45 y/o
For good luck!
195 cm
Nadinspektor RCMP dom, teren, miasto
Awatar użytkownika
The police are not here to create disorder, they're here to preserve disorder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3os
czas narracjiróżny
postać
autor

#1 Wieczorem policyjna strzelnica była praktycznie pusta. Większość stanowisk została już wyłączona, po korytarzach nikt się nie kręcił, a z całego obiektu dochodziły tylko pojedyncze odgłosy gdzieś z zaplecza. Renoir znał to miejsce od lat, podobnie jak ludzi, którzy tutaj pracowali, więc załatwienie prywatnego treningu po godzinach nie było większym problemem. Czasami dobrze było znać odpowiednie osoby. Tym razem przyjechał razem z Cleą, co samo w sobie mogło już zwiastować kłopoty. Mieli całą salę dla siebie, kilka wolnych stanowisk i zakład, który trzeba było w końcu rozstrzygnąć.
Renoir poprawił ochronniki słuchu i zerknął na przygotowaną tarczę. Koszulę miał podwiniętą do łokci, marynarkę zostawił w samochodzie, a zegarek jak zwykle tkwił na nadgarstku. Nie miał zamiaru spędzać tutaj całego wieczoru, ale znając życie, pewnie skończy się później niż planował. Z Cleą zazwyczaj tak było.
Spojrzał w jej stronę i przez chwilę przyglądał się jej bez słowa. Sam pomysł zakładu był dość absurdalny, chociaż właściwie pasował do ich małżeństwa. Przez lata potrafili rywalizować o rzeczy, które normalnym ludziom nawet nie przyszłyby do głowy. Gotowanie, wybór filmu, prowadzenie samochodu, nawet głupia próba bycia „lepszym” rodzicem dla dzieciaków, gdy te ewidentnie przeginały na każdym kroku. Teraz najwyraźniej przyszła pora na strzelnicę.
Sięgnął po okulary ochronne i założył je na nos. Potem poprawił rękaw koszuli i oparł dłonie o blat.
- Tylko przypominam, że to ty chciałaś ten zakład.
Uśmiechnął się pod nosem. Nie wyglądał na człowieka, który szczególnie martwił się możliwością przegranej. Wręcz przeciwnie. Był aż za spokojny, co w przypadku Renoira zwykle oznaczało, że już w głowie świętował zwycięstwo.
- Ten sam dystans, ta sama broń, tyle samo prób. Żadnego kombinowania. - zerknął na nią jeszcze raz. - Jak przegrasz, nie chcę słyszeć, że miałem przewagę, bo pracuję w policji. Sama chciałaś.
Sięgnął po butelkę wody, upił kilka łyków i odstawił ją na bok. Przez moment sprawdzał jeszcze stanowisko, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Rozmasował bark i uderzył w niego kilka razy. Wszystko było przygotowane.
- Jeśli wygrasz, przyznam ci rację.
Zrobił krótką pauzę, po czym spojrzał na Cleę z lekkim rozbawieniem.
- Publicznie. Opublikujemy to na twoim IG, ok?
Wiedział doskonale, że właśnie na tym najbardziej jej zależało. Nie na samym wyniku, tylko na tym, żeby zmusić go później do przyznania, że przez cały czas się mylił i pokazać, że szefowa ze stajni strzela lepiej niż nadinspektor. Tego jednak Renoir nie zamierzał jej ułatwiać.
Przesunął się na swoje stanowisko i jeszcze raz poprawił ochronniki. Słyszał ją dobrze, ale słuchawki ograniczały huk wydawany przez policyjne Glocki.
- No dobrze. - skinął głową w stronę tarcz. - Możesz zacząć, pani Delacroix.

Clea Delacroix
kotlet schabowy w przypalonej panierce
41 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka i trenerka w stadninie koni Delacroix Equestrian
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Clea od początku nie zamierzała dać mu satysfakcji. Sam fakt, że to ona zaproponowała zakład, wystarczał, żeby Renoir przez cały wieczór patrzył na nią z tym swoim irytująco spokojnym uśmiechem człowieka, który już zdążył wygrać coś, czego jeszcze nawet nie zaczął. Znała go wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że właśnie dlatego tak bardzo chciał ją sprowokować. Nie zamierzała mu tego ułatwiać.
