ODPOWIEDZ
25 y/o
Welkom in Canada
188 cm
chwilowo zawieszony student psychologii więc pracuje jako mechanik samochodowy
Awatar użytkownika
„Najgorzej nie jest wtedy, kiedy coś czujesz. Najgorzej jest wtedy, kiedy wiesz, że nie powinieneś — a i tak nie potrafisz przestać.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

013
Nie pamiętał samego uderzenia, nie pamiętał zgrzytu giętej blachy, huku poduszek powietrznych ani pisku opon. Pierwsze, co zarejestrował, to chłód i ostry ból w klatce piersiowej. Otworzył oczy i powoli docierało do niego, gdzie w ogóle jest. Siedział na asfalcie, głowa ciążyła mu jak z ołowiu, a w ustach czuł metaliczny smak krwi połączony z przetrawionym alkoholem. Rozglądał się wokół kompletnie skołowany. Samochod był wbity w latarnię, a w środku nieruchomo siedział Kevin. Noah ledwo podniósł się z ziemi, nogi uginały się pod nim, ale podszedł dwa kroki i zamarł. Kevin siedział w dziwnej, nienaturalnej pozycji, z głową we krwi. Nie oddychał. Beaumont zaczął krzyczeć jego imię, ale z gardła wydobywał mu się tylko chrapniecie. Zero reakcji. Przyjaciel nie żył. Przeniósł wzrok na tylne siedzenie, gdzie Mia, siostra Kevina, była uwięziona w zakleszczonym wozie i próbował szarpać za klamkę, ale drzwi ani drgnęły, wpadł więc w panikę, biegając wokół auta, pociągając za klamki i krzycząc, aż w oddali usłyszał syreny. Nie pamiętał, co było potem. Nie pamiętał, co dokładnie spowodowało ten wypadek. Czy zasnął za kółkiem? Czy zjechał na przeciwległy pas? Czy wymusił pierwszeństwo? Do dziś nie miał pojęcia. Z samego wypadku w jego pamięci zapisała się tylko ta okropna scena wybudzenia na ulicy i widok martwego kumpla. Był nawalony jak szpadel, ledwo trzymał się na nogach, a mimo to wziął kluczyki. Przez swoją głupotę Kevin zginął na miejscu, a on sam wywinął się z tego z kilkoma siniakami, poharataną twarzą i wstrząśnieniem mózgu. To wszystko dawno minęło, ale tamte obrazy nie dawały mu spokoju. Poczucie winy zjadało go od tamtej nocy bez przerwy. Każdego dnia po wypadku budził się z tym samym obrazem pod powiekami.
Potem ruszyła cała sądowa machina: zarzuty, przesłuchania, ciąganie po komendach, aż wreszcie nadszedł ten dzień. Dostał wezwanie do sądu na pierwsze oficjalne spotkanie z kuratorem sądowym, który miał teraz decydować o jego dalszym losie, wyznaczać mu prace społeczne, nadzór, kroki w terapii uzależnień i kontrolować każdy jego ruch.
Rano nie potrafił wcisnąć w siebie ani kęsa chleba, a ręce trzęsły mu się tak mocno, że przy zapięciu pierwszego guzika koszuli, musiał próbować dwa razy. Idąc, miał wrażenie, że wszyscy ludzie na ulicy gapią się na niego i wiedzą, co zrobił, że widzą w nim mordercę, który wsiadł za kółko po pijanemu. Serce waliło mu jak szalone, bo bał się tego spotkania. Nie wiedział, kim jest ten kurator, czy to będzie jakiś surowy gość, który od razu zmiesza go z błotem, czy ktoś, kto potraktuje go jak ostatniego śmiecia? W sumie sam uważał się za śmiecia, więc nawet nie miałby prawa się obrazić.
Gdy wysiadł pod budynkiem sądu, aż go zemdliło. Budynek wyglądał przerażająco i Noah stał chwilę przed przejściem dla pieszych i po prostu patrzył na drzwi. Wejście do środka wymagało od niego wykrzesania z siebie resztek sił. Przeszedł przez bramkę do wykrywania metalu, pokazał dowód strażnikowi. Wszystko robił automatycznie, jak robot. Podszedł pod właściwe drzwi, usiadł na ławce, ukrył twarz w dłoniach i zaczął głęboko oddychać, żeby nie zemdleć z nerwów.
