ODPOWIEDZ
21 y/o
For good luck!
165 cm
Cukiernik w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Kocham gwiazdy zbyt mocno, by bać się nocy”.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Zaskoczył ją tym, że nie skręcił w kierunku jej domu, a w przeciwną stronę. Chciał ją uprowadzić? Nic nie mogła poradzić na takie myśli. Mimo wszystko ledwo znała mężczyznę, ale czy ktoś taki jak on mógłby mieć złe zamiary? Ich dłonie były cały czas splecione, gdy powoli wjeżdżał na podjazd, a ona zaciekawiona przechyliła się do przodu. Było ciemno, więc początkowo niewiele zdołała zauważyć, ale gdy tylko włączyła się mała lampka nad garażem, oniemiała.
O mamo...
- Zaczynam myśleć, że jesteś jakimś sławnym trenerem drużyny koszykarskiej lub piłki nożnej. - powolutku łączyła fakty, bo przecież wspominał coś o boisku, jak i wykonywanym zawodzie. Tyle, że w jej umyśle panowała pustka, jeśli chodziło o inne dziedziny sportu. Był jeszcze hokej, ale to było przecież na lodzie. Tenis? Podobno były też jakieś zawody w ping-ponga... Siatkówka! Ugh… To akurat było jej utrapienie z czasów szkolnych, bo jako nieliczna była najmniejsza i nawet nie dosięgała górnej taśmy siatki.
- Czyli to tak mieszka dorosły mężczyzna? Gdzie jest haczyk? - rozbawiony ton świadczył o tym, że żartowała. Jednak w swoich myślach doszukiwała się jakichś wad. Może mieszkał z rodzicami? Teoretycznie nie był to red flag, ale nie musiała mieć więcej doświadczenia, żeby wiedzieć jak niektóre kobiety konkurowały z potencjalnymi partnerkami syna. A skoro nie miał żony, ani dzieci... To może to było przeszkodą... Zdecydowanie zbyt dużo myślała. Analizowała. Bracia zabiliby ją za tak śmiałe gesty i decyzje. Przyjechała do domu mężczyzny, którego widziała może trzy razy? I to w środku nocy...
Podała mu swoją dłoń, gdy otworzył jej drzwi od samochodui wysiadła starając się nie narobić hałasu.
- Masz jakiegoś pupila? - rozejrzała się po ogródku, ale nie dostrzegła żadnych zabawek.
Czuła, że tutaj nie pasowała. Ubrana w stary różowy dresik, w tej okolicy niemal zaliczała wtopę stulecia. Zapewne jego sąsiadki chodziły w kusych sukienkach od projektantów, a ona... Była prostą dziewczyną, która robiła torty i inne słodkości. Na pewno było czuć od niej woń pączków i czekolady. Nie miała czym szczególnie się pochwalić. Miała jedynie sporo ambicji i marzeń.
- Ładnie tu. Ostatnio przed domem posadziłam kwiatki, ale mój brat miał z nimi bardzo bliskie spotkanie.- już nie wspominając o całej późniejszej dramie, bo ją wystraszył. A do tego codziennie odwiedzał ich gruby szop i rozwalał wszystkie śmieci. Tutaj było inaczej. Spokojniej.

Robbie Cole
41 y/o
For good luck!
190 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Z wiekiem maleje potrzeba intensywności, a rośnie zapotrzebowanie na święty spokój. Robbie miał poukładane życie. Miało swoje pęknięcia, miało swoje niewygody, ale generalnie wszystko było uporządkowane, o ile nie kontrolowalne. Wiedział, jak będzie wyglądał kolejny dzień, wiedział, jak będzie wyglądała kolejna noc. I na pewno nie miał jej spędzać w samochodzie z poznaną przez przypadek, na przypadkowej siłowni, w przypadkowy dzień ślicznotką. W każdej innej sytuacji ten chaos zaczynałby mu przeszkadzać. Bo przecież wystarczyło mu chaosu na boisku, kiedy jego zawodnicy walczyli z przeciwnikami, ale przede wszystkim z samymi sobą. W każdej innej sytuacji... Ale dłoń, która uparcie ściskała jego dłoń i nie chciała puścić, sprawiała, że absolutnie ten chaos mu nie przeszkadzał. Ba, nawet chciał go więcej.
