ODPOWIEDZ
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ratownik medyczny Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Przeżył kolejny pogrzeb i nie wie czy więcej wytrzyma...
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkishe/her
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#1

Chyba nikt nie jest przygotowany na taką infromację. Gus był akurat w szpitalu z pacjentką którą przywieźli na założenie gipsu. Biedna kobieta spadła ze schodów a że nie miała bliskich którzy mogliby jej pomóc, zadzwoniła po pogotowie. Rozbita głowa została szybko zszyta a noga nastawiona przez odpowiednich lekarzy.
Właśnie wychodzili gdy dostał telefon on Evana - ten z kolei nie potrafił się wysłowić. Mówił coś o postrzale, o krwii i Hunterze. Dopiero po kilku sekundach gdy się uspokoił, stało się jasne co takiego się wydarzyło. Koledzy z wozu byli gotowi na powrót w teren lecz Hansen? On stał w miejscu jak wryty nie wierząc że to może być prawda. Jego przyjaciel... ten który nie tak dawno opowiadał o swojej dziewczynie... nie ma go.
- Gus powiedz coś... ja nie chciałem ja... to moja wina... gdyby nie wrócił po mnie... - widać, że młody był wstrząśnięty tym co się stało i nie wiedział jak sobie poradzić.
Z tego letargu wyrwało go wycie syreny nadjeżdżającej karetki.
- Evan... to nie jest twoja wina. Hunter podjął taką decyzję... dzięki niemu żyjesz. Zadzwonię do Ciebie później, muszę wracać do pracy. - i tak właśnie skończył rozmowę z bratem który był w kompletnej rozscypce, lecz teraz... teraz kolejny pacjent na niego czekał. Wsiadł do wozu i ruszyli na sygnale... lecz jego myśli była daleko daleko stąd.

Sms o szczegółach pogrzebu otrzymał od Andrei, która za kilka dni miała termin porodu. Nawet nie mógł sobie wyobrazić jaki to ból dla niej oraz reszty rodziny Matthews. Zjawił się tam dużo wcześniej mając na uwadze, chęć zobaczenia się z wszystkimi.
Nie był na oficjalnym pożegnaniu mężczyzny, gdzie jego ciało było wystawione dla każdego aby mogli sie z nim pożegnać.
Teraz spoczywał w pięknej czarno - złotej trumnie na której leżała flaga Kanady. Żołnierze nieśli ją powoli, w tym jego brat, ktory wyglądał na kompletnie nieobecnego duchem. Powoli ruszyli za konduktem żałobnym. Kątem oka zauważył kobietę, którą znał tylko z opowieści. Jak przykro było ją widzieć w tej sytuacji - gdzie musi pożegnać ukochaną osobę. Wiedział jaki to ból i nie życzył tego nikomu.
Zatrzymali się w miejscu gdzie miał spocząć. Chłopcy odłożyli go w odpowiednie miejsce i teraz zaczęła się cała uroczystość pogrzebowa, która złamie kazdemu serce.

prudence lane
Arti
chyba nie ma takich ;)
32 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
172 cm
psychoterapeutka w swoim gabinecie oraz psycholog w Sistering
Awatar użytkownika
to nie tak miało być...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

014. | outfit

Od momentu uzyskania informacji o tym, co się przydarzyło z Hunterem, żyła w kompletnym zawieszeniu. Mimo że powinna być i wspierać jego rodzinę, przede wszystkim ciężarną Andreę, nie potrafiła być w pełni gotowa do tego, aby spędzać z nimi więcej czasu niż było to konieczne. Samo przebywanie z nimi bolało ją bardziej niż powinno. Zamiast odczuwać spokój oraz miłość i wsparcie, zrozumiała iż patrzenie na Andy czy jej mamę przyprawia znacznie więcej bólu. Serce jej pękało z każdym kolejnym dniem coraz bardziej przez to, że to kolejny dzień ze świadomością, że jego… nie ma. Już nie ma. I już nigdy go nie będzie. Nigdy go nie spotka przypadkiem na ulicy w trakcie przerwy pomiędzy pacjentami. Nigdy nie dostanie miłego smsa z jego numeru. Nigdy nie dostanie propozycji żeby po pracy przyjechała do niego, bo znalazł kolejny ciekawy film na Netflixie i chciałby razem go zobaczyć. Nigdy nie ugotuje mu pieczonych udek z kurczaka, jakie tak lubił. Nie będzie miała możliwości podzielić się z nim nowym odkryciem jeśli chodzi o wina, bo znów ktoś jej polecił konkretną butelkę. Przede wszystkim - nie pocałuje go. Nie przytuli się w nocy, gdy będzie miała zły sen i się przebudzi z niezbyt dobrym samopoczuciem o 2 czy 4 nad ranem, mając jeszcze trochę czasu na spanie. Nie będzie miała już możliwości iść z nim na spacer, trzymając się za rękę…
I nie będzie uczestniczył w wychowywaniu ich dziecka.
To ją najbardziej w tym wszystkim obecnie dobijało.
I gdyby nie to, źle ma małą fasolkę pod sercem, na pewno spożywałaby obecnie alkohol - by tłumić emocje oraz kłębiące myśli związane z jego osobą.
Oraz poczucie winy. Czuła się okropnie. Czuła się wręcz fatalnie, mając pewną świadomość tego, że to z jej winy to wszystko się dzieje. Gdyby nie odesłała go do Powella… gdyby postanowiła zachować go jako pacjenta, mając kontrolę nad tym, kiedy powróci na front, mając pewność że jest z nim w porządku… Gdyby bardziej pilnowała spotkania, na kto®e uczęszczał do nowego terapeuty…
Nie wybaczy sobie tego. Nigdy nie zmieni swojego zdania. Już zawsze będzie uważać, że to przez nią się to stało.

