31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Mecenat kultury był jedną z najprostszych, a równocześnie najbardziej eleganckich form przysług politycznych. Raphael rozumiał to lepiej niż większość ludzi, którzy przez całe życie obracali się w pobliżu pieniędzy, ponieważ pieniądz sam w sobie był zawsze zbyt dosłowny. Pieniądz zostawiał ślad. Miał księgowość, przelewy, faktury, podpisy, daty, nazwiska i, co najgorsze, pamięć. Sztuka była pod tym względem znacznie bardziej wyrafinowana. Wielkie kolekcje, fundacje, darowizny, wypożyczenia, aukcje zamknięte dla publiczności, prywatne pokazy i instytucje muzealne posiadały historię sięgającą czasów, kiedy Ludwik XIV zamawiał kolejne portrety do królewskich zbiorów, a artyści dowiadywali się, że czasami większą wartość od samego talentu miała możliwość znalezienia się w odpowiednim pokoju, przed odpowiednim człowiekiem. Valencourtowie nie różnili się pod tym względem od innych rodzin, które przez pokolenia nauczyły się, że najskuteczniejsza władza była tą, której nie trzeba było nazywać władzą. Pakiet udziałów i praw kontrolnych w strukturze zarządzającej Musée Rodin pozwalał im posiadać faktyczny wpływ na kolekcje, wystawy, politykę wypożyczeń i prywatne transakcje. Nie musieli być właścicielami każdej rzeźby, aby decydować, która z nich pewnego dnia mogła opuścić magazyn, znaleźć się w katalogu, zostać pokazana właściwej osobie, a następnie zniknąć za drzwiami prywatnej rezydencji. Wystarczyło, że byli tymi, którzy mogli powiedzieć „tak” lub „nie”. A ludzie, którzy przez całe życie żyli w świecie, w którym większość drzwi otwierano przed nimi automatycznie, szczególnie dobrze rozumieli znaczenie człowieka stojącego przy klamce.
Senator od kilku lat próbował zdobyć jeden z obiektów Rodina dla siebie. Raphael pamiętał jego pierwszą prośbę. Pamiętał również sposób, w jaki została sformułowana: uprzejmie, przez pośrednika, z pozorną obojętnością człowieka, który nie chciał przyznać, że czegoś naprawdę pragnie. Ludzie bogaci mieli swoje osobliwe słabości. Jedną z nich była potrzeba udawania, że rzeczy, za które gotowi byli zapłacić miliony, wcale nie były dla nich ważne. Raphael zawsze uważał to za zabawne.
Parę lat wcześniej Jacobs próbował nabyć L'Éternelle Idole. Spotkał się z odmową. Nie dlatego, że dzieło było bezcenne. W świecie, w którym żyli Valencourtowie, słowo „bezcenne” było niemal zawsze określeniem dla ludzi, którzy nie znali właściwej ceny. Wszystko miało swoją wartość. Czasami była ona finansowa. Czasami polityczna. Czasami emocjonalna. Czasami zaś sprowadzała się do czegoś tak prostego jak możliwość powiedzenia innemu człowiekowi: Nie możesz tego mieć. W przypadku Wiecznego Idola chodziło o to ostatnie. Rzeźba miała nie tylko historię, lecz również powiązanie z jednym z dawnych francuskich patronów muzeum, człowiekiem, którego nazwisko wciąż funkcjonowało w genealogiach kilku rodzin finansowych, artystycznych i arystokratycznych. Była jednym z tych przedmiotów, których wartość rosła nie wraz z wiekiem marmuru, ale wraz z liczbą osób, które kiedyś przed nim stały. Jacobs chciał ją do swojej prywatnej rezydencji w Waszyngtonie. Zapewne po to, żeby postawić ją nad kominkiem, pomiędzy portretem żony a czymś, co miało wyglądać na przypadkowo pozostawiony katalog Sotheby’s. Raphael potrafił wyobrazić sobie ten obraz aż nazbyt dobrze. Senator wieczorem z kieliszkiem w dłoni, goście patrzący na Rodina, a on sam opowiadający historię rzeźby, którą „udało mu się zdobyć”. Nie powiedziałby oczywiście, ile razy próbował. Nie powiedziałby, że przez kilka lat prośby przechodziły przez kolejne osoby. Nie powiedziałby, że odmowa bolała go bardziej niż cena.
Czyją decyzję?
Raphael patrzył cały czas na Prowadzącą. Wiedział, że chciała usłyszeć odpowiedź, ponieważ profesjonalizm miał swoje granice, a człowiek mógł wykonywać polecenia bez zadawania pytań tylko do momentu, w którym cena przestawała być zrozumiała. Milion dwieście pięćdziesiąt tysięcy za dzieło, którego wartość rynkowa wynosiła wielokrotnie więcej, było właśnie takim momentem.
- Moją.
Nie było w tym nic więcej. Reprezentowała jego interesy. Była przedłużeniem jego ręki w tym aspekcie, a zatem miała mówić za niego wtedy, kiedy jego obecność mogłaby nadać transakcji zbyt wiele znaczenia. Senator miał zrozumieć, że Raphael nie sprzedawał mu rzeźby za siedem milionów. Sprzedawał ją za jeden. I właśnie ta różnica była całą istotą przedsięwzięcia. Pieniądze miały być jedynie pozorem, ponieważ gdyby chodziło o pieniądze, sprzedaż byłaby pozbawiona sensu. Valencourtowie mogli uzyskać siedem milionów gdzie indziej, bez wysiłku, bez spotkania, bez konieczności poświęcania uwagi człowiekowi, którego Raphael nie darzył szczególnym szacunkiem. Tutaj jednak chodziło o zobowiązanie. Nie zapisane w umowie, nie nazwane i nieprzypominające nawet przysługi. Najlepsze zobowiązania były właśnie takie. Człowiek musiał sam dopowiedzieć sobie, co jest winien.
- Senator Ryke Jacobs.
Nazwisko zabrzmiało w samochodzie prawie obojętnie. Raphael znał ten typ. Podstarzały, ale wciąż desperacko przywiązany do wizerunku człowieka młodszego, bardziej pożądanego, bardziej nietykalnego, niż był w rzeczywistości. Wokół takich ludzi zawsze pojawiały się młode kobiety, czasem z własnej woli, czasem dla pieniędzy, czasem dla dostępu, czasem dlatego, że w pewnym wieku człowiek przestawał rozróżniać pragnienie od prawa do posiadania. Raphael nie potrzebował znać szczegółów jego prywatnego życia, żeby wiedzieć, z jakiego materiału został zbudowany. Wystarczały mu obserwacje. Sposób, w jaki Jacobs patrzył. Sposób, w jaki wypowiadał nazwiska. Ta drobna pauza przed uśmiechem, kiedy pojawiała się młodsza kobieta. Wszystko było bardziej wymowne niż plotki.
Ale nawet Jacobs miał słabość bardziej interesującą od kobiet.
Chciał należeć. To właśnie było sednem. Nazwisko znajdujące się na podstawie rzeźby łączyło się genealogicznie z jedną z rodzin, które od pokoleń obracały się w kręgu finansowym, politycznym i artystycznym. Raphael wiedział, że dla senatora L'Éternelle Idole nie byłaby więc wyłącznie ozdobą. Byłaby paszportem. Dowodem, że został dopuszczony do świata, który przez całe życie obserwował zza szyby. Mógłby postawić ją w domu i opowiadać o niej gościom, ale prawdziwa wartość tkwiłaby gdzie indziej: w świadomości, że ktoś z Valencourtów uznał go za wystarczająco ważnego, aby mu ją sprzedać.
Raphael niemal współczuł ludziom, którzy potrzebowali takich przedmiotów, aby poczuć własną przynależność.
Niemal.
Czy rzeźba ma pełną dokumentację?
Uśmiechnął się, choć był to raczej grymas pełen sarkazmu niż rozbawienia. - Dokumentacja jest ostatnim, czym powinnaś się martwić.
Oparł głowę o zagłówek i ponownie spojrzał przez szybę. Paryż przesuwał się za nią w rozmytych plamach światła. Deszcz rozbijał neony na kawałki, czerwienie i biele ciągnęły się po mokrym asfalcie niczym świeże pociągnięcia pędzla. Raphael lubił miasto właśnie wtedy. Bez ludzi stawało się bardziej szczere.
Ona martwiła się swoją reputacją, lecz zapominała o jednym. Valencourtowie nie byli ludźmi, którzy potrzebowali taniego zarobku opartego na handlu fałszerkami. Po co mieliby to robić, skoro z łatwością mieli dostęp do oryginałów? Fałszerstwo było zajęciem dla ludzi, którzy musieli udawać, że posiadali władzę. Oni nie musieli. Posiadali wystarczająco dużo prawdziwych rzeczy, aby nie potrzebować podróbek.
Prowadząca przez chwilę milczała. Potem zadała pytanie, którego Raphael właściwie się spodziewał.
Co ma się wydarzyć po sprzedaży?
- Nic. - Jego spojrzenie śledziło mijane za oknem światła miasta. - Wrócisz do posiadłości.
Nic. Właśnie to słowo najbardziej mu odpowiadało. Nie spotkanie. Nie telefon. Nie przysługa. Nie rozmowa. Nic. Bo Raphael wiedział, że najskuteczniejszym sposobem związania człowieka nie było natychmiastowe zażądanie czegoś w zamian. Trzeba było pozwolić mu odejść z przekonaniem, że niczego nie był winien. Pozwolić, żeby sam zaczął zastanawiać się, dlaczego dzieło warte siedem milionów euro kosztowało go milion dwieście pięćdziesiąt tysięcy. Pozwolić, żeby policzył różnicę. Żeby któregoś wieczoru, siedząc w swoim domu w Waszyngtonie i patrząc na Rodina, zrozumiał, że nie dostał zniżki. Dostał miejsce przy stole.
A miejsca przy stole nigdy nie były darmowe.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Żadna z przekazanych Prowadzącej informacji nie wskazywała na to, że zlecenie Właściciela jakkolwiek różniło się od setek poprzednich, które realizowała. Lokalizacja nie miała znaczenia, sprzedawany przedmiot także - jedynie reprezentacja strony podczas zrywania bądź zawierania układu, którego warunki nigdy nie zostaną zapisane w stosie tożsamych dla handlu wysoką sztuką dokumentów. Nie sprzedawała Rodina, tylko wyobrażenie o tym, dlaczego akurat ten człowiek go dostał.
Senator. Przez jej twarz przemknęła ledwie sekundowa niechęć, na którą nie pozwalała sobie w środowiskach służbowych. Politycy od zawsze była grupą, której w pracy nie mogła uniknąć - a która nie należała do jej ulubionych. Nie sądziła, że Jacobs będzie jednorożcem na skalę dwóch kontynentów i odmieni jej istniejące doświadczenia.
Moja praca to symbol wysokiego standardu. Będziesz musiał to uszanować — odparła spokojnie. — Nawet gdybyś był wampirem - czego jeszcze nie wykluczyłam - i od ponad wieku osobiście nadzorował wszystkie transakcje, dokumentacja musi się zgadzać jeśli ja mam poprowadzić tę sprzedaż.
Nie istniało pole do negocjacji profesjonalizmu i nie miało nic wspólnego z podejrzeniem niezgodności. Sadie Glass wykonywała swoją pracę starannie. Z poszanowaniem dla sztuki wybranego zawodu. Z dokładnością, której brak zniszczył wiele karier. Częścią dzieła był ślad jego drogi, a Sadie nie zgadzała się na drogę na skróty - choćby żądał jej sam Gospodarz.
Dbałość o szczegóły była cechą rzadką w świecie pełnym miernoty i zawodowej nieuczciwości. Brzydziła się niekompetencją - to jasne, ale celowym pominięciem kluczowego etapu w ramach lenistwa bądź ignorancji jeszcze bardziej.
Poprawiła pozycję w fotelu dbając o to, by sukienka nie zagięła bardziej niż to nieuniknione. Praca w tym środowisku wymagała nienagannej prezencji, ale nienaganna przybierała inny kształt zależnie od sytuacji. Mogła podejrzewać, co okaże plusem we współpracy z Senatorem Jacobsem - ale nie mogła brać tych podejrzeń za pewnik.
Mogłaby zadać wiele więcej pytań, ale wiedziała wystarczająco, by być gotową do wyczucia mężczyzny po rozpoczęciu spotkania. Lub, jeśli dopisze jej szczęście - jeszcze przed, może w korytarzu prowadzącym do ubikacji bądź konsolowym stoliku z zastawą kawową. W tych miejscach transakcje otwierało się i zamykało szybciej, niż zdążyły pojawić w katalogu domu aukcyjnego.
W jej myślach krążyły jedynie znaki zapytania co do najważniejszej części transakcji. Tego szczególnego rozdziału, który otwiera się dopiero po przekazaniu umówionej sumy przez prawników. Właściciel musiał mieć co do tego oczekiwania, których nie werbalizował - nawet jeśli nie spodziewał się natychmiastowego efektu, spodziewał się czegoś.
Pytanie brzmiało: czy sprawdzał Prowadzącą, czy sprawdzał Jacobsa, czy sprawdzał oboje?
Jeśli go sprzedam — pokora zabraniała jej gwarantować, że zamknie specyficzną transakcję w jeden wieczór, bez wcześniejszej znajomości kupującego i o ograniczonym dostępie do informacji klienta — chciałabym nie wrócić do posiadłości. Potrzebuję kilku godzin czasu wolnego — powiedziała.
Nigdy nie obiecywała niemożliwego. Nigdy nie przechwalała się sukcesami i umiejętnościami. Gwarantowała tylko tyle, że sama zrobi wszystko po swojej stronie by dowieźć wynik - ale jako gracz o limitowanych danych nie mogła bezwzględnie zagwarantować rezultatu. Wciąż zresztą nie było dla niej jasne, czy przebywa w Paryżu w roli niewolnicy ograniczonej do ścian horrendalnie drogiej kamienicy - czy w roli zatrudnionej ekspertki której ufa się, że wróci do biurka po krótkiej przerwie.
Z jednej strony było dla niej oczywistym, iż Właściciel niechętnie spędzał z nią czas, zatem wypuszczenie jej z domu mogło być pozbyciem pewnego ciężaru. Z drugiej - nie ukrywał przed nią swoich silnie kontrolujących tendencji i nie zdziwiłaby się, gdyby chciał mieć swoją najnowszą zabawkę stale w polu widzenia. Na wszelki wypadek.
Nie planuję dezercji — rozbawienie błysnęło na delikatnej, dziewczęcej buzi. Od początku nie chodziło o ucieczkę - nawet z oddanego telefonu korzystała w sposób, który współgrał z historią narzuconą przez decyzyjnych mężczyzn. Wywiązywała się z obowiązku pracy zawsze nienagannie - czy było to Toronto, czy Paryż. Nie była tylko pewna, czy Właściciel posiadał wobec niej wystarczająco zaufania. — Tylko 27 Rue de Fleurus.
Najzwyklejszą kamienicę oświetloną słabym, żółtym promieniem ulicznej lampy. Bez ozdobnych płaskorzeźb, imponującej bramy, złotych plakietek na zabytkowych kolumnach.
Zabytek bez gablot i ekspozycji. Duszę artystycznego ekosystemu Gertrude Stein. Okna przez które wyglądał niegdyś Picasso i Matisse - zanim ich nazwiska kosztowały miliony. Ściany, które uchwycały sedno pasji i pracy Prowadzącej.
Moment, w którym to samo płótno, ta sama deska, ten sam zestaw farb i pędzli przestają być tylko przedmiotem, zaś nabywają wartość wynikającą z emocji i historii.
Pod numerem dwudziestym siódmym nie było czego oglądać, nie było czego robić. Ale Sadie nie wymagała, aby ktokolwiek podawał jej wartość na tacy.
Odnajdywała ją sama pod tym, co oczywiste.

