To jedna z tych sytuacji, w których musisz poczuć na własnej skórze, co oznacza wolność.
Zadanie z pozoru łatwe i przyjemne wywołało u Maude lawinę myśli, na moment zacierając wypisane na twarzy zadowolenie. Smaku wolności nie dało się wymazać z pamięci – potrafiła opisać go nawet teraz, choć wydawało jej się, że ostatni raz skosztowała go mniej więcej w czasie, w którym w każdy piątek kupowała hot-dogi z budki przy domu kultury. Gdy nieskrępowanie stąpała po deskach amatorskiego teatru, widząc w pojedynczych widzach wizję sali wypełnionej po brzegi. Gdy w mroźne popołudnia razem z Rutherfordem rzucali śnieżkami w sklepowe witryny w drodze na przystanek.
Wszystko później przypominało błyskawicę – wolność trwała wystarczająco długo, by ją dostrzec, ale za krótko, by ją
poczuć. Niegdyś marzyła o dorosłości, naiwnie kojarząc ją z wolnością, a każdy mijający rok zdawał się oddalać ją od niej. A teraz James prowadził ją do miejsca, w którym była ona odgórnie zagwarantowana i Murphy nie miała pojęcia, czy potrafi się na nią otworzyć. Nie obawiała się wolności – raczej jej konsekwencji w postaci buntu wobec narzuconych ram, ciężkiego powrotu do codzienności różniącej się od życia artysty.
Odbicie piłeczki rozbawiło Maude. Zaśmiała się, spoglądając w kierunku tafli wody, w której odbijały się latarnie i Księżyc. Nie chodziło o samą treść, chociaż ta, gdyby została wypowiedziana w innych warunkach przez kogoś innego, przypominałaby tandetny podryw. Był intrygujący również w tym zakresie – nie zaprzeczał, nie sugerował, że blondynka przesadza. Zamiast tego, czy zwyczajnych podziękowań za miłe słowo, wysuwał w jej stronę komplement o większej wadze. Murphy bynajmniej nie narzekała, czując, jak jej nastrój zmienia się na lepszy dzięki jego odpowiedzi.
Uśmiechnęła się pod nosem na pytanie o matkę. Przewidywała ciekawość, choć sama nie chciała poruszać tematu. Theresa Murphy była
trudnym człowiekiem – kapryśnym, nieskorym do pochwał czy przyznania innym racji. W ciągu blisko trzydziestoletniego życia Maude nauczyła się odczytywać emitowane przez rodzicielkę sygnały, a przynajmniej taką miała nadzieję. Błysk w oku matki sugerował, że prezent przypadł jej do gustu, jednak z ust wypadło coś innego:
stać cię na coś lepszego, Maude.
Theresie nie chodziło o obraz – ten niezaprzeczalnie cieszył jej oko. Maude widziała, jak matka uważnie przygląda się malunkowi, na moment wstrzymując oddech, jakby świadomość, że autorem był Rutherford, przeniosła ją w czasie do dni, w których jeszcze liczyło się dla niej coś więcej niż prestiż. A jednak sądziła, że córka powinna bardziej się postarać i podarować matce coś, czym ta z dumą będzie mogła chwalić się przed znajomymi. Nie było miejsca dla sentymentów.
— Spodobał się jej. Obraz wisi teraz w pokoju muzycznym i zastąpił moje zdjęcie z zakończenia przedszkola muzycznego. Nigdy więcej nie podaruję jej niczego twojego, jeśli ma zamiar wymieniać każdą moją fotografię na obrazy — wróciła spojrzeniem do towarzysza.
Nie pytała, gdzie zmierzają ani jak długo jeszcze będą szli. Z każdym pokonanym metrem coraz bardziej oddalali się od spacerowiczów, których z każdą minutą ubywało. Murphy niejednokrotnie przechadzała się deptakiem, ale nigdy nie zapuściła się aż na jego koniec. Chwyciła wyciągniętą w jej kierunku dłoń, od razu żałując wyboru obuwia. Skórzane baleriny nie stanowiły dobrej ochrony przed formującą się rosą – podeszwy ślizgały się po wilgotnej trawie, zmuszając kobietę do bacznego stawiania stóp na podłożu.
Gdy szli, do uszu dobiegały zmieszane ze sobą odgłosy, przykuwając jej uwagę. Podnosząc głowę, skupiła się na tym, co znajdowało się przed nią. Trzymała się tuż za plecami Jamesa, dostrzegając znad jego ramienia napis. Ciekawość sięgała zenitu – Maude wydawało się, że wkracza na teren niedostępny dla zwyczajnych ludzi. Jakby pośrodku lasku istniała tajemnicza strefa, do której można wejść wyłącznie przez portal dla ekscentryków zakochanych w sztuce.
