29 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Dorosłość była dziwną bestią. W dzieciństwie, opowiadano im o niej legendy – czasem straszne, czasem przepełnione heroizmem, najczęściej zaś pozbawione jakiegokolwiek większego sensu. Ostrzegano ich przed nią, jak przed dzikim i nieprzewidywalnym zwierzęciem, które, zależnie od nastroju, potrafi łasić się i okazywać miłość, ale wystarczy też jeden, nieostrożny krok, by odgryzło komuś rękę albo nogę. Kilku-, i kilkunastoletniemu Ollie'mu, trudno było wyobrazić sobie jej naturę i kształt, słysząc o niej niby bezustannie, ale jednocześnie tylko w teorii – od ludzi starszych i podobno mądrzejszych od niego, a jednak nadal często sprawiających wrażenie, jakby przez większość czasu zwyczajnie nie mieli pojęcia co tak naprawdę robią. Nikt, wydawało się, nie potrafił jej tak naprawdę okiełznać.
Dopiero jego własne dojrzewanie, i wszystko co przyszło po nim - z tym pierwszym, najboleśniejszym złamaniem serca na czele, i feerią kilku innych relacyjnych porażek, z tektonicznym w swojej skali zakończeniem jego kariery i wszystkim, z czym musiał zmierzyć się po wypadku - Oleander zrozumiał, że wszyscy, a przy tym nawet ci, na których w dzieciństwie spoglądał z podziwem, nadzieją i najwyższą formą szacunku, byli w życiu w zasadzie dokładnie takimi samymi nowicjuszami. Z jednej strony pozwalało mu to czuć względem innych - i, czasami, nawet samego siebie - trochę więcej empatii i wyrozumiałości. Z drugiej, tego typu świadomość naprawdę mogła czasem odebrać człowiekowi nadzieję. No bo skoro nikt tak naprawdę nie miał pojęcia o co w tym wszystkim chodzi, nie było co liczyć, że ktoś nagle podrzuci nam jakąś instrukcję, która rozwiązałaby za jednym zamachem wszystkie problemy, i odpowiedziała na wszelkie egzystencjalne pytania. Oraz, co może najważniejsze, pozwoliła uniknąć popełnienia tych błędów, na których człowiek niczego się w zasadzie nie nauczył, ale i tak żałował ich do końca życia...
- Może żałośnie, ale szczerze - Wzruszył ramionami, nie potrafiąc wyzbyć się jakiegoś cienia satysfakcji na myśl, że Malcolm jakimś cudem złapał tę jego nieporadną przynętę. Nawet, jeśli za jakiś czas Everhart miał się obudzić i uświadomić sobie, że wszystko to było tylko nocną halucynacją (nie byłby to pierwszy raz), i tak było warto. Być znowu blisko. Choćby na chwilę.
Ollie zamrugał, jakby wytrącając się z tej melancholijnej (i trochę tandetnej, w gruncie rzeczy), wewnętrznej narracji.
- Korzystaj z okazji, zanim zmienię zdanie... - Rzucił, w głębi duszy chyba już zaczynając z wolna żałować złożenia Bremersowi tej propozycji. Tak, wyglądało na to, że strategia Ollie'go zadziałała - i świetnie. Problem polegał na tym, że wdrażając ją w życie chyba nie zdążył zastanowić się na tym, jaką historią zdecyduje się podzielić z Malcolmem w zamian za jego własną. I, co jeszcze ważniejsze, wcale nie spodziewał się tego, co miał zaraz od szatyna usłyszeć.
- Mhm... - Potaknął, kiwając wolno głową na znak, że uważnie słucha, ale zaraz zwyczajnie zastygł w nagłym bezruchu, w reakcji na moment, w którym Malcolm dotarł do wzmianki o ojcostwie. Początkowo Oleandrowi wydawało się, że może się przesłyszał, albo zwyczajnie nie zrozumiał, z umysłem zamglonym wszystkimi tymi emocjami związanymi ze spotkaniem po latach. Kolejne słowa Bremersa utwierdziły go jednak w przekonaniu, że nie - wcale się nie pomylił. Nie potrafił powstrzymać ruchu brwi, zbiegających się u nasady nosa w marsowym wyrazie skonfundowania i...
