44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Ale w moim przypadku to jest na plus — zauważył. — To jest jak z winem, takim długo dojrzewającym – im starsze, tym lepsze — powiedział, prawie że dumnie ze swojego spostrzeżenia. Oczywiście wszystko było w konwencie żartu. Henderson zdawał sobie sprawę, że najlepsze lata miał już za sobą – zarówno na życie rodzinne jak i towarzyskie. Miał wrażenie, że w tym wszystkim był bardzo opóźniony właśnie przez wojsko, któremu nie dość, że on całe życie poświęcił, to w dodatku jego rodzina również. O ile on i Sage robili to dobrowolnie, bo w końcu sami taki układ przed laty ustalili, o tyle młody niekoniecznie miał cokolwiek do powiedzenia. Brzmiało to Hendersonowie od zawsze planowali mieć większą rodzinę – Jesse nie wyobrażał sobie inaczej, samemu będąc wychowanym w niemalże wzorowej amerykańskiej rodzinie. Czegoś takiego chciał dla samego siebie. Nie przewidział jednak, że czasy zmienia się aż tak, że na misję wyleci do tak niebezpiecznego miejsca, do którego nie będzie mógł zabrać żony, ani tego, że po prostu po tylu latach znudzi jej się ten związek na odległość. Nie przewidział też, że na misji zakocha się po uszy w ratownicze medycznej, co tym bardziej zniechęci go do powrotu do domu, ale to już chyba był bardziej rezultat wszystkiego co wcześniej.
Ale wiesz, chyba wolę twoją trzydziestoletnią wersję — przyznał po chwili. Teraz byli starsi, mądrzejsi, a przynajmniej w teorii. Nie działali pochopnie i znienacka (nie licząc pierwszego spotkania oczywiście). Nie było między nimi już niedopowiedzeń i niepewności, które w trakcie misji napędzały kwitnący romans. Znaczy, były, jednak Jesse starał się to ignorować i nie zwracać na to uwagi, chcąc po prostu mieć Iris w swoim życiu, nawet jeżeli tylko w formie przyjaciółki albo chociaż dawnej znajomej. Nie było to proste, myśleć w ten sposób o osobie, z którą spędziło się niejedną noc pod wspólnym kocem oglądając spadające gwiazdy (które czasami okazywały się rakietami). Henderson wolał jednak to niż ponownie ją stracić. Kondycję serca miał dobrą według niedawnych badań, ale tego mogłoby tym razem nie znieść.
Zmuszać go nie będę — stwierdził spokojnie. Jego ojciec też nie zmuszał, a mimo to za jego sprawą w wojsku wylądował. — Chyba taki problem w wojskowych rodzinach — dodał zaraz od razu. — Każdy następny chce coś poprzedniemu udowodnić i tak się to kreci. — Problemów w takich rodzinach było sporo. Więcej niż można było się spodziewać, a teoretycznie powinno być kompletnie inaczej. — Ktoś w końcu w nieswoich konfliktach walczyć musi — rzucił jeszcze krótko. — Tak najwyraźniej musiało być. Może byłbym gównianym młodym ojcem i tylko bym dzieciakowi życie zniszczył. Kto wie? — dodał. Czasem zastanawiał się nad tym, co by było gdyby, ale wówczas przypominał sobie, że wszystko było po coś. I skoro życie zagwarantowało mu ojcostwo w takim wieku, to znaczy, że wcześniej było to po prostu niewskazane.