— Kochanie, jeśli naprawdę uważasz, że potrzebuję wymówki, zanim jeszcze zaczęliśmy, to chyba powinieneś bardziej martwić się o siebie. — odpowiedziała spokojnie, poprawiając okulary ochronne. Nie musiała podnosić głosu. Wystarczyło, że spojrzała na niego tym charakterystycznym dla siebie spojrzeniem, które mówiło znacznie więcej niż jakakolwiek dłuższa przemowa. Przez chwilę jeszcze stała przy stanowisku, pozwalając mu cieszyć się własną pewnością siebie. Potem wzięła broń do ręki. I właśnie wtedy cała reszta przestała mieć większe znaczenie. Clea nie była człowiekiem, który lubił robić coś na pół gwizdka. Nawet jeśli był to głupi, małżeński zakład wymyślony właściwie dla zabawy, podchodziła do niego z tą samą koncentracją, z jaką przez lata podchodziła do treningów. Nie dlatego, że wynik miał naprawdę zmienić cokolwiek. Po prostu Clea miała tę przypadłość, że kiedy już coś zaczynała, bardzo szybko przestawało być „dla zabawy”. Zaczynało być kwestią honoru. A jej honor miał wyjątkowo słabą tolerancję na przegrywanie. Ustawiła się na stanowisku, poprawiła chwyt i przez chwilę spokojnie obserwowała tarczę. Pierwszy oddech. Skupienie. Strzał. Huk odbił się od ścian strzelnicy i na moment wypełnił całą przestrzeń. Potem kolejny. I następny. Clea nie spieszyła się, ale też nie pozwalała sobie na niepotrzebne przerwy. Każdy kolejny strzał był próbą poprawienia tego, co mogło pójść nie tak wcześniej. Kiedy skończyła serię, opuściła broń i odsunęła się od stanowiska. Przez moment była całkowicie spokojna. Dopiero kiedy spojrzała na tarczę, jej brwi uniosły się odrobinę. Dwadzieścia dwa punkty. Nie było tragicznie. Ale zdecydowanie nie było też tak dobrze, jak sobie wyobrażała. I, co gorsza, było całkiem możliwe, że Renoir zobaczył dokładnie to samo. Clea przez kilka sekund patrzyła na wynik, jakby samym spojrzeniem mogła przekonać tarczę, że powinna jednak pokazać coś innego. Nie zadziałało. Oczywiście, że nie zadziałało.
Hm. — mruknęła pod nosem. — Dwadzieścia dwa. — brzmiała tak, jakby właśnie odkryła drobną niedogodność, którą zamierzała zaraz usunąć. Odwróciła głowę w stronę Renoira i dostrzegła ten znajomy błysk w jego oczach. To wystarczyło. Nie zamierzała pozwolić mu zbyt długo cieszyć się jej wynikiem. Przecież właśnie po to mieli tutaj przyjechać. Żeby się trochę podroczyć. A jeśli on już zaczynał myśleć, że dostał przewagę, Clea zamierzała mu ją odebrać przynajmniej psychicznie. Odłożyła broń i poprawiła włosy, które wysunęły się spod ochronników. Tym razem zrobiła to odrobinę wolniej. Zerknęła na niego przez ramię, a na jej ustach pojawił się niewinny uśmiech.