Spotkanie z nim na oficjalnym pożegnaniu zabolało w ten ostateczny sposób. Widok mężczyzny z zamknie tymi oczami w otwartej trumnie dał stuprocentowe poczucie tego, że to naprawdę koniec, a on nie pojawi się jutro w drzwiach jej domu z informacją, że to specjalnie tak, żeby zmylić wrogów albo zobaczyć komu naprawdę będzie przykro z powodu jego śmierci.
Nawet chciała przez ułamek sekundy potrząsnąć nim, chcąc się upewnić czy nie śpi. Sama nie wiedziała co miała w głowie w ogóle w tej chwili. Sieczka, zamiast mózgu. I pełną ilość szalejących hormonów, nie potrafiących poradzić sobie z dzieckiem jakie się w niej rozwija i jednoczesnym faktem utraty tak bliskiej osoby.
Choć nie wiedziała czy powinna i mogła, delikatnie ułożyła dłoń na jego policzku, przesunęła palcem delikatnie po skórze… następnie złapała go za splecione dłonie, nie przestając się mu przyglądać. Miała chwilę bycia z nim sam na sam, mogąc się pożegnać, nawet jeśli bardzo tego nie chciała. Łzy samowolnie spływały do brody i spływały swobodnie z żuchwy, a ona nie umiała przestać się mu przyglądać. Wiedziała, że to ostatni raz kiedy widzi go, chociaż nie chciała nigdy go w takiej wersji ujrzeć. — Zaopiekuję się maleństwem za nas dwoje… Zaopiekuję się Kennethem albo Aurorą… — podobała mu się propozycja dla dziewczynki, choć nie wiedziała czy później nie zmieni na Lily, o czym on wspomniał. W tym momencie jest w stanie zrobić wszystko, co z nią związane - zupełnie jakby to miało dać jej możliwość odzyskania Huntera… To jednak nie nadejdzie, wiedziała o tym.

Pogrzeb rozpoczął się, gdy wszyscy zebrali się w umówionym miejscu rozpoczęcia konduktu żałobnego, przechodząc z nim tą ostatnią drogę do miejsca, gdzie ma być pochowany. Zamiast jednak mieć siłę w sobie na to, żeby odbyć tą drogę tak, jak powinna - płakała bez ustanku, co rusz przesuwając palcami przyciemniane okulary aby wytrzeć łzy. Szły obok siebie z Andreą, bowiem ta poprosiła ją o towarzystwo - choć pewnie bardziej to zrobiła z myślą o Prudence niż o samej sobie - idąc powoli za niesioną trumną.
Poznała z wyglądu wszystkich tych chłopków, którzy go nieśli. Wszyscy Ci, którzy byli w jej mieszkaniu (oczywiście prócz generała) przekazując informacje, szli i dźwigali ciężar tego, co przyszło im obecnie przeżywać. Dowiedziała się później, że cała piątka to osoby z oddziału Huntera, z jakimi przeprowadzał te wszystkie akcje do tej pory. Dostrzegła też Evana - tego, co opowiadał dokładniej jak to się wszystko potoczyło. Zapamiętała go, jak miałaby tego nie zrobić? I to nie z racji tego, że była zła na niego czy obarczała go winą za utratę ukochanego, bo ten poszedł mu na ratunek. Widać było z jakim bólem i on się mierzył przez to, co miało miejsce. Rozumiała go, choć to może zdawać się to dziwne.
Odcinek drogi minął bardzo szybko, a nim się spostrzegła, znajdowali się przy przygotowanym miejscu do spoczynku Huntera. Spojrzała wtedy na Andreę. Widziała jej rozpacz, chociaż jednocześnie Prue nie pozwoliła komukolwiek spojrzeć w jej oczy, ciągle trzymając okulary przeciwsłoneczne na nosie. Miała opuchnięte wieki i czerwone białka od nieustannego smutku oraz żalu jaki ją ogarnął, kiedy siedziała w domu i nie ruszała się praktycznie nigdzie. Odwołała wszystkich pacjentów, przepraszając i obiecując poprawę w realizacji umówionych terminów, lecz nie miała pewności czy tak prędko powróci do zawodu. A to wszystko przez to, że trochę straciła sens i chęci na cokolwiek.
Po chwili ciszy w momencie posiadania zwróconej głowy na Andreę, przysunęła się jeszcze bliżej i objęła kobietę ramieniem. Nie wiedziała tylko, czy to ona potrzebowała przytulenia, czy może chciała to wsparcie samej sobie dodać. Póki nie odezwał się ksiądz, wciąż obejmowała przyjaciółkę. — Tak bardzo mi go brakuje… — wyszeptała do niej, po czym pociągnęła mocno nosem. Jakby wyczuła idealny moment na powiedzenie czegoś zanim się wszystko zacznie, gdyż po chwili usłyszeć można było stukanie w mikrofon a także początkowe próby głosu czy na pewno wszystko działa.
— Kochani, zebraliśmy się tu dziś, aby uczestniczyć w ostatniej drodze na ziemi Majora Huntera Kennetha Matthewsa. Był oddanym synem, bratem, wujkiem, szwagrem, partnerem, żołnierzem, dowódcą… człowiekiem. Posiadał wartości, które popchnęły go do tego, żeby pomóc innym odzyskać wolność i pragnąc aby jego kraj tą wolność w dalszym ciagu posiadał. Działał w słusznych sprawach, będąc ciągle wspierany słowem bożym. Poza żołnierskimi osiągnięciami, świetnie radził sobie z przeróbkami meblowymi, spełniał się w roli ukochanego wujka, potrafił rozbawiać ludzi. Miał swoje wzloty i upadki, miał lepsze oraz gorsze momenty, lecz czy jest ktoś, kto ich nie miał? Ostatni czas pokazał, że pomimo swoich przeciwności, potrafił odnaleźć odpowiednią drogę, nie osiadając na laurach i dążąc dalej w oparciu o własne przekonania, pragnienia. Zginął, robiąc to co potrafił robić dobrze. Zginął, pomagając innemu człowiekowi, który w walce potrzebował wsparcia. Takim właśnie człowiekiem był Major Hunter Matthews. Nie patrząc na to, co dzieje się wokół niego, nie mógł pozwolić na to, aby ktoś inny nie uzyskał pomocy. I chociaż nie jest już z Nami ciałem, tak duchem i w Naszych sercach pozostanie na zawsze — Prudence słuchając tego, nie mogła znów opamiętać się i przestać płakać. Pociągała co chwilę nosem, przecierała oczy wciąż nie zdejmując okularów. Dlaczego akurat właśnie on..?