Skinął głową, słysząc jej słowa. Dobrze mu życzyła, aczkolwiek im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej miał wrażenie, że może jednak do tego typowego rodzinnego życia się nie nadawał. Za dużo czasu spędził za granicami, z dala od “normalności”. Ludziom, którzy tego nie zaznali ciężko jest zrozumieć podejście żołnierzy, szczególnie tych wracających z tak długich i dalekich misji. — A ty? — zapytał, jednak po chwili rozwinął, uznając, że pytanie to było zbyt ogólne. — Nie myślałaś o rodzinie? Czy nie kręci cię to za bardzo? — dopytał. Nie miał na myśli dzieci i całego tego instynktu macierzyńskiego czy cokolwiek innego tam było, ale tak ogólnie. — Wiesz, obiadki dla męża, sąsiedzkie spotkania, świąteczne życzenia obiadki — rzucał to, co akurat mu przyszło do głowy, bo to jemu kojarzyło się z rodzinnym życiem. Tak to wyglądało u jego matki. Nie narzekała na to nigdy, ale na przestrzeni lat Jesse zdążył zrozumieć, że była ona jakimś ewenementem. — Myślisz, że po tych latach jesteśmy w ogóle w stanie naprawdę w takie rodziny się bawić?

Iris Valentine
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me
'Cause I don't think that they'd understand
When everything's made to be broken
I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prychnęła, szczerze rozbawiona, bo naprawdę podziwiała pewność siebie większości mężczyzn chodzących po tej plancie – wmówili sobie, że są jak wino i uparcie się tego trzymali, nawet jeśli nie miało to nic wspólnego z rzeczywistością. Chociaż… okej, chociaż on nawet nie kłamał. W jego przypadku to faktycznie mogło zadziałać na plus. Ona po prostu nie chciała tego sama przed sobą przyznawać, a już na pewno nie chciała tego przyznawać przed nim. Zerknęła jednak na Jesse wymownie i uśmiechnęła się pod nosem – Dobre wino… niech będzie. – rzuciła swobodnie, trochę przekornie i nadal mocno rozbawiona – I wiesz, że nie znasz mojej trzydziestoletniej wersji, prawda? – tych kilka przelotnych spotkań w szpitalu? Wypita w pośpiechu kawa w szpitalnianej kawiarni? Wieczór spędzony na imprezie z jego żoną i jej rodziną? Nie miał wielu okazji, żeby naprawdę ją poznać – Chyba, że mówisz o stronie wizualnej. – szczerze wątpiła, bo doskonale wiedziała, że w momencie, gdy się poznali była w swojej najlepszej życiowej formie i aktualnie było jej do niej strasznie daleko. Starała się, ale był to bardzo powolny proces i strasznie, ale to strasznie ją to wkurzało. Mięśnie zdecydowanie łatwiej się traciło niż zdobywało! – Ale to wina sukienki. To na pewno wina sukienki. Nigdy wcześniej nie widziałeś mnie w kiecce i szpilkach. – zdecydowała pogodnie, uśmiechając się do niego ładnie, trochę obracając to wszystko w żart. Faktycznie nigdy wcześniej nie miał okazji zobaczyć jej w takim wydaniu, bo po co miałaby zabierać kiecki na pustynię… więc najlepiej było uznać, że to najważniejsza między jej dwudziesto- i trzydziestoletnią wersją. Bo czy faktycznie byli mądrzejsi to cóż… Iris mocno by z tym polemizowała. Siedzieli właśnie zamknięci w niewielkiej przestrzeni jego auta, gdy tak naprawdę powinni trzymać się od siebie z daleka – to nie było najmądrzejsze!