O chwilę za długo siedzieli w samochodzie, wpatrując się w dużą bramę garażową. Co najmniej dwa i pół stanowiska. O ile miało to jakiekolwiek znaczenie. Dłonie niechętnie przerwały dotyk, żeby mógł wyłączyć samochód, ale zanim wysiadł, powiedziała te słowa. O matko! Ty naprawdę mnie nie znasz.
Uśmiechnął się w odpowiedzi pod nosem. To podobało mu się jeszcze bardziej, bo oznaczało, że... Dla niej był Robbiem. Tym, który walczył z jej kłódką, umawiał się, kiedy stali w samych ręcznikach, ze skrępowaniem walcząc ze swoją nagością, a potem... Nie odzywał się po udanej kawie, ale przyjechał w nocy, żeby nie wracała sama.
- Termity... - odpowiedział, siląc się na powagę, chociaż wszystko w nim drżało z rozbawienia. - I rachunki za ogrzewanie, nie uwierzyłabyś!
Dodał, zamykając za sobą drzwi. Obszedł samochód, by otworzyć jej drzwi i pomóc wysiąść.
- Chcesz swój plecak? - zapytał, bo przecież za chwilę miał ją odwieźć do domu, więc ten mógł poczekać w samochodzie.
- Nie... A trochę szkoda... - no właśnie, co to za dom, w którym nie ma zwierzaka.
Może taki, jak ten. Wyglądający, jakby ktoś przygotował go do sprzedaży, a po kupnie nic w nim nie zmienił. Nawet rośliny były sztuczne, chociaż trzeba było przyznać, że dobrej jakości i na pierwszy rzut oka nie dało się ich rozpoznać. Nie, zdecydowanie w tym domu nie mieszkała kobieta. Ktoś dbał o czystość, to na pewno, ale brakowało w nim duszy kogoś, kto tu mieszka. I tak po prawdzie to on też tutaj nie pasował.
Dopiero kuchnia wyglądała inaczej. Widać było, że ktoś tu bywa. Kapsułki z ekspresu do kawy, leżące w miseczce. Plastikowe słoiki z białkiem i kreatyną. Uchylona zmywarka i zapach towarzyszący używanej kuchni. Ulotny zapach obiadu.
- Podoba Ci się? - zapytał z niedowierzaniem, kiedy skomplementowała okolice domu.
Powiódł spojrzeniem po swoim ogrodzie. Idealnie przystrzyżona trawa, tak jak wymagało tego stowarzyszenie mieszkańców. Samo to go mierziło.
- A ja zawsze marzyłem o fajnej chacie w górach albo nad wodą. A najlepiej w górach nad wodą. - przyznał, łapiąc się na tym, że wodzi za nią spojrzeniem.
Przyłapany na tym uśmiechnął się szeroko.
- Rozgość się... Jak chcesz, możemy wyjść na taras, rozpalę nam ogień. - zawahał się.
Przecież wpadła tylko na chwilę... Na tę jedną kawę.
- Poza ogrodową kuchnią to właśnie gwiazdy, które tutaj widać, sprawiły, że jednak ten dom kupiłem. - Tinny pasowała do dziewczyny, która lubi ogień i gwiazdy.
Ale mógł się mylić.
- Czego się napijesz?

zostaniesz na dłużej?
21 y/o
For good luck!
165 cm
Cukiernik w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Kocham gwiazdy zbyt mocno, by bać się nocy”.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Było coś ekscytującego w tym, że dopiero odkrywali przed sobą pewne karty. Nie znała go. Nie miała zielonego pojęcia, kim był Robbie Cole. Czym się zajmował ani jaką miał reputację. Przypadkowy mężczyzna spotkany na siłowni, który był świadkiem jej pecha. Ta znajomość miała dość niecodzienny początek, a teraz... Znajdowała się w środku jego super wypasionego domu, ledwo stojąc na nogach, mając przed sobą zaledwie kilka godzin snu, zanim rozpocznie kolejną zmianę w pracy. Zdecydowanie warto było się zgodzić na tę irracjonalną propozycję, żeby ją odwiózł.