Smutku? Nie, to nie był smutek. Współczucie, może, choć z samego tonu Malcolma nie potrafił wywnioskować, czy to, o czym mężczyzna mu opowiadał, uważać należało za tragedię, czy raczej źródło jakiegoś rodzaju wstydliwej ulgi.
Podczas gdy Mal spoglądał w przestrzeń przed sobą, Ollie patrzył po prostu na niego, na nerwowość jego ruchów, na ten napięty gest dłoni wygładzającej materiał ubrania. W takich chwilach – w przeszłości, w której przyczynami stresu u Malcolma były zwykle rzeczy równie błahe jak spóźniający się autobus albo jakiś głupi, niejednoznaczny komentarz zrobiony przez któregoś ze znajomych, który można było potem jednak mielić i rozkładać na czynniki pierwsze w głowie dosłownie w nieskończoność – szatyn zawsze przypominał Ollie’mu neurotycznego psa, mieszańca będącego rzadką fuzją labradora i border collie, już nie szczeniaka, ale równocześnie stworzenie na tyle młode, że czasem nie mogło poradzić sobie z samym sobą. I w takich chwilach – w przeszłości, w której uzurpowanie sobie do tego prawa wydawało się Everhartowi najbardziej naturalnym z możliwych instynktów, nie zaś niezręczną formą przekroczenia interpersonalnych granic jak dzisiaj – brunet zawsze miał nieodpartą potrzebę by się wówczas Malcolmem zaopiekować.
Ale dzisiaj?
Nie miał pojęcia, do czego wolno mu było się posunąć. Na pewno nie do dotyku - dotyk, nawet krótkie ściśnięcie dłoni, albo pogładzenie Bremersa po ramieniu - byłby dla Oleandra trudny do zniesienia, zbyt bliski, zbyt intymny. Nie chciał też jednak serwować Malcolmowi bezosobowych sloganów, bardziej niż rozmowy między dawnymi kochankami przyjaciółmi, godnych ulotek rozrzucanych w szpitalnych poczekalniach i klinikach leczenia niepłodności. Nie jesteś sam! Nie trać nadziei! Ból jest faktem, cierpienie jest wyborem.
- Kurwa, Mal - Udało mu się zatem wydukać, co w zasadzie brzmiało przynajmniej autentyczniej niż wszystkie te wyświechtane kurtuazje - Kiedy? Kiedy... się to wszystko stało...?

malcolm bremers
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
29 y/o
For good luck!
180 cm
inżynier oprogramowania w avalon global industries
Awatar użytkownika
you were all at once, 'til the fade to black
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiobojętne
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaśmiał się na tę groźbę, chociaż musiał postarać się, by zabrzmiało to weselej, niż gdyby pozwolił sobie na to, by ten dźwięk opuścił jego usta w naturalny sposób. Mało było w nim wesołości ostatnio. Może przez to, że niewiele powodów dostrzegał, by ją poczuć, może to przez ten przygniatający dyskomfort, który odczuwał w związku z Olliem, a może dlatego, że nie do końca było go już na nią stać. Wymagała jakiejś większej przychylności i mniejszego zgorzknienia, a to przykleiło się już jakiś czas temu do jego imienia i nie chciało puścić.
Chociaż prawdą było, że Malcolm nie do końca szukał sposobu na to, by się jej pozbyć.
Gdyby jednak Oleander wcielił w życie to, co mu zapowiedział — gdyby się wycofał i nie pozwolił mu mówić, może przynajmniej Mal wiedziałby, jak ulokować to spotkanie w swojej głowie, jak je określić (mianem tak nieudanego, na jakie zasługiwał) i umiałby jakoś się z tym pogodzić. Zaznajomiłby się z tym wnioskiem i go przetrawił. Może też poczułby się głupio, ale prawdą było, że to nie jedyne uczucie, jakie powinno go w związku z tą rozmową nawiedzić. Wiedział, że zapracował sobie na paskudniejsze przyjęcie i niechęć do rozmowy, nawet jeśli żal miał sięgać tych ponad dziesięciu lat wstecz.