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Gdy skrzywiła się, słysząc nazwisko Jacobsa, przez twarz Valencourta przemknął zupełnie inny grymas. Rozbawienia. Nie współczucia, nie ostrzeżenia, nie tego banalnego rodzaju troski, który ludzie zwykle podsuwali sobie pod słowami nie martw się albo nie przejmuj się. Raphael nigdy nie miał szczególnego sentymentu do podobnych zwrotów. Były zazwyczaj pustym gestem, sposobem na zaklejenie cudzej obawy czymś, co miało przypominać pocieszenie. Glass nie potrzebowała pocieszenia. Potrzebowała informacji. To było znacznie bardziej użyteczne.
- Jesteś dla niego za stara - zauważył krótko. Powiedział to tak, jakby stwierdzał oczywisty fakt dotyczący pogody. Nie spojrzał nawet na nią dłużej. Wiedział, że zrozumie. Jacobs należał do tego szczególnego gatunku mężczyzn, dla których młodość kobiety nie była cechą, lecz walutą. Nie interesowała go osoba, jeśli nie potrafił znaleźć w niej czegoś, co mógłby sobie przypisać. Glass przekroczyła granicę, którą Jacobs uznawał za interesującą. Dla Raphaela nie było w tym nic osobistego. Właśnie dlatego bawiło go to jeszcze bardziej.
Gdy upomniała się o wysokie standardy własnej pracy, niemal wywrócił oczami. Powstrzymał się jedynie dlatego, że program był w nim silniejszy, a normalne reakcje nie były w niego wpisane.
- Dokumentacja jest bez zarzutu. Nie tylko ty jesteś profesjonalistką - zaznaczył chłodno.
Valencourtowie nie robili tego od paru lat. Nie prowadzili mecenatu również od dekad. Robili to od wieków. Przez tak długi czas, że sztuka zdążyła zmienić właścicieli, monarchów, języki i definicje tego, co uchodziło za przyzwoitość. Zmieniali się artyści, zmieniały się państwa, zmieniały się granice, a mechanizm pozostawał zadziwiająco podobny: człowiek posiadający dzieło posiadał również możliwość opowiedzenia jego historii, a człowiek opowiadający historię mógł zdecydować, kto zostanie jej częścią. Raphael nie uważał tego za szczególnie moralne ani niemoralne. Moralność była kategorią przydatną przede wszystkim dla ludzi, którzy potrzebowali przekonać samych siebie, że ich decyzje posiadały jakieś wyższe uzasadnienie. On wolał fakty.
Jeśli go sprzedam, chciałabym nie wrócić do posiadłości. Potrzebuję kilku godzin czasu wolnego.
Raphael nie odpowiedział od razu. Słuchał.
Za szybą przesuwały się kolejne światła Paryża, rozmyte przez deszcz, i przez krótką chwilę miał wrażenie, że miasto zostało zanurzone pod powierzchnią wody. Samochody płynęły obok nich cicho, ludzie znikali pod parasolami, fasady kamienic odbijały się w mokrym asfalcie. Czas wolny. Interesujące określenie. Jak gdyby czas mógł kiedykolwiek przestać należeć do kogoś, kto pozostawał pod jego opieką. Wiedział, że godziny, które mogły być jej dane, i tak miały być nadzorowane przez Leifa. Glass musiała być tego świadoma. Nie było więc sensu udawać, że chodziło o całkowitą swobodę.
- Sprzedasz - odparł bez emocji. I tyle. Jacobs zamierzał przecież zaprzedać samego siebie, aby móc dostąpić podobnego zaszczytu. Nie miał to być więc problem.
Kilka minut później znaleźli się przed bocznym wejściem do muzeum. Raphael wysiadł pierwszy. Chłodne powietrze uderzyło go w twarz, a wiatr poruszył połami grafitowego płaszcza. Zatrzymał się jednak przed drzwiami i odwrócił ku Glass. Coś w jego oczach było nie tak. Tak samo jak wtedy, gdy wylatywali z Bahamów. Nie potrafiłby nazwać tego inaczej niż skupieniem, które przybierało formę czegoś niemal nieprzyjemnego. Postąpił krok w jej stronę. Znajdował się już tuż obok, kiedy płynnym ruchem sięgnął do jej rozpuszczonych włosów. Odgarnął je z ramion, odsłaniając połyskujące w leniwym świetle lampy kolczyki.
Nie pytał o pozwolenie. Odpiął obie łzy spokojnymi, zdecydowanymi ruchami. Nie brutalnie. Nie było w nim teraz gniewu. Była precyzja. Ten sam rodzaj precyzji, który towarzyszył mu przy podpisywaniu umów, wybieraniu dzieł do wystaw czy ustalaniu miejsca przy stole podczas kolacji, na której jedno krzesło potrafiło znaczyć więcej niż całe przemówienie. Glass miała wyglądać tak, jak zamierzał. Każdy szczegół musiał współgrać z pozostałymi. Nie potrzebował więcej ozdób. Przeciwnie. Potrzebował świeżości. Nietkniętej brutalnym światem perfekcji. Miała być jednocześnie dorosła i młoda — nie wiekiem, lecz wrażeniem. Kobieta wystarczająco pewna siebie, aby senator nie uznał jej za przypadkową dekorację, i wystarczająco niewinna w sposobie prezentowania się, aby nie poczuł, że ktoś przygotował ją specjalnie dla niego.
Jego spojrzenie tylko na moment przeniosło się na jej oczy. Potem cofnął dłoń. Nie czekał na reakcję. Senator wszak był już w środku. Został wprowadzony po zamknięciu muzeum. Bez turystów. Bez mediów. Bez przypadkowych spojrzeń, które mogłyby później stać się opowieścią. Raphael lubił muzea nocą. W dzień należały do publiczności. Po zamknięciu przypominały to, czym naprawdę były — ogromnymi skarbcami pełnymi przedmiotów, których wartość nie wynikała wyłącznie z materiału, lecz z tego, kto miał prawo je oglądać.
Szedł przodem, prowadząc Glass. Korytarze były całkowicie puste. Ich kroki odbijały się od posadzki, a światło lamp tworzyło na ścianach długie, nieruchome plamy. Valencourt nie oglądał się za siebie. Wiedział, że podąża za nim. Podobnie jak dwóch ochroniarzy.
Sala znajdowała się dalej, poza zwykłą trasą zwiedzających. Nie była częścią ekspozycji. Była zamkniętą komnatą, do której dostęp otrzymywali wyłącznie ludzie posiadający odpowiednie nazwisko, odpowiednie stanowisko albo odpowiednie zaproszenie. Wewnątrz znajdowały się rzeczy, których nie oglądało się przez przypadek. Oryginały. Najcenniejsze obiekty kolekcji.
Raphael wszedł pierwszy. Ryke Jacobs stał już przed L'Éternelle Idole, z dłońmi schowanymi w kieszeniach garnituru. Miał twarz, która przez lata musiała być bardzo skutecznym narzędziem. Wysokie czoło, ciemne włosy z charakterystycznym przedziałkiem, rysy jednocześnie eleganckie i niepokojąco miękkie, spojrzenie człowieka przyzwyczajonego do tego, że ludzie kończyli rozmowę sekundę przed tym, zanim on zdążył się nią znudzić. Był przystojny w sposób, który z wiekiem nie znikał całkowicie, lecz zmieniał charakter. Dawna atrakcyjność została przykryta doświadczeniem, a doświadczenie — pieniędzmi. Właściwie wyglądał dokładnie tak, jak powinien wyglądać senator, który przez trzydzieści lat nauczył się być poważny, a jednocześnie nigdy do końca nie wyrósł z potrzeby podobania się innym.
Stał przed Rodinem niemal nieruchomo. Zafascynowany. A kiedy jego spojrzenie przeniosło się na Raphaela, na twarzy pojawiły się równocześnie zmartwienie i ulga. Dziecko Wielkiego Planu znało ten wyraz. Strach przed nieznanym, w którym własne pragnienia w końcu wygrywały. Z a w s z e wygrywały.
Nie powitał go od razu. Stanął obok niego i skierował wzrok ku rzeźbie. Była perfekcyjna. Mały, prywatny marmurowy egzemplarz, około pół metra wysokości. L'Éternelle Idole, état préparatoire, collection Valencourt. Oficjalna historia była długa, uporządkowana i wystarczająco elegancka. Prywatna kolekcja amerykańskiej rodziny finansowej. Później europejska instytucja. Reorganizacja zbiorów. Następnie kontrola Valencourtów. Ale dla Raphaela liczyła się przede wszystkim sama kompozycja.Mężczyzna klęczący przed kobietą. Jego głowa przy jej ciele. Ona pozostawała wyprostowana, niemal chłodna. Było w tym coś z kultu, coś z poddania, a przede wszystkim coś z asymetrii władzy. Mężczyzna zdawał się oddawać kobiecie więcej, niż ona musiała mu oddać w zamian.