Przez głowę przechodziły mu setki myśli. Jak ma rozmawiać z tym człowiekiem? Co ma powiedzieć, skoro sam nie wie, jak do tego doszło? Jak wytłumaczyć, że nie chciał tego zrobić, kiedy przed oczami wciąż ma martwe ciało Kevina? Miał pustkę w głowie, a im dłużej siedział pod tymi drzwiami, tym mniej wiedział, co właściwie powinien powiedzieć. W końcu klamka w drzwiach gabinetu numer drgnęła i chłopak podniósł głowę i nagle przestał oddychać.
Vivienne Adler
Ostatnio zmieniony czw wrz 03, 2026 1:50 pm przez Noah Beaumont, łącznie zmieniany 1 raz.
pączek
ktoś prowadzi moją postać bez ustaleń, nudy, braku rozwoju fabuły
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

∙ 003 ∙
Vivienne spojrzała na zegarek na nadgarstku. Potem na ten na ekranie laptopa. Później na ten na telefonie. Ostatecznie za okno, udając przed samą sobą, że z położenia słońca potrafiłaby wyczytać godzinę. Nie potrafiła, chyba, że było południe albo można było jedynie rzucać szacunkową liczbą.
Teraz jednak liczyła się dokładność.

Kiedy ktoś miał umówione spotkanie, dokładność oznaczała punktualność lub jej brak. W przypadku tego spotkania Vivienne jeszcze nie była pewna na czym to się skończy. Noah Beaumont miał wciąż jeszcze pięć minut. Równie dobrze mógł wejść do gabinetu w każdej kolejnej sekundzie. Równie dobrze mógł to zrobić w godzinę zero.
Równie dobrze mógł nie zrobić tego w ogóle.
A Vivienne wtedy by się nie zdziwiła. Bo to chyba była niepisana część jej pracy — brak stawiennictwa. Czy mogła się dziwić? Rozważając wszelkie za i przeciw, wchodząc na chwilę w buty drugiej strony, chyba nie mogła. Z drugiej strony sama świadomość c o oznacza brak spotkań z przydzielonym kuratorem powinna skutecznie pchać podopiecznych pod jej drzwi. Sądy w tym przypadku były wyjątkowo bezlitosne.
Społeczeństwo nie lubiło recydywistów.
Kiedy wskazówki zegara mignęły na równą godzinę, a na ekranach przesunęły się cyfry, Vivienne podniosła się z fotela. Nie czekała studenckiego kwadransa, ale też nie skreślała nowego podopiecznego bezpowrotnie. Czasami spóźniali się tylko trochę. Czasami siedzieli pod drzwiami. Niektórzy pogrążeni w obawie, niektórzy w wątpliwościach. Niektórzy w jednym i drugim.
Vivienne nacisnęła na klamkę i otworzyła drzwi, zaraz stając w ich progu. Nie wychylała się na zewnątrz i nie wołała po nazwisku; zamiast tego udawała, że wychodziła, bo miała powód. Jeśli ktoś siedział pod drzwiami to raczej nie dlatego, że się zagapił i zapomniał wejść — nie zamierzała wskazywać paluchem i dawać komuś odczuć, że jest oczekiwany. Nie była urzędasem z krwi i kości, nie brała jeńców i nie chciała ich torturować, z miejsca pokazując kto tu jest górą. Była przede wszystkim c z ł o w i e k i e m. Wciąż świeżym w tym fachu, wciąż niewyćwiczonym. Starsi stażem mieli z niej ubaw, ale ona starała się zachować jakiś umiar i balans między swoją empatią a nie dawaniem sobie wchodzić na głowę.
Przynajmniej tak sobie wmawiała.
I tak robiła też teraz, kiedy wyszła z pokoju z teczką w dłoni, gotowa udawać, że zgarnęła błędne akta.
Albo tak by zrobiła, gdyby nie dojrzała młodego mężczyzny siedzącego na ławce z twarzą zwróconą w jej kierunku.
Już jesteś? — Pytanie retoryczne. Przecież widziała, że był. I on wiedział, że był. — Potrzebujesz jeszcze chwili?
Nie wyglądała, jak ktoś, kto zamierzał go rozszarpać na strzępy. Nie wyglądała, jakby go oceniała. Wyglądała, jakby... jakby realnie się o niego troszczyła. Martwiła. Jakby jej z a l e ż a ł o.
I była to prawda.