Chciałby mieć odwagę, by poruszyć ten temat z osobą, z którą przede wszystkim należało to omówić. By umiał przyznać Sarah, jak czuł się w poszczególnych momentach, bo był jej winien coś więcej, niż niedopowiedzenia i urwaną historię. Wiedział, że poczułby się wtedy lepiej i może właśnie przez to, bardzo samolubnie, takie stwierdzenia nadal nie padły z malcomowych ust. Nigdy nie walczył ze swoją męczeńską naturą, chociaż był jej świadomy — dziś, rozmawiając z Oleandrem wyraźniej, niż kiedykolwiek, skoro tak biczował się żałośnie w głowie, ignorując wciąż te rozwiązania, które prawie nasuwały się same.
Nawet te nerwowe gesty i desperackie próby regulowania własnych emocji, przez szybki dotyk i nerwowe wygładzanie materiału, zdały się na nic. Był tak ogromnym kłębkiem nerwów, że już trzy pełne minuty temu, przestał zdawać sobie sprawę z połowy rzeczy, które robił. Utkwił wzrok w krajobrazie na tyle uparcie, że miał wrażenie, że jego głowa skupiała się tylko na tym jednym drzewie, na które patrzył. Nie na fakturze materiału, nie na słowach, które wypowiedział i nawet nie na tej ciszy, do której w końcu doprowadził, a którą Ollie przerwał prawie tak gwałtownie, że zerknął na niego zaskoczony. Jakby zdążył zapomnieć, że siedział obok.
Ściągnął lekko brwi, mając wrażenie, że najsłuszniejszą odpowiedzią byłoby kiedy stąd wyjechałem. Wszystko to stało się w tym czasie, gdy poukładał swoje życie nie tak, jak powinien. Zabrzmiałoby to jednak trochę zbyt patetycznie i nieodpowiednio, skoro doskonale wiedział, o co pytał.
— Jakoś rok temu — wyjaśnił, bez precyzowania ilości miesięcy. Nie było to konieczne, czy potrzebne. Dawał mu ogólny, najważniejszy zarys.
Niby zerknął przy tym na Olliego, ale tak skutecznie unikał jego wzroku, jakby bał się, że zahaczając o oczy, dostrzeże w nich to, co dostrzec powinien, skoro opowiedział mu o swoim największym i uwierającym wstydzie. Rozczarowanie, bo nie był człowiekiem, za którego kiedyś sam się uważał.
Zdobył się na to dopiero po chwili, prostując jednocześnie ręce na swoich nogach i uśmiechnął się nerwowo, jakby było gdzieś pomiędzy jego słowami w ogóle coś, co mogło wywoływać rozbawienie.
— Idealna historia na urodziny, co? — rzucił żartobliwie, starając się zabić tę powagę, która niewygodnie ułożyła się między ich ciałami na tej ławce. Nie mógł zlikwidować jej całkowicie, ale próbował, udając, że w momencie, w którym te słowa zawisły między nimi, przestał czuć się tak niezręcznie. Robił też drogę ewakuacyjną dla Olliego, by ten mógł wycofać się w wygodny sposób, nie czując presji, by znaleźć jakiekolwiek mądre słowa. Chociaż na pewno poradziłby sobie z tym lepiej od Malcolma.


oleander everhart
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
mal
błędnego używania wyszukanych słów
29 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Oleander nie od dzisiaj był wyznawcą teorii, że wesołość wymagała zaufania - nie tyle nawet tej drugiej osobie, czy gatunkowi ludzkiemu w ogóle, ale po prostu życiu (albo Losowi, lub też w wydaniu religijnym - najróżniejszym bogom). Wesołość nakazywała ludziom porzucać czujność i opuszczać trzymaną wysoko gardę, czyniąc ich tym samym bezbronnymi i podatnymi na zranienia. Nie rozczarowywał się ten, kto nie miał już względem życia żadnych większych oczekiwań czy nadziei, a człowieka zgorzkniałego i nieufnego z zasady o wiele trudniej było skrzywdzić niż takiego, który nadal liczył, że spotka go w życiu trochę dobra.