- To strasznie dużo pupili. Jesteś w stanie je rozróżnić? - dopytała, a w jej głosie pobrzmiewało rozbawienie. - W to akurat jestem w stanie uwierzyć. - ile to razy siedziała z braćmi przy stole i zastanawiała się, na czym mogą obciąć koszty życia. Rachunek za taką posiadłość zapewne zwaliłby ją z nóg, ale to akurat nie miało znaczenia. Miło było poznać go z innej strony. Dowiedzieć się, że był zaradny i potencjalnie mógł zapewnić jej przyszłość. Jednak to te małe gesty robiły na niej wrażenie. To, że jej pomógł kilka razy, a jej bezpieczeństwo było dla niego ważne.
- Nie. Nie potrzebuje go. - odpowiedziała z uśmiechem, ale szybko jej uwaga rozproszyła się, gdy ponownie zaczęła się rozglądać po jego domu. Ciekawość była grzechem, ale cóż mogła poradzić na to, że chciała jak najwięcej się o nim dowiedzieć. Chociaż nie ułatwiał jej zadania. Brakowało tutaj duszy. Tak, jakby ktoś nie wiązał przyszłości z tym miejscem. Po prostu egzystował, czekając, co przyniesie kolejny dzień. Może często wyjeżdżał? Najwyraźniej nie mieszkał też z rodzicami. Na pierwszy rzut oka nie zauważyła niczego, co świadczyłoby o obecności innej kobiety w tym domu.
- Z dala od ludzi? Mnie ciągnie trochę do miasta, ale dom przy plaży mógłby mnie skusić. - to i tak były tylko marzenia. Nie byłaby w stanie tak daleko wyjechać. Czuła tę potrzebę posiadania blisko siebie rodziny. Miała tylko swoich braci.
- Masz nawet taras? Gwiazdy? - już nic więcej nie musiał mówić. Zaintrygował ją tym połączeniem i mimo, że miała tylko wpaść na chwilę. Upewnić się, że był w stanie prowadzić, to ta propozycja była zbyt kusząca. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby zrezygnowała z takich widoków i towarzystwa, na rzecz snu. Jutro odeśpi. Albo za kilka dni...
- Wina. - zaśmiała się na widok jego twarzy i pokręciła delikatnie głową, a kilka niesfornych kosmyków wysunęło się z koka i opadło na jej policzki. - Zaprosiłeś mnie na herbatę. Albo to raczej ja się wprosiłam. Gdybym wypiła chociaż lampkę, to skończyłabym szybko w twoich ramionach, odpływając do krainy snów. Mam bardzo słabą głowę. - a pod wpływem procentów robiła się z niej straszna przylepa. Raczej nie była idealnym towarzystwem na dzikie imprezy. Preferowała spędzać czas w domu lub aktywnie na świeżym powietrzu.
- Masz może zieloną? - zapytała grzecznie i oparła dłonie na blacie w kuchni.

zostanę
41 y/o
For good luck!
190 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

To, że naprawdę go nie kojarzyła, było bardzo świeże i ożywcze. Do tej pory, w tych rzadkich momentach, kiedy umawiał się z jakimiś dziewczynami, był trenerem Cole. Słyszącym w trakcie spotkania: "wyobrażałam sobie, że jednak jesteś inny". Teraz był Robbiem. I podobało mu się to coraz bardziej. Widział jej zmęczenie, tym bardziej doceniał to, że dalej chciała być obok. Dalej chciała go poznawać.
- Połowa z nich ma na imię Paul, połowa Anka. - odpowiedział w podobnym tonie i uśmiechnął się pod nosem, kiedy wspomniała, że jest gotowa uwierzyć w wielkie rachunki za ogrzewanie.
Temat, który był dla niego tak łatwy do rozwiązania, że sobie z niego żartował, dla niej był czymś poważnym. Przez moment omiótł spojrzeniem swój dom, zupełnie inaczej na niego patrząc. Miał sporo farta. Powodziło mu się. Co prawda, okupił to ciężką pracą i zdrowiem, a potem musiał wszystko na nowo odbudować, ale był w miejscu, w którym... No właśnie...
Spojrzał na Clem, kiedy ta ciekawsko rozglądała się po wnętrzach.
- Czuj się jak u siebie... - posłał jej uśmiech i zachęcające pokiwanie głową.