- Może ktoś wreszcie musi przerwać to szaleństwo. – zamiast wysyłać kolejne pokolenia walczyć w nieswoich konfliktach. I możliwe, że była w tym momencie okropną hipokrytką, biorąc pod uwagę, że sama tam wylądowała… tylko w trochę innym charakterze i tak to sobie zawsze tłumaczyła. Nie pojechała na wojnę w niej walczyć, pojechała pomagać tym, którzy to robili albo stali się jej niewinnymi ofiarami… poza tym? Nie widziała tam nic zachęcającego. – Plus nie chcę cię martwić… ale biorąc pod uwagę, że młody większość swojego życia spędził w Toronto i chyba nie wybiera się na drugą stronę granicy, jeszcze wstąpiłby do kanadyjskiej armii. Czy to nie byłby dla ciebie cios w serduszko?! – wyszczerzyła kły w szerokim uśmiechu, bo tak… może tam koniec końców wszyscy mieli podobne cele i generalnie współpracowali – tylko tak przecież mieli okazję się spotkać, ale jednocześnie wiedziała, że amerykanie mieli lekkiego hopla na punkcie swojego patriotyzmu. Pozwoliłby dzieciakowi walczyć pod inną flagą? I była w tym momencie trochę złośliwa, ale to z czystej wrodzonej przekory! Nic groźnego. Dlatego też nieprzerwanie się do niego uśmiechała. Nie przestała nawet, gdy gdybał, że mógłby zniszczyć dzieciakowi życie, gdyby okazał się gównianym młodym ojcem… nie wierzyła w to, ale nigdy nie będą mieli okazji się przekonać. Nie zamierzała go jednak utwierdzać w takich ponurych wizjach, bo uważała, że strasznie dramatyzował… wierzyła, że był dobrym ojcem! I wierzyła, że byłby nim w każdych okolicznościach.
- Obiadki dla męża i pranie mu skarpetek? – uśmiechnęła się pod nosem i pokręciła lekko głową – Nie widzę tego, więc… nie wiem. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Nie widzę sobie siebie w roli żony, ale to też dlatego, że wtedy przed oczami staje mi moja matka, a nigdy nie chciałabym taka być. – miała do tej kobiety prawie taki sam żal jak do ojca… a może nawet większy? On był uzależniony, ale ona nie potrafiła wybrać szczęścia i bezpieczeństwa własnych córek ponad małżeństwo. Wybrała zapijaczonego męża zamiast Iris i jej sióstr. Nie rozumiała jak można było tak zrobić. Gdy o tym wspomniała naturalnie też spoważniała, spuściła wzrok na swoje dłonie na kolanach i zaczęła skubać brzeg rękawa bluzy, którą na sobie miała – Skłamałbym jednak, gdybym powiedziała, że nie jestem samotna. – przyznała cicho, bo to nie było coś, co łatwo przechodziło jej przez gardło. Oczywiście, że chciałaby mieć z kim dzielić życie, mieć koło kogo zasypiać i przy kim się budzić. Nie chce być całe życie sama – Górę bierze jednak mój parszywy charakter… – zakończyła pogodniej, trochę żartobliwie, podnosząc wzrok z powrotem do Hendersona – Dlatego nikt na dłuższą metę ze mną nie wytrzymuję, więc zostanę starą panną. – albo po prostu została ukarana, że zrezygnowała z relacji, w której czuła się najlepiej. I zrezygnowała z niej z własnej nieprzymuszonej (no, tu można się kłócić) woli, więc teraz musiała ponosić tego konsekwencje.



Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie chciał komentować jej słów o znaniu jej trzydziestoletniej wersji, bo Henderson bardzo by chciał, jednak ktoś mu te możliwość wcześniej odebrał. Żalów jednak wyrzucił już zbyt wiele i postanowił, że woli doceniać fakt, że teraz w końcu ma możliwość poznać Valentine na nowo. — A dasz mi szansę poznać? — zapytał, zerkając na nią krótko.
Krótko też zaśmiał się na komentarz o sukience. Faktycznie, nigdy wcześniej w takim wydaniu jej nie widział i momentalnie pożałował, że na Bliskim Wchodzie okazji do noszenia takich strojów nie miała. — Jakbyś tak w Iraku chodziła to bym celowo wszystko łamał, byle dłużej się poprzyglądać — zażartował, chociaż prawda była taka, że Henderson nie potrzebował takich powodów, by ją wtedy odwiedzać, zawracać głowę i czas. Chociaż nie był ranny potrafił tam kilka godzin w ciągu dnia siedzieć, bo po prostu lubił a z czasem nawet kochał spędzać z nią czas.