Wiesz co? — odezwała się spokojnie. — Chyba jednak rozumiem, dlaczego tak bardzo lubisz tę swoją strzelnicę. — Zrobiła krótką pauzę, podchodząc bliżej. — Tutaj przynajmniej możesz udawać, że jesteś dobry w czymś, czego nie potrafi zrobić twoja żona. — spojrzała na niego z rozbawieniem, po czym poprawiła kosmyk włosów przy twarzy. — Chociaż wiesz... — przeciągnęła, przyglądając mu się przez chwilę. — może powinnam dać ci dodatkowe utrudnienie. — zrobiła jeszcze jeden krok w jego stronę. Nie za blisko. Wystarczająco jednak, żeby Renoir doskonale wiedział, co robi. — Może po prostu powinieneś przestać na mnie patrzeć. — uśmiechnęła się szerzej. — Bo jeszcze się okaże, że nie umiesz się skupić, kiedy twoja żona stoi obok. — dopiero wtedy cofnęła się od niego i wróciła do stanowiska, jakby przed chwilą nie próbowała właśnie wykorzystać własnego uroku jako kolejnego elementu małżeńskiej rywalizacji. Clea znała Renoira. Wiedziała, że nie da się tak łatwo wyprowadzić z równowagi, ale równie dobrze wiedziała, że nie musi wygrać tej wojny jednym ruchem. Wystarczyła mała rysa w jego koncentracji. Jedno spojrzenie za długo. Jeden uśmiech. Jedna myśl, która pojawi się dokładnie wtedy, kiedy nie powinna. Tym bardziej że wynik 22 punktów nie dawał jej jeszcze żadnego komfortu. Nie mogła sobie pozwolić na to, żeby Renoir oddał swoją serię spokojnie i jeszcze zaczął ją potem przez pół roku drażnić. — A skoro już wspomniałeś o Instagramie... — rzuciła, zdejmując okulary i opierając je na blacie. — Jeżeli wygrasz, możesz wybrać zdjęcie. — spojrzała na niego z pozorną łaskawością. — Ale jeśli przegrasz, ja wybieram podpis. — kącik jej ust drgnął. — I uprzedzam, będzie krótki. „Moja żona miała rację”. — oparła dłonie na blacie i przez moment przyglądała mu się w ciszy. W jej spojrzeniu było coś więcej niż zwykła pewność siebie. Było wyzwanie. Teraz już naprawdę chciała zobaczyć, co zrobi. — No dobrze, Delacroix. — powiedziała w końcu, odsuwając się od stanowiska i robiąc mu miejsce. — Twoja kolej. — przechyliła lekko głowę, a jej uśmiech stał się jeszcze odrobinę bardziej zaczepny. — Tylko się nie denerwuj. W końcu dopiero zaczynamy.

Renoir Delacroix
kotlet sojowy ale tym razem z panierką
45 y/o
For good luck!
195 cm
Nadinspektor RCMP dom, teren, miasto
Awatar użytkownika
The police are not here to create disorder, they're here to preserve disorder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3os
czas narracjiróżny
postać
autor

Renoir przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, a potem parsknął cicho pod nosem. Te dwadzieścia dwa punkty zdecydowanie nie było wynikiem, który robił na nim wrażenie, ale jej komentarz już trochę bardziej. Zwłaszcza ten o patrzeniu. Najgorsze było to, że Clea doskonale wiedziała, gdzie uderzyć. Znała go przecież od tylu lat, że prawdopodobnie mogłaby wymienić połowę rzeczy, które potrafiły wybić go z rytmu. I najwyraźniej postanowiła dzisiaj zrobić z tego użytek.
- Bardzo zabawne - mruknął, przesuwając językiem po wewnętrznej stronie policzka. - Tylko przypominam, że jak przegram, to ty będziesz musiała żyć z człowiekiem, który właśnie dał dupy będąc gliną. Nie wiem, czy jesteś gotowa na takie konsekwencje.
Uśmiechnął się pod nosem i podszedł do stanowiska. Nie spieszył się. Wziął broń do ręki, sprawdził ją jeszcze raz, poprawił okulary i ustawił się tak, jak robił to setki razy wcześniej. Przez chwilę zerknął na tarczę Clei. Dwadzieścia dwa. Dało się odrobić. Nawet bez większego wysiłku. Problem polegał na tym, że jego żona najwyraźniej nie zamierzała mu tego ułatwiać.
Renoir uniósł wzrok i spojrzał na nią tylko na sekundę. Tyle wystarczyło, żeby zobaczyć ten jej uśmiech. Odwrócił więc głowę z lekkim westchnieniem i skupił się na tarczy.