Przez chwilę widział ją zostawiającą w tym domu mnóstwo rzeczy, na które on w ogóle nie zwróciłby uwagi. Magazyny, ozdoby, kolorowe poduszki na kanapie. Widział ją w za dużej bluzie, jaką nosił na treningach, siedzącą na tarasie z wielgachnym kubkiem w małych dłoniach. A potem...
Mnie ciągnie do miasta...
Delikatnie zmarszczył brwi, chowając się w części kuchennej. Ale już dom przy plaży znów przywołał uśmiech na jego twarzy.
- Może nie z dala od ludzi, ale w bezpiecznej odległości. Wiesz... W sezonie mam naprawdę dużo adrenaliny i lubię momenty wyciszenia. Powinienem Cię zabrać na żagle. - mówił, wracając do wyspy, by znów móc na nią spojrzeć.
Kosmyki, które rozsypały się po jej twarzy, wywołały tylko większe ciepło na jego twarzy. Wpatrywał się w nią o chwilkę za długo.
- Jak chcesz, to poczekaj na zewnątrz... - zaproponował, przyłapany na tym, że się jej przygląda, a potem uniósł brwi w zaskoczeniu, kiedy mówiła o winie.
Po chwili na jego twarzy odmalowało się zrozumienie i pokiwał kilka razy głową.
- Zatem wino! - zadecydował po jej wyjaśnieniach. - Nie mogę sobie wyobrazić nic przyjemniejszego dzisiaj niż Ciebie zasypiającą w moich ramionach.
Odważnie. Trochę za bardzo bezczelnie, stary! Ale jego ciało już samo sięgało do lodówki na wino, by wyjąć z niego butelkę. Tutaj się zawahał i zanim grube szkło stuknęło o kamienny blat, dodał.
- Tylko ja nie piję alkoholu... - bo... Nie, to nie jest dobry moment.
Kiwnął głową jeszcze na zieloną herbatę i zaczął grzebać po szafkach.
- Zobaczmy, powinna być... Rzadko robię zakupy, bo rzadko mam gości. - wyjaśnił, po czym zatrzymał się. - A może chcesz gorącą czekoladę?
Spojrzał na nią pytająco, po czym zabrał się do roboty.

Minęło raptem kilka minut czekania na tarasie i wpatrywania się w gwiazdy, kiedy Clem usłyszała, jak Robbie odsuwa nieco mocniej drzwi. Chwilę potem poczuła, jak zakłada na jej ramiona miękki, wełniany koc, który pachniał w ten charakterystyczny sposób. Kieliszek z winem niewinnie stał na ceglanym murku, na którym były też rozłożone tarasowe poduszki. Murek okalał wgłębienie w ziemi, na środku którego stała żeliwna, wielka misa, z drewnem przygotowanym do podpalenia. Obok było pełno rusztowych części, po których widać było, że są używane. Zdaje się, że właściciel lubił pichcić na ogniu. Parujący kubek zawisł w jego dłoni, uchem odkręcony do Clem, a chwilę potem Robbie przyklęknął przy drewnie i zabrał się za rozpalanie go.
Ogień wesoło trzasnął, a on z satysfakcją cofnął się do dziewczyny i usiadł koło niej.
- Hej... Tinkerbell... - zaczął, sprawdzając, czy jest wystarczająco dobrze opatulona kocem. - Kończy mi się mała przerwa związana z meczem all stars.
Zaczął trochę nieporadnie, zapominając o tym, że przecież Clementine nie ma pojęcia, o czym on mówi.
- To znaczy, że sezon wraca w pełni. Będę miał mało czasu, ale nie chcę, żebyś pomyślała, że w coś gram i nie odzywam się jako część planu. - przeniósł spojrzenie na nią i na moment znowu utonął w jej oczach. - Ten temat mamy za sobą. Obiecuję Ci, że jeśli będziesz chciała, to wyrwę tyle wolnego czasu, ile mi się uda. Ale potrafimy mieć kilka meczów w tygodniu.
Rozgrywki baseballu były bardziej skomplikowane niż futbolu amerykańskiego. Jedna rywalizacja często była rozegraniem kilku meczów z tą samą drużyną. A to, co zaczynało się między nimi dziać, przyszło w najtrudniejszym momencie, najbardziej intensywnych gier.
