40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

I dostał je.
Szybciej, niż się spodziewał; z większym rozmachem, niż zakładał.
Chociaż początkowy bezruch Vivienne, jej opanowanie i milczenie, kiedy tłumaczył zasady współpracy, dawały złudne poczucie, że jakoś się dogadają — że rozmawia z dorosłym, a nie z rozkapryszoną nastolatką — to wystarczył jeden jej ruch, żeby to wrażenie bezpowrotnie przekreślić. Najpierw w jej oczach pojawił się stalowy błysk nieustępliwości, a na wciąż jeszcze słodko nieruchomych wargach (ach, ile by dał, żeby takie pozostały jeszcze chwilę dłużej) zacięcie. Aczkolwiek możliwe, że ono akurat było tam od początku, od chwili, kiedy jego wzrok zatrzymał się po raz pierwszy na twarzy dziewczyny.
I chociaż jej rysy, regularnie piękne, jakby wykute z białego marmuru i ozdobione bladymi szafirami tęczówek obramowanych wachlarzem rzęs — rysy dodatkowo okalane jasnymi blond włosami, z których promienie słońca wyłapywały złociste refleksy przy każdym ruchu głową — w pierwszym odruchu mogły przywodzić na myśl twarz anioła, to właśnie w ustach dziewczyny kryła się wskazówka, że Vivienne Adler niewiele ma wspólnego z tą biblijną istotą. Przynajmniej jeśli chodzi o łagodność charakteru i posłuszeństwo. Szczególnie posłuszeństwo.
Przyglądał się jej czujnie, w gotowości, choć mógł wyglądać na obojętnego, nie przegapił więc ani jednego jej grymasu czy ruchu. Mimo to nie cofnął się, kiedy się zbliżyła. Nie drgnął też, kiedy wycelowała w jego stronę.
Znał ten model strzelby, znał właściwie każdy model. A idąc tutaj, Sawyer odruchowo liczył wystrzały, to było silniejsze od niego, zakodowane w podświadomości tak głęboko, że nie musiał się nad tym nawet szczególnie zastanawiać. W zbyt wielu sytuacjach nie miał luksusu nieświadomości i teraz, choć nie zależało od tego jego życie — nie sądził bowiem, żeby dziewczyna znalazła w sobie tyle determinacji, żeby celowo pociągnąć za spust — wiedział, że magazynek jest pusty. Padło dziewięć strzałów, jego był ostatni.
To nie była . p r a w d z i w a . groźba. Raczej karykatura.
Mimo to Sawyer spojrzał wolno w dół, na lufę opierającą się o jego mostek — widok, którego doświadczył zbyt wiele razy, ale do którego żaden człowiek nie mógł się w pełni przyzwyczaić — żeby następnie leniwie podnieść wzrok, słuchając jej, kiedy mówiła. Poczuł przyjemne mrowienie w klatce piersiowej, tuż pod powierzchnią skóry, w miejscu, w którym uwierał go nacisk stali.
„Czytaj z ruchu moich warg, Wright.”
Rzeczywiście: spojrzał. Spojrzał na jej wargi, te same, których wycięcie zdawało się wrzeszczeć o uporze i zaciekłości. Wbił w nie przeszywający wzrok, celowo, bezczelnie, upewniając się, że dobrze go na sobie poczuje. I nie podniósł go, nawet kiedy ten manifest zawierający wielkie, chociaż puste pojęcia — jak samcza dyktatura — które gówno Sawyera interesowały, wreszcie się skończył.
Nie dotknęły go ani porównania do psa, ani tym bardziej jej groźby bez pokrycia. A jeśli Sawyer w cokolwiek w ogóle jeszcze wierzył, to z pewnością nie w to, że ktoś jej pokroju będzie ułatwiał innym . p r a c ę , . bo przecież nie użerał się z nią dla przyjemności. Niezależnie od tego, ile satysfakcji ona zamierzała z tego korzystać, on od dawna nie był już napalonym gówniarzem, który w nieposłuszeństwie odnajdywał sens życia.
Mylisz obrożę z tarczą, skarbie, i szukasz zagrożenia po niewłaściwej stronie — ocenił beznamiętnie, nie odrywając przy tym spojrzenia od jej warg. — A jeśli naprawdę ci się wydaje, że coś wiesz o mnie albo o mojej wierze, to twój ojciec ma większe problemy, niż początkowo sądziłem.
Nie próbował jej wyjaśnić, że reklamacje może co najwyżej składać u Adlera, bo on jest tylko narzędziem na jego rozkazy, nie zapytał, czy ma też często pretensje do broni, że ta strzela, zamiast do człowieka, który naciska na spust. Tym bardziej nie zamierzał jej wciskać kitu, że robi to dla jej dobra. Bo bynajmniej nie robił tego dla jej dobra.
Jej bezpieczeństwo albo jego brak kompletnie go nie interesowało jako człowieka; liczyło się tylko zlecenie. Rozkaz. I wynagrodzenie.
Zmieńmy to — powiedział i złapał za lufę, wciąż ciepłą od wystrzałów. Nie oderwał jej jednak od swojego ciała, nie odepchnął, po prostu przytrzymał. — Jest coś istotnego, co powinnaś o mnie wiedzieć.Bo na zrozumienie już nie liczył.Jeśli chodzi o zlecenia, zawsze dotrzymuję słowa.