Jesse skłamałby mówiąc, że nie zastanawiał się nad tym, jak wyglądałoby ich życie, gdyby razem wrócili; bez mundurów, bez stopni, bez wojska. Gdzie? To zależało od dnia i strony, w jakie jego myśli akurat poszły. Raz wyobrażał sobie, że zaczynają wszystko od nowa w Stanach – nie w jego rodzinnym regionie, nie w miejscu, w którym mieszkał, a tam, gdzie obydwoje mieliby możliwość startu na nowo. No dobrze, może Jesse mimowolnie patrzyłby na miejsca blisko jednostek wojskowych, aby móc się ewentualnie załapać, bo wiedział, że w niczym innym po prostu by się nie odnalazł. To byłoby jednak nie fair w stosunku do Iris, która z racji na pochodzenie, raczej do amerykańskiej armii nie miałaby możliwości zaciągnięcia się. Mogliby próbować załatwić to w ramach współpracy międzynarodowej, jednak w przypadku ratownictwa medycznego zbyt często takich zagrań nie stosowali – wystarczająco wiele ludzi czekała za tak zwaną bramą na miejsce.
Inną opcją było, aby to Henderson zamieszkał z Iris gdzieś w Kanadzie – może nawet w Toronto. Szybko jednak odrzucał tę myśl, biorąc pod uwagę, że zazwyczaj nie wypowiadała się o tym miejscu pozytywnie – głównie ze względu na rodzinę. Chichotem losu był zatem fakt, że aktualnie obydwoje mieszkali akurat w tym mieście. W okolicznościach, których nie zakładał, ale jednak. Można więc powiedzieć, że jego mrzonki częściowo się spełniły. Może gdyby bardziej postarał się nad rozmyślaniem nad życiem w Toronto, to wyglądałoby to trochę inaczej, ale kto mógł wiedzieć? Gdy Jesse planował swoje życie Iris nie wiedział jeszcze, że kilka tygodni później zostawi go tak bez słowa i to z dnia na dzień.
Może on przerwie — przyznał, wzruszając ramionami. — Ja chcę tylko, żeby był szczęśliwy — dodał zgodnie z prawdą. Czy tutaj czy w Stanach, czy jako żołnierz czy jako lekarz. Jak dla niego mógłby być nawet kasjerem w sklepie, o ile sprawiałoby mu to radość. Ciekawe, czy takie podejście będzie mieć, gdy syn skończy trzydzieści lat i dalej będzie mieszkać z rodzicami, ale wolał nad tym nie spekulować nawet, biorąc pod uwagę jak jego niedopracowane mrzonki stawały się jego codziennością.
Wizja żony, jaką podstawił Iris wynikała z jego doświadczeń. Może nie z jego własną żoną, a raczej matką, która całe życie była wręcz idealną amerykańską matką i żoną. Zajmowała się domem, dziećmi, mężem, a w niedzielę przygotowywała posiłki dla społeczności swojego kościoła po mszy – wzór do naśladowania, którego Jesse poszukiwał nieskutecznie w swoich partnerach do momentu, aż nie zorientował się, że drugiej takiej nie znajdzie, a on sam nie byłby dobrym partnerem dla kobiety z takim podejściem. Po latach też zaczynał dostrzegać tego wady, ale to mniejsza.
Wyznanie Iris trochę go zaskoczyło. Nie spodziewał się, że przyzna się do tego przed nim. — Iris — zaczął, jednak zanim ułożył w głowie odpowiednie słowa, kobieta kontynuowała. Mówiła coś o swoim charakterze, ale nie dowierzał, że opisała go w taki sposób – pokręcił na to głową. — No ale tak to ci mówić nie pozwolę — wtrącił w końcu. Akurat zdarzyło im się czerwone światło. Idealny moment. I to tuż przed zakrętem na jej ulicę.
