Była odważna.
Nie bała się nabitych facetów, którzy byli od niej silniejsi, a którzy nie raz byli oprawcami w obskurnych ścianach bidula. Nie bała się wyzwisk, wysokości, szybkiej jazdy czy skrajnie niebezpiecznych sytuacji, w których adrenalina skakała do poziomu
maksimum.
A jednak
broni się wystraszyła.
Pierwszy raz ktoś do niej celował. Pierwszy raz stała twarzą w twarz ze śmiercią w tak prostej postaci. Bo przecież wystarczyłoby, żeby pociągnął za spust.
Proste. Kilka marnych sekund, które momentalnie odebrałoby jej ostatni oddech. Które zatrzymałoby serce. No, chyba, że by kompletnie nie trafił — wtedy pewnie wykrwawiałaby się w katuszach, jednak akurat
on wyglądał na takiego, który umiał strzelać. Trzymał gnata pewnie w dłoni, nawet ręka mu nie drżała. Te jej za to telepotały się nerwowo z podwyższonego stresu. Starała zaciskać się je w pięści, żeby jakoś rozładować napięcie, żeby nie pokazać mu, jak bardzo waliło jej teraz serce, ale to wcale nie było takie proste.
Próbowała więc go przegadać.
Na to również miał kontrargument.
A najgorsze w tym wszystkim było to, że miał rację — zanim ktokolwiek by się tu zjawił, zadzwonił po policję, oni już dawno by się ulotnili. Zniknęli w cieniu, jak ci jego kumple, który po chwili z niego wyskoczyli, łapiąc ją za włosy i ramiona. W sekundę ją unieruchomili, udaremniając jej próbę ucieczki. Szarpała się i wierzgała ale co z tego, jak wystarczyło jedno pchnięcie, żeby poleciała na chłodną podłogę. Niczym szmaciana lalka dała się rzucić do parteru i na własne oczy widziała, jak jeden z nich bierze zamach. Widziała tego pierdolonego, grubego glana, który cofa się do tyłu i lada moment wyląduje prosto na jej twarzy albo brzuchu. W głowie już mogła wyobrazić sobie ogromny ból, jaki jej to sprawi, jak pewnie ją odetnie. Aż zacisnęła mocno powieki, czekając na uderzenie, próbując napiąć mięśnie do granic możliwości, żeby to jakoś zamortyzować.
Czekała.
A jednak ono nigdy nie nadeszło.
Zamiast tego cisze dookoła nich przerwał
jego głos. Ostry i stanowczy. Taki, z którym się nie dyskutowało. Powiedział coś po włosku, czego ona za nic nie mogła zrozumieć, ale cokolwiek to było, sprawiło, że Pilar jednak skończyła z żebrami w jednym kawałku. Z ciężkim oddechem w piersi uchyliła jedną powiekę, a zaraz drugą. Wszystko to, żeby ciemne oczy odnalazły te jego, wpatrujące się w nią z irytacją ale też zaciekawieniem. Ciekawe co sobie myślał. Czy było mu jej żal? Takiego nic niewartego robaka, który myślał, że po prostu mógł od niego uciec? A może był rozbawiony? Wkurwiony?
Ile widziałaś?
Jego głos ponownie przeciął cisze, którą wczesniej wypełniał jedynie jej ciężki oddech. Ile widziała? Dla niego mogła nie widzieć nawet nic. Za grosz nie interesowała się tym, co tutaj robił.
Kłamstwo. Handlował bronią, cukierkami, kartami Pokémonów — cokolwiek to było, jej nic do tego. Już miała mu odpowiedzieć, ale jej spojrzenie ciągle uciekało do
pistoletu, który bez najmniejszej przerwy był w nią wycelowany.
—
Gówno widziałam, okej? — powiedziała w końcu, może nie do końca tak grzecznie jak
powinna, biorąc pod uwagę, że mógł ją wciąż odstrzelić, ale przecież Pilar nie umiała grzecznie. Nigdy nie była dobra w uprzejmości. Ciemne spojrzenie zawiesiła na jego oczach. —
A czy teraz kurwa… — zaczęła, ale jeden z jego goryli poruszył się na jej podniesiony ton. Zadrżała mimowolnie, łapiąc z nim na krótką chwilę kontakt wzrokowy, a zaraz wróciła pełną uwagą do
szefa. —
Czy byłbyś tak miły i przestał we mnie celować? — o proszę. Dało się? Dało. Chociaż przyszło jej to z trudem, a w jej głosie dało się usłyszeć tonę sarkazmu i złośliwości. Bała się. Kurewsko się bała, ale w tym samym czasie coś podpowiadało jej, że gdyby chciał… to przecież już by ją odstrzelił. Nie dość, że widziała jego twarz, to jeszcze to, czym tutaj handlowali. Była kurwa stracona, a jednak wciąż
tylko do niej celował.
Tylko na nią patrzył. Podczas gdy ona drżała pod jego spojrzeniem.
—
Capo, cosa facciamo con lei? —
szefie, co z nią robimy? Spytał jeden z gogusiów, wychodząc nieco przed szereg, wodząc bezczelnie spojrzeniem po jej całym ciele i przy okazji strzelając kostkami w palcach. —
Di certo non lasceremo scappare la puttana —
przecież chyba nie pozwolimy kurwie odejść, dodał, a ona chociaż nie miała pojęcia, o czym mówili, czuła, że nie było to nic dobrego. Nie po sposobie, w jaki się na nią patrzył, jak zaciskał dłonie w pięści. Jak z każdym słowem wykonywał niewielki kroczek w ich kierunku, jakby był gotowy rzucić się na nią w każdej chwili. I chociaż to
szef trzymał broń i miał ostatnie słowo, to jego powinna bać się najbardziej… Pilar zacisnęła palce nieznacznie na grubym materiale jego kurtki, jakby to nagle w nim szukała
wyjścia z tej patowej sytuacji.
Marco Moretti