Sztuka bywała czasami nieznośnie szczera.
- Rodin nie wyrzeźbił kobiety - odezwał się w końcu. - Wyrzeźbił człowieka, który zrozumiał, że pewnych rzeczy nie można posiadać.
Dopiero wtedy spojrzał na Jacobsa. Dostrzegł moment, w którym senator próbował zrozumieć, czy słowa odnosiły się do rzeźby. Nie odnosiły się.
- Senatorze. - Wyciągnął rękę. Jacobs uścisnął ją po chwili. Jego dłoń była ciepła, uścisk mocny, choć nieco zbyt kontrolowany. Jak u człowieka, który przez całe życie nauczył się, że nawet zwykły gest mógł zostać odczytany jako deklaracja.
Raphael zrobił krok w tył, odsłaniając stojącą za nim Glass. Jego dłoń spoczęła na jej plecach. Delikatnie, acz znacząco. Wszak teraz to ona wchodziła na scenę jako główna postać kobieca tej nocy. - Przedstawiam dzisiejszą Pośredniczkę.
Bez nazwiska. Jacobs spojrzał na nią, potem na Raphaela. Valencourt pozwolił mu przez chwilę pozostawać w niewiedzy. Senator sądził zapewne, że wszystko w świecie elit opierało się na sekrecie. Nawet nazwiska ludzi, którzy nie mieli żadnego powodu, by je ukrywać. A młodszy z mężczyzn nie zamierzał wyprowadzać go z błędu. Nie dlatego, że było to konieczne. Po prostu uznał, że upokorzenie człowieka na jego własne życzenie bywało czasami znacznie bardziej eleganckie niż jakakolwiek groźba.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Krótki epizod zdziwienia na twarzy Prowadzącej mógł wskazywać na kobiecą urazę, jednak wkrótce wzbogacony o pierwiastek rozbawienia wskazywał na coś znacznie bardziej niebezpiecznego: ulgę. Nie potrzebowała zapewnień o swojej atrakcyjności, nie w kontekście starego oblecha, który miałby kleić do niej lepkimi od braku zgody łapskami.
Ostrożnie, Raphael — zaczęła niewinnie, a jej wzrok gładko ześlizgiwał się z sylwetki Właściciela ku szybie, przez którą wolała podziwiać skąpany w deszczu Paryż. — Jeszcze kilka dobrych wiadomości i zacznę podejrzewać cię o bijące serce — to całkiem zdyskredytowałoby jej hipotezę o wysysającym krew z dziewic wampirze, zatem było niedopuszczalne. Ten jego obraz, jakkolwiek fantastyczny, współgrał z sytuacją Sadie wystarczająco by dawać pewien poziom ukojenia. Łatwo było założyć, że Właściciel jest bezduszny i boi czosnku - wówczas można było wszelkie braki jego charakteru (a tych miała już w głowie całą listę) zwalić na coś, co nie było jego winą. Ktoś go takim uczynił. Ktoś odebrał mu człowieczeństwo. Kiedyś, pod lodowatą skorupą martwego za życia, krył się chłopiec zdolny do czucia i współczucia.
Nie zdawała sobie tylko sprawy jak bardzo jej rozrywkowe skojarzenia wywiadu z wampirem reprezentowały faktyczną biografię mężczyzny.
Doskonale — skinęła. — Następnym razem zacznij od tego, zamiast tracić czas na sugerowanie, że nie muszę wykonywać swojej pracy starannie — w tej konfiguracji nie był jej przełożonym. Był klientem, który korzystał z jej usług i który powinien był udzielić jej potrzebnego potwierdzenia sprawnie i oszczędnie - zamiast pozwalać sobie na rekreacyjne dywagacje o tym, czy powinna czy nie powinna martwić się dokumentami i co to dla niej oznaczało. Nie podważała jego kompetencji w byciu dupkiem sprzedającym. Wyznaczała zaś granicę odpowiedzialności między nimi.
Deklarację sprzedaży pozostawiła bez komentarza. Oboje zaznaczyli swoje oczekiwania i granice - za resztę odpowiadał wyłącznie Senator Jacobs.
Smukłe palce zamknęła wokół rączki parasola; była jednocześnie dziewczyną romantyzującą moknięcie w deszczu i deszczem wzgardzającą z pasją całego małego ciała, gdy stawał na drodze jej obowiązków. Ostatnim, czego potrzebowała w tej chwili, była walka z wilgocią w powietrzu i puszącymi włosami, które serwowałyby wszystkim wokół jasny komunikat.
I nie ten, na którym jej zależało.
Z pewną frustracją zatem przystanęła zatrzymana przez Właściciela, który zdecydował o doborze akcesoriów z wprawą, której brakowało wielu kobietom. Nie miała nic przeciwko gestowi - nie odpowiadał jej czas i miejsce, w którym nalegał na wprowadzenie poprawek. To samo można było zrobić metr dalej w korytarzu, lub dwadzieścia minut wcześniej w posiadłości. Nie protestowała jednak inaczej, niż czujnym spojrzeniem, które badało każdy jego ruch jako potencjalnie wrogi. Nigdy nie znała do końca jego intencji i nigdy nie mogła beztrosko wierzyć, że kolczyki były tylko kolczykami.
Nic nie było tylko tym, czym miało być. Nie dla Właściciela.
Kiedy mężczyźni podziwiali Wiecznego Idola, Sadie podziwiała mężczyzn. Było to najlepszym obrazem samokontroli, jaki mógł dostać Właściciel. Sala wypełniona sztuką niedostępną dla przeciętnych oczu była dla Sadie dokładnie tym, czym myślał: dla dziecka sklepem z zabawkami po zamknięciu; dla narkomana apteką pozostawioną bez kontroli kogokolwiek. Każdy milimetr, każda powierzchnia sali miała wobec Sadie moc niemożliwego do powstrzymania magnetycznego przyciągania. Wszystko w niej kusiło. Było rogiem obfitości, spełnieniem marzeń, r a j e m.
A jednak. Ani drgnęła. Nie pozwoliła sobie wybiec spojrzeniem ani o kilka centymetrów w lewo, ani w prawo. Nie pozwoliła barkom i ramionom obrócić choćby o kilka stopni. Jej obcasy pozostawały dokładnie w tym miejscu, w którym przystanęła poprowadzona do wyznaczonego miejsca. Pozbawiała samą siebie szansy na konsumowanie artystycznego przepychu, który oferowała krypta pełna skarbów.
Była w pracy. A w pracy podziwianą sztuką miał być pionek czekający na ogranie. Nie miała prawa dać się rozproszyć - nikomu i niczemu.
Dopiero wywołana do tablicy przywołała profesjonalny, wymierzony w swej delikatności uśmiech i zrobiła krok naprzód, by podać dłoń obcemu mężczyźnie. Jej uścisk był dokładnie taki, jaki miał być: wystarczająco konkretny by wskazywać na pewność i kompetencję, a jednocześnie wystarczająco lekki, by wciąż kapitalizować na obrazie dziewczęcej łagodności. W transakcjach z podstarzałymi impotentami bywało to nawet ważniejsze, niż przedmioty licytacji.
Fantazja. Fantazja o niewinności, która nocą przeistaczała w najbardziej kuszący z grzechów. A w słowach znanego wieszcza polskiej liryki, Filipa Szcześniaka: chodziło o to, aby dziewczę podobało się jednocześnie salonom i ulicom.
Senatorze — powitała go z promiennością młodości i spokojem doświadczenia. Nie zaczynała od przegadywania kogokolwiek. Nie zaczynała od kalkulacji.
Zaczynała od uczucia.
Ona miała wyczuć Jacobsa. On miał poczuć ją.
Właściciel potrafił zmuszać człowieka do wykonania ruchu. Sadie potrafiła sprawić, że człowiek chciał wykonać go w jej stronę. Na tym opierała się w pierwszych sekundach pierwszego aktu, gdy niespiesznie studiowała reakcje swojego oponenta.
Co mogę zrobić, aby ten dzień stał się dla pana lepszym? — ignorowała rzeźbę, którą pochłaniał wzrokiem w najbardziej ordynarny ze sposobów. Ignorowała wiedzę, że właśnie tę miała mu sprzedać.
Pozwoliła, by przestrzeń wypełniła jej nienachalna ciekawość. I pierwsze nuty jej kontroli nad dynamiką pomieszczenia: ona służyła jemu; ona spełniała jego marzenia.
Nie na odwrót. Nigdy na odwrót.