Nie zostaniesz starą panną – to o pierwsze — bo chociaż ochoczo z jej wieku żartował, to już kompletnie poważnie uważał, że jeszcze miała czas na ułożenie sobie życia tak jak tego chciała. Nawet, jeżeli te plany nie uwzględniały jego, chciał, aby wszystko poszło po jej myśli i żeby za jakiś czas śmiała się z głupoty tych słów. — Po drugie, daleko ci do parszywego charakteru, a przykład takiego siedzi właśnie obok ciebie. Doskonale to wiesz — dodał. Zdradzał żonę z którą miał dziecko – więcej chyba mówić nie trzeba było. — Nie ma mowy o “niewytrzymywaniu” z tobą, Iris — westchnął i trochę zawahał przed następnym zdaniem. — Był czas, że nie potrafiłem wytrzymać bez ciebie — przyznał, pomijać fakt, że teraz też bywały takie momenty, chociaż nie chciał się do nich przyznać nawet przed sobą. — I pewnie . . .nie zmieniłoby się to, gdybyś została – to chciał powiedzieć, jednak ugryzł się w język.
Ale wiesz co, nie wiem czy trochę nie zazdroszczę ci takiej samotności — stwierdził po chwili. — Takiej niezależnej. W związku też potrafi być samotnie — dodał, chociaż nie chciał poruszać przy dziewczynie tematu swojej żony. To wychodziło samoistnie.
W końcu zatrzymał się, zajeżdżając na jakiś przystanek. Nie wydawał się zbyt oblegany, dlatego nie krępował się i nie obawiał, że wypłoszy go stamtąd zaraz jakiś autobus. — Jesteśmy chyba niereformowalni — stwierdził, opierając wygodnie głowę o fotel i zwracając się w stronę Iris. — I chyba najgorsze jest to, że nie widzę w tym aż takiego problemu.

Iris Valentine
32 y/o
IRYS
169 cm
pielęgniarka na oddziale ratunkowym Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
And I don't want the world to see me
'Cause I don't think that they'd understand
When everything's made to be broken
I just want you to know who I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiŻeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uśmiechnęła się pod nosem, bo cóż… naprawdę musiała odpowiadać? Czy fakt, że rozmawiali, że nie uciekała na jego widok na drugi koniec szpitala i prawdopodobnie mieli więcej kontaktu niż powinni -nie mówił sam za siebie? Dawała mu się poznać. Nie była pewna, czy powinna… to raczej nie był dobry pomysł biorąc pod uwagę, że on miał rodzinę, a ona nie chciała w niej znowu mieszać, ale dawała. I nie potrafiła przestać. Za bardzo lubiła jego towarzystwo, za bardzo lubiła z nim rozmawiać i śmiać się z ich zupełnie niepoważnych żartów. Jak chociażby tych o łamaniu sobie kończyn!
- Wtedy pewnie miałbyś tam większą konkurencję… miałam dużo lepszy tyłek niż teraz. – rzuciła, podśmiechując się pod nosem, bo przecież to niedorzeczne. Po pierwsze praca tam w sukience, a po drugie… Iris naprawdę nie wstąpiła do wojska, żeby szukać męża. Ani nawet chłopaka! No i w sumie nie znalazła. Nie potrafiła powiedzieć kim był dla niej Jesse, ale wiedziała, że znaczył dla niej znacznie więcej niż była w stanie się do tego przyznać. I chociaż próbowała o nim zapomnieć to wcale jej się nie udało. Tęskniła za nim. Brakowało jej jego obecności i bliskości… i serce zdecydowanie nie szło w parze z rozumem. Nie miała pojęcia, co z tym zrobić. Szczególnie, że nie była głupia, naprawdę… widziała, co robili. Nawet jeśli rozmawiali o jego rodzinie to dużo częściej temat schodził na nich. Flirtowali. Wystarczyło mieć pół szarej komórki, żeby to zauważyć i widziała to nawet jeśli jednocześnie bardzo starała się zakłamywać rzeczywistość i wmawiać sobie, że to już było i że więcej tego błędu nie powtórzą.
