Nie igrali z ogniem — pozwalali mu się pochłaniać poprzez przebywanie w swoim towarzystwie. Niezależnie od tego, jak grubym murem próbował się odgradzać, wciąż tliły się w nim te uczucia, z którymi próbował się uporać. Olivia nieustannie przyciągała go do siebie, jakby miała wbudowany magnes, któremu trudno było się oprzeć. Nie uważał tego za nic nadzwyczajnego. W końcu każdy trafiał na tę jedną (czy kilka osób), które mimowolnie przyciągały i skupiały na sobie uwagę, wymazując ze świata obecność innych. Livie poznałby właściwie wszędzie. Gdyby przechodził przez miasto, dojrzałby ją między tłumem ludzi; zanotował w pamięci sposób, w jaki się poruszała, symetrię sylwetki i sposób, w jaki układały się linie jej ciała. Pełniejszy biust, wyraźne wcięcie w talii, nieco szersze biodra i pełniejsze pośladki. Smukłe ramiona, proporcjonalne nogi i wyraźna różnica między szerokością talii a biodrami dopełniały całości. Była szczupła, ale nie drobna; jej sylwetka miała wyraźnie kobiece proporcje. Zapadała w pamięci, jak zapach pierwszego wiosennego deszczu i co zabawne, z wiosennym deszczem miała sporo wspólnego. Jej obecność była po prostu orzeźwiająca. Przynosiła ze sobą oczyszczenie, bo wyzbywał się większości nieprzyjemnych myśli. Na ocenę Lorenzo miało również wpływ to, co ich łączyło. Mimo tego, że od rozstania dużo częściej widywał ją w ubraniach niż bez nich, był w stanie bez problemu przypomnieć sobie gładkość jej skóry, drobne znamiona rozsypane po ciele, czy sposób, w jaki reagowała na dotyk.
I to było cholernie odmóżdżające. Bo patrząc na nią z tak bliskiej odległości i przekomarzając się z nią, trudno było nie zsunąć spojrzenia niżej, na jej usta i nie sprawdzić, czy wciąż smakowały tak samo dobrze jak w t e d y. Dlatego przyjeżdżanie z byłą dziewczyną, mimo przyjacielskiej relacji po zerwaniu, osłabiało — jak dotąd — dość silną wolę Lorenzo. Ale Lorenzo był na tyle utalentowany, że spieprzenie relacji przychodziło mu z zaskakującą łatwością. Skąd? Dlaczego? Czemu tak przerażała go ta wizja przywiązania na dłużej niż na chwilę? Bał się, że straci niezależność, o którą nieustannie walczył przez jakieś piętnaście lat swojego życia. Jeśli kiedykolwiek zarzekał się, że był do szpiku kości normalny — kłamał. Bo normalny, dorosły facet nie powinien obawiać się kobiety, dla której mógł być tym jedynym. Ewidentnie nie dorósł do takiej odpowiedzialności. Prościej, szybciej, przyjemniej było mu się odnaleźć w relacjach niewymagających zaangażowania emocjonalnego. Tylko cielesnego.
— Konsekwencje są przyjemne, jeśli ryzyko było ich warte — wypuścił kosmyki włosów Olivii spomiędzy swoich palców, nie prowokując dalej
konsekwencji, z którymi musieliby się później mierzyć. Chociaż Olivia zdecydowanie była ich warta, ryzyka również.
— A jeśli ci powiem, że faktycznie przeszło mi to przez myśl? — ściągnął ciemne brwi jakby w zamyśleniu. Przekomarzanki przekomarzankami, ale odrobina szczerości nikomu nie szkodziła. Nie rozstali się ze względu na brak uczuć, lecz z rozsądku.
Rozsądne było również zrobienie tostów i przygotowanie kawy. Przed przyjazdem zdążyli jeszcze zajechać na zakupy i kupić rzeczy potrzebne do przyrządzenia tak wybitnego dzieła jedzeniowego, jakim były tosty. Ser, szynka, chleb tostowy, masło. Wystarczająco, by Enzo mógł popisać się swoimi kulinarnymi umiejętnościami. — Ja? — zapytał, odwracając głowę, by posłać jej spojrzenie znad własnego ramienia. Kąciki ust mężczyzny uniosły się w lisim uśmiechu, natomiast ciemne tęczówki rozbłysły rozbawieniem i zarazem nonszalancją. Przemknął wzrokiem po jej ciele, jakby w ten sposób próbował dopasować swoje preferencje do jej osoby i odwróciwszy się w jej stronę, przeszedł przez niewielki aneks.
— Ja jestem tylko chłopcem w ciele dorosłego faceta, więc marzy mi się zdominowanie prowokatorki i złośnicy — odpowiedział w końcu, przeciągając świadomie odpowiedź.
Czerpał satysfakcję z tego typu interakcji, nawet jeśli te były czysto złośliwe.
Tosty pachnące zapiekaną szynką i roztopionym serem (dodał jeszcze trochę oregano do podbicia smaku) postawił na stole. Tym samym zresztą, na którym została rozłożona plansza do monopoly.
— Nadal piję tą samą — skomentował najpierw kawę, wybierając pytanie niewymagające pomyślunku do udzielenia odpowiedzi. Przykładając palec wskazujący i kciuk do podbródka, rzucił przepełnione politowaniem spojrzenie w stronę kobiety, szczerze przekonany o swojej wygranej w grze.
— Ja? Oszukiwać? O co mnie podejrzewasz? — tą samą dłoń, której palce chwilę temu podpierały podbródek, zsunął na swoją klatkę piersiową, kręcąc głową z udawanym dramatyzmem. Podsumował ten występ równie dramatycznym westchnięciem. Oczywiście, że potrafił kłamać. I prawdopodobnie nie miałby problemu z orżnięciem Olivii w wyjątkowo chamski sposób, ale nie zamierzał tego robić. Miał jakiś tam swoje zasady moralne, których starał się trzymać.
— Czarny, wiedźmi pionek dla wiedźmy… To ja biorę pieska — sięgnął po srebrną figurkę pieska, który przypominał jakiegoś yorka i postawił na starcie. Gdy tylko Olivia wróciła z kawą, mogli rozpocząć grę. Podczas swojej tury wyrzucił
siódemkę i o tyle pól przesunął pionek, wykupując niemalże od razu jedno z zielonych pól.
Olivia Calvert