Teraz, siedząc obok Malcolma na tej nieszczęsnej ławce pod obserwatorium, Ollie odnajdywał w Bremersie coś bardzo znajomego nie tylko dlatego, że oczywiście rozpoznawał i pamiętał szatyna z przeszłości. Jego postawa, ze zmęczeniem wpisanym grubą kreską w układ opuszczonych nisko ramion, i głos jakby wyzuty z koloru w miejscach, w których kiedyś zdawał się mienić iskrami entuzjazmu i ekscytacji, przypominały mu własne odbicie, co rano napotykane w lustrzanych ramach przed paroma laty. Znał tę rezygnację, znał ten rodzaj zawodu, który sprawiał, że człowiekowi zwyczajnie odechciewało się chociażby spróbować -

czegoś nowego
albo od początku
albo jeszcze raz
- w przekonaniu, że i tak mu się nie uda.

Bolało go to, i to bardziej niż przypuszczał. Bolała go ta gorycz sącząca się ze słów Bremersa i myśl, że wystarczyło niewiele więcej niż dekada, by zabić w nim te pozytywne emocje, których kiedyś był tak pełen. Co gorsza, Ollie nie mógł teraz uwolnić się od myśli, że gdyby jakimś cudem przez te dziesięć lat znajdował się jednak u boku Malcolma, może udałoby mu się uchronić go choćby przed częścią tych życiowych zawodów, z których nadal ewidentnie nie mógł się dzisiaj otrząsnąć. Nie wiedział jak by to zrobił, i rozumiał oczywiście, że to Mal go zostawił, tym samym przekreślając każdą szansę na ich wspólną przyszłość. Nie zmieniało to jednak dziwacznego poczucia odpowiedzialności za Bremersa, które pamiętał sprzed lat, i które ewidentnie nigdy nie umarło, a tylko trwało w hibernacji czekając na odpowiedni moment, by wrócić do życia.
Moment, na przykład, jak ten bieżący.
- Chryste - Rzucił głosem ochrypniętym nagle mieszaniną kłębiących się w nim emocji, z konsternacją na czele, i troską pobrzmiewającą gdzieś w poszczególnych sylabach, jeśliby tylko odpowiednio się wsłuchać. Mógł studiować psychologię ile wlezie, chodzić na własną terapię, czytać wszystkie te mądre książki napisane przez najlepszych psychoterapeutów na świecie, i wysłuchiwać podcastów o aktywnym słuchaniu tak często, że graniczyło to z kompulsją, a jednak okazywało się, że wszystkie te zasoby zdawały mu się na nic gdy nie chodziło o - choćby hipotetycznego - pacjenta, a raczej o człowieka, który był dla niego kiedyś całym światem. Jak ubrać w słowa coś, co wydaje się większe od wszystkich języków świata? Nie pierwszy Oleander zadawał sobie to pytanie, i nie pierwszy ponosił sromotną klęskę próbując na nie odpowiedzieć. Przełknął głośno, a potem odchrząknął, pewnie tylko przyczyniając się tym samym do dzielonego przez nich poczucia niezręczności, ale tyle przynajmniej, że jego reakcje były w pełni autentyczne, i nie próbował udawać bardziej opanowanego niż był teraz w rzeczywistości.
W jakimś sensie był też chyba Malowi wdzięczny za tę oferowaną mu kolejnym pytaniem drogę dezercji, nawet, jeśli nie zamierzał z niej korzystać.
- Jestem za stary żeby się łudzić, że urodziny powinny mi gwarantować jakieś specjalne traktowanie - Powiedział. Wystarczyło pomyśleć - z czego Bremers oczywiście nie mógł póki co zdawać sobie sprawy - że przed czterema laty Ollie niemalże stracił życie w bezpośrednim sąsiedztwie własnych urodzin. Nie zdążył nawet dojeść całego tortu, przechowywanego jeszcze w lodówce, a przez kolejne miesiące odżywiał się przecież najpierw przez plastikową rurkę, a potem tą mdłą, szpitalną ohydą, którą z jakiejś przyczyny niektórzy mieli czelność nazywać jedzeniem - Albo chronić kogokolwiek przed krzywdą - Westchnął. Może właśnie na tym, między innymi, polegała dorosłość? Na zdawaniu sobie sprawy z brutalnej prawdy, że żaden jubileusz jeszcze nikogo nie uchronił przed cierpieniem.
