To, że naprawdę go nie kojarzyła, było bardzo świeże i ożywcze. Do tej pory, w tych rzadkich momentach, kiedy umawiał się z jakimiś dziewczynami, był trenerem Cole. Słyszącym w trakcie spotkania: "wyobrażałam sobie, że jednak jesteś inny". Teraz był Robbiem. I podobało mu się to coraz bardziej. Widział jej zmęczenie, tym bardziej doceniał to, że dalej chciała być obok. Dalej chciała go poznawać.
-
Połowa z nich ma na imię Paul, połowa Anka. - odpowiedział w podobnym tonie i uśmiechnął się pod nosem, kiedy wspomniała, że jest gotowa uwierzyć w wielkie rachunki za ogrzewanie.
Temat, który był dla niego tak łatwy do rozwiązania, że sobie z niego żartował, dla niej był czymś poważnym. Przez moment omiótł spojrzeniem swój dom, zupełnie inaczej na niego patrząc. Miał sporo farta. Powodziło mu się. Co prawda, okupił to ciężką pracą i zdrowiem, a potem musiał wszystko na nowo odbudować, ale był w miejscu, w którym... No właśnie...
Spojrzał na Clem, kiedy ta ciekawsko rozglądała się po wnętrzach.
-
Czuj się jak u siebie... - posłał jej uśmiech i zachęcające pokiwanie głową.
Przez chwilę widział ją zostawiającą w tym domu mnóstwo rzeczy, na które on w ogóle nie zwróciłby uwagi. Magazyny, ozdoby, kolorowe poduszki na kanapie. Widział ją w za dużej bluzie, jaką nosił na treningach, siedzącą na tarasie z wielgachnym kubkiem w małych dłoniach. A potem...
Mnie ciągnie do miasta...
Delikatnie zmarszczył brwi, chowając się w części kuchennej. Ale już dom przy plaży znów przywołał uśmiech na jego twarzy.
-
Może nie z dala od ludzi, ale w bezpiecznej odległości. Wiesz... W sezonie mam naprawdę dużo adrenaliny i lubię momenty wyciszenia. Powinienem Cię zabrać na żagle. - mówił, wracając do wyspy, by znów móc na nią spojrzeć.
Kosmyki, które rozsypały się po jej twarzy, wywołały tylko większe ciepło na jego twarzy. Wpatrywał się w nią o chwilkę za długo.
-
Jak chcesz, to poczekaj na zewnątrz... - zaproponował, przyłapany na tym, że się jej przygląda, a potem uniósł brwi w zaskoczeniu, kiedy mówiła o winie.
Po chwili na jego twarzy odmalowało się zrozumienie i pokiwał kilka razy głową.
-
Zatem wino! - zadecydował po jej wyjaśnieniach. -
Nie mogę sobie wyobrazić nic przyjemniejszego dzisiaj niż Ciebie zasypiającą w moich ramionach.
Odważnie. Trochę za bardzo bezczelnie, stary! Ale jego ciało już samo sięgało do lodówki na wino, by wyjąć z niego butelkę. Tutaj się zawahał i zanim grube szkło stuknęło o kamienny blat, dodał.
-
Tylko ja nie piję alkoholu... - bo... Nie, to nie jest dobry moment.
Kiwnął głową jeszcze na zieloną herbatę i zaczął grzebać po szafkach.
-
Zobaczmy, powinna być... Rzadko robię zakupy, bo rzadko mam gości. - wyjaśnił, po czym zatrzymał się. -
A może chcesz gorącą czekoladę?
Spojrzał na nią pytająco, po czym zabrał się do roboty.
Minęło raptem kilka minut czekania na tarasie i wpatrywania się w gwiazdy, kiedy Clem usłyszała, jak Robbie odsuwa nieco mocniej drzwi. Chwilę potem poczuła, jak zakłada na jej ramiona miękki, wełniany koc, który pachniał w ten charakterystyczny sposób. Kieliszek z winem niewinnie stał na ceglanym murku, na którym były też rozłożone tarasowe poduszki. Murek okalał wgłębienie w ziemi, na środku którego stała żeliwna, wielka misa, z drewnem przygotowanym do podpalenia. Obok było pełno rusztowych części, po których widać było, że są używane. Zdaje się, że właściciel lubił pichcić na ogniu. Parujący kubek zawisł w jego dłoni, uchem odkręcony do Clem, a chwilę potem Robbie przyklęknął przy drewnie i zabrał się za rozpalanie go.
Ogień wesoło trzasnął, a on z satysfakcją cofnął się do dziewczyny i usiadł koło niej.
-
Hej... Tinkerbell... - zaczął, sprawdzając, czy jest wystarczająco dobrze opatulona kocem. -
Kończy mi się mała przerwa związana z meczem all stars.
Zaczął trochę nieporadnie, zapominając o tym, że przecież Clementine nie ma pojęcia, o czym on mówi.
-
To znaczy, że sezon wraca w pełni. Będę miał mało czasu, ale nie chcę, żebyś pomyślała, że w coś gram i nie odzywam się jako część planu. - przeniósł spojrzenie na nią i na moment znowu utonął w jej oczach. -
Ten temat mamy za sobą. Obiecuję Ci, że jeśli będziesz chciała, to wyrwę tyle wolnego czasu, ile mi się uda. Ale potrafimy mieć kilka meczów w tygodniu.
Rozgrywki baseballu były bardziej skomplikowane niż futbolu amerykańskiego. Jedna rywalizacja często była rozegraniem kilku meczów z tą samą drużyną. A to, co zaczynało się między nimi dziać, przyszło w najtrudniejszym momencie, najbardziej intensywnych gier.
Uśmiechnął się do niej.
To dobrze!