Gustav Hansen
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ratownik medyczny Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Przeżył kolejny pogrzeb i nie wie czy więcej wytrzyma...
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkishe/her
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Andrea szła spokojnie z Prudence, choć widać było że powstrzymywała łzy na każdym kolejnym kroku, co jakiś czas przykładając chusteczkę. Straciła brata... tego który był zawsze dla niej, pomagał jak mógł i miał cudowną więź z jej dziećmi. Teraz miała go pożegnać? Jak... jak po czymś takim ruszyć dalej? Co jakiś czas spoglądała na partnerkę brata widząc ile smutku sprawia ten pochód. Obie wyglądały chyba najgorzej. Jej matka nie płakała. Była zamyślona, zaś koło niej kroczył powoli Audric, najmłodszy z rodzeństwa, nawet nie spoglądając na trumne. Może żałował tych lat nieodzywania się? Niestety nie zmieni historii i nie odbuduje więzi z bratem.
Gdy stanęły rozjerzała się po zgromaczonych, większość kojarzyła, a gdy zobaczyła Gusa uśmiechnęła się smutno. Mężczyźnie udało się dotrzeć, co podniosło ją na duchu. Byli tu ludzie którym naprawdę zależało na Hunterze.
- Wiem kochanie... wiem. Mi też. - szepnęła Andrea zanim ksiądz dał mowę wyciskającą łzy z oczu. Chyba nie było osoby której nie zaszkliły się tęczówki.
Gus poprawił okulary i odetchnął ciężko spoglądając na brata który był blady jak ściana. Dalej obwiniał sie o to co zaszło, lecz nie mógł powiedzieć tego na głos. To właśnie jemu przypadł zaszczyt złożenia flagi Kanady z trumny Matthewsa i przekazanie jej matce. Po chwili przy mikrofonie pojawił się generał, który wyrósł jak z podziemi.
- Witam wszystkich zgromadzonych. Dziękuję ojcze za te słowa. Mam zaszczyt pojawić się tu osobiście by wręczyć pośmiertny medal za zasługi dla kraju. Major Hunter Matthews wykazał się niezwykłym męstwem i przywództwem w terenie. Ci oto żołnierze... - wskazał na piątke która stała przy trumnie. Zasalutowali automatycznie gdy to powiedział. -... towarzysze broni, ktorzy wspierali go na każdym kroku, stoją tu dziś jako świadectwo tej odwagi. - zrobił dłuższą przerwę na wyjęcie pudełka z kieszeni munduru. - Straciliśmy prawdziwego żołnierza. Z krwii i kości. Cześć i chwała jego pamięci. - mówiąc to, sam zasalutował po czym wojskowyk rokiem podszedł do Hope, która wyciągnęła ręce po ten kawałek żelastwa. Dla niej to było nic. Kupa blachy która nie zwroci życia jej dziecku. - Wyrazy współczucia - powiedział generał po czym przeszedł do reszty woskowych którzy również pojawili się na uroczystości. Zabrzmiały 3 salwy z broni by uhonorować poległego żołnierza.
Ksiądz wrócił do mikrofonu i spojrzał na Andreę. To ona miała powiedziec kilka słów o bracie - bo matka nie była w stanie a Audric... nie miał nic do powiedzenia.
Bardzo powolnym krokiem udała się na miejsce i jeszcze raz spojrzala na zdjęcie brata. Uśmiechnęła się delikatnie przez łzy które spływały po policzkach.
- Niewielu z was wie, ale Hunter miał swoje za uszami. Kradł słodycze mi i bratu, niesłuchał gdy mu dawałam rady, robił rzeczy z chłopakami za moimi plecami, uwielbiał komentować rzeczy, ale jest coś w czym był najlepszy. Był najlepszym starszym bratem. Zawsze dbał o mnie, swoich siostrzeńców, swojego szwagra, matkę. Nigdy nie odmawiał spotkania gdy go potrzebowałam, zawsze był na telefon... no chyba że spał. - tutaj znów delikatnie się uśmiechnęła i złożyła rękę w pięść, jakby pokazując że to jest nie fair co go spotkało. - Nigdy o Tobie nie zapomnimy. - po tych słowach odeszła od mikrofonu i położyła dłoń na trumnie. To ich pożegnanie.
Ksiądz spojrzał po zebranych i odetchnął. - Za chwilę odmowimy modlitwę, lecz zanim to, jest jeszcze jedna osoba która chciała powiedzieć kilka słów. - Andrea spojrzała na Prudence jakby niemo mowiąc że to o niej. Nie wiedziała czy jest gotowa ale zaklepali również czas dla niej. Na kilka słów, tak aby mogła się pożegnać i pokazać co ona do niego czuła.