Uśmiechnęła się delikatnie i spojrzała na miejsce na ławce. Zanim zdążył się ruszyć, sama postąpiła kilka kroków do przodu i usiadła obok niego. Nie za blisko, ale też nie za daleko. Jak znajoma, którą przypadkiem spotykasz na korytarzu, kiedy załatwiasz jakieś sprawy na mieście. Bez presji, bez napięcia.
Odłożyła trzymaną teczkę na ławkę po drugiej stronie siebie i oparła się wygodniej plecami o ścianę.
Straszny ukrop, co? — Starsi koledzy po fachu właśnie jednogłośnie przywaliliby sobie otwartymi dłońmi prosto we własne czoła. — Napijesz się czegoś?


Noah Beaumont
Ostatnio zmieniony śr wrz 02, 2026 9:49 am przez Vivienne Adler, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
25 y/o
Welkom in Canada
188 cm
chwilowo zawieszony student psychologii więc pracuje jako mechanik samochodowy
Awatar użytkownika
„Najgorzej nie jest wtedy, kiedy coś czujesz. Najgorzej jest wtedy, kiedy wiesz, że nie powinieneś — a i tak nie potrafisz przestać.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Siedział na tej twardej ławce, wpatrując się w cyfry na ekranie telefonu, które nieuchronnie zbliżały się do wyznaczonej godziny. Doskonale rozumiał, w jakiej był kropce. Gdyby stąd uciekł albo olał spotkanie, sąd z miejsca starłby go na pył. Wiedział, że nikt tam na górze nie ma litości dla gości, którzy wsiadają za kółko po pijanemu i doprowadzają do tragedii. Gdyby nie widmo natychmiastowej odsiadki i przegranej, pewnie w życiu nie zebrałby się w sobie, żeby tu przyjść. Nawet nie potrafił sobie wyobrazić, co czeka go za tymi drzwiami, ale świadomość konsekwencji przybiła go.
Dlatego siedział, z dłońmi wciśniętymi między kolana i spuszczoną głową, starając się nie zwariować ze stresu. Zakładał najgorsze. Był święcie przekonany, że z gabinetu wyjdzie jakiś oschły, zmęczony życiem urzędas, który od progu da do zrozumienia, że dla niego jest tylko kolejnym wykolejeńcem i mordercą. Oczekiwał służbowego podejścia, bezwzględnego traktowania z góry i pokazania mu, gdzie jest jego miejsce w szeregu. Sam ze sobą czuł się jak najgorsze ścierwo, więc był gotowy na to, że ten człowiek z miejsca zeżre go na surowo i wypluje.
Gdy klamka wreszcie drgnęła i drzwi się uchyliły, od razu podniósł wzrok, spięty do granic możliwości. W progu stanęła kobieta z teczką pod pachą. Wyglądała zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażał. Przez ułamek sekundy odniósł wrażenie, jakby wcale nie czekała, tylko wychodziła gdzieś w swoich sprawach albo po dokumenty. Kiedy jednak ich spojrzenia się skrzyżowały, Noah wiedział już, że nie ma odwrotu. Siedział nieruchomo, wpatrując się w nią z ławki, a w głowie miał pustkę. To był ten moment, w którym gra wstępna się kończyła i trzeba było wstać, żeby zacząć spowiadać się ze zniszczonego życia.
Dźwięk jej głosu sprawił, że drgnął jakby ktoś strzelił mu nad uchem. Był spięty tak mocno, że kark piekł go z bólu. Pytanie kompletnie go zaskoczyło. Zamiast groźnego warknięcia, opieprzu za sam fakt istnienia, usłyszał spokój.
- N-nie, chyba nie... Jestem gotowy - bąknął cicho, odchrząkując, bo gardło miał tak zaschnięte, że głos brzmiał obco.
Wlepił w nią wzrok, zupełnie nie potrafiąc ogarnąć tego, co się dzieje. Spodziewał się katowskiego wzroku, nienawistnego prychnięcia, czegokolwiek, co przypomniałoby mu, kim jest i co zrobił, ale nic z tego nie nadeszło. Stała przed nim i patrzyła w sposób, którego w ogóle nie potrafił przetrawić. Brakowało w tym chłodu, nie było tam ani grama pogardy czy oceniania. Szukał w jej oczach czegokolwiek, co pokazałoby, że widzi w nim pijanego mordercę, ale znalazł tam tylko... troskę. Wyglądała dokładnie tak, jakby na serio przejmowała się tym, co się dzieje i jak to w ogóle znosił. To wstrząsnęło Noahem bardziej niż gdyby krzyczała. Poczucie winy buchnęło z podwójną siłą, bo czuł, że nie zasługuje na takie traktowanie. Że ktoś taki powinien spotkać tu ścianę, a nie kogoś, komu zależy.