Z tymi słowami Sawyer wykorzystał jej własną broń — lufę wbijającą się niewygodnie w mostek — jako jedyny łączący ich przedmiot oraz prostą zasadę, że każda akcja budzi reakcję. Nacisnął na stal mocniej, oparł się o nią klatką piersiową, aż wbiła się boleśnie w mięsień, wywołując tym samym nacisk kolby w jej dłoniach. Nie czuł rozbawienia. Nie czuł też jednak już dłużej zwykłej obojętności. Ta dziewczyna wreszcie w nim coś poruszyła; nie było to wkurwienie, jeszcze nie, ale z pewnością szarpnęła za nerw cierpliwości, chociaż tej Sawyer miał zwykle pod dostatkiem.
Podniósł spojrzenie na jej oczy, chociaż nie po to, żeby piorunować ją wzrokiem albo dać cokolwiek z siebie wyczytać.
A twojemu ojcu obiecałem, że włos ci nie spadnie z głowy, kiedy będziesz ze mną — podjął, jakby tłumaczył podstawy dodawania krnąbrnej dziewczynce. — Więc, chociaż bez przyjemności, sprawdzę ile warte są te twoje groźby. A propos, następnym razem… — zrobił pauzę na jedno uderzenie serca, w czasie którego odepchnął broń w bok, bez wysiłku, jakby jej opór nie istniał. — Upewnij się, że masz jakieś naboje, zanim zaczniesz wymachiwać bronią. A jeśli nie jesteś gotowa na konsekwencje pociągnięcia za spust, nie kieruj lufy w stronę człowieka — dokończył zimnym głosem, w którym nie brzmiała groźba.
Nauczył się, że do gróźb zniżali się tylko ci najbardziej przestraszeni, którzy nie stanowili realnego zagrożenia. A ci, którzy najwięcej krzyczeli, w rzeczywistości najmniej robili. Chociaż akurat nie wątpił, że Vivienne Adler znajdzie sposób, żeby utrudnić mu tę cholerną robotę.
Dobrze zapamiętał wykrój jej ust, wrzeszczący o uporze właścicielki. Zbyt dobrze.

Vivienne Adler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Posłuszeństwo było cnotą.
Czymś, co wiodło prym w jej życiu przez zdecydowaną jego większość i zdecydowanie za długo. Czymś, co wsiąknęło w jej organizm tak głęboko i zakorzeniło się tak mocno, że gdy postanowiła się uwolnić, odkleiło się warstwa po warstwie, odsłaniając nie tylko upartość i przekorę, ale całkowite zgliszcza charakteru — prawdziwej Vivienne.
Może gdyby Sawyer Wright pojawił się w jej życiu siedem lat temu, to byłby mniej zawiedziony. Może gdyby został kupiony wtedy, to byłby nawet z a d o w o l o n y, jak gładko przebiega ich współpraca. Może teraz, zamiast widzieć w niej tylko rozkapryszonego bachora z bananowego domu, dostrzegłby więcej — złotą klatkę, która w imię jej dobra trzymała ją za kratami pod pretekstem troski i bezpieczeństwa, w rzeczywistości podcinając skrzydła i oskubując ją z piórek, na co ona, o słodka ironio, wystawiała się, karmiona ułudą miłości.
Ale Vivienne Adler sprzed siedmiu już nie istniała. Nie było już klapek na oczach. Nie było dziecięcej naiwności utkanej z chęci bycia dostrzeżoną i kochaną. Nie było zaślepienia, które pozwalało jej ignorować coraz mocniej zaciskane dyby. Nie było potrzeby walidacji własnej wartości przez pochwałę od człowieka, który powinien był się o nią troszczyć b e z w a r u n k o w o. Który powinien był ją chronić, ale tak samo dawać możliwość rozłożenia skrzydeł.
Była świadomość. Brutalna, obrzydliwa świadomość tego, co Christopher Adler robił i jak to robił. Gdyby tylko n a p r a w d ę wiedziała. “Skarbie.”
Zignorowała wcześniejsze ”słońce”. Zignorowała teraźniejsze “skarbie.” Chociaż oba wlazły pod jej skórę i drażniły, to odczucie to było niemalże przyjemne w porównaniu z tym, co czuła, gdy wypowiadał jej imię.
Nie mogła jednak nie powstrzymać delikatnego drgnięcia kącika ust, gdy stwierdził, że szukała zagrożenia po niewłaściwej stronie. Nie uśmiechnęła się, a wyraz ten był bliższy ironicznemu: “oh, czyżby?”, które mógł dostrzec gdzieś w tych jej błękitnych oczach — kiedy znowu w nie spojrzał — bo na ułamek sekundy zmieniły wyraz z ciskających błyskawicami na ciskające politowaniem.
Tresura Sawyera Wrighta była imponująca. Imponujące było też to, że dalej w to brnął. Zlecenie. Mógł je odrzucić. Skoro tego nie robił — jak ogromne pieniądze zaproponował mu Adler?
Nie zdążyła zatrzymać się wokół tych rozterek za długo. Nie zdążyła zapytać.
Jej ciało zarejestrowało odbicie pałeczki z opóźnieniem, a wtedy było już za późno. On napierał na lufę, a rękojeść siłą reakcji wbijała się w jej dłoń, ciążąc tym razem kompletnie nieprzyjemnie. Wykorzystał fizykę, w której prostocie i logice szukała ulgi, przeciwko niej. I wykorzystał to perfekcyjnie. Vivienne odruchowo zacisnęła mocniej palce wokół broni, próbując ją utrzymać, starając się nie dać mu wygrać tej przepychanki przynajmniej przez kolejne sekundy.
Był wyższy. Silniejszy. W takim starciu nie miała ż a d n y c h szans, nawet się nie łudziła. Ale upartość była koszmarną cechą, a w tym przypadku siłą niemal autodestrukcyjną.