prudence lane
Arti
chyba nie ma takich ;)
32 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
172 cm
psychoterapeutka w swoim gabinecie oraz psycholog w Sistering
Awatar użytkownika
to nie tak miało być...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przemowa księdza faktycznie ją poruszyła. Była piękna, nie wiedząc ile w ogóle przy tym pomagała zapewne sama Andrea, niemniej ładnie wszystko opowiedział, skracając to, co związane było dotychczas z Hunterem. Znała go może i krótko, ale na tyle aby móc powiedzieć jedno - to jeden z tych ludzi, którzy pojawiają się niespodziewanie, ale potrafią namieszać w życiu. U niej w tym pozytywnym znaczeniu, nie rozumiejąc czemu los zgotował im tak krótką wspólną podróż i czemu w momencie, gdy mieli mieć jeszcze więcej szczęścia, skoro okazało się że jest w ciąży.
Wtedy pojawił się generał przy mikrofonie, również składając swój wyraz szacunku względem jednego z jego podopiecznych, nie spodziewając się że zostanie tak szybko odznaczony. Powędrowała spojrzeniem w kierunku mamy Huntera, która czekała na możliwość odebrania orderu - wiedząc jakie miała na ten temat zdanie. Miała je takie same - odznaczenie niczego nie zmienia, nie przywróci ukochanego syna, brata, wujka… chłopaka… może i kogoś więcej z czasem. Kto wie, czy nie staliby się pewnego dnia realną rodziną, z fajnym domkiem, na którym biegałoby ich dziecko wraz z Itchel, gdyby tylko oczywiście miała na to ochotę. Może przygarnęliby kotka bądź, nie wiem, jaszczurkę… może by postarali się o drugie dziecko. Na pewno mieliby wiele pomysłów na siebie i na ich wspólną przyszłość.
Lecz tak się nie stanie. Nie przekona się już nigdy jaka byłaby ta ich przyszłość. Pozostało jej tylko to, co miała obecnie. Wielką pustkę w sercu. Żal, rozpacz. Tragiczne przeżycie, z jakim nie spotkała się kiedykolwiek wcześniej. Zerknęła za swoje ramię, widząc swoją mamę - widząc ją faktycznie pogrążoną w smutku. Nie spodziewała się, bo wiedziała jakie miała zdanie o ich związku, a samego Matthewsa praktycznie nie znała, prócz tej jednej nieszczęsnej kolacji, na jakiej przesłuchiwała go jakby sama była dowódcą i potrzebowała niezbędnych informacji do dalszych działań. Szybko jednak uciekła spojrzeniem od kobiety, z jaką ostatnio nie zamieniła zbyt wielu sensownych zdań, kiedy to ona mocno próbowała dostać się do własnego dziecka, próbując zapewne ją pocieszyć na tyle, na ile to w ogóle było możliwe, patrząc na to jaki jest obecny stan kobiety.
Wtedy następnie podeszła Andrea, nie spodziewając się że zdecyduje się coś powiedzieć. Z drugiej strony pomyślała, iż pewnie poczuła się w obowiązku wypowiedzieć parę słów w imieniu całej rodziny. Podążyła za nią spojrzeniem, obserwując ją dokładnie. Chyba faktycznie zaraz będzie rodziła… Miała pokaźny brzuszek, z mniejszą gracją i prostotą się poruszała - to by prawdopodobnie znaczyło, że finalny dzień tuż tuż. Zaraz po tym przysłuchiwała się temu, co powiedziała, o dziwo delikatnie się uśmiechając w trakcie jej przemówienia. Pierwszy chyba raz uniosła kąciki ust ku górze od momentu, gdy dowiedziała się tej strasznej wiadomości. Po prostu wiedziała, że Andrea musiała mimo wszystko zachować spokój i nie denerwować się zbytnio - w tej sposób chciała ze swojej strony pokazać to samo, nawet jeśli chwilę wcześniej ryczała i nie mogła się opamiętać. Przeczyła samej sobie, ale to nie było dla niej kłopotem.
Kłopotem stał się moment, gdy ksiądz wspomniał o jeszcze jednej osobie, która chciałaby coś powiedzieć na temat Huntera - a Andy sugestywnie na nią patrzyła i wskazała ruchem głowy aby się nie krępowała i wystąpiła na środek bo to jest ten moment. Przełknęła ślinę, zdjęła okulary delikatnie zsuwając je po nosie, po czym przyjrzała się ciężarnej. — Jesteś pewna, że..? — lecz to tylko sprawiło, że kobieta zaczęła ją lekko szturchać, niejako zmuszając do tego, aby się nie wstydziła. Nie miała przecież czego - a to, że się spotykali nie było żadną tajemnicą przed kimkolwiek.
Podeszła nieśmiało na miejsce księdza, zatrzymując się przy mikrofonie, choć ciągle nie była pewna co do tego pomysłu. Wzięła głęboki wdech, zasuwając ponownie okulary i podnosząc finalnie twarzy wyżej, wcześniej nie chcąc pokazywać swoich napuchniętych oczu. Popatrzyła na wszystkich ludzi tu zgromadzonych, nie wiedząc co mogłaby powiedzieć. Nie była przygotowana na przemawianie. Nie była gotowa w ogóle na oficjalne pożegnanie…
— Hunter nie należał do wylewnych ludzi, więc pewnie niezbyt wiele osób wie jak się poznaliśmy. Byłam jego terapeutką po powrocie z frontu… pomagałam mu uporać się z demonami przeszłości, co początkowo szło bardzo topornie. Pierwsze spotkania siedział przez godzinę i patrzył gdziekolwiek byle nie na mnie, nie mówiąc choćby słowa. Dopiero później jakoś się to rozkręciło, chyba zrozumiał że milczeniem niczego nie ugra… Tak zaczęliśmy rozmawiać, poznawać się, zmieniać konwencję spotkań bo odkryliśmy z czasem że lepiej mu się rozmawia w neutralnym środowisku niż w ścianach mojego gabinetu. Jest… był przesympatycznym facetem, który jak się otworzył pokazał, iż mimo własnych problemów miał poukładane w głowie, przez co zrozumiałam że nasze rozmowy nie tylko poprawiają jego samopoczucie, ale i sprawiają że zaczęło mi na nim zależeć bardziej, niż powinno. Jakoś to poszło do przodu, jakoś się zbliżyliśmy do siebie, jakoś te uczucia pogłębiły się. Tak niespodziewanie, tak niezaplanowanie, tak… — słowa ugrzęzły jej w gardle, a ona sama - mimo usilnych prób przełknięcia śliny i powrotu do mówienia, nie była w stanie dodać czegoś więcej. Stała przy mikrofonie, zaczynała wpadać w panikę jeszcze dotkliwiej - zupełnie jakby dopiero teraz docierał do niej fakt że to koniec. Nie ma go. Nie będzie. Naprawdę się z nim żegna. Zaczęła znów płakać, chociaż próbowała stać wyprostowana, nie okazując tego, jak mocno emocje nią targają. Nie wiedziała też, czy to nie jest dobra okazja aby po portu wrócić na swoje wcześniejsze miejsce… niestety zarazem nie była w stanie się ruszyć. Znalazła się w sytuacji, w jakiej - ponownie - jeszcze nigdy się nie znalazła. Zabrakło jej języka w ustach, zabrakło jej odwagi na zrobienie choćby najmniejszego kroku. Po prostu stała i próbowała przetworzyć to wszystko i jednocześnie znaleźć odpowiedź na pytanie: jak ja sobie bez niego dam radę?

