Marceline H. Valentine
Pracę obu kobiet diametralnie się różniły. Cecille miała w swojej mniej krwi. Mogła skupiać się na swoim doktoracie, dbającym o planetę. Z drugiej strony kwestie botaniki sądowej, nigdy nie miały w sobie samego rozlewu krwi. Przy sprawach bardziej asystowała i analizowała przede wszystkim materiały roślinny. Była w stanie stwierdzić miejsce zgonu na podstawie obecności ziaren pyłku na ubraniu, lub dowieść, pomóc w analizie treści żołądkowej, czy innych mniej makabrycznych sprawach. Tylko musiała mieć źródło, a sama nigdy go nie zabezpieczała. Stąd może wizja pochowania kogoś w betonie tak bardzo ją przeraziła?
— Czapka, albo może szalik? Coś ciepłego na zimę... — wymruczała Cecille, zastanawiając się, co dokładnie powinna przygotować. Gruba, wełniana z odpowiednio dobranymi kolorami powinna być wręcz idealna. Może powinna stworzyć własną serię ubrań? Jeszcze ktoś by ją odnalazł i zostałaby wielką projektantką mody
— wiesz, obawiam się, że moje umiejętności są na poziomie beznadziei początkującego, więc wpierw daj mi zrobić szalik, lub czapkę — w odmętach głowy Marquis wydawało się, że to była jedna z tych rzeczy, których nie byłaby w stanie popsuć. Wziąć, poszydełkować, a gdyby nie wyszło... wyrzucić do śmietnika. Drogocenny beret przyjaciółki należał do innej kategorii. Rzeczy nie do zniszczenia. Wolała nie brać niczego, co byłoby ponad jej własne umiejętności.
— Nie, nie taki komunizm jest zły — przytaknęła przyjaciółce, kiwając lekko głową
— chodzi o rodzaj wspólnoty. To co jest jego jest moje i odwrotnie. Nawet znamy już układy rzeczy w naszych mieszkaniach — u niego nie miała co zapamiętywać. Piwa ukryte w lodówce z ewentualnymi pudełkami przygotowanymi przez nią. No i ta melisa, którą zasugerowała mu na sen. Poza tym mieszkanie pełne w pudełka przeprowadzkowe. U niej wyglądało to inaczej. Pełno zieleni, pełna lodówka, a przede wszystkim każda pierdołka ułożona na odpowiednim miejscu. Zdjęcia z przyjaciółkami, prezenty od najbliższych, a już niedługo ozdoby jesienne. Cece była prawdziwą jesieniarą.
— Nosisz legitymacje w trakcie alkoholizowania się? Ty to dopiero jesteś szalona, dziewczyno — zaśmiała się na samą myśl o tym Cece. Sama nigdy by nie wpadła na tak szatański plan. W końcu co miała wziąć ze sobą? Magisterkę, by pokazywać jakim to jest znawcą roślin? Nie miała aż tak dobrego przebicia, jeśli chodziło o tak prozaiczne sprawy. Poza tym bałaby się o zgubienie dyplomu, czy własnej pracy. Leżała ona w biblioteczce na specjalnie wyselekcjonowanym miejscu, by błyszczeć dla każdej osoby, która chociażby spojrzałaby na nią.
— Mi już nic nie zaszkodzi, za to Tobie tak. Jeszcze trochę dziwnych insynuacji, a walnę Cię szklanką — mruknęła zdecydowanie poważniejszym tonem. To prawda, miała z Milesem naprawdę dobre relacje, ale pewnych granic wolała nie przekraczać. Skoro cały czas dzwonił do swojej eks, były między nimi uczucia pomiędzy, które nie chciała wkraczać. Czułaby się z tym najgorzej na świecie. Może jeszcze by się im udało? Sama nigdy nie wiedziała, co powinna o tym myśleć, zwłaszcza po ich ostatniej wspólnej nocy na kanapie. Na wszystko przychodził odpowiedni czas, go się nie dało ignorować
— tak, policjant konny. Co ja Ci mogę na to poradzić? — wymruczała lekko zdenerwowana. Wolała, by jej przyjaciółka nie wchodziła w te przedziwne przepychanki. Mimowolnie na jej czole wyskoczyła żyłka z nerwów. Jasne, człowiek robił się zabawny, bo jeździł na koniu. Tylko czy naprawdę było z czego się podśmiewać? Funkcjonariusz jak każdy inny.
— Przepraszam, że odbieram Ci tą wielką radość ze znęcenia się nade mną. Chcesz więcej? Ostatnio spał u mnie w koszulce mojego ex, bo zapomniał kluczy do domu — parsknęła pod nosem na samą myśl
— wiesz, tą z napisem kocham Cece i ze wspólnym zdjęciem. Czasami żałuję, że kiedyś tworzyłam takie rzeczy — innej, męskiej w takim rozmiarze najzwyczajniej w domu nie posiadała. Nic więc dziwnego, że dała akurat tą. W czymś facet musiał spać, a ona przypomniała sobie tamtą koszmarną bieliznę sprezentowaną przez Boba.
— szczerze Marcie, boję się o Ciebie, gdy tylko opowiadasz mi o waszym związku. Jesteś pewna, że chcesz z nim być? Nie łatwiej byłoby zerwać? — to nie tak, że Cecille kiedyś była przeciwna związku przyjaciółki. Wraz z nawarstwianiem się spraw przyjęła tę decyzję. Bała się o nią. Bywały takie chwile, w której zastanawiała się, czy nie będzie musiała odwiedzić jej w szpitalu. Ludzie chorujący na PTSD, bywali naprawdę niebezpieczni
— Marcie, powiem to jeszcze raz jak przy każdym naszym spotkaniu. ZERWIJ Z NIM. Jak to zrobisz, to umówię się z sąsiadem — dziwny warunek własnego szczęścia. Jednak Cecille myślała tylko o jednym, by jej przyjaciółka finalnie czuła się szczęśliwa.