Zbielałe knykcie były niczym. Naciągnięte ścięgna były niczym. Odmawiała sobie kapitulacji, zmuszając ciało do trwania w tym wysiłku, do stania twardo w miejscu i nie cofania się o krok, nawet jeśli każdy instynkt samozachowawczy — a miała go niewiele — podpowiadał jej: oddaj mu tę przewagę, która i tak jest jego i po prostu przyjmij porażkę. Nie potrafiła.
I wtedy Sawyer Wright napluł jej w twarz. Nie dosłownie; to byłoby lepsze.
Odepchnął broń, jakby jej opór nie istniał. Jakby strzepywał niewidzialny pyłek ze swojej kurtki, a nie narzędzie stworzone do zabijania. Jakby Vivienne i jej furiacka niezłomność nie ważyły w jego świecie absolutnie nic. Lufa w sekundę przestała naciskać na jego mostek i uleciała gdzieś w bok i potem kiwnęła w dół, niosąc za sobą ciężar całej strzelby, wylatując z bladej dłoni. Nie huknęło. Stal upadła w miękką trawę tuż obok jej stóp.
Milczała. A on patrzył.
I ona też patrzyła. I znowu słuchała.
Jak ignorował jej słowa — te wielkie pojęcia, na które się powołała, redukując cały swój gniew i cały misternie zbudowany bunt w próby ujęcia jego bytu w jakieś ramy — by wznieść się do pozycji mentora i dać jej rady.
Patrzyła i wolała, żeby jego własny wzrok nie był chłodną, wyrachowaną bezczelnością, a czymś bliższym bardziej prymitywnym odruchom, które mogłaby wykorzystać, obrócić przeciwko niemu i wdeptać w ziemię. Ale w Sawyerze nie było nic prymitywnego poza demonstracją cynicznej siły, która okazała się absolutna w tej bitwie i którą dobitnie dał jej do zrozumienia, że jej opór, upór i bunt to coś na wyżynach tupania nogą i kręcenia nosem.
Wdech, który Vivienne nabrała w płuca, był powolny i kontrolowany. Świadomy, i właśnie ta świadomość, konieczność skupienia się na całkowicie bezwarunkowym akcie, była dostatecznym dowodem jej małej, wstrętnej przegranej.
Mimo to nie cofnęła się ani o milimetr. Zamiast tego, w odruchu czystej, irracjonalnej buty i głupiego braku umiejętności przegrywania, zrobiła te pół kroku w przód, wkraczając w jego przestrzeń i naruszając ją całą sobą. Musiała zadrzeć podbródek wyżej, musiała odchylić głowę bardziej w tył. Zrobiła to. Wgapiała się w jego oczy i nie odpuszczała do samego końca. Bo taka już była. Głupia.
Cisza po jego słowach trwała jeszcze chwilę. Trybiki w jej głowie poruszały się z prędkością światła i żaden nie potrafił wskoczyć na właściwe miejsce. Cokolwiek by nie odpowiedziała, wątpiła, by wybrzmiało dostatecznie głośno, by zrozumiał.
“Wiedziałam, że lufa jest pusta” nie byłoby tym, czym chciałaby, żeby było. Jej groźba i tak miała charakter czysto symboliczny — krzyk bez dźwięku — ale on perfidnie obrócił to w nieudolną abstrakcję i znalazł miejsce na swoje moralizatorskie pouczanie.
Jesteś... — podchwyciła, łapiąc się jego ostatnich słów tylko na chwilę, bo to nie one były przedmiotem jej kolejnych myśli. — ... człowiekiem?
Z tej odległości jego zapach tylko bardziej irytował. Bardziej wdzierał się w jej nozdrza i łaskotał okropnie. Vivienne miała nadzieję, że też to czuł — tę irytację, gdy i jej zapach — mieszanka bzu i agrestu — wbijał się w jego mózg nieubłaganie.
Nie obchodzi mnie, co obiecałeś mojemu ojcu. Gratuluję, że dałeś się kupić i gratuluję, że zostałeś kolejnym obrzydliwie drogim psem na smyczy w kolekcji Adlera, ale nie myśl sobie, że bycie moją tarczą daje ci prawo do dyktowania jakichkolwiek warunków. — Nie piorunowała go już wzrokiem. Nie walczyła. Tłumaczyła. Tak, jak on tłumaczył jej. Jak dziecku. — Więc sprawdzaj moje groźby. Sprawdzaj je każdego, pieprzonego dnia. Zobaczymy komu pierwszemu naciągnięta smycz skręci kark.
Dopiero teraz się odsunęła. Nie bardzo, dokładnie te pół kroku, które pokonała wcześniej. Obróciła się przy tym i przeszła obok niego, zahaczając ramieniem o jego ramię — nie mocno, nie po to, by ostatnim wyrazem tupnąć nóżką. Zwykłym przypadkiem. Niedostatecznym oszacowaniem odległości.
I nie martw się. Upewnię się. Następnym razem się upewnię — rzuciła jeszcze, już na niego nie patrząc. Zatrzymała się kilka kroków dalej i schylając się po swoje szpilki, dała lokajowi znać, że kończą zabawę. Kiedy ten się ruszył, ona też się ruszyła, choć w zupełnie przeciwnym kierunku. Szła przez ogród dalej boso, aż nie dotarła do wybrukowanej alejki i nie poczuła pod stopami rozgrzanej słońcem kostki. Wtedy zatrzymała się na chwilę. Spojrzała przez ramię czy faktycznie miał zamiar iść za nią wszędzie i stwierdziła, że to świetny moment na test. Swojego sprytu, jego szybkości, jego dotrzymywania słowa.
Tym bardziej, skoro i tak uważał ją za rozkapryszoną księżniczkę.
Księżniczki uciekały.
Vivienne uciekała.