Gustav Hansen
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ratownik medyczny Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Przeżył kolejny pogrzeb i nie wie czy więcej wytrzyma...
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkishe/her
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Andrea była zgodna do tego, że Prudence powinna coś powiedzieć, ze względu na fakt że była kobietą która jako pierwsza dotarła do tego prawdziwego Huntera. Tego który sie uśmiechał i to nie z grzeczności a pełnym szczerym uśmiechem. Wyszedł do ludzi, robił nowe rzeczy i zaczął się zachowywać jak ten młody szczyl przed wojskiem. Dokonała czegoś niemożliwego!
Wszystkie oczy były zwrócone na Lane. Każdy uważnie słuchał, bo chyba każdy tak samo mocno tęsknił za obecnością wojskowego. Był naprawdę dobrym przyjacielem, bratem, partnerem, synem...
Chłopcy nie do końca rozumieli, czemu wujek nie wrócił, zadawali Andrei dużo pytań co wcale nie sprawiało że czuła się lepiej. Na całe szczęście Ethan przejął pałeczkę i usiadł z synami, by dać chwilę wytchnienia żonie. Przez kilka dni jedynym tematem był wujek i to co się odbędzie w najbliższych dniach - pożegnanie, pogrzeb, dalsze życie bez niego.
Audric stał na uboczu - nie za blisko rodziny. Chyba było mu głupio i nie wiedział nawet jak do nich podejść, co powiedzieć i jak się zachować. Stracił brata, ale od lat nie utrzymał z nim kontaktu - teraz dowiadywał się nowych rzeczy i szczerze? Chciał wiedzieć więcej, lecz teraz to on jedynie może zapytać innych.
Lecz nastała cisza i to tak przejmująca gdy Prudence sie zacięła. Widać, że panikowała co zauważyła Andrea, chcąc podejść lecz zanim przeszła te kilka kroków pojawił się Gus który położył dłoń na jej ramieniu i sam podszedł do terapeutki. Nie chciał jej wchodzić w paradę ale widział że potrzebuje pomocy, niejako ratunku, dlatego stanął przy mikrofonie, pozwalając kobiecie na chwilę wytchnienia. Mogła otrzeć łzy i nie być w centrum zainteresowania
- Jestem Gustav i pewno niewielu mnie tutaj zna, ale to nieważne. Najważniejszy jest dzisiaj Hunter, przyjaciel na którego zawsze można liczyć. Człowiek wielu talentów i jeszcze większej ilości żartów. Każdy z nas odczuwa jego brak na swój sposób, ja straciłem wiermego druha który był w najgorszym momencie mojego życia. - spojrzał kontrolnie na Prudence ktora powoli się uspokajała, co go podniosło na duchu. - Pchał się wszędzie tam gdzie nie trzeba i zawsze był pierwszy. Teraz też się tak stało, ale trzeba jasno powiedzieć - skubaniec się pośpieszył. - chciał troszkę ludzi odciążyć z bycia tak przybitymi. - Mam nadzieję, że teraz, gdziekolwiek jest, będzie miał trochę spokoju. - zakończył, spoglądając kontrolnie na Andree ktora pomogła wrócić Prudence na miejsce.
Teraz zaczęła się ta właściwa część, gdzie trumna Huntera została opuszczona a ludzie przychodzili składać kwiaty oraz kondolencje rodzinie.
Gustav pojawił się przy pani Matthews mówiąc jak bardzo jest mu przykro i że nie wie jak sie odpłaci za uratowanie brata - bo to dla niego Hunter się wrócił, dzięki niemu żyje.
- Myślałam, że Ci sie nie uda być. - powiedziała Andrea spokojniej, przytulając mężczyznę.
- Przełożyłem zmianę, praca nie ucieknie. Gustav Hansen. - przedstawił się Prudence, ją również obejmując. - Szkoda, że poznajemy się w takich okolicznościach. Hunter sporo mi o Tobie mówił. Miał nawet wpaść z Toba po powrocie. - aż żal serce ściska, że nie odwiedzą go już razem.