Uśmiechnął się do niej.

To dobrze!
21 y/o
For good luck!
165 cm
Cukiernik w Kitten and the Bear
Awatar użytkownika
„Kocham gwiazdy zbyt mocno, by bać się nocy”.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Posłała mu rozbawione spojrzenie. Zawsze ją to bawiło, jak ludzie kilkoma słowami, próbowali rozładować niepewność u drugiego człowieka. Sama nieraz łapała się na takich gestach, gdy mówiła, żeby ktoś czuł się, jak u siebie w domu. Zwykła formułka grzecznościowa, ale wypowiedziana przy niewłaściwej osobie mogła być odebrana jako zbyt bezpośrednie zaproszenie. Korciło ją, żeby mu opowiedzieć o jednym osadzonym, który wymordował całą rodzinę, bo właściciel zaufał nieznajomemu gościowi nie spodziewając się, że był niebezpieczny. Z jej strony nie miał czego się obawiać. Prócz kilku grzeszków na sumieniu była niewinna i prędzej, to ona poszłaby niczym owieczka na rzeź. Już sam fakt, że tutaj była o tej porze, nie dając żadnego sygnału braciom był lekkomyślny. Ufała jednak swojemu instynktowi, a on jej podpowiadał, że mogła zaufać mężczyźnie. Zresztą w razie czego i tak jego obecność została zarejestrowana na kamerach w cukierni.
- W bezpiecznej odległości brzmi nawet romantycznie. Tyle, że moja praca wymaga kontaktu z ludźmi. - uśmiechnęła się swobodnie i oparła podbródek o dłoń, obserwując z zaciekawieniem jego poczynania. Podziwiała to, jak swobodnie poruszał się po kuchni. Większość mężczyzn traktowała to pomieszczenie jako typowo kobiece. Nawet jej bracia. Nie miała im tego za złe, bo lubiła gotować i piec. Miło jednak było chociaż raz stanąć po drugiej stronie lady nawet, gdy chodziło tylko o herbatę.
- Nawet nie wiesz, na co się piszesz. - zachichotała, kompletnie nie wierząc w to, że naleje jej tego wina. Przecież żartowała. Prawdą jednak było to, że miała słabą głowę i robiła się zbyt dotykalska pod wpływem procentów. Magiczny napój, który rozwiewał wszystkie myśli i skrępowanie. To było zbyt niebezpieczne.
Uśmiechnęła się jedynie w odpowiedzi i za jego namową wyszła na taras. Dobrze, że wskazał jej dłonią którędy powinna iść, bo zapewne zgubiłaby się po drodze. Dom był duży i dalej ciężko było jej pojąć, że był na takim metrażu sam. Może ta osoba też była minimalistą? Może mieszkała z nim jakaś rodzina? Nie matka, a na przykład ojciec. Wszystkie jednak myśli ulotniły się, gdy wyszła na zewnątrz i spojrzała w niebo. Tysiące małych punkcików, które rozświetlały niebo. W większych miastach takich jak Toronto rzadko było widać gwiazdy. Dzisiaj jednak niebo było czyste, a ona mogła chociaż przez chwilę nacieszyć się tym widokiem. Urzeczona, usiadła na ławeczce, rozkoszując się delikatnymi podmuchami zimnego powietrza.
Zamrugała zaskoczona w momencie, gdy koc opadł luźno na jej ramiona. Nawet nie zauważyła, że faktycznie było dosyć zimno, a jej skóra była wręcz lodowata. Przyjęła z radością od niego kubek z gorącą czekoladą, uparcie nie spoglądając w kierunku kieliszka, który kusił swoją zawartością. Naprawdę nie chciała przesadzić. Stracić kontroli...
Kuchnia, żagle, motor i teraz jeszcze rozpalanie ognia. Ideał, a nie mężczyzna. Jakim cudem był sam?
- Przejmujesz się tym, co pomyślę? - ukryła swój uśmiech za kubkiem. Początkowo nie wiedziała zbytnio do czego zmierzał, ale gdy skończył mówić dziwne ciepło ogarnęło ją wokół serduszka. - Musisz też odpocząć. Ile potrwa to? Ten sezon? - zmarszczyła brwi, bo naprawdę nie miała zielonego pojęcia o sporcie. - Będziesz wyjeżdżał? - zapytała mimowolnie, bo nie była głupia. Na takich wyjazdach wśród sportowców działy się różne rzeczy. Tłum fanek... Testosteron...
