Cała ta
tyrada, wypowiedziana nie w agresywny, ale stanowczy sposób, przełamany tylko nutą łagodności, wynikłą ze zrozumiałej (a może właśnie nie) słabości do niego, miała wyłożyć jasno stan rzeczy – mógł na nią stękać i marudzić, mogło mu się nie podobać, co robiła i czemu to robiła, ale ona nie zamierzała tego zmieniać. A jeśli miała zajść jakaś zmiana, to przede wszystkim w poziomie ich relacji. Bo jeśli miała nie martwić się o niego, to musiał przestać być blisko i odejść.
Chociaż i wtedy nie miała gwaranta, że to zmieni się tak po prostu i natychmiast. Jeśli już: to z czasem.
Zarejestrowała to, że wstaje, zatrzymując komentarz, że nie powinien, między ściśniętymi wargami. Damon był kawałek bydlaka, którego trudno było zedrzeć. Albo raczej – którego trudno było unieruchomić długookresowo. I na początku ciężko było mu przetłumaczyć, że powinien odpoczywać. Chociaż wtedy nie miał do niej żadnego respektu chyba, to trudno aby jej posłuchał.
Nie ruszała się z miejsca, gdy do niej sięgnął, na moment tylko, krótki ułamek, zerkając z ukosa na jego dłoń, jakby chcąc ocenić dokąd zmierzała i po co. W tej wkodowanej czujności.
Świadomie, a nie odruchem, wcisnęła policzek, w jego dłoń. Na pewno nie dlatego, że była super przyjemna w dotyku.
Dźwięk jego głosu zawibrował w jej umyśle, miękko na nim osiadając. Resztę tego, co zamierzał zrobić odczytała dość szybko. I nie ruszyła się z miejsca.
To nie bliskość była jej problemem. To znaczy była, ale w innym wymiarze. Największy problem stanowiła dla niej nagłość i gwałtowność, a przede wszystkim: nieczytelność intencji, z jaką ktoś działał. Jej ciało musiało rozpoznać ruch, a jeśli tego czasu nie miało – reagowało od razu. Szykując się do obrony – napinało się gotowe do ucieczki, gotowe do walki. Niby jedna – choć może wyjątkowo przeciągająca się – skaza doprowadziła jej organizm do takiego stanu, w którym było cały czas w trybie survivalowym. Wystarczyło stracić chociaż raz kontrolę nad samą sobą, nad swoim ciałem; raz jeden, aby ktoś jej to odebrał, żeby nosiła znamiona tego przez kolejne lata. A i tak, ledwie ponad rok od zdarzenia, to wydawało się tyle czasu, co nic.
Jej ciało nie potrzebowało nawet delikatności czy ostrożności, tak bardzo, jak potrzebowało tej jednej rzeczy, chociaż to był pewien ekwiwalent tego. Jej ciało i umysł potrzebowały czegoś znacznie, na pozór, prostszego. A czegoś, czego nie dano jej.
Potrzebowała pytania o zgodę.
Świadomości, że jej zdanie było istotne. Że mogło dyktować to, co było dalej. Że było w stanie zatrzymać to, czego nie chciała. Wcześniej jej nie zapytano, a po prostu zabrano jej to, czego tak naprawdę dać nie chciała.
Jej oddech zdążył spłycić się w tych paru nanosekundach, gdy zatrzymał się przed łatwym do domyślenia się sednem. Nie ze strachu. Z wewnętrznej mieszaniny wielu emocji. Wielu uczuć. Ale strachu w tym wszystkim nie było. Nie odsunęła się. Nie przysunęła się. Jak gdyby ostatni akt kapitulacji, zostawiając tylko w jego rękach. Ale on go odsunął i domknął cały gest, przyciskając swoje usta do jej.
Odpowiedziała mu szybciej, niż impuls świadomości rozszedł się po jej ciele. Odwzajemniła pocałunek na jego popękanych od zdarzeń, złudnie smakujących krwią ustach. Palce wolnej ręki ułożyła niezobowiązująco na jego ramieniu.
Nie przerwała tego nagle, a wtedy, gdy podyktowała to chwila. Idealny moment między miękkim pocałunkiem, a czymś głębszym.
—
Schlebiasz mi, naprawdę — odezwała się cicho, pozwalając sobie na drobny uśmiech. —
Nawet bardziej, niż kilka minut temu. — Co na nią naszczekał, a potem powiedział, że jest super. Ten uśmiech, który nabrał przepraszającego wyrazu, zdradził to, co miało paść zaraz. Jedno, trzyliterowe słowo. —
Ale — zatrzymała się, szukając dobrych słów. —
chyba powinniśmy zostawić to tutaj. — Przesunęła krótko palcami po skórze jego ramienia, opuszczając na nie swoje spojrzenie. —
Jestem kiepskim wyborem. — Nie mówiła tego dla dramatyzmu. Nie dlatego, że szukała potwierdzenia. Dlatego bez chwili przerwy pociągnęła dalej: —
Mam ogromny szacunek do ciebie. Podziwiam cię. Mam też słabość do ciebie, oczywiście że mam — pociągnęła z westchnieniem, nie tym godnej oczarowanej nastolatki, a tym nasączonym pewnym niedowierzaniem. Bo gdyby miała wskazać moment, w którym faktycznie zaczęła ją mieć, to chyba nawet nie potrafiła. —
Ale nie mam szacunku do samej siebie. — A nawet gorzej. Co było widoczne, gdy ulało jej się po opowieści o tym elemencie jej życia, który faktycznie ją zmienił. I złamał. I nie chodziło na pewno o to, że za tym brakiem szacunku miało stać to, że puszczała się na ulicy, jak niektórzy, którzy ponoć siebie nie szanowali. Ją ten brak szacunku, a raczej przekonanie o braku wartości, uziemiał.
Przesunęła raz jeszcze opuszkami palców po skórze na jego ramieniu, ostatecznie podnosząc spojrzenie na jego twarz.
—
A to jest problem. — Choć może nie brzmiał, to na głębszą logikę – kto chciałby ofiarować (nie tylko w wymiarze cielesnym) komuś, kto był dla niego ważny coś, co było zepsute. Nie takie. Albo dokładniej: brudne i bez wartości.
Damon Tae