Był zdecydowanie za mało odporny na to jego “proszę”. Nie powinien ulegać. Powinien uciąć to dawno temu, zanim przeistoczyło się w… to. Czymkolwiek było. Ale właśnie trzymał w dłoni twardego kutasa, który bynajmniej do niego nie należał i było mu z tym kurewsko dobrze. Zbyt dobrze, tak jak z ciałem w ramionach, drżącym od każdego pociągnięcia palców.
Nie przyznałby się, że dostał dreszczy, gdy Laurent błagalnie wymówił jego imię. Do niczego, co się teraz działo, nie chciał się przyznawać. Bo to nie był on. Nie był taki. Nie tracił głowy dla nikogo, a już na pewno nie dla ulizanego adwokacika ze smutną rodzinną historią. Był ponad to. Nie potrzebował wciskającego się w biodra, jędrnego tyłka, całego tego żaru i cholernych wyrzutów sumienia, które przyjdą potem. Był, do wszystkich diabłów, odpowiedzialny!
Był.
Zawarczał, gdy Laurent wepchnął mu tyłek w biodra, drażniąc nieznośnie odwykłe od dotyku ciało.
- Nie ruszaj się - upomniał warkliwie, kąsając go w ucho, ale przyspieszył zgodnie z naciskiem jego dłoni. Był taki doskonale gorący. I tak pięknie rozpieprzony w jego uścisku. Logan poprawił chwyt, obejmując go w pół, gdy poczuł jak miękną mu kolana i stłumił ustami wszystkie jęki, pomruki i westchnienia. Nie dlatego, że ktoś mógł ich usłyszeć, bo w domu byli sami, ale dlatego że wszystkie te dźwięki doprowadzały go do szaleństwa.
Pod koniec po prostu łykał jego smakujący alkoholem oddech i czuł się równie pijany jak on.
Powinien palnąć sobie za to w łeb.
Bo Laurent właśnie spuszczał się w jego dłoń, rozdygotany i półprzytomny. Upojony. Głównie alkoholem, tego był pewien. I właśnie za to Logan pójdzie na samo dno piekła. Pieprzyć homoseksualizm, ale to właśnie tego nie potrafił sobie teraz wybaczyć. Że nie mógł się powstrzymać i zrobił to, o co prosił nawalony Laurent, który pewnie jutro wszystkiego pożałuje i jeszcze oskarży go o wykorzystanie.
- No już, Lance. Nie jesteś taki lekki - mruknął szorstko, gdy zawisł mu w ramionach, gwałtownie łapiąc oddech. Logan czuł mieszankę zażenowania, podniecenia i lęku. I z żadnym z tych uczuć nie chciał teraz musieć sobie radzić. - Słyszysz? - Zabrzmiał łagodniej, nachylając się lekko. Wsunął nos we włosy za jego uchem i gdy Laurent wciąż jeszcze rozpieprzony po orgazmie wracał do rzeczywistości, on pozwolił sobie na kilka głębokich, uspokajających oddechów. Wypełnionych jego zapachem.
- No. Do pionu.
Pomógł mu stanąć prosto, a gdy Laurent obrócił się w jego ramionach, on nieporadnie je rozłożył. Na dłoni czuł lepkość spełnienia, przez które czuł się winny i zażenowany. I nie chciał go nim ubrudzić. Chociaż na pewno zapaskudzili podłogę. Laurent. Laurent zapaskudził.
A teraz próbował wytrzeć w niego ręce.
- Lance, co ty… - Próbował odsunąć głowę, ale wilgotny kciuk musnął jego policzek, a potem zahaczył o wargi. Logan patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, w których niedowierzanie mieszało się z irytacją i wciąż żywym podnieceniem. Nie mógł w to uwierzyć. Kto, na Boga, robi takie rzeczy.
Pijany człowiek.
Laurent właśnie tak wyglądał. Jakby był nawalony. I idiotycznie szczęśliwy. Logan zacisnął zęby i pokręcił głową, poddając się. Opuścił ramiona, a potem z premedytacją chwycił go za pośladek, wciąż w spodniach, zostawiając na nim odcisk wilgotnej dłoni. Wierzchem drugiej wytarł swój policzek. Potem oblizał wargi i uniósł jedną brew. Prawie, jakby pytał go “zadowolony?”