prudence lane
Arti
chyba nie ma takich ;)
32 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
172 cm
psychoterapeutka w swoim gabinecie oraz psycholog w Sistering
Awatar użytkownika
to nie tak miało być...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Im dłużej milczała, tym gorzej się czuła i jeszcze bardziej panikowała. Mimo iż miała okulary na oczach, czuła że wszyscy dostrzegli jaka stała przerażona - tym, że się tak wygłupiła i tym, że uświadomiła sobie brak istnienia Huntera w jej życiu i nie wie jak dojdzie do tego, żeby wychowała samodzielnie ich dziecko.
Nie wiedziała co zrobić, nie wiedziała jak się na nowo powinna odezwać, nie wiedziała gdzie pójść, jak w ogóle się ruszyć z miejsca, aby powrócić do tego obok Andrei. Przestraszyła się i zmurowało ją - zupełnie jakby zapuściła w sekundę korzenie i planowała zostać tu z Matthewsem już na zawsze. A może to nie byłoby takie wcale złe? Bo przecież życie bez niego nie miało większego sensu - więc i zostanie tutaj zostałoby w takiej kategorii bezsensowności, zostając razem w tej beznadziejności.
Wtedy też jakiś mężczyzna nagle się zerwał i podszedł do niej, do mikrofonu, ubiegając ruszającą z odsieczą prawie-szwagierką. O dziwo ruszyła się lekko na bok, gdy ten przejął całość na siebie i zaczynając mówić. Gustav. Nie kojarzyła go chyba. W sumie, jej obecne procesowanie i logiczne myślenie nie było na najwyższych obrotach, jak to bywa w zwyczaju, toteż równie dobrze mogła o nim już wcześniej słyszeć i nie miała tego świadomości w tej chwili.
Obserwowała mężczyznę, zupełnie jakby był jej pewną formą ratunku. Stał się bohaterem sytuacji, w jakiej się pojawiła, by ostatecznie przysłuchiwać się temu, co opowiadał teraz on. W tym czasie spuściła głowę w dół i zaczęła oddychać, chcąc opanować się, przynieść spokój, ukojenie dla rozbieganych myśli. Oczami błądziła po swoich butach oraz po ziemi, jakby szukała punktu zaczepienia na czymś, dzięki czemu mogłaby się opanować w pełni. Z racji braku takiej konkretnej rzeczy, ostatecznie skupiła się na niewielkiej klamrze swojego obuwia. Nawet pomogło, bo wyprostowała się na nowo, zerknęła kątem oka na Gusa, gdy ten kończył swą wypowiedź. Wtedy Andrea podeszła do niej, a ta postarała się o uśmiech. — To nie Ty powinnaś mi pomagać, tylko ja Tobie — jeszcze gorzej się poczuła, że zachowała się tak egoistycznie i nie była takim wsparciem dla ciężarnej, jakim ona była w tym momencie dla niej. Na koniec niemo podziękowała blondynowi, który postanowił pomóc, wkraczając do akcji i kontynuując zaczętą przemowę pożegnalną.
Dalsza część pogrzebu przebiegła nadzwyczaj prędko. Gdy zaczęto opuszczać trumnę, jeszcze bardziej łzy spływały po jej policzkach, gdzie na koniec każdy kto chciał sypnął garści ziemi zanim doszło do zasypywania, a do tego dorzuciła jedną, czerwoną różę. Zawsze jej dawał bukiet z takimi właśnie, uznała więc to za gest jaki powinna zrobić w ramach odwdzięczenia się za te wszystkie kwiatki, które jej sprezentował. Obiecał jej zresztą, że na urodziny da jej taki wielki, jakiego jeszcze nie widziała na oczy. Zamiast tego - na urodziny dostała najgorszy możliwy, jakiego nikt nigdy sobie nie zażyczył…
Przyszła część kondolencyjna, wtedy też przytuliła Hope i podziękowała jej za wszystko, co do tej pory miało między nimi miejsce i poinformowała, że nie chciałaby tracić z nimi kontaktu. Hope przyznała jej rację, a nawet odparła, iż nie wyobraża sobie braku obecności Prudence w ich życiu. Nawet nie wiedziała jak bardzo ją to poruszyło i ucieszyło, podziękowała więc za te słowa i przeszła dalej. Podobnie zachowała się z Ethanem, chłopcami, Andreą, chociaż z tą ostatnią już zapowiedziały sobie, że ta przyjaźń nie zaniknie. Nie wiedziała czy nawet tak wielka tragedia nie umocni ich jeszcze bardziej… Nie wiedziała jednak co zrobić z Audriciem, ostatecznie tylko przekazała mu kondolencje. Co miała więcej powiedzieć? Że żałuje, że nie postanowił wcześniej się opamiętać i odwiedzić rodziny? To nie miejsce i czas na takiego typu konwersacje.
Wtedy też zaczęli podchodzić inni - większości ludzi nie znała, nie miała takiej okazji. Podeszła też jej mama, która oczywiście na początek poszła do mamy Huntera i reszty, a na koniec do niej.
— Przykro mi, kochanie. Naprawdę mi przykro. Pamiętaj, że masz we mnie wsparcie i że zawsze znajdziesz u mnie dobre słowo. Albo kogoś do zwykłego pomilczenia, jeśli będziesz tego potrzebować — Prue jedynie się uśmiechnęła i podziękowała kiwnięciem głowy, znów jej odebrało mowę. Odchrząknęła jeszcze, jakoś dając radę wypowiedzieć dziękuję, po czym przytuliła rodzicielkę. Pierwszy raz od momentu tej pamiętnej kolacji.
Następnie podszedł Gustav, jak to się przedstawił w momencie mówienia. Andrea go znała, reszta zdawała się również go choćby kojarzyć. Stała jedynie z boku, dając im możliwość porozmawiania, a wtedy mężczyzna się do niej odezwał, przedstawiając pełnym imieniem i nazwiskiem, po czym została objęta. Przyjęła to po koleżeńsku, w trakcie czego trochę zaczęła analizować. Hansen. Kojarzyła to nazwisko. Wtedy jej wzrok na sekundę, automatycznie, powędrowało w kierunku żołnierza z jakim skojarzyła je. Evan. Podobni są. To chyba nie był przypadek. — Prudence Lane — przedstawiła się, żeby nie wyjść na niekulturalną. — Przepraszam, ale niestety nie mogę sobie skojarzyć, czy Hunter za to opowiadał mi o Tobie… — odparła, siląc się na dozę uśmiechu. — Dziękuję.., za tamto — dodała prędko, nie wiedząc czy będzie miała później możliwość wypowiedzenia podziękowania za ten czyn. Znów pewnie nie było tego widać, ale ponownie była wdzięczna względem kolejnej osoby. — Byliście bliskimi przyjaciółmi, prawda? — w końcu opowiadał o nim tak, jakby rzeczywiście przyjaźnili się dość mocno.