I być może myliła obrożę z tarczą. Być może to on mylił tarczę z ciasnymi prętami klatki. Może mylił posłuszeństwo z bezsilną akceptacją. Milczenie ze zgodą. Ją z dziewczynką, która będzie wdzięczna, że ktoś wreszcie przyszedł i założył jej kaganiec w myśl bezpieczeństwa.
Nie potrafiła tylko zrozumieć, jak on może tego nie widzieć.

:loff:
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Właściwie — to było bardzo dobre pytanie, chociaż stojąca za nim implikacja była aż zbyt oczywista, żeby jej nie zrozumieć, nawet bez tych wszystkich wcześniejszych porównań do psów i smyczy, jakie usłyszał z jej ust.
Mimo to: kim był? Narzędziem? Samotnym drapieżnikiem? Górą mięśni do wynajęcia? Bezrozumnym zwierzęciem na skinienie swojego pana? Degeneratem, dla którego jedynym bogiem, do którego jeszcze warto się modlić, stały się pieniądze? . C z ł o w i e k i e m ?
Sawyer nie był tylko pewien, na ile to ostatnie rzeczywiście byłoby komplementem na tle pozostałych opcji. Zbyt wiele brutalnego okrucieństwa i podłej dehumanizacji widział — zbyt często sam był powodem obu tych rzeczy — żeby móc dłużej radośnie uważać, że człowiek to istota wyższa. Nie roztrząsał tej kwestii jednak dłużej niż dwa uderzenia serca, bo kiedy Vivienne znalazła się tak blisko, cholernie trudno było obserwować ją, jej dłonie, twarz i postawę. Trudno było się skupić, kiedy zapach jej z pewnością drogich perfum, ten sam, którego ułamek poczuł na lufie, wgryzł mu się agresywnie w nozdrza. A już szczególnie kurewsko ciężko było z niej czytać, kiedy jego spojrzenie uparcie nie chciało ześlizgnąć się z tych przenikliwych oczu o bladoniebieskich tęczówkach, w których zacięcie mieszało się z pogardą.
Dobrze znał to spojrzenie.
Po prostu nigdy dotąd nie widział go w oczach dwudziestokilkuletniej córki bogacza, ledwie dziewczyny o twarzy i figurze modelki, która, jak z góry założył, nie miała pojęcia o prawdziwym życiu.
Ale opinie miały jedną paskudną cechę: żeby mogły go dosięgnąć i zranić — albo spowodować poczucie czegokolwiek — osoba, która je wypowiadała, musiała coś dla niego znaczyć. Natomiast Vivienne Adler nie należała do tego wąskiego grona. Jej obelgi były tylko obojętnym ciągiem dźwięków, które przepływały obok niego.
Dla ciebie mogę być psem — odparł więc niespiesznie, przeciągając sylaby w sposób, który w tych okolicznościach brzmiał wręcz karykaturalnie i zdecydowanie odstawał od aury wrogości iskrzącej w powietrzu na styku ich spojrzeń: jak . o b i e t n i c a . . Być może z uwagi na bliskość, jaką sama zainicjowała. Ale w rzeczywistości była to raczej kiepska kpina, nawet jeśli Sawyer się nie uśmiechnął. — Tak długo, jak będziesz mnie słuchać, kiedy uznam, że jesteś w niebezpieczeństwie. I uwierz, to nie ma nic wspólnego z potrzebą kontroli uciśnionych sukcesorek fortuny — dokończył, samymi słowami burząc wcześniejsze wrażenie.
W ostatniej chwili zatrzymał za zębami słowa o tym, że jego kontrola smakuje inaczej, że nie da się jej pomylić z żałosną próbą dowartościowania się przez wydawanie rozkazów. I że w odpowiednich okolicznościach zniżano się do prośby o nią.
O p a m i ę t a j . s i ę .
Sawyer zamrugał. W następnej chwili dziewczyna się cofnęła i to kurewsko nieodpowiednie wrażenie minęło. Vivienne go wyminęła, uderzając ramieniem, a on po prostu odwrócił się za nią w milczeniu. Dopiero wtedy przyszła ta okropna myśl.
W co on się właśnie wpierdolił?
Gdzieś tam, wysoko na szczycie łańcucha pokarmowego, istnieli pewnie ludzie posiadający komfort założenia, że są takie rzeczy, których nie warto robić dla nawet niewiarygodnej sumy pieniędzy. Ci sami ludzie przypuszczalnie zaliczyliby do tej kategorii ochranianie dziewczyny przed zagrożeniem, o którego powodach ani prawdziwych rozmiarach nie miało się pojęcia; na dodatek dziewczyny, która tej opieki ewidentnie nie chciała i bardzo dobitnie się na ten temat wyrażała. Jednak Sawyer pod pewnymi względami był mężczyzną prostym, przewidywalnym do bólu, tak stereotypowym, jak tylko się dało. Liczyła się gotówka, a w pierwotnym założeniu — . ł a t w a . gotówka przy stosunkowo niskim ryzyku, przynajmniej na tle rzeczy, które już robił w życiu za pieniądze. Poza tym nie miał komfortu wybrzydzania; ta wypłata była mu potrzebna bardziej niż ważyłby się przyznać, jeśli jeszcze kiedykolwiek zamierzał wrócić do Nowego Jorku.
Jednak teraz, patrząc na jej oddalające się plecy, po raz pierwszy pomyślał, że ta banda zniewieściałych bufonów mogła mieć cień racji.