Murphy przystanęła, pochłaniając otoczenie wzrokiem. Pragnęła wszystko omieść spojrzeniem, lecz było tego za wiele, by zrobić to w krótkim czasie. Odpuściła więc, spokojnie prowadząc obserwacje. Nigdy wcześniej nie znalazła się w centrum podobnego zgromadzenia. Pełni swobody ludzie bawili się tak, jakby nie było nikogo wokół. Tańce, śpiewy, iskry z ogniska. Rozlane farby, setki maleńkich światełek nad nimi i echa śmiechów sprawiły, że zakręciło jej się w głowie w najlepszy z możliwych sposobów. Z zachwytem wymalowanym na twarzy zwróciła się w stronę Rutherforda, który jako pierwszy postanowił przełamać ciszę.
Dziewczyna pojawiła się znikąd, zamykając Jamesowi usta swoimi własnymi. Maude ściągnęła brwi, puszczając w końcu męską dłoń i nieznacznie się odsunęła. Czarnoskóra zaskoczyła jeszcze bardziej, gdy zbliżyła się do jasnowłosej, aby przywitać ją w podobny sposób. Przybyszka zniknęła równie szybko, co się zmaterializowała, pozostawiając za sobą zdezorientowaną kobietę. Murphy nie zdołała nawet odpowiedzieć na jej słowa, obserwując oddalającą się postać. Spojrzała na Rutherforda, jakby poszukiwała wyjaśnień – otrzymała je, zanim zdążyła się odezwać.
— Lubię ją — zaśmiała się, widząc wyraz jego twarzy. Być może Maude potrzebowała takiego wstępu – szokującego, ale niezaprzeczalnie serdecznego. I choć to mogło wydawać się głupie, dwudziestokilkulatka uznała przelotny buziak Kiary za zaproszenie do artystycznego gniazdka – zachętę do zanurzenia się w
wolności, którą oferowało.
Spojrzała w kierunku wskazanego przez Jamesa miejsca i uśmiechnęła się enigmatycznie. Obawy artysty były absolutnie niepotrzebne, ponieważ Murphy z każdą sekundą i każdym dostrzeżonym elementem zdawała się oczarowana otoczeniem, w którym się znalazła.
— Pół godziny? Jamie, zarezerwowałam cały wieczór i bardzo możliwe, że będziesz mnie stąd wyprowadzał siłą — łapała za słówka Rutherforda, a także jego otwartej znajomej, ciągnąc go za ramię w kierunku
artystycznej studni.
Pierwszy przystanek wieczoru świetnie wpasowywał się w klimat – był idealnie niedoskonały, kolorowy z deskami, po których lepiej było nie przejeżdżać dłonią, jeśli chciało się uniknąć drzazg wbijających się w palce.
— A tak na poważnie… To miejsce jest specyficzne, ale naprawdę mi się podoba. Dziękuję, że mnie tutaj zabrałeś — mówiąc to, skupiła spojrzenie na towarzyszu, by po chwili ponownie skanować okolicę.
Domyślała się, że James był częstym bywalcem i bynajmniej się temu nie dziwiła. Każdy był wyjątkowy i czymś się wyróżniał, a jednak wszyscy zebrani tworzyli spójną całość. Maude miała wrażenie, że na ten jeden wieczór scaliła się z nimi – nie czuła na sobie niewygodnych spojrzeń, nie było też miejsca na nieprzyjemne szepty. Obserwowała zupełnie inny świat, w którym nie czuła nic poza wewnętrznym spokojem. Być może powodem tego stanu była ogólna atmosfera, może to obecność znajomej duszy w nowej sytuacji działała kojąco – a być może to połączenie tych dwóch czynników.
— Mam pomysł na ujawnienie prawdziwych barw. Powinniśmy w coś zagrać… Proponuję prawdę czy wyzwanie — uniosła brew, wyczekując reakcji. Ktoś tuż obok nich odłożył z brzękiem na blat pusty kieliszek, podsuwając kobiecie inną koncepcję
— Albo nie. Nigdy przenigdy, a jeśli druga osoba to zrobiła, musi wypić shota.
Szkło w prowizorycznym barze było przeróżne – cienkie i grube, kolorowe, nawet lekko uszczerbione. Ku własnemu zaskoczeniu, Murphy uznała to za intrygujący szczegół. To wszystko wydawało jej się bardziej ludzkie niż perfekcyjnie wypolerowane naczynia, przypisane do konkretnych typów trunków.
— Ja zacznę — zapowiedziała, milknąc na moment. W umyśle Murphy przewijały się kolejne aktywności – wszystkie z listy wykonanych. Rozejrzała się w poszukiwaniu koła ratunkowego, zanim przekaże Rutherfordowi pałeczkę i wtedy kątem oka zauważyła ciemnowłosego chłopaka zaciągającego się skrętem
— Nigdy przenigdy nie paliłam marihuany.
James A. Rutherford