Gustav Hansen
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ratownik medyczny Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Przeżył kolejny pogrzeb i nie wie czy więcej wytrzyma...
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkishe/her
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przewróciła oczami na komenatrz Prudence. Wszyscy byli tutaj aby się wspierać i ona nie zamierzała zostawić jej samej. Mówi się że pogrzeby są dla żywych, nie zmarłych - aby mogli sobie pozwolić na odpowiednie pożegnanie.
Cała rodzina spokojnie stała i przyjmowała kondolencje które nadchodziły od różnych ludzi. Tych bliższych którzy mieli na co dzień do czynienia z Hunterem oraz dalszych którzy już kilka lat go nie widzieli. Każdy jednak był tutaj bo miał jakieś wspomnienia z nim związane. Lepsze, gorsze ale chcieli go uhonorować swoją obecnością.
Hope schowała medal do torebki, nawet nie spogladając na niego. Doskonale wiedziała, że dużo czasu minie zanim pojawi się gdziekolwiek w domu. Ten po mężu stanął w salonie obok zdjęć po prawie dziesięciu latach. Drugi narazie pozostanie w szafie, tam gdzie reszta pamiątek.
Logicznym było, że nikt nie zerwie kontaktu z Prudence, wszyscy zbyt bardzo ją pokochali aby dać jej odejść. Chłopcy uważali ją za pełnoprawną ciocię, także mowy nie ma, że nie dostanie zaproszenia na kolejnego grilla, tylko tym razem w ich domu!
- Nie przejmuj się, nie biorę tego do siebie. Może miał powód - na przykład fakt, że jeszcze kumpel chciałby ją poderwać, albo wywinąć jakiś numer. - Żaden problem. Widziałem, że potrzebujesz ratunku. - powiedział to oczywiście ciszej aby nikt więcej tego nie usłyszał. Wkroczył do akcji aby jedynie pomóc jej dojść do siebie. Nie oczekiwał podziękowań.
Pokiwał głową i uśmiechnął się delikatnie. - Poznaliśmy się kilka lat temu, choć tak naprawdę z Andreą miałem już przyjemność wcześniej. - co ciężarna skomentowała krótkim prychnięciem.
- Tak... Gus był moim one night stand w liceum. - powiedziała to tak by Ethan tego nie usłyszał - nie był on zazdrosny i miał totalnie wywalone, ale mimo wszystko nie powinno się rozmawiać o takich rzeczach nad grobem nieżyjącego brata.
Hansen odchrząknął i spojrzał jeszcze raz na wszystkie kwiaty. - Andy zadzwoniła do mnie bo znalazła Huntera zalanego w trupa i nie dało się go dobudzić. Nie wiedziała co robić a że jestem ratownikiem, podjechałem z kolegami to sprawdzić. Gdy juz udało nam sie go wybudzić, zaczęliśmy rozmawiać. Umówiliśmy się na piwo i jakoś tak poszło. - relacja która rozwinęła się tak naprawdę z niczego. - Trudno uwierzyć, że już go nie ma. - powiedział smutno spoglądając kolejny raz na kwiaty. Brakowało mu jego głosu i tego przekomarzania się na temat hokeja i nie tylko.
Po chwili pojawił się koło nich jego brat.
- Moje kondolencje. - powiedział do wszystkich i po kolei podał im rękę po czym sie oddalił, bojąc sie że nie jest tu mile widziany.
- Mój brat... dalej czuje się winny. - powiedział ciszej co uslyszała tylko Prudence i Andrea będąc stojącymi najbliżej Gusa.

prudence lane
Arti
chyba nie ma takich ;)
32 y/o
NATCHNIONA GĄSIECZNIKA
172 cm
psychoterapeutka w swoim gabinecie oraz psycholog w Sistering
Awatar użytkownika
to nie tak miało być...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może i nie brał tego do siebie oraz nie miał za złe tego, iż nie został chociaż raz wcześniej przewinięty w rozmowach Huntera z nią, niemniej jej się trochę głupio zrobiło - on się pochwalił znajomością, a za to Prudence nie znała praktycznie żadnych znajomych swojego partnera, choć w sumie może to też kwestia czasu iż nie mieli zbyt wiele czasu na to, żeby spotykać się ze znajomymi jednego bądź drugiego. Związkiem nie byli długo, a wcześniej traktowali się stricte na poziomie pacjent-terapeuta oraz po koleżeńsku, a w trakcie takich okoliczności raczej się nie spoufala człowiek w taki sposób.
Zapewne z czasem zrozumie, iż wiele jeszcze rzeczy nie dowiedziała się o Hunterze, może wiele rzeczy ją ominęło dzięki którym jeszcze mocniej by go pokochała…
Teraz jednak to nie miało znaczenia - takie gdybanie. To w niczym nie pomoże, a jedynie utrudni pogodzenie się z tą stratą.
— Niby nie problem, ale to wiele dla mnie znaczy. Naprawdę dziękuję — Andrea z pewnością by też jej pomogła po prostu po cichu odejść, niemniej Gustav sprawił iż nie odeszła spod mikrofonu z zażenowaniem, jakie ją ogarnęło. Dlatego była mu wdzięczna za to, czego się dopuścił. Nie musiał, a jednak się podjął względem totalnie obcej mu kobiety, o jakiej tylko słyszał parę faktów, jak to że jest partnerką przyjaciela. Powiedziała podziękowanie również ciszej, by nie przeszkadzać w momencie prowadzonych rozmów kondolencyjnych, bo mimo wszystko to nie oni tutaj byli ważniejszą częścią, a mama Huntera oraz jego siostra. No i brat, choć wciąż nie wiedziała czy powinna z nim jakkolwiek pogadać, skoro ten nie wykazywał się zbyt wielkim zaangażowaniem w cały proces pogrzebowy.
Wtedy wspomniał o poznaniu z Hunterem, w trakcie czego skupiła się na nim ostrożniej. Nie wiedziała nawet, czy miała okazję go kiedykolwiek spotkać na swojej drodze, skoro był związany z rodziną Matthews, niemniej to nie było istotne - szczególnie gdy dowiedziała się nietuzinkowej informacji związanej z nim oraz Andreą. Posłała delikatny uśmiech kobiecie na jej sprostowanie. — No proszę — odparła spokojnym tonem głosu, jakby już nie dotyczył ją problem z mówieniem, jakby się uspokoiła kompletnie. Tak niestety jednak nie było - a mimo iż słuchała obojga, to co jakiś czas zerkała w kierunku pochowanego Huntera, na czego widok serce raz po raz pękało jej na kolejne kawałeczki. Chyba nigdy nie uda jej się go posklejać, aby było jakkolwiek funkcjonalne.
Skrócenie tego, jak się poznali, kwitowała kiwaniem głowy aby dać znać, że jest skupiona na tym, o czym opowiada. — Ratownikiem? To chyba to by wyjaśniało skąd potrafił w łatwy sposób poradzić sobie z niektórymi ranami — co prawda, miał przeszkolenie z całą pewnością w tej kwestii, ale kto wie czy Gustav, jako ratownik, nie podał mu parę dodatkowych rozwiązań, które z pewnością ułatwiają bardziej cały proces - co na pewno było przydatne w boju. No właśnie - było… Szkoda, że nic nie pomogło na tą ostatnią akcję. — Tak.. mnie też ciężko w to nadal uwierzyć — przyznała bez zawahania, pociągając nosem i wycierając go delikatnie chusteczką jaką ciągle trzymała w jednej z dłoni - nie rozstawała się z nimi na krok od tych paru dni, pozbawiając się w domu całego zapasu jaki wcześniej posiadała. Po pogrzebie będzie musiała chyba najpierw zajechać do sklepu po kolejny ich zapas - zanim zdecyduje się całkowicie zakopać w domowym zaciszu, z dala od zgiełku i hałasu, z dala od tego wszystkiego, bo to przypominałoby jej Huntera.
Wtedy podszedł ten, o którym dopiero co myślała. O Evanie, pragnącym jako kolejnym złożyć kondolencje - które i ona otrzymała. Odwzajemniła uścisk dłoni, chcąc mu coś powiedzieć - wiedząc jak i jego ta strata dotknęła. Widząc pustkę i żal w oczach. Obawę przed tym, co mu ktoś powie. Niepewność, czy w ogóle jeszcze ktoś będzie mu dobrze życzył. Niemniej nie miała takiej możliwości, gdyż prędko uciekł. Patrzyła za nim, odprowadziła go spojrzeniem, gdy przystanął przy drzewie i się o niego oparł, chcąc ewidentnie pozostać samemu. Westchnęła ciężko na ten widok - samej po trochę chcąc być zwyczajnie sama. — Miałam właśnie pytać, czy jesteście spokrewnieni — odparła nagle, widząc po Gustavie iż nie bardzo rozumiał o co chodziło, pewnie nie wiedząc skąd mogłaby go znać. — Był razem z generałem i innymi chłopakami u mnie w domu przy przekazaniu informacji o Hunterze — sprostowała, żeby miał nakreślone okoliczności.
— U Nas też. Szkoda chłopaka, nie powinien zrzucać na siebie takiego ciężaru, bo to nie była jego wina — dodała Andrea, która również nie miała przecież żalu do młodego Hansena. O co miałaby? I po co? Nikomu nie przywróci życia fakt mszczenia się za coś, czego i tak nie zrobił. — Poprosił, żeby to on wyjaśnił co się stało. Jak opowiadał… widać było straszny ból, cierpiał… — dodała za moment Prudence, spoglądając obecnie na Gustava. Zdjęła okulary, chcąc na chwilę dać oczom ukojenie od ciągłego chowania ich przed słońcem za ciemnymi szkłami. — Jestem terapeutką. Nie wiem czy mogę ośmielić się do niego podejść, ale przekaż mu, że gdy będzie potrzebował porozmawiać, moje drzwi są dla niego otwarte — i nie, nie szukała pacjentów na siłę, po prostu… byli w tym razem, na swój sposób. Rozumieli się, nawet jeśli żal i poczucie pustki miało inny wymiar, to nadal dotyczyło tego samego człowieka. Po tych słowach, sięgnęła do torebki i przekazała mu wizytówkę ze swoim numerem telefonu. — Niech nie krępuje się zadzwonić, gdy poczuje potrzebę — wyjaśniła, wzdychając ciężko. — Andy, przepraszam, ale ostatnio nie myślę logicznie i nie jestem w pełni ogarnięta… czy jest zaplanowana jakaś stypa czy coś? — możliwe, że ten fakt równie dobrze mógł jej wypaść totalnie z głowy. Podpytała z nadzieją, iż niczego takiego nie będzie, a ona będzie mogła od razu wrócić do domu.