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Gdy spojrzenie Jacobsa osiadło na Glass, Raphael pozwolił, aby ta rzeczywistość wycofała jego osobę. Nie musiał już być dla senatora człowiekiem, z którym należało prowadzić rozmowę, dziedzicem nazwiska, którego nie wypowiadało się lekkomyślnie, ani gospodarzem miejsca, do którego Jacobs został wpuszczony po godzinach, gdy ciężkie drzwi muzeum zamknięto przed światem. Wystarczyło, że przez kilka sekund był dla niego przeszkodą. Potem przeszkoda zniknęła. Senator zajmował się już nie Valencourtem, lecz kobietą, która miała sprzedać mu dzieło, o jakim marzył od lat. Raphael znał ten mechanizm aż nazbyt dobrze. Mężczyźni jego pokroju potrafili być niemal śmiesznie przewidywalni, gdy pojawiało się przed nimi coś, czego pragnęli. W takich chwilach ich intelekt nie znikał; przeciwnie, pracował jeszcze intensywniej, lecz przestawał być narzędziem kontroli i stawał się narzędziem usprawiedliwiania pożądania. Jacobs już prawdopodobnie układał w głowie zdania, którymi później opowie żonie o transakcji. Może nawet sam uwierzy, że to on kontrolował sytuację.
Raphael zrobił krok w tył. Potem kolejny. Glass nawet nie musiała na niego patrzeć. Wiedziała, co oznaczało jego milczenie. Wiedziała również, że od tej chwili była sama — przynajmniej pozornie. Jego wyjście nie zostało zauważone. Ciemność pochłonęła jego smukłą sylwetkę, kiedy odwrócił się i przeszedł pomiędzy ciężkimi drzwiami prowadzącymi do bocznego korytarza. Nie wrócił jednak do głównego wyjścia. Nie miał po co. Zrobiłby to człowiek, który rzeczywiście opuszczał muzeum. Valencourt natomiast miał jeszcze coś do załatwienia.
Przeszedł w drugą stronę budynku. Znał Musée Rodin inaczej niż większość ludzi. Dla turystów było miejscem ciszy, marmuru i światła, eleganckim labiryntem sal, w których można było przez godzinę lub dwie udawać, że sztuka posiada zdolność oczyszczania człowieka z jego własnych wad. Raphael znał także drugi budynek. Ten, którego nie pokazywano. Korytarze techniczne, pomieszczenia magazynowe, schody, zamknięte przejścia, stare drzwi, których nie było na żadnej mapie przeznaczonej dla zwiedzających.
Na samym końcu wąskiego korytarza znajdowały się małe drzwi. Dawne wejście dla służby. Wyjął z kieszeni niewielki kluczyk przypięty do paska. Wsunął go w zamek, a mechanizm ustąpił bez najmniejszego oporu. To również było coś, co Raphael lubił w starych budynkach. Ich pamięć. Nowoczesne zamki wymagały kodów, kart, odcisków palców, elektronicznych potwierdzeń. Stare drzwi potrzebowały tylko odpowiedniego klucza. Człowiek musiał jedynie wiedzieć, gdzie go znaleźć.
Wąska klatka schodowa otworzyła się przed nim. Gładki kamień układał się spiralnie w dół, a jego kroki odbijały się głuchym echem od ścian. Poruszał się niemal bezszelestnie, ale wcale nie próbował ukrywać swojej obecności. Nie miał przed kim. Jeśli ktoś znajdował się tutaj tej nocy, powinien już wiedzieć, że Raphael nadchodził.
Szedł dalej. Każdy zakręt znał. Każdy wystający fragment kamienia. Każde miejsce, w którym trzeba było pochylić głowę. Nie potrzebował światła, aby zapamiętać drogę. Przez moment jedynym źródłem iluminacji pozostawało blade światło awaryjnych lamp, które pojawiało się w regularnych odstępach, a potem znikało za jego plecami. Płaszcz przesuwał się za nim ciężko, a dłonie pozostawały schowane w kieszeniach spodni. Czarny golf i grafitowa wełna wyglądały tutaj niemal absurdalnie elegancko. Jakby człowiek, który właśnie zszedł z zamkniętej sali pełnej dzieł sztuki, wkroczył do miejsca, w którym elegancja nie miała żadnego znaczenia.
Tunel kończył się nagle. Przeszedł w otwarte piwnice, gdzie znajdowały się skrzynie z podpisanymi eksponatami. Były ich setki. Drewniane, metalowe, stare i nowe. Jedne opatrzone numerami inwentarzowymi, inne nazwiskami konserwatorów, jeszcze inne krótkimi oznaczeniami, których znaczenie rozumieli wyłącznie ludzie pracujący przy kolekcji. Raphael nie zatrzymał się jednak przy żadnej. Takich pomieszczeń było tutaj dziesiątki. Niektóre służyły przechowywaniu dzieł. Inne były pozostałością po dawnych przebudowach. Jeszcze inne miały zastosowanie, którego oficjalna dokumentacja dawno już nie pamiętała.
W końcu znalazł się w jednej z piwnicznych komnat. Pomieszczenie miało kiedyś funkcję przemytową. Stare plany budynku określały je znacznie bardziej neutralnym terminem, ale Raphael znał prawdziwą historię. Przez dziesięciolecia tędy przechodziły przedmioty, których nie powinno być w dokumentacji. Obrazy, rzeźby, kosztowności, dokumenty. Czasami ludzie. Teraz pozostała po tym tylko architektura.
Niewielka studzienka wychodziła wysoko ponad jego głową. Z góry wpadało przez nią blade światło latarni, tworząc na kamiennej posadzce nierówny prostokąt. Ktoś stojący na głównym planie muzeum mógł przejść kilka metrów od tego miejsca i nigdy nie dowiedzieć się, że pod jego stopami znajdowała się przestrzeń, której istnienia nie podejrzewał.
Raphael zatrzymał się. Nie musiał czekać długo, aby spomiędzy spiętrzonych skrzyń wyłoniła się sylwetka. Rysy pozostawały ukryte w mroku, jednak Valencourt nie odczuwał zaskoczenia. Ani strachu. Człowiek przed nim nie był czymś, czego należało się bać. Był konsekwencją decyzji, a konsekwencje nie przerażały go nigdy. Stał więc spokojnie, z dłońmi schowanymi w kieszeniach perfekcyjnie skrojonych spodni. Jedynie podbródek uniósł nieznacznie, gdy przyjrzał się postaci.
Przez chwilę żaden z nich się nie odezwał. Raphael pozwolił ciszy zgęstnieć.
- Tu as ce que tu avais promis?
Sylwetka poruszyła się nieznacznie. Raphael nie drgnął. Wiedział już, jaka była odpowiedź. Nie przyszedł tutaj po niespodzianki. Przyszedł po coś, co miało znaleźć się w jego rękach, zanim noc się skończy. A jeśli czegoś nauczyło go życie w świecie Valencourtów, to tego, że najważniejsze transakcje zaczynały się dopiero wtedy, gdy kończyły się te, o których wiedzieli inni.
ryke jacobs
Ryke Jacobs w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat osiągnął tyle, ile większość osób nie osiągnęła nawet gromadząc doświadczenia przodków. Jako chłopak z małej miejscowości w Teksasie nie miał wielu perspektyw, a jednak historia jego życia potoczyła się dokładnie odwrotnie, niż sugerowało jego pochodzenie. W młodym wieku dorobił się na przemyśle metalurgicznym i giełdzie, najpierw dzięki bezczelnej pewności siebie, później dzięki umiejętności rozpoznawania ludzi, którzy byli jeszcze bardziej chciwi od niego. Z czasem nauczył się, że kapitał nie był wyłącznie liczbą na rachunku. Był możliwością wejścia do pomieszczeń, do których nie zapraszano przeciętnych ludzi. Był nazwiskiem na liście gości, telefonem odbieranym o trzeciej nad ranem, miejscem przy stole, przy którym nikt nie pytał, skąd właściwie się przyszło.
Jego liczne romanse zapełniały niejeden tabloid, aż w końcu został ochrzczony mianem szczęśliwie ustatkowanego z młodszą o dwadzieścia siedem lat modelką światowej sławy. Sam uważał to za określenie wyjątkowo zabawne. Szczęśliwie ustatkowany. Jakby człowiek po sześćdziesiątce mógł jeszcze zostać gdzieś ustatkowany, jakby istniał jakiś port, do którego wpływało się po latach sztormu i nagle wszystkie wcześniejsze decyzje przestawały mieć znaczenie.
A jednak Jacobs nie zamierzał się starzeć. Nie w swojej głowie. Nie w sposobie, w jaki postrzegał siebie. Dlatego nadal farbował siwiznę. Czerń włosów kontrastowała z pomarszczoną twarzą w sposób, który dla niektórych mógł być kuriozalny, lecz dla niego samego stanowił dowód dyscypliny. Gładko zaczesane włosy, wysokie czoło, ostre rysy i spojrzenie, które niegdyś musiało być bardziej miękkie, nadawały mu pozory elegancji człowieka, którego wiek można było przez chwilę pomylić z doświadczeniem. Jacobs nie widział w tym próby oszustwa. Widział w tym walkę. Nie zamierzał pozwolić, żeby sześćdziesiąt siedem lat stało się jego definicją.
A potem pojawił się Raphael Valencourt. To było coś innego. Powiązanie z kimś w wieku, pozycji i statusie Raphaela niemiłosiernie łechtało jego wybujałe ego. Jacobs znał wiele nazwisk. Znał ludzi, których nazwiska otwierały banki, pałace i drzwi gabinetów. Valencourt należał jednak do innej kategorii. Był młody, lecz nie sprawiał wrażenia młodego. Bogaty, lecz nie zachowywał się jak ktoś, kto potrzebował bogactwa do potwierdzenia własnej wartości. Miał w sobie coś, czego Jacobs nie potrafił do końca nazwać, a rzeczy nienazwane zawsze działały na niego szczególnie silnie. Ich ostatnie spotkanie w prywatnym klubie w Nowym Jorku było zresztą niezwykle owocne. Opływało w piękne dziewczęta, alkohol i inne używki, których obecności Jacobs nie komentował, choć doskonale rozumiał, że podobne miejsca rzadko funkcjonowały bez dodatkowych atrakcji. Nie był przecież grzecznym chłopcem. Nie dorobił się fortuny, zachowując się jak człowiek, który przez całe życie przestrzegał zasad. W jego świecie zasady były przede wszystkim dla tych, którzy nie mieli wystarczająco dużo pieniędzy, żeby negocjować wyjątki.
Teraz jednak stał przed L'Éternelle Idole i po raz pierwszy od dawna czuł coś, czego nie potrafił kupić. Pragnienie. Nie zwykłe pragnienie posiadania przedmiotu. Chciał, aby ta rzeźba stała w jego domu. Chciał, żeby jego goście pytali o nią. Chciał móc powiedzieć, że należy do niego. I przede wszystkim chciał zapomnieć, że przez lata ktoś mu jej odmawiał.
Przeniósł wzrok z marmuru na kobietę stojącą przed nim. Pośredniczka. Nie znał jej nazwiska. I właśnie to było interesujące. Była spokojna. Nie próbowała go uwodzić w sposób oczywisty. Nie robiła niczego, co sugerowałoby desperację. Stała wystarczająco blisko, by rozmowa była naturalna, lecz nie na tyle blisko, by Jacobs mógł uznać ją za kogoś, kto został mu przedstawiony wyłącznie dla jego przyjemności.
Jej pytanie wyrwało go z zamyślenia.
Jacobs uśmiechnął się szerzej, niemal chłopięco, choć zmarszczki wokół oczu zdradzały jego wiek szybciej niż czerń włosów. Przez chwilę w ogóle nie patrzył na rzeźbę. Jego wzrok przesunął się po twarzy Pośredniczki, zatrzymał na jej ustach, potem zsunął się niżej, jakby dopiero po chwili przypomniał sobie o dobrych manierach. Nie wyglądało to na szczególnie wyrafinowane zainteresowanie. Raczej na zachwyt człowieka, który właśnie dostał do ręki coś, czego bardzo długo chciał, i nagle odkrył, że obok tego czegoś stało jeszcze coś równie przyjemnego dla oka.
- Och, moja droga - odpowiedział w końcu, ciepłym, lekko zachrypniętym głosem. - Jeśli naprawdę chcesz sprawić, żebym miał lepszy dzień, to chyba już zrobiłaś połowę roboty.
Zaśmiał się pod nosem. - Przyprowadziłaś mnie tutaj, pokazałaś mi Rodina, którego chciałem od lat, a potem jeszcze sama stajesz przede mną i pytasz, czego mi potrzeba. - Przechylił lekko głowę, przyglądając jej się z rozbawieniem. - To niebezpieczne pytanie.
Jego spojrzenie powędrowało z powrotem ku rzeźbie. Przez kilka sekund podziwiał marmur, po czym znów zerknął na kobietę. - Ale skoro już pani pyta... - zawiesił głos. - Może po prostu zostań przy mnie przez chwilę.
Uśmiechnął się.
- Chciałbym nacieszyć się jednym i drugim.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