Ich spojrzenia spotkały się może nie tyle niespodziewanie, co na pewno trochę niezręcznie, ale i Everhart nie odwrócił teraz wzroku. Przypominało to chyba jakieś emocjonalne przeciąganie liny, w którym Oleander chciał się, przekornie, przekonać, kto wymięknie pierwszy. Co z tego, że patrzenie prosto na Malcolma przypominało raczej gapienie się prosto w słońce. Jeszcze trochę, i zaczną łzawić mu oczy.
- A wcześniej? - Zapytał, po raz kolejny prędzej niż zdążyłby zastanowić się nad funkcją tego pytania - Zanim... - Nie był pewien z jakim określeniem Mal czułby się komfortowo, więc ostatecznie nie użył żadnego, urywając w pół zdania. Zamiast tego machnął dłonią, jakby gest ten symbolizować miał okres czasu sięgający na dłużej niż miniony rok. - Byliście ze sobą szczęśliwi?

malcolm bremers
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
29 y/o
For good luck!
180 cm
inżynier oprogramowania w avalon global industries
Awatar użytkownika
you were all at once, 'til the fade to black
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiobojętne
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie mógłby potwierdzić niby tego założenia, że jego obecność utrzymałaby trochę więcej barw w życiu Malcolma, ale wiedział, że w kątach jego umysłu też tkwiło takie przekonanie. Może po prostu Mal potrzebował ciągu przyczynowo-skutkowego i dlatego wyznaczał sobie w głowie punkt wyjazdu za ten, który uruchomił machinę nie takich decyzji, złych pomysłów i posunięć, będących niczym więcej, jak małą nieżką, która na koniec przybrała ogromne, przygniatające już rozmiary. Myślał tak także wtedy, gdy nie siedział obok, gdy nie czuł na skórze lewego ramienia ciepła — jakby co najmniej ręka Oleandra znajdowała się bliżej jego, niż faktycznie miało to miejsce i gdyby do jego nozdrzy nie docierał prawie znajomy zapach. Inny niż ten, który łączył się w jego pamięci z młodszym Oleandrem, ale zadziwiająco znany..
Miał po trochu wrażenie, że z całą tą gwałtownością wyzwań, którymi uraczył go nie na drugim, nie na trzecim, a już na pierwszym spotkaniu, wpraszał się trochę do jego życia niespodziewanie. Zapytał go może o to metaforycznie, zanim zajął obok miejsce, ale skoro Malcolm nie zdawał sobie sprawy, gdzie ich to zaprowadzi, to i Oleander nie mógł wnioskować, że niedługo później, podzieli się kolejnymi szczegółami, po prostu wprowadzając go w historię, której dotychczas nie wypowiedział nigdy na głos. Teraz robił to po raz pierwszy, nie do końca wiedząc, jak się z tym wszystkim w ogóle czuł.
Oleander wiedział doskonale, że Malcolm potrafił uciekać. Zrobił to przed laty i z tej niezręczności, odczuwanej w każdej komórce ciała, przyszło mu do głowy, by posunąć się do tego i teraz. Może powinien, bo może całe to spotkanie — od niezręcznego pytania, przez niewygodne wyznania, które budziły w Malcolmie nieustanny dysonans — należało w końcu przerwać. To, jak niewygodnie spiął się, w oczekiwaniu na coś dalszego, na zabicie ciszy, która osiadła trochę zbyt ciężko na jego ramionach, wyłapał dopiero w momencie, w którym Ollie się odezwał. Wtedy Malcolm wypuścił jakoś to powietrze, rozluźnił uścisk dłoni, które w przypadkowym momencie wylądowały na brzegu ławki i zacisnęły się w sposób, przez który knykcie zlały się kolorem z białą deską.