Wpatrywał się w nią jak w obrazek, zupełnie nie kumając, co tu się właściwie dzieje. Zamiast kazać mu wchodzić do środka, ona po prostu podeszła i jak gdyby nigdy nic usiadła obok na ławce. Wyglądała jak ktoś, kogo zgarnął przypadkiem na przystanku, a nie jak urzędniczka, która trzyma w ręku jego wyrok. Odłożyła teczkę z aktami po drugiej stronie i oparła się o ścianę, jakby mieli cały czas.
- N-no... straszny - wykrztusił z siebie, znowu musząc odchrząknąć, bo w ustach dosłownie wióry. - W autobusie to już w ogóle była sauna... - Gapił się na nią kompletnie sparaliżowany. Tekst o pogodzie zerwał napięcie, które budował w sobie przez ranek i to rozwaliło go jeszcze bardziej niż stres. - Szklankę wody... jeśli to nie problem - dodał cicho, pociągając nosem. Siedział spięty jak struna, nie potrafiąc przetrawić faktu, że ta kobieta traktuje go jak normalnego człowieka. Poczucie winy znowu zaczęło wiercić od środka. Miał ochotę jej powiedzieć, żeby przestała być taka miła, bo na to nie zasługuje, ale z gardła nie potrafiło mu wyjść nic więcej.
Vivienne Adler
pączek
ktoś prowadzi moją postać bez ustaleń, nudy, braku rozwoju fabuły
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie patrzyła już na niego, dając mu tę namiastkę prywatności, zalążek braku ograniczeń i faktu, że zaczęli spotkanie, choć tak naprawdę wcale nie zaczęli. Bo nie byli w gabinecie. Bo nie siedział przed nią, jak na dywaniku i nie słaniał się, nie chował za pięknymi słowami o chęci poprawy i gotowości do podporządkowania się warunkom.
Czuła za to, że on na nią patrzył. Ciężko było tego zresztą nie czuć, gdy siedział tak blisko niej, że spokojnie dostrzegała go kątem oka, choć wzrok wlepiony miała przed siebie, gdzieś na granicę sufitu piętra i jego łączenie ze ścianą naprzeciwko nich. Ciężko, bo wgapiał się w nią i Vivienne nawet nie próbowała odgadnąć, jakie emocje i myśli nim teraz targały. Nie musiała. Nie chciała.
Pod tym względem Noah niekoniecznie różnił się od innych podopiecznych. Niewątpliwie był winny, inaczej by go tu nie było, ale nie był tradycyjnie złym gościem, którego zło wybijało bezczelnością, arogancją i świętym przekonaniem, że zrobił dobrze i że gdyby mógł, to zrobiłby to jeszcze raz. Noah był tego rodzaju złym, który wiedział, co zrobił, rozumiał to i ż a ł o w a ł. Takich, choć trochę było, wciąż brano za towar deficytowy.
Z takimi najlepiej się współpracowało. Najbardziej gładko.
O ile, oczywiście, cała ta ich skrucha i chęć naprawy błędów nie była czystą manipulacją i maską założoną po to, by pobawić się z systemem. Takich, niestety, też się spotykało. Takich, jeszcze bardziej niestety, było więcej, niż człowiek chciał przyznać. I tacy, najbardziej niestety, byli najniebezpieczniejsi.
Wilki w owczej skórze.
Gotowe wbić swoje zęby i pazury, rozszarpać na kawałki w mgnieniu oka, bez mrugnięcia własnym.
P o t w o r y.
Vivienne nie była pewna czy Noah był potworem. Takim potworem.
Odchrząknięciem zwrócił na siebie jej uwagę, ale dalej na niego nie spojrzała, w kontrze do tego, że on wciąż patrzył na nią. Kiwnęła jedynie głową na wzmiankę o autobusie i że było w nim jak w saunie, nawet nie tłumiąc uśmiechu, który zagrał na jej ustach, unosząc ich kąciki odrobinę ku górze.