1 okrążenie

Spotkanie mogło przypominać rozmowę tylko Senatorowi. Sadie nie rozmawiała. Sadie katalogowała dane. Wiek, wygląd, akcent, potencjalne przynależności do opcji politycznych, wybory językowe, niekonsekwencję zwrotów, motywację dla kupna i próbę przekroczenia granicy stylizowaną na komplement. Obrotny - nie tracił nawet minuty na udawanie, że Rodin smakowałby tak samo sprzedawany przez mężczyznę w jego wieku.
Nie dawała tego po sobie poznać; jej zawód wymagał nie tyle talentu aktorskiego, co zdolności do odseparowania siebie i swoich opinii od celów sprzedażowych. Nie mogła być Sadie Glass zniesmaczoną podbojami dziadka. Musiała być pośredniczką. Musiała grać w grę, w której wszyscy wiedzieli, iż reprezentowała sprzedającego - a zarazem wszyscy mogli uwierzyć, że działała na korzyść kupującego.
Dlatego uśmiechnęła się szerzej, odrobinę nieśmiało - jakby drobne speszenie uwagą wpływowego mężczyzny sygnalizowało, że odrzucenie jego zalotów nie przemknęło przez jej myśli nawet na sekundę. Absolutnie nie. Nigdy. Marzyła o spoconym, starym cielsku na własnym.
Tylko tak się akurat pechowo i fatalnie składało, że nie mogli. A tę prawdę musiała wyłożyć mu metodą kanapkową, jak na dyplomatkę przystało.
Zostańmy przy moja droga i Panie Senatorze — z gracją uporządkowała ich rozbieżne style, wytyczając pierwszą z granic. On mógł być bliżej niej, niż ona mogła być jego. Na tej prawdzie stał świat, jaki znali. Mężczyźni nigdy nie szanowali odmowy kobiety - kobieta nie miała prawa nie chcieć ich względów. Mężczyźni szanowali zaznaczone terytorium innych mężczyzn. Wycofywali się dopiero wtedy, kiedy feromony innego samca i strach przed konsekwencjami pojawiały na horyzoncie. Na szczęście Sadie Glass nie bywała tak brutalna. — Mam wrażenie, że moglibyśmy rozmawiać o niej godzinami — podeszła o krok bliżej i wskazała na rzeźbę delikatnym skinieniem. Budowała zaufanie.
Jestem honorowym gościem L’Oiseau Blanc. Tego wieczoru serwowane będą wybitne przegrzebki. Jeśli przy butelce wina czułabyś się bardziej komfortowo opowiadając o sztuce, byłbym zobowiązany zaprosić cię na kolację, moja droga.
Złapał przynętę. Coś ich łączyło; mieli coś wspólnego. I przede wszystkim: był w jej oczach inny, niż wszyscy mężczyźni. Dostrzegała w nim potencjał. Mógł ją zaciekawić. Mogła chcieć przejść na stopę prywatną. A przynajmniej taką historię sprzedawała mu gratis przed Idolem. Tego podziwiała z równą fascynacją. Takie narracje wykorzystywało się z największym sukcesem - opierały na uczciwych i naturalnych predyspozycjach negocjującej strony. Nie były w całości kłamstwem ani rolą, więc pozostawały wystarczająco rzeczywiste podczas bycia wystarczająco nierzeczywistymi. — Niebezpieczne odpowiedzi to nieodłączny element pracy tak z wybitnymi ludźmi, jak i dziełami — nie spojrzała w jego stronę. Jeszcze nie zasłużył. — Nie da się jednak ukryć, iż przyjechałam tutaj z innym mężczyzną. Kultura nakazuje, abym opuściła muzeum w jego towarzystwie. Dama nie śmie kwestionować zasad dobrego wychowania — dopiero teraz obróciła się delikatnie, by spojrzeć na jego profil. Nie odmawiała dlatego, że nie chciała spędzić z nim nocy wieczoru. Odmawiała, ponieważ patriarchalny ucisk kobiet nakazywał jej pozostanie wizualnie czystą. Polegała na reputacji, którą splamiłoby zaczynanie wieczoru z jednym, a kończenie z drugim.
Facet w tym wieku i o tym pochodzeniu rozumiał to doskonale, choć z zauważalnym rozczarowaniem.
Spoiler
kostki
rzut: 3
opcje:
1. Wycofuje się odrobinę i wraca do Rodina. Przyznaje, że może się zagalopował, po czym zaczyna mówić o tym, dlaczego tak długo chciał tę rzeźbę.
2. Kontynuuje flirt, ale elegancko: sugeruje, że Sadie jest znacznie ciekawszym elementem wieczoru, niż się spodziewał, i pyta ją, czy zawsze jest tak dobra w sprawianiu, że mężczyźni robią dokładnie to, czego chce.
3. Robi krok dalej, ale nadal w granicach realizmu: pyta, czy skoro ma zostać przy nim, może liczyć na jej towarzystwo również po zakończeniu transakcji. Nie proponuje niczego wprost — zostawia jej możliwość zinterpretowania tego jako niewinnego zaproszenia.