Podniósł broń porzuconą na trawie, po czym ruszył za nią, ze spojrzeniem wbitym w jej plecy i z zaciśniętymi szczękami w wyrazie irytacji. Mijając wyszczekanego lokaja, rzucił mu strzelbę, nawet nie zerkając w jego stronę i bez słowa ostrzeżenia, za co pewnie został zgromiony wzrokiem; tego jednak nie zauważył, bo zostawił mężczyznę za plecami, niezainteresowany ewentualnym sprzeciwem. Vivienne szła z przodu, dumnie wyprostowana, prosto w stronę willi, ale wystarczyło kilka długich kroków, żeby ją dogonić — zaiste, jak . w i e r n y . p i e s . — a później się z nią zrównać.
Bardzo go korciło, żeby złapać ją za ramię, zatrzymać i potrząsnąć tak długo, aż się opamięta.
Oczywiście nie mógł tego zrobić; nie swojemu zleceniu; nie złotemu dziecku człowieka, który płacił mu małą fortunę. A chociaż szacunek był ostatnim, co do niej czuł, to położenie Sawyera nie pozwalało mu na wymuszenie na niej siłą czegokolwiek. Dlatego po prostu dorównał jej kroku i spojrzał z ukosa, nie przerywając jej wędrówki, ale też nie trzymając się z tyłu i nie dając jej odejść samej.
Daj mi swój numer telefonu i adres. — Zdecydowanie nie brzmiało to na prośbę ani uprzejme pytanie. Sawyer co prawda liczył się z odmową, ale nawet jeśli Vivienne mu je poda, i tak zamierzał sprawdzić obie te dane; nie zaufałby jej nawet, gdyby miała pożyczyć mu długopis albo opisać kolor trawy w ogrodzie za domem. — Twój ojciec życzył sobie — powiedział to być może ze zbyt wyczuwalnym przekąsem — żebym zajął się tobą — tu już nie hamował się w ogóle — od dzisiaj. Ale mam jeszcze kilka spraw do załatwienia, zanim będziemy mogli zacząć, więc wszystko wskazuje na to, że to twój szczęśliwy dzień, Adler. — Uśmiechnął się krzywo, zrobił pauzę i dokończył: — Pewnie ostatni w najbliższym czasie. Dobrze go wykorzystaj.
Przed samym budynkiem wyprzedził ją o jeden długi krok, szarpnął za klamkę i z bardzo wymownym, bardzo kpiącym uśmiechem otworzył przed nią drzwi w kiepskiej karykaturze savoir-vivre’u. Nie przepuścił jej jednak; nie od razu. Zatrzymał ją, robiąc pół kroku w stronę przejścia tak, że musiałaby się przecisnąć obok niego, żeby wejść do budynku.
Będę na ciebie czekał. Jutro rano. Na twojej wycieraczce.
Krzywy, ironiczny uśmiech stał się bardziej oczywisty na jego twarzy, kiedy uniósł jeden kącik ust wraz z wypowiedzeniem ostatniego słowa.
Ciężko obrazić . p r a w d ą . człowieka do bólu racjonalnego.


mademoiselle Adler :dusi:
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

“Dla Ciebie mogę być psem.”
Chciała mu odpowiedzieć. Chciała zatrzymać się i wywarczeć — jak rasowy pudelek — że właśnie tu jest — o ironio— p i e s pogrzebany.
Nie uważała go za psa. Tym mógł być dla jej ojca i dla całej rzeszy innych ludzi, którzy mu płacili za merdanie ogonkiem, szczekanie na kogo trzeba, grożenie wyszczerzonymi kłami kiedy konieczne i stawanie cielskiem oporem gdy wymaga tego sytuacja. Dla niej w tym momencie Sawyer Wright nie był psem.
Nigdy nie był.
Ani w chwili, gdy dowiedziała się od ojca, że będą mieć dzisiaj gościa i musi jej kogoś przedstawić.
Ani w chwili, gdy poznała jego nazwisko.
Ani w chwili, gdy zobaczyła go idącego przez salon po tym niebotycznie drogim dywanie.
Ani w chwili, gdy zszedł tu za nią i dyktował w swoje warunki.
Ani teraz, gdy odchodziła, zostawiając go za sobą.
Sawyer Wright od początku był k a t e m.
A w rękach, zamiast topora wycelowanego w jej kark, miał łańcuch.
W całej tej żenującej alegorii to ona była bliższa psu. Już nawet nie ptaszkowi w złotej klatce, a kundlowi, który zerwał się ze smyczy i uciekł z budy, co wielce nie spodobało się właścicielowi i posłał za nim hycla, by go złapał, wytresował i zwrócił w nowej formie.
Za nią lokaj złapał broń — zdecydowanie nie tak bezproblemowo, jak wcześniej zrobił to Wright, gdy rzuciła mu ją Vivienne, ale złapał. I gdy najemnik odchodził, mężczyzna wprawnym ruchem złamał strzelbę w pół, rozbroił ją i zaczął pakować na tyle, by oddać ją w ręce kogoś bardziej wykwalifikowanego do wyczyszczenia i zadbania. Z kufrem w ręku zniknął z ogrodu i usunął się w cień posesji, zupełnie tak, jak zrobili to ogrodnicy, którzy mu dotychczas towarzyszyli.
Sójki wróciły na drzewa. Wrócił ich śpiew. Wrócił pozorny spokój letniego popołudnia, które płynęło leniwie, oblewając promieniami słońca soczyście zieloną trawę, gęste korony drzew, pięknie zaaranżowane kwiaty i krzewy, dach białej altanki, taflę niezmąconego niczym jeziora.
Spokój. Coś, co zdawało się na dobre opuścić umysł i serce Vivienne Adler i wbijało jej szpilę tym, że działo się wszędzie dookoła.
Ale nie tylko natura stroiła sobie z niej żarty.
Sawyer Wright najwyraźniej też postanowił to zrobić, idąc za nią, jak dobry piesek. Prawie nazwała go grzecznym chłopcem. Prawie.