- A ja myślałam, że każdy mężczyzna ma system. Wiesz, że po spotkaniu przez jakiś czas się nie odzywają, żeby pokazać, że im nie zależy. - zażartowała, żeby ukryć fakt, że było jej trochę przykro. W końcu dopiero się poznawali, a mniejsza ilość czasu działała na ich niekorzyść. Rozumiała jednak, że to była jego praca. Siła wyższa.

Robbie Cole
41 y/o
For good luck!
190 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

W bezpiecznej odległości brzmi nawet romantycznie. Tyle, że moja praca wymaga kontaktu z ludźmi.
Będziemy musieli wymyślić coś, żeby ułatwić dojazdy... W sumie nawet miło byłoby Cię wozić...
Jego myśli zupełnie popłynęły gdzieś daleko, za daleko, kiedy przygotowywał gorący napój. W serce wlała się mała doza ekscytacji, kiedy wspomniała o tym, że nie wie, na co on się pisze. W tej chwili był gotów podjąć każde ryzyko, żeby się przekonać.
Gwiazdy delikatnie migotały, teraz trochę bladsze, bo ciemność lasu na wzgórzach przełamała się ciepłym, pomarańczowym światłem ogniska. Dlatego tak lubił to miejsce. Zanieczyszczenie światłem było tak małe, jak tylko się dało na przedmieściach dużego miasta, jakim było Toronto. Jego głowa powędrowała w górę, odbijając lustrem ruch Clem. Oboje chwilę wpatrywali się z uśmiechem w gwiazdy.
- Ale nad jeziorem, to dopiero są gwiazdy... - mruknął, zerkając kątem oka na blondynkę.
Poprawił się tak, że jego ręka niby przypadkiem oparła się na murku tuż za nią. Jeszcze nieśmiało, ale na tyle blisko, by można było przeczuwać intencję. Trochę jak nastolatkowie na pierwszej randce, spacerujący obok siebie po wesołym miasteczku.
Odwrócił na nią głowę z zaskoczoną miną.
- Pewnie, że tak! - odpowiedział szczerze, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.
Uśmiechnął się pod nosem, próbując ukryć swoje rozczulenie, kiedy zwróciła mu uwagę, że on też musi odpocząć. Gdyby tylko wiedziała, jak wyglądał sezon...
- Do końca września, a jeśli nam dobrze pójdzie, to do końca października.
Powiedział, czując, jak dosłownie bolą go jego własne słowa. Dobrze wiedział, jak to będzie wyglądało. Kilka wymienionych SMS-ów, może krótkie albo dłuższe rozmowy telefoniczne, albo video.
- Tak... I to na długo. - odpowiedział, na początku nie dostrzegając w jej oczach obaw, które kryły się za jej słowami. - Gramy serie, a nie pojedyncze mecze. To oznacza, że teraz jak pojedziemy do Nowego Jorku grać z Jankesami, to zagramy trzy mecze z rzędu, a potem dalej. W sezonie gramy sto sześćdziesiąt dwa mecze. Są takie tygodnie, że mamy sześć meczów.
Zawahał się, widząc coraz większe zmartwienie w jej buzi. I wtedy nie było już miejsca na kombinowanie. Ręka sama uniosła się do jej ramienia i przyciągnęła ją bliżej, obejmując tak, że właściwie opierała się o niego plecami.
- Wiem... To trochę trudne...
Kurczę, właściwie to nie masz prawa wymagać od niej, żeby czekała na Ciebie. Kto wie, może w październiku już nie będzie o Tobie pamiętała? Uśmiechnął się pod nosem na jej kolejne słowa i pogładził ją dłonią, walcząc z usilną potrzebą pocałowania jej włosów, które dalej pachniały cukiernią.
- Tak? Zawsze byłem słaby w te klocki... - odpowiedział i już się zbierał, żeby powiedzieć, że jemu zależy i że nie zamierza tego ukrywać, ale zdołał tylko wydusić z siebie westchnienie.

Clementine Thallman
ODPOWIEDZ

Wróć do „#10”