— Może — zgodził się, wiedząc, że miał sporo racji. Był już trochę za stary, na teorie, które pozwalały zakładać, że tego dnia, człowiek zasługuje i dostaje tylko te miłe rzeczy. Stanowiłoby to cholernie przyjemny prezent od wszechświata. Sam jednak stawał trochę w opozycji do tej teorii, skoro wyciągał rzeczy, przez które Ollie miał problem ze znalezieniem odpowiedniej reakcji.
Zaśmiał się na to jego bezpośrednie pytanie — znowu bez szczególnej wesołości, ale trochę bardziej naturalnie. Może przyszło mu to z większą łatwością, bo gdy to robił, jego spojrzenie wciąż przesuwało się po twarzy mężczyzny, który w tak wielu aspektach wciąż przypominał Olliego i jednocześnie różnił się tak bardzo. Czuł, że serce, które dotychczas biło dość spokojnym rytmem, przyspieszyło nieznacznie, gdy ostrożnie wzruszał ramionami, pozwalając sobie zaraz potem na wygodną ucieczkę wzrokiem.
— Chyba — odpowiedział. Wystarczyło jednak, że to jedno słowo zawisło między nimi, by Malcolma ogarnął jakiś wstyd, który sprawił, że drgnął nieznacznie i pokręcił głową. — Przez jakiś czas na pewno — sprostował, uznając, że to niepewne chyba wypadało zbyt żałośnie. Pamiętał dobre dni, chociaż coraz częściej się zacierały. Miewał też wrażenie, które nie chciało go opuścić, że Sarah nigdy nie dostała od niego tyle, na ile zasługiwała.
Oparł się nagle wygodniej na tej ławce i wystawił twarz w stronę nieco zachmurzonego już nieba, zbierając myśli, które wolno dryfowały w jego głowie.
— Dużo mówię o sobie, ale mógłbyś powiedzieć też coś o tobie, Ollie. Niekoniecznie dziś, ale skoro będę w mieście, to może chciałbyś się spotkać też. — ⁣Kiedy wypowiadał te słowa, czuł się jak nieporadny nastolatek. Prawie powiedział coś o wyjściu na k a w ę lub p i w o, ale mimowolnie wywracało mu się z żołądku na myśl, że miałby to sformułować w ten sposób. Chciał mieć jednak pewność, że kolejne spotkanie nie będzie przypadkiem i że w ogóle do niego dojdzie.

oleander everhart
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
mal
błędnego używania wyszukanych słów
29 y/o
For good luck!
196 cm
strażak na zasiłku, student psychologii uniwersytet
Awatar użytkownika
playing with fire, you know you're gonna hurt somebody tonight - and you're out on the wire, you know you're playing with fire
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Absurdem byłoby dla Oleandra pomyśleć, że w ogóle pachniał jeszcze czymkolwiek innym, niż popiołem. Co z tego, że co rano katował ciało gorącym strumieniem bijącym spod prysznica, zmywając z ciała hypoalergiczne mydliny, przyjemne w swojej neutralno-bezpiecznej woni. Co z tego, że od niedawna inwestował w wodę kolońską (o której używaniu nadal regularnie zapominał, psikając się nią raczej od święta, lub gdy sobie jakimś cudem przypomniał o czekającym na sypialnianej komodzie flakoniku) marki lepszej, niż typowe To, Co Uda Się Podkraść Starszemu Bratu, którymi posiłkował się przed laty. Co z tego, że w przeciwieństwie do osiemnastoletniego Oleandra, ten dwudziestodziewięcioletni pijał ciut droższy alkohol, i ciut smaczniejszą choć nadal obrzydliwą kawę.