I nie podzieliła się z nim swoimi odczuciami oczekując współczucia. Nie oczekiwała też zapewnień, że jest inaczej… znała siebie, znała swoje słabe i mocne strony, a to, że on z nią wytrzymywał – mogło być tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę. Albo jej szansą na milion, którą straciła… bo może, gdyby go nie odepchnęła i nie wyjechała bez słowa to naprawdę odszedłby od żony i mogliby spróbować. Czy coś by z tego wyszło? Ciężko powiedzieć.
- Wiesz, że wina leży pośrodku. – nie tylko on w tej układance miał parszywy charakter. Nie trzymał żony w tajemnicy, wiedziała o niej od pierwszego spotkania… a mimo wszystko pozwalała się temu rozwijać. Ciągnęło ją do niego i pozwoliła sobie na więcej niż powinna. Właściwie… robiła dokładnie to samo, co robiła teraz – I nie chcę cię martwić, ale jesteś wyjątkiem potwierdzającym regułę. Lub… masz tak samo nierówno pod sufitem. – dodała już pogodniej, bo po prostu było jak było. Powoli godziła się ze swoja samotności. Zresztą… jakaś część jej wybierała ją też całkiem świadomie – żeby nie musieć znowu kogoś zostawiać bez słowa. Tak, ten strach jednak gdzieś tam w niej był. A że w związku można było czuć się samotnie? Chciała zapytać… nawet otworzyła usta, żeby nabrać powietrza i wyrzucić z siebie to pytanie – dlaczego? Ale ugryzła się w język. To nie była jej sprawa.
Za to uśmiechnęła się do niego ładnie, gdy spojrzał w jej stronę. Ich czas się kończył… powinna podziękować i wysiąść, a zamiast tego analizowała, co właśnie do niej powiedział. Musiała też sama przed sobą przyznać, że serce zabiło jej z tego powodu trochę mocniej.
- Ja problem widzę… ale powiedzmy, że przez lata wykształciłam w sobie umiejętność ich ignorowania. I boję się, że mogłabym zrobić coś głupiego. – kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu – Dlatego cieszę się, że zatrzymałeś się tutaj, a nie na tym parkingu kawałek dalej. Przynajmniej nie mogę zaproponować, żebyś wszedł na górę. Oboje wiemy jakby się to skończyło. – gdyby znaleźli się sami nie tylko w jego aucie, ale w bezpiecznych czterech ścianach jej mieszkania. Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, przez kilka sekund za długo wpatrując się w jego wargi, przyłapała się na tym, mentalnie dała sobie po głowie i wróciła do męskiego spojrzenia, uśmiechając się – I część mnie chciałaby, żebyś mnie znowu pocałował… ale jesteśmy teraz mądrzejsi. Wracaj do domu, Jesse. Wracaj do rodziny. Dziękuję za podwózkę. – rzuciła i chociaż złapała za klamkę od auta to wcale się nie ruszyła. Wpatrywała się w niego tak samo intensywnie jak przed chwilą.
Jesteś skończoną kretynką, Valentine.


Jesse Henderson
44 y/o
For good luck!
191 cm
military man wherever country needs it
Awatar użytkownika
But my head is full of poison, and my heart is full of doubt I got toxins in my bloodstream, you tried hard to suck 'em out
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Konkurencja jedynie by mi codzienność urozmaiciła — stwierdził, a na jego twarzy wymalował się szelmowski uśmiech. Inni petenci nie zniechęciliby go do poznawania bliżej Iris, bo wiedział, że dziewczyna ta była warta każdych starań. Szkoda jednak, że uświadomił to sobie dopiero, gdy zniknęła; gdy zaczął zastanawiać się, co mógł i powinien zrobić lepiej, żeby po prostu jej nie stracić. Gdy jednak to trwało, nie martwił się o takie rzeczy, sądząc, że chwile te po prostu się nie skończą. Czysta głupota i naiwność.