Gustav Hansen
patsy
grania, żeby tylko nabić posty; brak rozwoju rozgrywki, jeśli to nie zostało wcześniej ustalone; faktu wymuszania na drugim graczu w sumie czegokolwiek, przez co gra może okazać się głównie jednostronna
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ratownik medyczny Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Przeżył kolejny pogrzeb i nie wie czy więcej wytrzyma...
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkishe/her
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- To była nasza słodka tajemnica przed Hunterem. Nigdy sie nie dowiedział o tym - i już się nie dowie. Wtedy nie była to najważniejsza rzecz. Oni byli pijani, młodzi, gotowi do harców a potem Andrea poznała Ethana i się skończyło. Jednak kontakt pozostał, co skutkowało przyjaźnią panów.
- Kiedyś chciał się zszywać na żywca, dobrze że go nie posłuchałem, marudziłby jak nie wiem. - chociaż próg bólu to on miał wysoki, dzięki czemu niektóre kontuzje nie bolały tak mocno jak zazwyczaj.
Sama myśl o tym, że go nie zobaczą była ciężka a co dopiero rozważania przyszłości bez niego. I z kim on wyskoczy na szybkie piwo? Albo podreperuje samochód? Czas chyba rozszerzyć grono znajomych, co brzmiało dziwnie, bo nigdy nie zapomni Huntera i nikt nie zajmie jego miejsca...
- Zadzwonił do mnie tamtego dnia... zaraz po tym jak Hunter oberwał. Był roztrzęsiony, nie mógł sklecić zdania... teraz, teraz mało co mówi. - powiedział smutno spoglądając na młodego. Hunter był dla niego wzorem i idealnym majorem, który zawsze wiedział co robić. Nieraz rozmawiali o nim - to była dopiero druga misja Evana... dlatego nie ma co się dziwić, że tak to przeżywa.
- Przekażę. Jeszcze wyrazy współczucia. Będę się zbierał, bo zaczynam wieczorną zmianę, także przydałoby się przed tym wyspać. - powiedział i pożegnał się z każdą osobą z osobna po czym ruszył w kierunku brata.
- Na dzisiaj to tyle. Nie miałam kompletnie głowy. Zrobimy jakis obiad, jesteś zaproszona, ale jesli nie przyjdziesz nie ma problemu. - bo domyślała się, że Prudence potrzebuje czasu na przyzwyczajenie sie do nowej rzeczywistosci, a widok ich wszystkich na razie tego nie ułatwi. Gdy będzie gotowa na pewno się spotkają.
Ceremonia zakończyła się dosyć szybko - lecz Matthews zostali jeszcze aby powspominać jaki był Hunter i najzwyczajniej w świecie popłakać.

/ztx2
prudence lane
Arti
chyba nie ma takich ;)
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”