We własnym odczuciu, od prawie czterech lat jedynym zapachem, który na jego ciele stał się jakimś rodzajem constansu, był ten dymu. Płomieni i zgliszczy. Śmierci, która zbliżyła się do Everharta na tyle, by pozostawić na nim swoje znamię, ostatecznie jakimś cudem zmieniwszy zdanie na moment zanim mogłaby zabrać go ze sobą tam, skąd przyszła. Czasem czuł się tak, jakby sam był płonącym domem. Jakby i w jego wnętrzu nadal coś się tliło, gotowe by przy odrobinie nieuwagi rozniecić się do skali niszczycielskiej pożogi. Nie zdziwiłby się zatem, gdyby Mal zmarszczył nos i jak gdyby nigdy nic spytał, od kiedy Ollie pali nałogowo, zapach pożaru biorąc omyłkowo za pozostałość wypalonego niedawno papierosa.
Okazywało się jednak, że Bremers rozpoznawał w Oleandrze te nikłe przebłyski chłopca, w którym zakochał się przeszło dekadę temu. Na krótko może, po szczenięcemu. Ale jednocześnie w sposób, który nad nimi obydwoma nadal zdawał się ciążyć niczym fatum.

Ollie nie powinien był pytać, bo ewidentnie nie chciał poznać prawdziwej odpowiedzi, o czym przekonał się oczywiście dopiero wtedy, kiedy ta już padła. Czego się spodziewał? Że Malcolm z jakiegoś powodu poczuje się w obowiązku by go zapewniać, że nie, nigdy nie był bez niego szczęśliwy!? Niesprawiedliwością byłoby tego od niego wymagać, skoro w latach spędzonych bez szatyna sam Everhart znajdował różne formy szczęścia, także w towarzystwie innych ludzi. Dziewcząt. I sporadycznych wprawdzie, ale mimo wszystko - kochanków.
- To dobrze, Mal - Kiwnął głową, choć przecież rozmówca wcale nie prosił go o jakąkolwiek aprobatę - To dobrze. Nawet jeśli tylko... - Zawahał się, zastanawiając się, czy powinien był w reakcji na te słowa czuć satysfakcję, która zaczynała się właśnie nieproszenie panoszyć po jego wnętrzu - Przez jakiś czas.
Jeśli to Malcolm był dziś jeg urodzinowym prezentem od Wszechświata, to mniej więcej takim, jak wymarzony szczeniak, kiedy w gruncie rzeczy ma się uczulenie na psy. Jednym słowem, choć Ollie może jeszcze nie chciał przyznać się do tego nawet sam przed sobą, obecność szatyna budziła w nim cokolwiek mieszane uczucia.
- Może - Odparował zaraz w reakcji na propozycję wyjścia na kawę kolejnego spotkania, tylko pół-świadomie podkradając przy tym Malcolmowi nie tylko skonsternowany nieco wyraz twarzy, ale i dokładnie to samo słowo, którym przed chwilą posłużył się Bremers. I, posunąwszy się jeszcze o krok dalej:- Chyba.
Nie powinien był żartować w ten sposób, udając wahanie, podczas gdy jakąś częścią siebie dawno zdążył już przecież podjąć tę decyzję. Mało tego, wydawało mu się, że decyzja ta trwała w nim od lat. Jakby wiedział, że niezależnie od okoliczności powrotu Malcolma - i niezależnie, czy ten zdarzy się pięć, czy pięćdziesiąt lat później - jakąś cząstką siebie zawsze będzie na niego czekał.
Pokręcił głową.
- Jasne, Mal - Potwierdził w końcu, teraz już zupełnie na poważnie. - Szczerze? Teraz jestem chyba już zwyczajnie zbyt zmęczony, by mówić o sobie więcej niż to absolutnie konieczne. Ale złap mnie w przyszłym tygodniu. - Wymownie zakręcił ostatnią kroplą kawy osiadłą na dnie termosu - Może znajdziemy coś lepszego od tej lury. Nie uwierzysz, ale mój numer się nie zmienił.
Co oznaczało jednocześnie tyle, że gdyby w przeciągu minionych dziesięciu lat Malcolm spróbował się z nim skontaktować, odniósłby sukces.
Ale nigdy nie spróbował.

malcolm bremers
joachim
z przecinkami przejdzie wszystko
ODPOWIEDZ

Wróć do „David Dunlap Observatory”