I Henderson mógł tyle mówić, że przez ten czas dojrzał i zmądrzał, i próbować udowodnić to na setki sposobów, tylko po to, aby ostatecznie wylądować z Valentine w jednym aucie, rozmawiając o tematach, których wspólnie poruszać nie powinni. Bo już pomińmy fakt, że tak blisko siebie nie powinni przebywać. Jesse mógł się zarzekać, że rozdział z Iris był już zamknięty, jednak po sposobie, w jaki na nią patrzył nie trudno było wywnioskować, że z największą przyjemnością wróciłby do czasów z nią, które nieśmiale określał dla siebie tymi najlepszymi. W tym spojrzeniu była tęsknota, był żal i było pragnienie, które jeszcze bardziej zostało podsycone przez jej następne słowa.

Zaskoczyły go. Dość mocno, co pewnie zauważyła po jego minie, która momentalnie spoważniała. Przez chwilę zastanawiał się, czy na pewno dobrze usłyszał i czy może głowa nie dopowiadała mu tego, co chciałby w rzeczywistości usłyszeć. Henderson był osobą oczytaną i dzięki temu też taką, której nigdy języka w przysłowiowej gębie nie brakowało, a jednak – teraz nie wiedział, co powiedzieć. Nie chciał powiedzieć, czegoś niewłaściwego, obawiając się, że zrujnuje tym wszystko, co do tej pory udało im się wypracować. Trochę nawet zabawne. Teraz się nad tym zastanawiał, zupełnie tak, jakby przez ostatnie tygodnie nieświadomie w tym kierunku ich znajomości nie prowadził. Wmawiał sobie, że jego relacja z Iris była niczym zagojona blizna, której dotyk przywoływał przyjemne wspomnienia, chociaż doskonale wiedział, że w rzeczywistości dalej miał do czynienia z otwartą raną, którą sam otwierał każdą rozmową z nią, każdym spotkaniem, a nawet myślą - tą stosowną lub też nie.

I to do czego był w stanie w momencie, w którym wspomniała o pocałunku, byłoby niczym posypanie solą tej rany. Jego ciało momentalnie się spięło, a serce przyśpieszyło na samą myśl o takiej możliwości. Zsunął swoim niepewnym spojrzeniem do jej ust, które już wyginały się w delikatnym uśmiechu i przypomniał sobie jak do tego było mu tęskno. Minęło już tyle lat, a wciąż pamiętał smak jej pocałunków, chociaż w tym momencie przysiągłby, że kompletnie zapomniał, aby tylko mu o tym przypomniała.

Nachylił się lekko, wiedząc, że po tym nie będzie odwrotu; że wszystko może być zaprzepaszczone tym jednym pocałunkiem. Jednak nim udało mu się podjąć jakiś konkretny ruch usłyszał dzwonek swojego telefonu. I spojrzał na Iris, która wpatrzona łagodnym spojrzeniem była w wyświetlacz jego telefonu. Zmusiła go tym samym, aby i on zerknął, kto w takiej chwili im przerywał. Żona. I wszystko było jasne.

Jesse wrócił na swoje wcześniejsze miejsce, próbując uspokoić niebezpiecznie kołatające serce. — Dobranoc, Iris — powiedział, przygryzając lekko swoją wargę. Odwrócił głowę w stronę swojej szyby. Nie chciał nawet odprowadzać jej wzrokiem, obawiając się swoich pomysłów. W końcu Sage przestała dzwonić. I tak Henderson został sam z własnymi myślami w aucie w kompletnej ciszy, którą przerywał jedynie deszcz uderzający rytmicznie o dach.

I Jesse uświadomił sobie, że nie był mądrzejszy. Był głupszy niż kiedykolwiek.



/ztx2 Iris Valentine
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”