Jasne — odpowiedziała na szklankę wody, podnosząc się z ławki bez ociągania. Nie wzięła teczki ze sobą, zostawiając ją tam jako niemy dowód tego, że wróci i że — jeśli mężczyzna chce — mogą jeszcze chwilę zostać na korytarzu. W gabinecie sięgnęła po czystą szklankę i napełniła ją wodą z dzbanka, który stał tuż obok ekspresu do kawy, a kiedy wróciła, podała mu ją, wreszcie znowu na niego spoglądając. — Jazda autobusem w lato to w ogóle osobna kategoria cierpienia i tragedii. Zwłaszcza, jak ktoś wyciąga z plecaka kabanosy.
Kiedy ręce miała wolne, usiadła z powrotem obok niego, tak samo rozluźniona, co poprzednio, tylko teraz już nie opierała głowy o ścianę i nie patrzyła do przodu.
Na niego. Patrzyła na niego.
Gdyby ktoś ją zapytał, postawiłaby dychę na to, że Noah Beaumont oczekiwał uderzenia i był skonsternowany tym, że jak dotąd go nie otrzymał. Vivienne nie zamierzała go bić. Ani werbalnie ani — tym bardziej — niewerbalnie.
Wiesz — zaczęła, ignorując to, że budynek sądu żył swoim własnym życiem i dało się dosłyszeć z dali stłumione kroki czy pingnięcie windy. — Nie musisz mi niczego udowadniać. Wcale nie oczekuję wyuczonych na pamięć formułek z przeprosinami, obietnicami poprawy i tak dalej. W zasadzie wcale ich nie chcę.
Spojrzała na jego ręce, przelotnie, żeby tylko zobaczyć, czy w ich ruchach też objawia się jego stres — stres, który był aż nadto widoczny w nim c a ł y m.
Jak chcesz, to możemy tu zostać. Możesz wypić wodę i po prostu posłuchać mnie. Możemy też chwilę pomilczeć. — Wzruszyła lekko ramionami, na znak, że jej naprawdę było to obojętne. Że miał wybór. Zgarnęła teczkę na swoje kolana, krzyżując nogę na nodze. — Albo możemy wejść do środka i pogadać tam.

Noah Beaumont
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
25 y/o
Welkom in Canada
188 cm
chwilowo zawieszony student psychologii więc pracuje jako mechanik samochodowy
Awatar użytkownika
„Najgorzej nie jest wtedy, kiedy coś czujesz. Najgorzej jest wtedy, kiedy wiesz, że nie powinieneś — a i tak nie potrafisz przestać.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Siedział sztywno i bał się drgnąć, żeby nie zepsuć tej dziwnej sytuacji. To, że na niego nie patrzyła, wcale mu nie pomogło. Poczuł się jeszcze bardziej głupio. Gapił się na nią i wiedział, że to słabe, ale nie potrafił przestać. Był totalnie zszokowany tym, jak to wygląda. Całą noc układał sobie w głowie formułki o skrusze, nastawiał się na opieprz i na to, że wejdzie tam, potulnie przytaknie i będzie miał to z głowy. A teraz siedzieli obok siebie na korytarzu jak jacyś znajomi i milczeli. Czuł od niej perfumy, słyszał jej oddech i to go strasznie krępowało. Ta cisza go wykańczała, bo zamiast się uspokoić, znowu zaczął panikować. W gardle mu zaschło, zrobiło mu się gorąco i zaczął się zastanawiać, czy ona nie robi tego specjalnie, żeby go po prostu przetrzymać i złamać psychicznie przed wejściem do gabinetu.
Noah zsunął dłonie jeszcze niżej, niemal wciskając je pod uda. Wyczuwał jej bliskość, ale w tym milczeniu zaczynał się powoli gubić. Gdyby rzuciła w niego paragrafami, wiedziałby, co robić. Przeprosiłby, spuścił głowę i przyjąłby wszystko na klatę, bo tak zaplanował ten poranek. Ale ta jej dziwna, spokojna obecność rozwalała mu cały plan obrony.
Zaczął się zastanawiać, co ona właściwie o nim myśli. Czy widzi w nim po prostu kolejnego pijanego idiotę z wyrokiem, czy może próbuje wyczuć, czy facet siedzący obok niej na ławce ma w sobie jeszcze jakieś resztki ludzkich odruchów. Doskonale wiedział, że dla systemu jest śmieciem. Zrobił coś niewybaczalnego, zniszczył komuś życie i sam ze sobą nie mógł wytrzymać w jednym pokoju, więc nie oczekiwał, że ona podejdzie do niego jak do człowieka.