2 okrążenie

Nadszedł moment, w którym Sadie winna przejąć kontrolę nad rozmową w roli Pośredniczki. Każda dobra sprzedaż zaczynała się od ustalenia motywacji kupującego. Jacobs wyznał już, że pragnął Rodina od lat, ale to nie wystarczało.
Dlaczego akurat ta wersja? — zawsze zaczynała od sztuki. Sztuka zawsze prowadziła dalej. Metoda nie zawodziła nigdy. Nie w połączeniu ze strategicznym odwróceniem uwagi. — Marmurowa nigdy nie była moją ulubioną. Za to brąz… Brąz emanuje ciepłem. Znacznie bardziej spójnym z moją interpretacją figury.
Pierwszy raz zobaczyłem ją kilka lat temu. Dokładnie tę — zanurzał się w nostalgii, a Sadie mu nie przeszkadzała. Im głębiej wędrował sam, tym mniejsze fale musiała wywołać, by domknąć transakcję. — Przywodzi na myśl coś niedostępnego — powiódł spojrzeniem po sylwetce pośredniczki, która delikatnie, acz stanowczo, wykluczyła możliwość zobaczenia jej bez ubrania. Obojgu nie umykała ironia rzeźby mężczyzny klęczącego przed kobietą tuż przed nimi. — Nie potrafiłem o niej zapomnieć. Takie pragnienia rzadko przytrafiają się ludziom w moim wieku — posłał w jej stronę ciepły uśmiech; patronizujący, pouczający. Bo przecież o tym pragnęły słuchać młode kobiety - o tym, jak wszystko z wiekiem przestaje smakować tak dobrze.
Zwłaszcza, gdy ma się wszystko.
Wszystko, poza tą jedną rzeczą, która teraz…
Spoiler
rzut: 2
opcje:
1. Czysto kolekcjonerska: fascynuje go Rodin, historia egzemplarza, jego rzadkość.
2. Osobista: opowiada, że widział tę rzeźbę wiele lat temu i od tamtej pory jej nie zapomniał. Zakup jest dla niego trochę realizacją dawnego pragnienia.
3. Ego/prestiż: właściwie najbardziej interesuje go fakt, że nie mógł jej mieć. To, że Valencourtowie przez lata odmawiali sprzedaży, sprawiło, że obiekt stał się dla niego symbolem statusu.


3 okrążenie

To ciekawe — fizycznie wycofała się, by obejrzeć dzieło z dalszej perspektywy. Niedługo po tym przestała patrzeć na nie całkowicie. Jej wzrok leniwie sunął po pozostałych eksponatach, co było działaniem zamierzonym. Idol miał być czymś unikalnym i wyjątkowym dla niego. Gdyby był taki również dla niej, próg wyjątkowości spadłby, a zaś jej pozycja negocjacyjna. — Nie powiedział pan, że chciał ją mieć. Tylko, że nie potrafił o niej zapomnieć. To dwie bardzo różne rzeczy — pierwszy raz błysnęła w jego stronę szerszym uśmiechem, zapraszając do eleganckiego pojedynku. Nie o to, komu zależało bardziej - o to, czy jemu zależało wystarczająco.
Tak — przytaknął jej z rozbawieniem. — Są różne wtedy, kiedy ma się przed sobą całe życie.
Słowa nie brzmiały jak otwarta zniewaga; przypominały raczej świadome przesunięcie pionka. Sprawdzanie, czy Pośredniczka rzeczywiście potrafiła pozostać niewzruszona - jeśli nie na komplementy i zaproszenia, to na ordynarne komentowanie jej wieku. — Wieczny Idol ma za sobą ponad sto lat historii. Ty… Zdecydowanie mniej. Domyślam się, że kusi cię przede wszystkim romantyzm nazwisk, które pojawiają w dokumentacji.
Spoiler
rzut: 2
opcje:
1. Zachwyca się jej wiedzą i zaczyna traktować ją jak równorzędną rozmówczynię. Pyta o jej własną opinię o Rodinie.
2. Próbuje ją sprowokować: sugeruje, że jest młoda, więc prawdopodobnie bardziej podoba jej się sama historia niż prawdziwa wartość dzieła. Chce zobaczyć, czy da się ją wytrącić z profesjonalnego tonu.
3. Wykorzystuje moment emocjonalny i wraca do flirtu: mówi, że zaczyna rozumieć, dlaczego Valencourtowie wybrali właśnie ją do tej transakcji, po czym pyta, czy ona sama wierzy w to, co właśnie mu sprzedaje.


4 okrążenie

Romantyzm nazwisk interesuje mnie przede wszystkim wtedy, kiedy podnosi cenę dzieła, Senatorze — odparła niespiesznie, stanowczo lecz spokojnie. Był to idealny moment na zmianę toru z subiektywnych wrażeń przy konsumowaniu sztuki na transakcję biznesową, której oboje mieli dopełnić tego wieczoru. — W przeciwnym razie rzeźba byłaby tylko historią, a ja nie handluję historiami. Sprzedaję dzieła, których ludzie pragną latami. Historia pomaga co najwyżej uzasadnić monetaryzację. I właśnie dlatego ważniejszym od mojego wieku jest pytanie, dlaczego ta konkretna spędza panu sen z powiek — odbiła uprzejmie. Tęskniła za tym uczuciem. Za aromatem krwi, który w oceanie wyczuwała z imponującej odległości. Powoli zaczynała okrążać klatkę z Senatorem Jacobsem jak rekin, który od dwóch tygodni nie jadł. Apetyt po ostatniej Aukcji rósł wykładniczo, a Raphael Valencourt - oświadczała z żalem - dotychczas nie zaspokajał jej potrzeb. Co więcej - i co gorsze - nie interesował się nimi wcale. Patrzył tylko na swoje, swój finał, który ona miała dla niego wyczarować. Skłaniało to Sadie do rozważań, czy w każdym obszarze życia był tak skoncentrowanym na sobie egoistą…?
Spoiler
rzut: 3
opcje:
1. Próbuje obniżyć cenę, wykorzystując fakt, że jest klientem wyjątkowo zamożnym i że kupuje dzieło bez pośredników.
2. Nie negocjuje ceny — chce dodatkowych przywilejów: szybszego transportu, szczegółowej dokumentacji, gwarancji autentyczności, specjalnych warunków przekazania.
3. Próbuje wykorzystać relację: sugeruje, że skoro Sadie tak dobrze go rozumie, może zrobić dla niego wyjątek, którego normalnie nie zrobiłaby dla klienta.


5 okrążenie

Jeśli rzeczywiście rozumiesz czym jest dla mnie rzeźba, to rozumiesz także, że nie jestem zwyczajnym kupującym.
Książkowy ruch klientów niedowartościowanych. Chciałaby westchnąć, sapnąć, wywrócić oczami, pogłaskać go po łysiejącym łbie i sarkastycznie zapewnić o wyjątkowości, ale wówczas Właściciel wysłałby ją do piwnicy, a nie na spacer po francuskich uliczkach. Musiała zagryźć zęby, ale tylko w zaciszu własnej wyobraźni. Wiedziała doskonale, że słów będzie więcej. I próba wymuszenia czegoś - nie dlatego, że Jacobs czegoś konkretnego i fizycznego chciał. Dlatego, że chciał poczuć się ważniejszym, niż był. — Potraktuj mnie tak, jak potraktowałabyś człowieka, którego rzeczywiście chciałabyś zadowolić — krótka pauza. — Jestem pewien, że dla odpowiedniego klienta potrafiłabyś znaleźć rozwiązanie którego nie proponujesz każdemu, moja droga.
I on nie był całkiem naiwny. Potrafił zastawiać pułapki, a Sadie doceniała grę, która nie była dla niej mdła do porzygu. Jeśli powie „nie”, odmówi mu jego wyjątkowości. Jeśli zaś powie „tak”, zaryzykuje naruszeniem parametrów wytyczonych przez sprzedającego.
Na szczęście była bystrą, niepozorną blondyneczką i wybrała wyjście numer trzy.
Spoiler
rzut: 3
opcje:
1. Jacobs składa rękę na dokumentach i mówi, że podpisze, ale chce, żeby Sadie została jego osobistą pośredniczką przy kolejnych zakupach.
2. Pyta ją, czy po zakończeniu transakcji rzeczywiście zamierza wyjść sama na miasto — i proponuje jej kolację/drinka jako „podziękowanie”.
3. Zamiast kolejnego flirtu staje się nagle bardzo poważny i pyta ją wprost, czy naprawdę uważa, że powinien kupić tę rzeźbę. To byłby test jej uczciwości: czy powie mu to, co chce usłyszeć, czy to, co rzeczywiście uważa.


meta

Oczywiście, że mogę znaleźć dla pana rozwiązanie, którego nie zaproponowałabym nikomu innemu — uśmiechnęła się tak czarująco, jak pozwalały ramy spotkania biznesowego. Należało zapytać kto tak naprawdę wpadał w czyją pułapkę, gdy Sadie zręcznie przechodziła z narracji w której dominował on i jego potrzeby w decyzję, która należała do Raphaela Valencourta. — Rzecz w tym, że wyjątkowy klient niekoniecznie potrzebuje wyjątkowej ceny oferta nie ma brzmieć jak okazja. Senator Jacobs nie potrzebował rabatów. Sadie Glass odmawiała mu zniżki, jeśli właśnie taką sugerował. Nadawała wyjątkowości własną definicję. — Wyjątkowy klient potrzebuje wyjątkowej obsługi — niemalże nieśmiało przechyliła główkę, jakby odpowiedź stała przed nim przez ostatnie pół godziny. — Właściciel dołożył szczególnych starań, bym zadbała o pana tego wieczoru i osobiście nadzorowała proces sprzedaży.
Resztę miał sobie dopowiedzieć. Wdzięczność i dług miały zacząć świtać w jego podstarzałym łbie, zanim Sadie wykona ostatni ruch.
Na tym etapie cena była najmniej istotna.
Mój klient jest gotowy rozstać się z Idolem już dzisiaj. Kwota sprzedaży to milion dwieście pięćdziesiąt tysięcy euro.
Senator milczał przez kilka sekund. Kwota była zdecydowanie niższą od prognozowanych przez asystentów, jacy próbowali domknąć transakcję w minionych latach.
Zrozumiał, co mu zaoferowano.
Pośredniczka nie była pośredniczką. Była pocałunkiem złożonym na czole, gdy ktoś inny zardzewiałą siekierą sięga ku części ciała powszechnie identyfikowanej jako symbol męskiej siły.
Siedem milionów. Tyle wynosi obecna wycena? — zdawał się mówić bardziej do siebie, niż do niej.
Tak — potwierdziła. — Szacunkowa wartość rynkowa jest wielokrotnie wyższa od ceny, którą panu zaproponowałam. Ale wartość i cena nie są tym samym, senatorze.
Nie namawiała. Nie musiała. Człowiek, który dorobił się fortuny na rozpoznawaniu okazji, potrafił dostrzec ją sam. — Wartość mówi o tym, ile coś jest warte. Cena mówi, za ile Właściciel jest gotów się z tym rozstać.
Jacobs spojrzał na nią uważniej.
A ty, moja droga? Kupiłabyś?
Dopiero teraz pozwoliła sobie na powrót do dziewczęcego rozbawienia.
Nie — odpowiedziała bez zbędnej zwłoki. Gdyby miała tyle samo pieniędzy, nie kupiłaby rzeźby, która nie była jej ulubioną. Nie znaczyła dla niej tyle, ile dla niego. — Ja bym jej nie kupiła, ale pan powinien. Szansa się nie powtórzy.
Pozostawała lojalna wobec Właściciela, lecz nie manifestowała swojej lojalności w sposób kuriozalnie dosłowny, tani i kiczowaty. Wówczas senator poddał się i parsknął cichym śmiechem. Zdawał sobie sprawę z konsekwencji przyjęcia prezentu w kwocie ponad pięciu milionów euro. Z tego, że zawierał układ nie ze śliczną pośredniczką, a jej przełożonym i że ta transakcja była daleka od czysto finansowej. Sadie podarowała mu uczucie otrzymania czegoś wyjątkowego. Do roli Senatora należało ustalenie, jak i komu powinien okazać wdzięczność.
Chciał rzeźby tak bardzo, że ryzyko utracenia jedynej okazji do nabycia dzieła było poza emocjonalnym zasięgiem mężczyzny. Nie liczyło się nic innego - nic poza sukcesem. Ani kwestia kapitału politycznego, ani przyszłego długu, ani przysług, po które ktoś bez wątpienia przyjdzie w odpowiednim momencie.
Jesteś cholernie niebezpieczna, młoda damo — niemalże klasnął w dłonie, kręcąc głową nad własnym, przesądzonym przez miniaturkę kobiety losem. — Dobrze. Milion dwieście pięćdziesiąt.
Nie zareagowała tryumfem. Nie okazała nawet widocznej ulgi.
Doskonale. W takim razie niezwłocznie przygotujemy dokumenty.
Tego wieczoru w muzeum Sadie Glass zadbała o to by każdy myślał, że wygrał.
A wygranej w tej grze nie było wcale.