- Nie patrzę - rzucił, bardziej do siebie niż do niej.
Pierwszy strzał poszedł całkiem dobrze. Potem drugi. Trzeci również trafił tam, gdzie powinien. Renoir nie miał problemu z koncentracją, kiedy wszystko wyglądało normalnie. Hałas, zapach prochu, odrzut broni - to wszystko było mu znane. Przez lata nauczył się odcinać od rzeczy, które nie miały znaczenia. Tylko że Clea miała tę irytującą właściwość, że nawet kiedy nic nie robiła, potrafiła znaczyć zdecydowanie za dużo.
Przy kolejnym strzale kątem oka zauważył, jak poprawia włosy. Niby nic. Zwykły gest. A jednak jego uwaga na moment uciekła w bok. Kolejny strzał nie był już tak idealny. Renoir skrzywił się lekko i pokręcił głową.
- Cholera...
Usłyszał własne słowo i aż się uśmiechnął. No pięknie. Czterdzieści pięć lat życia, ponad dwadzieścia lat w służbie, niezliczone szkolenia, a wystarczyła własna żona poprawiająca włosy, żeby nagle zapomniał, jak działa spust glocka i skupienie na celu.
Zacisnął szczękę i wrócił do strzelania. Tym razem już nie zerkał w jej stronę. Przynajmniej próbował. Clea jednak miała swoje sposoby. Jej obecność, ten spokojny ton, uśmiech, który pojawiał się dokładnie wtedy, kiedy nie powinien. Renoir znał ją za dobrze. Wiedział, że robi to specjalnie. I chyba właśnie to było w tym wszystkim najgorsze.
Ostatnie strzały oddał już znacznie spokojniej. Kiedy skończył, odłożył broń zgodnie z zasadami i dopiero wtedy pozwolił sobie spojrzeć na żonę. Przez moment nic nie mówił. Potem zerknął na tarczę i zmrużył oczy.
Dwadzieścia siedem.
Nieźle. Nawet bardzo nieźle, biorąc pod uwagę, że przez połowę serii walczył bardziej ze swoją uwagą niż z tarczą. Renoir zdjął okulary i położył je na blacie. Pokręcił głową, jakby sam wynik był czymś, nad czym musiał się przez chwilę zastanowić.
- Dwadzieścia siedem - powiedział w końcu. - Czyli jednak nie jest ze mną aż tak źle.
Odwrócił się w jej stronę i oparł biodrem o stanowisko. Na jego twarzy pojawił się ten sam spokojny uśmiech, który miała okazję oglądać przez cały wieczór. Skrzyżował ręce na torsie.
- Chociaż muszę przyznać, że zastosowałaś wyjątkowo nieuczciwą taktykę.
Spojrzał na nią od góry, potem na jej twarz i znowu na tarczę. Nie musiał długo liczyć. Wynik był jasny.
- Dwadzieścia dwa do dwudziestu siedmiu. - skinął głową z miną człowieka, który właśnie ogłasza oficjalny werdykt. - Wygrałem.
Krótka pauza.
- Zanim zaczniesz wymyślać, że cię rozpraszałem, przypominam, że to ty przez cały czas próbowałaś mi przeszkadzać.
Kącik jego ust zadrżał. Renoir sięgnął po butelkę wody, ale zanim zdążył się napić, jeszcze raz spojrzał na Cleę. Właśnie wtedy dotarło do niego, że chyba nie powinien był tego robić. Znał ten uśmiech. Wiedział, że ona jeszcze nie skończyła.
- Dobra, już tak się nie dąsaj. Zagrajmy trzy rundy. Zsumujemy wynik każdej próby i wtedy wyłonimy zwycięzcę. - powiedział trochę na rozluźnienie i wskazał dłonią na broń, z której strzelała jego żona.