Kolejne proszę sprawiło, że przymknął oczy, próbując zebrać cierpliwość, rozsądek i opanowanie. Wszystko, żeby nie pozwolić cholernemu fiutowi dyktować warunków. Bo dobrze wiedział, co znaczyło to “proszę”. Kilka minut wcześniej słyszał je i bardzo dobrze zapamiętał. Był pewien, że przez resztę życia będzie nawiedzało go we wszystkich erotycznych snach.
- Do pokoju - mruknął jakby miał do czynienia z krnąbrnym gówniarzem. Objął go w pasie i naprawdę zaprowadził pod drzwi, czując jak serce podchodzi mu do gardła, gdy Laurent nie mógł utrzymać pionu. Było mu tak cholernie wstyd.
Przytrzymał go, kiedy znów uwiesił mu się na szyi.
W korytarzu było ciemno i cicho. Ledwie widzieli w półmroku swoje twarze.
- Nie, Lance. Jesteś pijany. To nie powinno się wydarzyć. - Brzmiał kategorycznie, poważnie, odpowiedzialnie. Ale nie podnosił głosu. Prawie szeptał.
Poprawił chwyt i cmoknął, odgarniając mu z czoła zmierzwione kosmyki. Wyglądał idiotycznie bezbronnie, zalany i ewidentnie próbujący zaciągnąć go do łóżka. Logan naprawdę nie chciał go skrzywdzić. Na moment skupił wzrok na jego ustach rozciągniętych pijackim śmiechem, potem wrócił do oczu. W jego własnych przez moment odbiła się czułość.
- Idziesz spać - oznajmił miękko, ale niezmiennie stanowczo i pchnął drzwi do jego pokoju. Nie był tu od dawna, ale pamiętał gdzie stało łóżko. Pod oknem, teraz w plamie księżycowego światła. Podprowadził go do mebla i pochylił się, jednocześnie próbując oderwać od siebie jego ręce. Kompletnie nie spodziewał się gwałtownego szarpnięcia, ale sprawiło, że Laurent padł na pościel, a on dla zachowania równowagi podparł się dłońmi nad jego ramionami i kolanem o materac gdzieś przy jego biodrze.
- Kurwa, Laurent - syknął, ale dalszy protest adwokat zdusił pocałunkiem, ciasno obejmując go ramionami za kark. Logan zesztywniał, wydając z siebie jęk protestu i bezsilności. Był zmęczony, na granicy wybuchu albo autentycznego zerżnięcia go w tym pieprzonym łóżku i żadna z opcji nie wchodziła w grę. Zacisnął wargi i szarpnął za jego przedramię, ale Laurent był jak cholerny rzep. Namiętny, gorący i uparty.
Logan bronił się jeszcze przez chwilę, ale wreszcie rozchylił usta, pozwalając językowi wślizgnąć się pomiędzy nie. Im bardziej się opierał, tym bardziej Laurent naciskał. To musiało się skończyć.
Mruknął cicho, oddając pocałunek. Nie tak żarliwie jak wtedy w kuchni, ale to nawet gorzej. Teraz całował go z rozmysłem, długo, głęboko, aż głowa Laurenta opadła na materac. A nawet wtedy nie przestał. Opadł niżej, opierając się na łokciach. Zsunął kolano z materaca i przygniótł go sobą. Był ciężki, rozpalony, wciąż podniecony i nie przestawał go całować. Dopiero gdy zabrakło im tchu, uniósł się tylko odrobinę. Tylko na tyle, by spojrzeć mu w twarz.
- Nie, kiedy jesteś pijany - szepnął zdławionym głosem. Po raz pierwszy brzmiał na naprawdę zgnębionego i bezsilnego. Popatrzył mu w oczy, które w ciemności wydawały się prawie czarne. - Nie wybaczę sobie, rozumiesz? - Ich wargi ocierały się o siebie gdy mówił. Wciąż wrażliwe, wilgotne i spragnione. Logan uparcie starał się odsuwać od siebie myśli, że ciało pod nim było aż nadto chętne i że wspaniale byłoby móc znów go dotknąć. Sprawić, by drżało.
- Więc przestań. Dobrze? - Kciukiem dotknął jego skroni i jednym, krótkim spojrzeniem objął jego twarz, dopóki nie wrócił do oczu. - Dobrze?