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Ustalenie detali przewozu. Uścisk dłoni. Obietnica kolejnego spotkania na gali Rotschildów. Spojrzenie Jacobsa posłane w stronę stojącej obok, wycofanej już Pośredniczki. Udawanie, że Raphael wcale tego nie dostrzegł. Właściwie nie musiał nawet udawać. W jego świecie większość rzeczy była bardziej interesująca wtedy, gdy pozostawała niewypowiedziana. Jacobs mógł patrzeć, ile chciał. Mógł pozwolić sobie na ten rodzaj spojrzenia, który starsi mężczyźni zwykli nazywać zainteresowaniem, choć z czasem coraz częściej przypominał on rozpaczliwą próbę udowodnienia samemu sobie, że wciąż potrafili wywoływać w innych pożądanie. Raphael nie zamierzał mu tego odbierać. Wręcz przeciwnie. Niech senator wyjdzie z muzeum z poczuciem, że wieczór zakończył się dla niego wyjątkowo pomyślnie. Dostał rzeźbę, dostał obietnicę dyskretnego transportu, dostał zaproszenie do dalszego kręgu i, co być może było dla niego najważniejsze, dostał od Valencourta coś, czego nie można było kupić wprost — uwagę. Raphael wiedział jednak, że uwaga nie była jeszcze zaufaniem. Była jedynie jego imitacją. Czasem bardziej użyteczną.
W zasadzie nie potrzebował Glass. Mógł przeprowadzić spotkanie z Ryke’em sam i osiągnąć dokładnie ten sam rezultat, może nawet szybciej. Potrafił rozmawiać z ludźmi, potrafił ich obserwować, wiedział, kiedy milczeć, a kiedy wypowiedzieć jedno zdanie, które zostanie w głowie rozmówcy przez kilka kolejnych dni. Jednakże człowiek taki jak Jacobs nie potrzebował wyłącznie transakcji. Potrzebował atmosfery. Potrzebował poczucia, że uczestniczył w czymś wyjątkowym, że za drzwiami muzeum istniał świat, w którym obowiązywały inne zasady, a on właśnie został dopuszczony do jego środka. Obecność młodej kobiety, eleganckiej i odpowiednio wycofanej, nie była więc przypadkowym dodatkiem. Była częścią scenografii. Osłodzenie senatorowi czasu nie jego obecnością, lecz obecnością Glass było zdecydowanie lepszą opcją. Oznaczało coś więcej aniżeli samą obecność piękna i młodości. Oznaczało dostrzeżenie jego potrzeb. Zaopiekowanie się gościem. Dano mu dokładnie to, czego oczekiwał, zanim zdążył o to poprosić. Raphael zawsze uważał to za jeden z bardziej prymitywnych, ale jednocześnie skutecznych sposobów sprawowania kontroli nad człowiekiem: sprawić, aby poczuł się rozumiany. Człowiek, który czuł się rozumiany, bardzo często przestawał zastanawiać się, kto właściwie nim kieruje.
Kiedy wyszli poza mury muzeum, Raphael odwrócił się do Prowadzącej. Deszcz zdążył osłabnąć, lecz bruk wciąż połyskiwał pod światłami samochodów. Jego grafitowy płaszcz poruszył się na wietrze, kiedy zatrzymał się przed nią.
- Jutro o pierwszej bądź w kamienicy. Mamy umówione spotkanie.
Nie powiedział więcej. Nie musiał. Miała czas wolny. Z Leifem za plecami. Właściwie nawet słowo „wolny” było w tym przypadku pewną uprzejmością. Raphael nie miał złudzeń co do charakteru opieki, którą nad nią sprawowano. Wiedział również, że ona ich nie miała. Spojrzał na nią jeszcze przez moment, jakby zastanawiał się, czy powiedzieć coś więcej. Ostatecznie wybrał milczenie. Było mniej kosztowne i znacznie bardziej wymowne.
Odwrócił się. Pierwszy samochód czekał już na placu. Drugi należał do Glass. Raphael nawet nie spojrzał w jego stronę. Otworzył drzwi i wsiadł do środka. Kierowca nie musiał pytać o adres. Wiedział, że nie wracali do kamienicy. Raphael nie zamierzał wszak tej nocy spać we własnym łóżku. Przynajmniej nie w tym, które znajdowało się za znajomymi drzwiami jego paryskiej rezydencji.
Samochód ruszył przez nocny Paryż, a Valencourt oparł głowę o zagłówek i obserwował miasto zza szyby. Paryż nocą miał w sobie coś, czego nie posiadał za dnia. Nie był już muzeum dla turystów ani pocztówką dla ludzi przyjeżdżających tu po kilka dni. Stawał się miastem ludzi, którzy nie chcieli być widziani. Światła przesuwały się po szybie, odbijały w mokrym asfalcie i znikały za samochodem. W pewnym momencie ujrzał Łuk Triumfalny, potężny i nieruchomy na tle nieba, a potem samochód skręcił w jedną z ulic prowadzących ku dzielnicy, w której pieniądze nie musiały już niczego udowadniać. Bogactwo było tam niemal niewidoczne. Nie potrzebowało złotych liter ani wielkich bram. Wystarczały wysokie mury, kamienne fasady, dyskretna ochrona i służba, która wiedziała, kto może wejść, zanim ktokolwiek zdążył wypowiedzieć nazwisko.
Samochód zatrzymał się przed jedną z takich rezydencji. Brama otworzyła się niemal natychmiast. Nie zadzwonił. Nie musiał. Służba gospodarzy oczekiwała jego przyjazdu, a gdy auto zatrzymało się przed wejściem, odrzwia otworzyły się same. A Raphael nie potrzebował zaproszenia — wszedł do środka. Ciepło uderzyło go niemal natychmiast. Wnętrze domu pachniało drewnem, perfumami i czymś słodkim, co przypominało wanilię. Odruchowo przesunął wzrokiem po wysokim holu, po obrazach wiszących na ścianach, po miękkim świetle lamp odbijającym się od wypolerowanych powierzchni. Wszystko było dokładnie takie, jakie powinno być. Zbyt doskonałe, aby mogło być przypadkowe.
A potem ją zobaczył. Cassandra Rotschild stała kilka metrów dalej.
Jej wygląd kontrastował z ciężarem wnętrza. Gęste, ciemnobrązowe włosy układały się w naturalne, miękkie loki opadające wokół twarzy i ramion. Raphael zauważył pojedyncze pasma, które wymknęły się z większej kompozycji i miękko dotykały jej policzków. Nie wyglądała jak kobieta, która potrzebowała przesadnego przygotowania, aby zwrócić na siebie uwagę. Jej twarz miała delikatne, regularne rysy, jasne oczy i spokojne usta, których naturalny odcień kontrastował z ciemną kolorystyką ubrania. Miała na sobie prostą, głęboką w tonie marynarkę, której materiał podkreślał sylwetkę bez ostentacji. Przy dekolcie pojawiał się subtelny fragment skóry, a na dłoni dostrzegł pierścionki, które połyskiwały, kiedy uniosła rękę.
Nie była ubrana jak gospodyni przyjmująca gościa. Była ubrana jak ktoś, kto od kilku godzin czekał na konkretną osobę. Na niego.
Stanął, pozwalając, by to ona zmniejszyła dystans. Cassandra patrzyła na niego z mieszaniną pytania, niecierpliwości i czegoś, co Raphael rozpoznał natychmiast jako podekscytowanie. Nie musiał pytać, dlaczego. Nie musiał również udawać, że nie rozumie.
- Masz… - zaczęła, a jej głos zawisł pomiędzy nimi. Bo nie musiały padać słowa; wystarczyło jego spojrzenie. Cassandra zrozumiała. Jej palce zacisnęły się na materiale jego płaszcza. Pogładziła wełnę, jakby upewniała się, że rzeczywiście stał przed nią, a następnie delikatnie pociągnęła go ku sobie.
Raphael pozwolił jej i na to. Za jego plecami zamknęły się ciężkie drzwi rezydencji, odcinając ich od nocnego Paryża, muzeum, Jacobsa i Prowadzącej. Gra jednak się nie zatrzymywała. On jedynie zwiększał ilość pionków.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Potrzebujemy zdjęć — poinformowała Leifa zaraz po tym, jak Właściciel zniknął za rogiem. Nie było piękniejszej perspektywy, niż spędzenie czasu bez jego dramatycznie nieprzyjemnego sposobu bycia. — Trzech: dla rodziców, dla przyjaciół, i dla byłego. Skup się: dla rodziców musi być takie, na którym wyglądam, jakby na świecie nie istniały żadne zagrożenia — wyliczała z zaangażowaniem godnym influencerki. — Dla przyjaciół takie, które mówi: bawię się zbyt dobrze, by o was pamiętać, nie jestem ofiarą współczesnego handlu ludźmi, tylko dwudziestopięciolatką w Europie — wsiadła do samochodu. — Dla byłego… — skrzywiła się z zażenowania. — Coś wymyślisz. Na pewno musiałeś robić w swojej karierze gorsze rzeczy. Trzymaj - mój telefon — uśmiechnęła się promiennie. Leif w roli ochroniarza jej nie przeszkadzał, bo odmawiała patrzenia na niego w ten sposób. Był jej towarzyszem wieczoru i poranka - platonicznym towarzyszem, trochę oziębłym, ale wciąż towarzyszem. Atmosfera mogła być wyśmienita.
Sadie podejrzewała jednak, że ten rosły chłop nie wykaże instagramowym poziomem umiejętności fotograficznych i że będą musieli robić powtórki - takie, które wysłane martwiącym się bliskim nie będą komunikować „fotkę zrobił prywatny detektyw z ukrycia”, a uczucia ciepełka i radości bijące z dziewczęcej buzi.