Clea Delacroix
kotlet schabowy w przypalonej panierce
41 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka i trenerka w stadninie koni Delacroix Equestrian
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Clea przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, pozwalając mu dokończyć cały ten mały pokaz zwycięstwa. Nie miała nic przeciwko temu, że cieszył się z wygranej. Właściwie nawet ją to bawiło. Renoir nie należał do ludzi, którzy potrzebowali wiele, żeby zacząć sobie dogryzać, a dwadzieścia siedem punktów najwyraźniej wystarczyło, żeby przez najbliższe kilka minut poczuł się jak król tej przeklętej strzelnicy. Problem polegał tylko na tym, że Clea znała go zdecydowanie za dobrze. Wiedziała, że jeśli pozwoli mu teraz za bardzo się rozpędzić, za godzinę nadal będzie jej przypominał o tych pięciu punktach różnicy. A jutro prawdopodobnie powiedziałby o nich dzieciom przy śniadaniu. Może nawet przesłałby zdjęcie tarczy rodzinnej grupie, gdyby tylko znalazł odpowiednio irytujący podpis. Nie zamierzała dawać mu takiej satysfakcji.
Skończyłeś już świętować? — zapytała w końcu, unosząc lekko brew. — Bo jeśli tak, możemy przejść do tej części, w której przypominam ci, że to dopiero pierwsza runda.
Nie brzmiała na złą. Wręcz przeciwnie. Na jej ustach pojawił się niewielki uśmiech, choć w spojrzeniu miała już coś znacznie bardziej konkretnego. Pierwsza seria jej nie wyszła. Trudno. Dwudziestu dwóch punktów nie dało się zaczarować ani wyjaśnić w żaden szczególnie przekonujący sposób. Renoir miał dwadzieścia siedem i tym razem to on mógł sobie pozwolić na odrobinę pewności siebie. Clea potrafiła to przyznać. Nie oznaczało to jednak, że zamierzała siedzieć i patrzeć, jak jej mąż buduje sobie z tego pomnika. Trzy rundy. Sam je zaproponował. I właściwie już sam ten fakt sprawił, że w jej głowie coś przestawiło się na właściwe miejsce. Nie chodziło już o to, żeby po prostu postrzelać i pośmiać się z siebie nawzajem. Teraz chciała sprawdzić, czy naprawdę jest w stanie odrobić stratę. A najlepiej zrobić to na tyle wyraźnie, żeby Renoirowi trochę zrzedła ta zadowolona mina.
W porządku. — rzuciła, podchodząc ponownie do stanowiska. — Masz swoją rundę. Ciesz się nią, póki możesz. — Nie czekała nawet na jego odpowiedź. Przygotowała się. Tym razem nie było już miejsca na zaczepki. Przynajmniej przez chwilę. Clea stanęła przed stanowiskiem i spojrzała na tarczę. Pierwsza seria była już za nią. Nie zamierzała jej rozpamiętywać. Wiedziała, gdzie popełniła błąd. Za bardzo chciała dobrze wypaść, za bardzo skupiała się na wyniku i na tym, co Renoir robił obok. To było trochę irytujące, ale również bardzo charakterystyczne dla niej. Nie znosiła poczucia, że mogła zrobić coś lepiej, ale nie zrobiła tego przez własną nieuwagę. Dlatego tym razem postanowiła po prostu odciąć wszystko, co nie było potrzebne. Renoir mógł sobie mówić, co chciał. Mógł się uśmiechać, prowokować ją, udawać, że już wygrał cały zakład. Jej zadaniem było tylko trafić. Wzięła spokojny oddech. Przez moment pozwoliła sobie całkowicie wyciszyć głowę. Huk pierwszego strzału przeszedł przez salę, ale Clea nawet nie drgnęła. Drugi. Potem trzeci. Każdy kolejny był bardziej pewny. Nie spieszyła się, nie próbowała nadrabiać szybkością. Pozwoliła sobie na dokładność. Problem w tym, że Clea miała wyjątkowo duży talent do przeszkadzania samej sobie analizowaniem absolutnie wszystkiego. Tym razem jednak odpuściła. Po prostu strzelała. I tym razem każdy kolejny wynik na tarczy wyglądał lepiej. Przy którymś z ostatnich strzałów poczuła, że wróciła jej pewność siebie. Nie ta irytująca, która pojawiała się chwilę przed pierwszą rundą, kiedy była przekonana, że pójdzie jej świetnie. Ta właściwa. Spokojna. Opanowana. Wiedziała już, że potrafi. Teraz wystarczyło tylko tego nie zepsuć. Ostatni strzał wybrzmiał w pomieszczeniu i Clea opuściła broń. Przez chwilę jeszcze stała bez ruchu, a potem odłożyła ją zgodnie z zasadami. Zdjęła okulary ochronne i poprawiła włosy, tym razem bardziej z przyzwyczajenia niż po to, żeby kogokolwiek rozpraszać. Dopiero wtedy spojrzała na tarczę. I zatrzymała wzrok na wyniku. Trzydzieści dziewięć. Jej brwi uniosły się lekko. To było znacznie więcej, niż zrobiła w pierwszej serii. Na tyle dużo, że przez krótką chwilę nawet sama nie miała ochoty udawać obojętności. Satysfakcja pojawiła się na jej twarzy zupełnie naturalnie. Mała, ale bardzo wyraźna.