Tylko odezwał się szybciej.
To jakiś Twój kolejny test? — odpowiedziała, po raz pierwszy pozwalając sobie nie tylko na szczere zdumienie, ale na to, żeby ono faktycznie wybrzmiało. Jakby miała zgadywać, to stawiałaby, że ojciec już dawno przekazał mu wszystkie niezbędne informacje na jej temat, ale skoro wciąż o nie nieprosił, to albo coś poszło nie tak albo Wright znowu ją sprawdzał. Obie opcje ją tak samo irytowały. — Zapamiętasz, jak Ci podyktuję czy musisz to mieć na piśmie?
Grad przekąsu, który na nią zrzucił, wylądował celnie tam, gdzie miał. Vivienne zrozumiała przekaz. Ciężko nie było go zresztą zrozumieć, gdy wypowiedział go z tym krzywym uśmiechem i zaakcentował odpowiednio skrojoną pauzą, doskonale wiedząc, co robi.
Ostatni dzień wolności.
Jaka łaskawość z Twojej strony — prychnęła, próbując nie dać się zalać myślom odnośnie jutra, a skupić na tym, co jej faktycznie oferował. Dzisiaj. Oferował jej dzisiaj. Ostatni. Dzień. Wolności. W tej swojej przekornej radzie o dobre wykorzystanie tego dnia prawdopodobnie nawet nie wiedział, że odnalazła ukojenie i światełko w tunelu. A być może właśnie wiedział. Być może to też było w pełni zamierzone i Wright dobrze wiedział, że ona się tego chwyci, jak tonący chwytający się brzytwy i w swoim napadzie buntu i ucieczce ku wolności wyciśnie zeń wszystko.
To nie był głupi pomysł. Nie. To był kompletnie irracjonalny, absurdalnie debilny pomysł. Ale może właśnie tego trzeba było. Faktycznej u c i e c z k i, żeby jej ojciec zrozumiał.
Patrząc na jego pokaz manier, Vivienne uśmiechnęła się tak samo kpiąco. Nie podjęła jednak gry — nie ukłoniła się, nie ujęła rąbków spódnicy i nie dygnęła na nóżce, żeby zwieńczyć akt kurtuazji. Zatrzymała się jednak, bardziej w wymuszonym geście zmniejszonej przestrzeni przejścia, niż tym, że sama chciała to zrobić. Powoli, praktycznie od niechcenia, uniosła spojrzenie i znowu — znowu — zadarła podbródek, żeby móc spojrzeć w jego oczy. Nigdzie indziej, tylko tam. Prosto w te ślepia, które teraz, w cieniu zadaszenia i okalających go roślin, wydawały się bardziej zielone, niż niebieskie jeszcze te parę chwil temu, gdy padał na nie błękit nieba. Nie chciała odnotować tej różnicy. Nie podobało jej się to, że to odnotowała.
Ale podobało jej się to, co w nich widziała. Niechęć. Może nie tak oczywistą i schowaną pod kuluarami kpiny i cynizmu, ale jednak, gdzieś tam, coś takiego było. To dobrze. Przynajmniej pod tym względem od siebie nie odstawali i w czymś się ze sobą zgadzali.
Negatywne emocje były łatwe. Łatwiej się wokół nich poruszało. Łatwiej między nimi lawirowało i manewrowało w codzienności, której się nie chciało. A Wright był — miał być — tą codziennością, której ona nie chciała.
Na ułamek sekundy, nie dłużej, spojrzała na jego usta, gdy mówił o wycieraczce, na ten paskudny uśmieszek, który był kpiną, prowokacją i wyrokiem, i cichym, obrzydliwym przypomnieniem, że to on był górą. Wciąż miała ochotę zdrapać go siłą albo zakleić taśmą, albo zapchać własną pięścią albo…
Wdech. Wydech.
Czekaj. A jeszcze lepiej, przeczytaj, co jest na niej napisane i potraktuj jako instrukcję obsługi, a nie dekorację. — Nie powiedziała mu, że było tam napisane go away. Tak, jak teraz nie powiedziała mu, żeby się odsunął i dał jej przejść. Zamiast tego spojrzała na ilość miejsca, które jej zostawił i przecisnęła się przez szczelinę między jego ciałem a ościeżnicą, nie wstrzymując już oddechu, by go nie poczuć i nie bawiąc się w dziwne akrobacje, byleby tylko go nie dotknąć.
Nie.
Dotknęła go. Bardziej intencjonalnie niż wtedy barkiem o ramię, gdy odchodziła. W pełni premedytacji przesuwając się obok niego, ciepło ciała o ciepło ciała, bosą stopą po jego bucie, gdy przechodziła przez próg. Celowość ta nie była wyrazem histerii ani dziecinnej niesforności. Była próbą pokazania, że mógł wygrać wcześniejszą bitwę, ale wojna wciąż trwała. Zatrzymała się o pół kroku dalej, już w środku, i obróciła głowę przez ramię.
Nie spojrzała w jego oczy. Niżej. Jeszcze niżej. Na jego ręce. Dłonie, które z taką łatwością łapały broń, jakby robiły to codziennie. Ręce, które metaforycznie zaciskały się na jej szyi i odbierały oddech — odbierały wolność.
A potem sięgnęła ku nim, ujęła wolną dłonią jego nadgarstek i drugą wcisnęła mu w palce swoje szpilki. Odwróciła się i dopiero wtedy ruszyła wzdłuż korytarza — tą samą trasą, którą wyszła z posesji pół godziny wcześniej. Jeśli buty wyślizgnęły się z jego ręki, całkowicie nie zareagowała na huk, który odbił się echem po marmurowej posadzce i jasnych ścianach.