Jakież było jej zdziwienie, gdy okazało się, że Leif podszedł do zadania budowania narracji o wyjeździe bardzo poważnie.
Naprawdę nie musisz chodzić metr za mną — sapnęła, gdy wysiedli niedaleko wymarzonego przez Glass adresu. Dłuższy czas wolny oznaczał więcej możliwości, a ona chciała je wykorzystać znajdując jak najdalej od tego g b u r a, któremu nigdy nie chciało się odpowiadać na jej pytania. — To się nazywa „spacer”. Podczas spaceru ludzie zazwyczaj chodzą obok siebie — wywracała oczami. Klimat blondyneczki śledzonej przez napakowanego stalkera nie pasował do jej estetyki eurotripu, zatem wymogła na Leifie aktywne uczestniczenie w wycieczce - poprzez dotrzymania jej równego kroku. Podczas kiedy Leif patrzył na Sadie, Sadie patrzyła na nocny Paryż. Wyglądał dokładnie tak, jak go sobie wyobrażała; wibrował tą samą energią, którą wyczuwała w eleganckich albumach drukowanych na śliskim, grubym papierze. Nie miała jednak potrzeb biegania po zabytkach jak turystka z przewodnikiem znanej marki. Nie szukała wieży Eiffla ani otwartych nocą muzeów.
Godzinę wcześniej zamykała sprzedaż rzeźby wartej siedem milionów euro. Musiała analizować Jacobsa, kontrolować siebie, flirtować bez flirtowania, negocjować bez negocjowania, uzasadnić absurdalną cenę i spełnić oczekiwania Właściciela. Ostatnim, czego chciała, było zostawanie w tej roli choćby chwilę dłużej - zwłaszcza ze świadomością, że dokładnie to samo czekało ją kolejnego dnia. Problemem nie była praca - Sadie kochała swoją pracę. Problemem była rola pionka mężczyzny, który wylicytował ją dwa tygodnie wcześniej.
Od tego musiała odpocząć. Odzyskać własne ciało po tygodniach bycia narzędziem w cudzym życiu i cudzych transakcjach. Wstąpiła do księgarni, w której pół godziny stała przy jednej półce i przebierała w starych wydaniach francuskiej literatury pięknej. Potem jej wzrok powędrował w stronę działu esejów politycznych, a jeszcze później - głupiutkich powieści do poczytania podczas krótkiego, europejskiego lotu. Nie była Prowadzącą - była młodą kobietą, która w sprawach najmniej ważnych kompletnie nie potrafi się zdecydować.
Dopóki nie przypomniało jej się najważniejsze.
Odyseja — gdy przechodząc się odkryła małe, lokalne kino z seansem za piętnaście minut, nie była w stanie zrezygnować z okazji. Jej oczy rozbłysły milionem małych światełek, a Leif - choć daleko było mu do dżentelmena na randce - protestował nietęgą miną. Trzygodzinny seans i gwarancja, że Sadie Glass będzie go dopytywać o wrażenia? Pewnie wolałby się strzelać z jakimiś gangsterami. — No choooooodź — ciągnęła go za ramię. — Kupię ci popcorn. Wolisz słodki, słony, czy mieszany? Ja zawsze…
Odebrała od ochroniarza swój telefon, żeby zapłacić w okienku, a kolejka stworzyła idealną okazję do zerknięcia w galerię. Coś tam pstrykał, ale nadzieje nie były wielkie. Nie tak wielkie jak jej oczy, gdy większość ujęć okazała absolutnie używalna do celów, jakie wyznaczyła. Udało mu się uchwycić w chwile, w których Sadie wyglądała jak dziewczyna na wakacjach. Wyglądała spokojnie, młodo, śmiała się naprawdę, nie sprzedawała ani sztuki, ani wizerunku i nie kontrolowała mimiki.
Sadie na ławce. Przy kawie. Fontannie. Przechodząca przez ulicę. Poprawiająca włosy. Sadie z croissantem. Sadie z książką. Sadie tyłem. Sadie i Sekwana. Sadie z barierką.
Leif — sapnęła. — Powiedziałam trzy — patrzyła na niego z absolutnym niedowierzaniem. — Jest ich dwieście siedemnaście!
Zastanawiała się przez krótką chwilę, czy Leif nie miał wielkiego sekretu. Czy nie prowadził tajemniczego, podwójnego życia jako…
Girl dad.
Z drugiej strony… Nie potrafiła sobie wyobrazić Leifa w roli wystarczająco przystępnej, by potomstwo miało szansę powstać.
Przez pierwsze kilkanaście minut seansu Sadie pozostawała w trybie zawodowej czujności. Analizowała każdy bodziec sali. Twarze widzów, wydawane przez nich dźwięki. Potem próbowała przewidywać dialogi i ruchy postaci, a do ucha ochroniarza szeptała z pasją swoje artystyczne hipotezy co do kreatywnych wyborów Nolana.
A potem film pochłonął ją całkowicie i odpuściła każdy z tych mechanizmów. Podsuwała Leifowi kubełek z popcornem, przy czym sama prawie nie mrugała by nie przegapić ani sekundy widowiska.
Przez kilka godzin nie musiała być Prowadzącą, Pośredniczką, Sadie Glass, córką, własnością Raphaela, elementem czyjejś strategii. Tylko dziewczyną, która poszła z ziomkiem do kina.
W drodze powrotnej nalegała, by wstąpili do czarującej, małej knajpki na drinka, zanim Posiadłość wyssie z Sadie resztki szczęścia i nadziei na lepsze jutro. Miejsce okazało się małe tylko z perspektywy wąskiej uliczki - kręte schody prowadzące do piwnicy ujawniły tajemniczy bar z częścią klubową. Leif narzekał, wyliczając na oko czterysta osób w jednej przestrzeni, do której prowadziły tylko jedne drzwi stanowiące jednocześnie wejście i wyjście. Sadie nie widziała w tym żadnego problemu, ponieważ jak zaznaczyła - wcale nie zamierzała uciekać.
Może ucieczką byłoby łatwiej zarządzać…
Niż niedożywioną i niewyspaną dwudziestopięciolatką, która w szale zaciętej dyskusji z gośćmi baru i barmanem zaczęła pić absynt jak colę zero.
Leif nie dał się przekonać, ale Sadie delektowała zielonkawym płynem niczym naukowiec przeprowadzający bardzo istotne eksperymenty na własnym ciele. Pierwszy łyk jej nie smakował. Drugi był lepszy. Przy trzecim uznała, że Francuzi to nacja niesłusznie znienawidzona globalnie. Przy czwartym tłumaczyła Leifowi, że jej dom jest zielony, bo to najbardziej elegancki kolor świata.
Nie wiedziała dokładnie, kiedy noc wymknęła się spod kontroli. Była w doskonałym humorze. Rozmawiała z obcymi, ale tylko co drugie francuskie zdanie z jej ust miało sens. Śmiała się, badała psychodeliczne właściwości tujonu i legendy o zielonych wróżkach. Potem był taniec. Dużo tańca. Światła. Ręka Leifa stanowczo wyciągnięta w jej stronę.
Ja sama — mamrotała w ramię ochroniarza, gdy wynosił ją po schodach. — Potrafię. Przysięgam!
Właśnie widzę.
Wiesz co?
Nie.
Samochody jadą po drodze, a chodniki są obok. To jest genialne — wrzucił jej prawie-zwłoki do czarnego auta, a Paryż zaczął przesuwać obok nich w rozmazanych plamach światła.
Nie chcę do domu.
Wiem .
Chcę jeszcze spacerować.
Jutro.
Jutro mam spotkanie.
Właśnie dlatego idziesz spać.
To był ostatni moment, który potrafiła odtworzyć rano - w łóżku gościnnej sypialni.
Na śniadanie zjadła jabłko, które i tak nie miało zostać w jej żołądku na dłużej. Następnie odnalazła Leifa by udowodnić mu, że Piekło to nie koncept, tylko wycieczka do najbliższego parku.
Lubisz pistacje? — w drobnej dłoni trzymała paczkę mieszanych orzeszków.
Je vais nourrir les écureuils dans le parc. Tego nie zapomniała.
Leif obserwował sytuację z miną człowieka, który całe życie przygotowywał się na odpieranie zamachów, porwań i do obsługi szerokiego zakresu broni palnej. Tymczasem jego największym problemem było to, czy jego podopieczną ugryzie gryzoń z europejskim wariantem wścieklizny.
Mam wrażenie, że wiewiórka po francusku istnieje tylko po to, żeby dręczyć obcokrajowców. Powinnam była urodzić się w Quebecu — jej frustracja trwała tylko chwilkę, bo puszysty ogonek zaczął kręcić wokół jej kostek i wspinać po łydce, by upolować orzecha. — Nie patrz tak na mnie — wróciła do Leifa. — Ciebie też mam karmić z ręki? O to chodzi? — ironizowała, ale to jego wina.
Nikt w tym świecie nie podzielał entuzjazmu Sadie do czegokolwiek.
Poza grupą lokalnych seniorek. Siedziały kilka metrów dalej i okazały lepszymi nauczycielkami języka francuskiego, niż kompletnie niezaangażowany i obojętny Raphael Valencourt.
Sadie była gotowa wracać do posiadłości dopiero wtedy, gdy usłyszała aprobatę swojej wymowy.
Widzisz? Nie było tak źle — dźgnęła Leifa w ramię. — Przeżyłeś. Następnym razem trochę bardziej wyluzuj.
Tymczasem jej luz dobiegł końca.

raphael valencourt
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”