Miał wrażenie, że krok gościa, skoncentrowanego na powolnej obserwacji uwydatniającego się przed nim korytarza, zwolnił. Podobnie jego własny wzrok, przesuwał się niespiesznie i dokładnie po kształtach nieumyślnie prezentowanego mu ciała Everharta. Rosłość sylwetki mężczyzny niemal przy tym pochłaniała ramę drzwi – pożerała ją w szerokich ramionach i w wysokim wzroście, wypełniając prostokąt wejścia jakby nigdy nic.
Miles niemal prychnął w rozbawieniu, pół kroku za gościem pozostawiając w progu rozszczelnioną nagle przestrzeń. Nigdy wcześniej nie zwracał uwagi na odległość własnej głowy od górnej framugi. Dziś zrobił to po raz pierwszy, zatrzaskując za nimi skrzydło drzwi.
Niepewność nie sięgała wprawdzie jego głowy – niski wzrost rzadko bywał dla niego problemem – wpływ obecności Oleandra na niego był jednak odczuwalny. Drobne zroszenie napięcia, jak skroplony za karkiem pot, spływało po nim i ślizgało się wolno, ale wyczuwalnie po połaci skóry. Łaskotało go po powierzchni, niemal przy tym doprowadzając Milesa do zjeżenia włosków na skórze, czy lekkiego, impulsywnego drżenia.
Muśnięcie emocji tego typu, wibrującej na fundamencie całego ciała – było niezbywalne. Nie do odtrącenia. Jakby przylepione do samych korzeni czucia Milesa. Nikt nie byłby w stanie dostrzec tego, jak silny wpływ wywierał na nim
ten młody mężczyzna, a mimo tego drzewo świadomości Howarda dziś opierało swoje reakcje właśnie na tym jednym
wrażeniu – na tym muśnięciu emocji i wysokim napięciu.
Traktował ten stan niemal jak podwalinę czegoś, co miało go utrzymać dziś przy życiu.
(Może na poziomie metaforycznym go utrzymywało).
Bo ekscytacja, jaką czuł wraz z wejściem Oleandra za próg jego mieszkania, wybijała się daleko ponad stan i ożywiała go, jak nic innego.
Tu zdecydowanie nie chodziło o sam wzrost.
Nie był zazdrosny, ani nie czuł, że rywalizują. Będąc zainteresowany męsko-męskimi zalotami, Miles nie musiał nawet konkurować z nim o względy pań, które naoglądały się zbyt wielu komedii romantycznych, romantyzując przystojnych i wysokich mężczyzn.
Więc skąd to napięcie?
Coś nim poruszało. Coś bardzo cichego, i dojmująco obecnego wślizgiwało się w neurony świadomości doktora Howarda. Na pewno chęć podtrzymania autorytetu i kontroli, którą stracił wraz z pokazaniem się od tej “ludzkiej” strony… ale to już zdążył zauważyć i przetworzyć w głowie wcześniej. Zaraz potem była próba oceny równowagi sił między nimi, która właśnie chyliła się w kierunku Oleandra… a teraz?
Teraz to COŚ, bardzo natrętnego i w cholerę lepkiego, jak słodka maź, wlepiało się w niego i wywierało na nim presję. Naciskało na wrażliwe na bodźce ciało. Nie dawało się odjąć, ani oderwać od skóry. Nie dawało się też
zapomnieć. To coś, co sprawiało, że jego myśli rozbijały się na małe atomy, prowadząc go ku zupełnie chaotycznym refleksjom, to było POŻĄDANIE.
Mógł domyślić się, gdy przesuwał po nim wzrokiem w samochodzie.
Mógł tego również uniknąć, milknąc, zamiast proponować wejście do mieszkania.
Mógł. Ale czy chciał?
Niezupełnie.
Po wargach Milesa przesunął się mokry język – bezwiednie, w reakcji na potrzebę ciała – nasycając usta wilgocią. Zaraz potem oderwał wzrok od Everharta, zsuwając wzrok na buty, a buty zdejmując ze stóp. Sam był przykładem odpowiedzi, co z nimi zrobić, gdy podsuwał je pod ścianę. Dla większej klarowności, mimo tego jednak odpowiedział:
—
Możesz zostawić je w korytarzu.
Pozostawił mu furtkę możliwości, jeśli jednak Oleander zdecydowałby się zostać w obuwiu. Sam jednak już w skarpetkach minął go, kierując się gardłem korytarza w kierunku kuchni.
—
Masz do wyboru whiskey, stouta, albo gin.
Liberalność wyboru kończyła się dokładnie w tym punkcie. Nie było pytania o wodę. Zabrakło również próby negocjacji, jakby we własnej pewności Miles założył już, że klamka tej decyzji zapadła. Everhart miał się tu z nim (lub sam) napić. Pozostało jedynie pytanie, co Oleander będzie sączył tego wieczoru… poza powściągliwością, której zasoby Howard miał nadzieję, że już mu się kończyły.
—
Brzmi dokładnie, jak moje mieszkanie. Specjalnie opisujesz w ten sposób?
Obrócił się w jego kierunku, stając w miejscu tuż przed kuchnią. Odciągnął przy tym czarną koszulkę od ciała, czując, jak rozgrzana powierzchnia skóry ze zbytnią natarczywością przytula się do materiału. Wzrok znów z uwagą i pochlebnie przesunął się po młodej twarzy mężczyzny. Powoli męczyło go udawanie, że ich relacja wciąż pozostaje w pełni
neutralna.
Myśl tę wyraził dość bezpośrednio w kolejnych słowach, przybliżając się do gościa na odległość ledwie kroku:
—
A czy ciekawiło Cię kiedyś jak całują? — spytał z pozoru tylko niewinnie, podtrzymując kontakt wzrokowy z (już nie) pacjentem. Oczy zwęziły się w ciekawości, pozostały jednak czujne na ewentualne reakcje ze strony Everharta.
Zaraz potem, wciąż nie potrafiąc trafnie odczytać nastroju Oleandra, zaryzykował.
Pchany niegasnącym mrowieniem napięcia lub resztką alkoholu we krwi zniwelował dzielący ich dystans, pociągając mężczyznę za koszulkę w dół, do siebie. Póki usta Milesa nie dotknęły jego.
Kontakt był nieprzyzwoicie krótki w stosunku do tego, jak długo wyobrażał sobie ciężar
tego przewinienia oraz to, jaką zmianę pocałunek wprowadzi w inwentarz ich spotkania. Był przy tym zbyt słaby na woli i zbyt nietrzeźwy, by tę wolę powstrzymywać, co tłumaczyło, dlaczego zrobił to tak i m p u l s y w n i e. Poddał się temu uczuciu, jak codziennie wcześniej poddawał się własnym ograniczeniom. Przez ułamek sekundy zacisnął jedynie dłoń wokół koszulki mężczyzny, jakby ciało doktora potrzebowało twardych dowodów na to, żeby uwierzyć w to, co właśnie zrobił.
Wszystko to, co dotąd pozostawało między nimi zawieszone, w tym spojrzenia i ostrożne gesty, nie chcące wyjrzeć za granicę tego, co znali (i ta drażniąca świadomość pożądania, która nagle jak obuchem strzeliła w Milesa) znalazło swoje ujście w tym jednym, intensywnym zetknięciu ust. Był prawie pewien tego, że gdyby mogły, jego wargi właśnie by przy tej pieszczocie zapłonęły. Nie był pewien Jego. Jeszcze nie zarejestrował reakcji mężczyzny przed nim.
oleander everhart