Skręciła ku schodom. Kolejne obrazy, kolejne rzeźby, kolejne małe fortuny zamknięte w dzieła sztuki. Nie patrzyła na nie, bo mózg powrócił do obrazu Fusslima. Do tej śpiącej kobiety i demona nad nią, siedzącym na niej pełnym ciężarem swojego istnienia, żywiącym się jej snem. Do tego, że wiszące nad nią widmo utraconej wolności było niebezpiecznie blisko zmaterializowania obrazu w rzeczywistość — jej rzeczywistość.
Że Wright był tym demonem.
Wdech.
Już nie tylko katem.
Wydech.
Pierdolonym demonem, a ona już nie miała sobie słodko spać, tylko w pełni świadomości tkwić pod jego ciężarem i nie móc krzyczeć, nie móc wierzgnąć, nie móc nic.
Nie ma, kurwa, szans wróciła mantra. I powtarzała ją sobie z uporem maniaka, pokonując stopień za stopniem, aż nie znalazła się w gabinecie ojca. Tym samym, w którym wcześniej zbeszcześciła whisky lodem i tym samym, w którym zamierzała zrobić to ponownie.
Złość i alkohol nie powinny były iść razem w parze, ale o słodki losie, jak dobrze razem smakowały.
I wtedy to dostrzegła. Z butelką Macallana stała przy biurku i nie wiedziała czemu akurat teraz zwróciła uwagę na kopertę na blacie i fragment fotografii, który z niej wystawał. Nie idealny materiał, poturbowany dotykiem i obracaniem w dłoniach zupełnie nie pasował do perfekcyjnego świata Adlera bez żadnej skazy ani rysy na całkowicie gładkim, pięknie wypolerowanym licu. Powinna była ją zignorować. Powinna była przejść obok, a zamiast tego podniosła je i przeszłość wróciła do niej zanim zdążyła w głowie przetworzyć to, na co tak naprawdę patrzą oczy.
Centrum miasta. Koszula w oliwkowe listki. Kubek kawy w dłoni. Teczka pod ramieniem. Głowa skierowana w lewo przed przejściem przez jezdnię, wzrok na samochodach. Rozmazany obraz z tyłu, pełen fokus na postać. Blond włosy rozwichrzone wiatrem.
To nie było zdjęcie zrobione przez ojca ani przez kamerę nad skrzyżowaniem. Kąt sugerował kogoś stojącego, gdzieś tam, po drugiej stronie ulicy i bliżej rogu, może w alejce między budynkami. Fotografia nie była przypadkowa. Pierwszy plan fotografii — ona — nie był przypadkowy.
“Niektóre cienie mają bardzo długie ręce i bardzo ostry apetyt.”
Vivienne poczuła chłód, który przemknął po karku i spełzł wzdłuż kręgosłupa powolnym, nieprzyjemnym dreszczem. Od miesięcy powtarzała sobie, że to ojcowska paranoja i potrzeba kontroli tego, co zaczęło mu się wymykać spomiędzy palców, a Christopher Adler nie był kimś, kto tak po prostu patrzył i pozwalał, by coś mu umykało bez jego zgody.
Powoli odłożyła zdjęcie i postarała się, żeby wyglądało tak, jakby nigdy go nie brała.
Jeszcze kilka chwil temu rozważała negocjacje z Wrightem. Zdobycie takiej ilości gotówki, żeby przebić ofertę ojca. Teraz... teraz wyprostowała się, nalała Macallana do szklanicy i spojrzała na pieska.
Ile? — Ile ci zapłacił. Ile wiesz. Ile zamierzasz z tym zrobić. Ile możesz z tym zrobić. Ile będziesz jeszcze tu tkwił i mnie gnębił, zanim znikniesz na dobre? Ile jeszcze mam cię znosić? Ile jeszcze ty będziesz znosił mnie?
Nie dziwiła się, że jej nie lubił.
Psy w końcu miały tę zależność, że leciały na suki.

good boy wright :stickfoch:
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

K o l e j n y ? , . odpowiedziałby odruchowo, gdyby jeszcze miał w sobie wystarczająco naiwności, żeby pozwolić odruchom kierować swoim zachowaniem. Nie wydawało mu się bowiem, żeby przeprowadził na niej do tej pory jakikolwiek sensowny test — ani żeby dostał jakąkolwiek odpowiedź, która nie była zaledwie miałkim przeczuciem. Byłoby to jednak pytanie retoryczne, na dodatek naturalnie przeciągające temat, który go nie interesował, tak samo jak dalsze przepychanki słowne ze zleceniem, dlatego Sawyer zatrzymał go za zębami wraz z całą należną mu ironią.
Zapiszę — mruknął jedynie w odpowiedzi na jej kolejne pytanie, jednak nie sięgnął po telefon wciśnięty do tylnej kieszeni jeansów.
Ponieważ Vivienne najwyraźniej nie zamierzała mu tych danych podać. Zatrzymała się, kiedy zagrodził przejście. Podniosła wzrok i spojrzała mu wyzywająco w oczy, milcząc przy tym jeszcze dwa uderzenia serca. Zauważył, że jej spojrzenie ześlizgnęło się na jego uśmiech, ale zignorował ten fakt. I przez chwilę naprawdę sądził, że po prostu ciśnie mu te informacje w twarz — być może z kolejnymi groźbami — i będzie po problemie; tak się jednak nie stało.