No. — powiedziała spokojnie. — Teraz już trochę bardziej przypomina to wynik, z którym mogę żyć. — Zerknęła na Renoir. Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby na jej twarzy pojawił się ten znajomy, lekko zadziorny uśmiech. Nie musiała nawet mówić, że jest z siebie zadowolona. On i tak by to zobaczył. Nie należała do osób, które potrafiły dobrze ukrywać satysfakcję, kiedy naprawdę na coś zapracowały. Podeszła do tarczy jeszcze kawałek, przyjrzała się jej dokładniej i pokiwała głową.
Trzydzieści dziewięć. — powtórzyła, tym razem bardziej do siebie. — Czyli jednak pierwsza seria była wypadkiem przy pracy. — odwróciła się do męża. Nie zamierzała oczywiście dać mu zapomnieć, że to właśnie on przed chwilą triumfował nad jej dwudziestoma dwoma punktami. Ale teraz sytuacja wyglądała już trochę inaczej. Pierwsza runda należała do niego. Druga dopiero czekała na jego odpowiedź. I choć Clea nie znała jeszcze jego wyniku, miała przynajmniej poczucie, że wróciła do gry. Co więcej, zaczynało jej się to coraz bardziej podobać. Właściwie właśnie dlatego lubiła rywalizację. Nie chodziło o to, żeby zawsze wygrywać. Chodziło o ten moment, kiedy coś nie wychodziło, człowiek zaciskał zęby, poprawiał to i próbował jeszcze raz. Dokładnie tak samo było z końmi. Nie każdy trening kończył się sukcesem. Nie każdy koń reagował od razu. Czasem trzeba było powtórzyć coś pięćdziesiąt razy, zanim w końcu zadziałało. I Clea chyba właśnie dlatego tak łatwo przenosiła tę mentalność na wszystko inne. W tym przypadku na własnego męża.
Widzisz? — rzuciła, opierając się biodrem o blat. — Wystarczyło, że przestałam się przejmować twoim gadaniem. na moment zawiesiła wzrok na jego twarzy. — Chociaż przyznam, że twoja metoda rozpraszania mnie była całkiem skuteczna. —uśmiechnęła się niewinnie. Wzięła butelkę wody, która stała obok jej stanowiska, i napiła się kilku łyków. Dopiero wtedy spojrzała jeszcze raz na tarczę. Trzydzieści dziewięć. Wynik był dobry. Nawet bardzo dobry. Ale oczywiście Clea już zaczynała dostrzegać te drobne rzeczy, które mogła zrobić lepiej. Jeden strzał mógł wejść odrobinę wyżej. Przy innym mogła ustawić się minimalnie inaczej. Gdyby poprawiła dwie rzeczy, pewnie byłoby jeszcze kilka punktów więcej. Taki już miała charakter. Mogła wygrać, a pięć minut później zastanawiać się, dlaczego nie wygrała bardziej. Renoir zresztą doskonale to znał. Znał ją na tyle długo, że prawdopodobnie już widział, jak w głowie analizuje kolejne strzały.
