Jeden oddech.
Tylko tyle potrzebowała, tylko tego wymagało od niej jej obolałe, pokaleczone ciało. Potrzebowała pieprzonego t l e n u i to jego brak doskwierał jej z każdą chwilą najbardziej. Każdy, indywidualny kawałek szkła trący powierzchnią o jej plecy przekształcił się w kaskadę bólu, którego początku i końca nie potrafiła już zidentyfikować i nawet on, jak obolała, chwycona imadłem szyja czy uderzająca o ścianę głowa, odeszły bardzo szybko w niepamięć. Przekształciły w ogólny
dyskomfort, największy dyskomfort jaki czuła w całym swoim, pieprzonym życiu, ale potrafiła go znieść. Była w stanie znieść wszystko.
Potrzebowała tylko jednego oddechu.
Brak powietrza igrał z jej zmysłami, przeobrażał mężczyznę trzymającego ją w wielką, ciemną plamę, pochłaniał odgłosy odbywającego się przy kaloryferze starcia. Dziwne, niezrozumiałe słowa Vissera sprawiły, że wzmogła w niej desperacja, z którą kopała trzymającego ją mężczyznę w rosnącym przeświadczeniu, że mógł wypowiedzieć je po angielsku, ale jej mózg, pozbawiony powietrza, zwyczajnie przestał pracować.
Pierwszy wystrzał przemknął gdzieś na granicy jej świadomości. Drugi rozegnał otaczającą ją mgłę w jednym, gwałtownym uderzeniu, w którym uścisk nagle zelżał wokół jej szyi. Oddech wtargnął do jej płuc z impetem, wyzwalając goniący go kaszel gdy opadła na nogi, boleśnie zsuwając się ze zniszczonego mebla.
Z kolejnym wróciła jej orientacja przestrzeni. Kolory zyskały intensywności, uderzenia swojej mocy. W jej plecach, ubraniach, we włosach,
wszędzie tkwiły odłamki szkła i mogła tylko mieć nadzieję, że wszystkie były drobne, jak igiełki kaktusa wbite w jej skórę choć gorąca wilgoć na jej łopatce podpowiadała jej błędy w przyjętym założeniu.
Jej głowa odwróciła się na krótką chwilę w bok, w chwili, w której potylica Vissera uderzała w metalowy kaloryfer. Dostrzegła pistolet w jego dłoni, wycelowany w jej stronę. Nie, nie w
jej. Jak w spowolnionym tempie, powróciła uwagą do tkwiącego na ziemi napastnika. W przerażeniu dostrzegła, jak sięgał po broń - jej własna leżała na ziemi, daleko, z b y t daleko. Nie powinien się ruszyć. Nie powinien niczego zrobić z dwoma kulami utkwionymi w jego ciele.
Musiała c o ś zrobić.
I wyłącznie widok obracającej się w jej stronę lufy sprawił, że drgnęła, wyrywając się z tej zamrożonej pozycji. Chwyciła mocniej jedyną rzecz, jaką udało jej się pochwycić w trakcie szamotaniny - ostry odłamek szkła wbił się w jej zaciśniętą dłoń gdy rzuciła się w bok, pragnąc umknąć przed ciemnym spojrzeniem zwróconej w jej stronę broni.
Odgłos wystrzału zaatakował jej nowo-odzyskane zmysły, zbyt blisko, zbyt głośno. Poczuła smród prochu atakujący jej nozdrza, falę bólu rozlewającą się w chwili, w której uderzyła o podłogę. W amoku, napędzanym wyłącznie jakąś zakorzenioną w niej, pieprzoną potrzebą przetrwania nawet nie wiedziała do końca
co się stało. Rejestrowała fakty z opóźnieniem, jakby pień mózgu przejął nad nią całkowitą kontrolę i zostawił, zmuszając świadomość do uporania się z wszystkim, co wydarzyło się w ciągu tego ułamka sekundy.
Mężczyzna odziany w kominiarkę leżał pod nią, dłoń z jego bronią tkwiła obok, pistolet wytrącony z ręki. Jego klatka piersiowa unosiła się z trudem, z płuc dobiegało rzężenie, którego
nie powinna słyszeć. Wszystko ją bolało, kurewsko bolało do tego stopnia, że nie potrafiła określić c o dokładnie. Bolał ją tył głowy i ranne plecy, bolał ją bok talii i szyja, bolała ją dłoń, po której spływała gęsta, czerwona posoka. Dłoń, w której trzymała szklany odłamek - mogłaby przysiąc, że wcześniej był większy.
Z oczami powiększającymi się od strachu spoglądała na ostatni, wymęczony oddech zaczerpnięty przez napastnika, w którego klatce piersiowej tkwił wbity przez nią odłamek. I znów zamarła, znów zmieniła się w woskową figurę, wciąż częściowo tkwiąc na nim, wciąż trzymając prowizoryczną b r o ń, po którą sięgnęła.
Żeby go zabić.
Krzyk zamarł w jej gardle nim zdążył się w pełni narodzić. Odskoczyła w tył, wyrywając własną rękę z obosiecznego ostrza, ignorując kaskadę bólu rozlewającą się po jej ciele. Byle tylko go nie dotykać. Byle tylko się o d s u n ą ć.
Mogli go przesłuchać. Mógł być wynajęty przez kogoś innego. Mógł nawet nie wiedzieć, kim była. Powinna go obezwładnić, związać, wezwać policję. Tysiące myśli zasiewało panikę w jej umyśle gdy przesunęła się na podłodze, z wzrokiem chorobliwie utkwionym w leżącym przed nią mężczyzną. W jej oczach błysnęły łzy, nad którymi nie miała żadnej kontroli - wywołane szokiem, paniką, bólem, a może jej całym, żałosnym l o s e m. Jej ciało zatrzęsło się, dłonie szorowały po leżących na ziemi odłamkach zostawiając po sobie krwawe ślady gdy usiłowała się odsunąć, dalej, jak najdalej od leżącego przy niej trupa.
Nie dostrzegła nawet, że pomiędzy nimi tkwiły teraz kluczyki do jej kajdanek, wysunięte z jej kieszeni w trakcie walki.
Tym bardziej nie zauważyła plamy czerwieni, rosnącej z uporem na jej talii.
on second note, i can never be like you