Nie cofnął się, kiedy dziewczyna ruszyła do drzwi; to był błąd. Bo Vivienne przesunęła się obok niego w sposób, który był ucieleśnieniem prowokacji. Dotknęła go celowo; Sawyer w sekundzie zrozumiał, że w tej bliskości nie było nawet grama przypadkowości. Zmusiłaby do cofnięcia, gdyby miał słabszą wolę albo silniejsze zasady moralne. I był pewien, że nie zrobiła tego dla jakiejś prymitywnej przyjemności — ale żeby mu wypowiedzieć pieprzoną wojnę, nawet w tak zawoalowany sposób. Jakby chciała mu przypomnieć, że ona też się nie cofnie. Że siła fizyczna to nie wszystko.
Odwrócił się za nią, jakby chciał coś powiedzieć — chociaż nie miał odpowiednich słów — ale zanim zdążył, dziewczyna sięgnęła po jego dłoń. Wszystkie mięśnie w jego ciele spięły się odruchowo, rozpoznając wzorce w ruchach, w których nie było intencji skrzywdzenia go i tylko ostatkiem siły woli Sawyer zdążył powstrzymać instynkt każący wykręcić ramię trzymającej go dłoni, nacisnąć mocniej, obezwładnić i unieruchomić.
Zamiast tego się poddał jak na dobrego psa przystało. Tylko po to, żeby dostać w dłoń jej . b u t y .
Stał skonsternowany, kiedy Vivienne odwróciła się i odeszła bez słowa, aż wreszcie westchnął ciężko, chociaż bezdźwięcznie i ruszył za nią. Tym razem nie starał się jej dogonić; pozwolił jej iść przodem, trzymając ten sam dystans, jaki rozciągnął się między nimi na początku, głównie dlatego, że w willi ojca była prawie absolutnie bezpieczna. Ale też dlatego, że nie było już nic, co chciałby jej powiedzieć.
Tym razem w salonie nie zatrzymał się w progu ani na środku pomieszczenia; nie, przeszedł za nią, wolnym, cichym krokiem skradającego się drapieżnika, choć przecież w tym momencie nie polował. Z odruchu bardziej niż z potrzeby. Patrzył na nią, kiedy sięgała po kopertę, a później ponad jej ramieniem zerknął na wyjęte zdjęcie bez grama ciekawości — raczej z zawodowej konieczności. Widok przyjął bez żadnej emocji, chociaż zrozumiał, że miał rację wcześniej, kiedy zakładał, że sytuacja już była wystarczająco zła, żeby sprowadzić zawodowca. Jego spojrzenie znów prześlizgnęło się po sylwetce dziewczyny, milczał jednak aż do momentu, w którym się odezwała, a ich spojrzenia znów się skrzyżowały.
Wystarczająco — odpowiedział tak zwięźle, że dźwięk ten urwał się, zanim zdążył na dobre roznieść się po przestronnym salonie, a jego miejsce zajęła ciężka, lepka cisza.
Nie był pewien, o co Vivienne dokładnie pytała — choć zakładał, że o kwotę, było to najbardziej prawdopodobne, jeśli była choć w połowie tak bystra, za jaką uważał ją ojciec, bo Sawyer bynajmniej nie kłamał i tylko w ten sposób mogła się go skutecznie pozbyć — ale odpowiedź i tak była adekwatna do wszystkich możliwości. Tych wypowiedzianych na głos i tych, o których oboje tylko myśleli, a może nawet i o tych, które jeszcze nie pojawiły się nawet w podświadomości żadnego z nich.
Wystarczająco, żeby cierpliwie znosić twoje obelgi.
Żeby iść za tobą.
Żeby dalej tu stać i poświęcać ci uwagę.
Żeby podjąć się zlecenia, którego cena wydawała się nieproporcjonalna do stopnia skomplikowania.
Żeby zrozumieć, że zagrożenie jest realne.
Żeby wywnioskować, że może już było . z a . p ó ź n o .
Żeby udowodnić, że dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych.
Żeby ich spłacić.
Ostatnie nie było prawdą. Sawyer nawet się nie łudził. A chociaż ta myśl była kwaśna na języku, nie pozwolił jej przedostać się na powierzchnię i choćby przelotnie odmalować się na twarzy czy w oczach. Po prostu stał dwa kroki za nią, nie odrywając od niej spojrzenia — nie z uwagi na jej niewątpliwą urodę ani zapach, który osiadł na skórzanej kurtce, żadna z tych myśli nawet przelotnie nie przecięła jego umysłu, robił to tylko dlatego, że od teraz jego wypłata zależała właśnie od patrzenia na nią wystarczająco długo — i pozwalał milczeniu odpowiedzieć na wszystkie niezadane pytania. Tych zadanych i tak padło już zbyt wiele.
Baw się dobrze, Vivienne — odezwał się wreszcie niespodziewanie, nie uśmiechnąwszy się jednak przy tym, choć niewątpliwie był to sarkazm. Zrobił dwa ostatnie kroki w jej stronę tylko po to, żeby postawić szpilki przed dziewczyną, a prostując się, już się wycofywał. — Może tylko nie na tyle dobrze, żeby spędzić noc poza swoim mieszkaniem — uzupełnił z przekąsem w nawiązaniu do czekania na jej wycieraczce. W kilku krokach znalazł się przy wyjściu z salonu, a naciskając na klamkę, spojrzał na nią przez ramię. Wciąż bez rozbawienia. — Trafię do wyjścia dla hołoty, nie kłopocz się. — Z tymi słowami wyszedł na korytarz.
Nie zamierzał jej pocieszać ani kłamać, że nie jest jeszcze tak źle. Nie dodał też, że w najbliższym czasie te zdjęcia zrobione z ukrycia mogą okazać się jej najmniejszym problemem.
I c h . problemem.
Choć może wyłącznie jego. Bo jak miał zapewnić bezpieczeństwo komuś, kto sam celowo wystawiał się na zagrożenie?


— koniec —


mademoiselle Adler
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Dzielnica Mieszkalna”