednej z asystentek Heffel z prośbą o kontakt z policją i ubezpieczycielem. Nie w sprawie porwania, rzecz jasna, a zgłoszenia podpalenia, koniecznych napraw i innych procedur administracyjnych, jakich wymagało doprowadzenie domu Sadie Glass do stanu w jakim go zostawiła.
Wciąż wierzyła, że jeszcze do niego wróci.
Sprawę erotycznego filmu, który Victor nagrał bez jej zgody, na razie odkładała na bok. Nie pomagała ani sobie, ani nikomu myśląc o tym bez przerwy, a nie była jeszcze w stanie myśleć nad rozwiązaniami - zbyt emocjonalnie rozbita i fizycznie wyczerpana.
Po przesiadce do większego samolotu zaproponowała Właścicielowi serię rozrywek - na wszystkie odpowiadał tak samo, jak na zadawane pytania. W c a l e. Niestrudzona nie pozwoliła mu się siebie pozbyć, a zamknięta przestrzeń kabiny pasażerskiej działała na jej korzyść. Planowała obejrzenie czegoś w ekranie wbudowanym w siedzenie, ale jej uwagę odwrócił podejrzanie senny Właściciel. Pomiędzy jednym samolotem a drugim stał się znacznie bardziej zmęczony, co na przestrzeni zaledwie godziny nie miało dla Sadie wystarczającego uzasadnienia.
Rozmowa z nią nie mogła być dla niego aż tak dramatyczna.
Brakowało jej jednak odpowiedzi na zbyt wiele pytań i zamiast poświęcać temu tematowi więcej uwagi, zdecydowała wykorzystać nieprawidłowość. Odczekała godzinę, by Właściciel na pewno zasnął; wówczas dołączyła do niego w części sypialnej, zachowując bezpieczny dystans. Wybrała miejsce najbardziej od niego oddalone, jednak takie, z którego mogła widzieć co się działo.
Dopóki spał - nie miało prawa wydarzyć się nic. Nic, to znaczy nic złego. Od blisko dwóch tygodni Sadie nie miała sekundy by rozkoszować się tym luksusem, dlatego oparłszy tył głowy o poduszkę godną pięciogwiazdkowego hotelu, zasnęła błyskawicznie.
Najbardziej spokojna była przy źródle całego swojego niepokoju.
O tym elemencie przyszłej dorosłości państwo Glass nie uczyli jej wcale.

koniec <3

raphael valencourt
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”