Najgorsza była ta niepewność. Czekał na jakikolwiek znak, ruch ręką, cokolwiek, co przerwałoby to zawieszenie. Chciał już tam wejść, podpisać co trzeba, usłyszeć warunki i mieć to za sobą. Przez to przeciągające się milczenie czuł się coraz bardziej obnażony. Zaczynał się bać, że kobieta patrzy na niego i widzi każdą jego najgorszą myśl, a on nie ma pojęcia, jak udowodnić, że naprawdę, kurwa, żałuje tego, co się stało.
Wziął od niej szklankę tak szybko, że woda prawie chlusnęła mu na palce. Przez ułamek sekundy ich dłonie się zetknęły, a on poczuł się, jakby kopnął go prąd. Cofnął rękę, ściskając szkło obiema dłońmi, żeby nie było widać, jak strasznie mu drżą.
- D-dzięki - wydusił, po czym od razu chciwie pociągnął kilka łyków. Zimna woda natychmiast przyniosła ulgę, ale żołądek i tak podszedł mu do gardła ze stresu. Dopiero po chwili dotarło do niego to, co powiedziała o tych kabanosach. Zerknął na nią z boku, totalnie skołowany. Spodziewał się urzędowego tonu, a ona rzuciła jakimś żartobliwym tekstem o smrodzie w autobusie. Przez to wszystko poczuł się jeszcze bardziej nierealnie. - Tja... gorzej, jak to są te z serem - bąknął pod nosem, patrząc w dół na dno szklanki i obracając ją w palcach. Sam nie wierzył, że to powiedział. Rozmawiał o jedzeniu w komunikacji miejskiej z babką, która zaraz miała decydować o jego przyszłości. - Przepraszam... za to wszystko. Za to, że muszę pani marnować czas - powiedział nagle, a jego głos znowu trochę ochrypł. - I... za tamto też. Za to, przez co w ogóle tu siedzę.
Zamarł ze szklanką w połowie drogi do ust, a potem powoli odstawił ją na kolana. Cały ten misterny plan, który układał w głowie, te wszystkie słowa o tym, jak bardzo jest mu przykro i jak bardzo chce się poprawić, właśnie wylądował w koszu. Poczuł się totalnie rozbrojony i nagle zabrakło mu jakiegokolwiek punktu oparcia.
- Jak to? - wyrwało mu się, zanim zdążył ugryźć się w język. Spojrzał jej prosto w oczy, zupełnie zapominając o wcześniejszym skrępowaniu. W jego głosie słychać było bezradność. - Przecież... po to tu jestem, nie? Żeby pokazać, że... no, że rozumiem. Że mi zależy. Przełknął ślinę, a jego palce znowu mocniej zacisnęły się na szkle. Skoro nie chciała formułek ani obietnic, to czego, do cholery, od niego oczekiwała? Ta myśl była przerażająca. Procedury były bezpieczne, bo wiedział, czego się spodziewać. To, co robiła blondynka, zmuszało go do wyjścia z bezpiecznej roli skruszonego i postawienia się przed nią jako po prostu Noah – facet, który spieprzył wszystko, co się dało. - To czego pani w takim razie chce? - zapytał cicho, niemal szeptem, patrząc na nią z lękiem, ale i z ciekawością.
Przez chwilę kusiło go, żeby zostać na tym korytarzu. Tutaj, czuł się dziwnie bezpiecznie, jakby ściany i gadka o autobusie odwlekały moment, w którym wszystko stanie się oficjalne i ostateczne. Z drugiej strony, to zawieszenie i tak go wykańczało.
- Wejdźmy do środka - powiedział cicho, podnosząc wzrok. - Chyba... chyba wolę mieć to już za sobą. Zamiast tak siedzieć i o tym myśleć. - Wstał z ławki, odrobinę zbyt szybko, przez co na moment stracił równowagę, ale szybko się zreflektował. Stanął przy drzwiach gabinetu, przepuszczając ją przodem. Ręce znowu wbił głęboko w kieszenie spodni, żeby ukryć drżenie. Serce zaczęło mu walić mocniej, gdy uświadomił sobie, że za sekundę zamkną się za nimi drzwi i zacznie się prawdziwa rozmowa.
Vivienne Adler
pączek
ktoś prowadzi moją postać bez ustaleń, nudy, braku rozwoju fabuły
ODPOWIEDZ

Wróć do „Superior Court of Justice”