I zanim coś powiesz... — dodała, wskazując na niego palcem. — nie, nie zaczynam się tłumaczyć. Po prostu stwierdzam fakt.— kącik jej ust uniósł się jeszcze wyżej. — Pierwsza runda była twoja. Tego ci nie odbieram. Ale druga?— spojrzała wymownie na tarczę. — Teraz twoja kolej, żeby pokazać, czy rzeczywiście zasłużyłeś na to całe świętowanie. — zrobiła mu miejsce przy stanowisku i cofnęła się o krok. Tym razem nie zamierzała od razu próbować go prowokować. Chciała zobaczyć, co zrobi, kiedy będzie musiał odpowiedzieć na jej wynik. A prawda była taka, że była trochę ciekawa. Renoir miał tę irytującą zdolność do zachowywania spokoju dokładnie wtedy, kiedy większość ludzi zaczynała się denerwować. Clea znała jednak kilka sposobów, żeby sprawdzić, czy ten spokój był prawdziwy. Na razie wystarczył jej uśmiech. — No dalej. — powiedziała, krzyżując ręce na piersi. — Pokaż mi swoje trzydzieści dziewięć. — po chwili dodała już z rozbawieniem: — Albo przynajmniej spróbuj się do nich zbliżyć.

Renoir Delacroix
kotlet sojowy ale tym razem z panierką
45 y/o
For good luck!
195 cm
Nadinspektor RCMP dom, teren, miasto
Awatar użytkownika
The police are not here to create disorder, they're here to preserve disorder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3os
czas narracjiróżny
postać
autor

Przez dłuższą chwilę patrzył na tarczę, jakby próbował upewnić się, że wzrok nie robi mu właśnie jakiegoś małego psikusa. Trzydzieści dziewięć. Uniósł brwi, a potem powoli pokręcił głową z czymś pomiędzy niedowierzaniem a szczerym uznaniem. Jego żona jednak potrafiła. Przez moment nawet nie miał ochoty jej dogryzać, co samo w sobie było chyba większym komplementem niż wszystko, co mógłby powiedzieć. Zamiast tego odsunął się od stanowiska i wykonał w jej stronę przesadnie elegancki ukłon, przykładając dłoń do piersi.
- Pani Delacroix. Moje gratulacje. Trzydzieści dziewięć. Jestem pod wrażeniem. - powiedział niczym wierny sługa. Wyprostował się i zerknął na nią z uśmiechem. Oczywiście nie zamierzał być miły zbyt długo. Zwłaszcza że Clea właśnie rzuciła mu wyzwanie, którego nie sposób było zostawić bez odpowiedzi.
Pokaż mi swoje trzydzieści dziewięć. Albo przynajmniej spróbuj się do nich zbliżyć. Renoir parsknął śmiechem i pokręcił głową, ruszając w stronę stanowiska.
- Wiesz, kochanie... - zaczął, zakładając okulary ochronne. - Mogę ci pokazać nawet coś lepszego niż trzydzieści dziewięć. W sypialni mam spokojnie solidną dwudziestkę, jeśli tylko będziesz miała ochotę uklęknąć.
Spojrzał na nią i przez sekundę wytrzymał poważną minę, ale zaraz sam się roześmiał. Pokręcił głową, jakby właśnie zdał sobie sprawę, że chyba jednak przesadził z pewnością siebie. Chociaż znając ich oboje, było to raczej mało prawdopodobne.
- Dobra, dobra. Strzelnica. Skupiamy się na strzelnicy. Tak, strzelamy. Pistoletem, nie czymś innym.
Sięgnął po broń i przygotował się do drugiej serii. Tym razem nie musiał nawet specjalnie szukać koncentracji. Wynik Clei trochę go zaskoczył, ale jednocześnie zrobił swoje. Nie zamierzał pozwolić, żeby po tej rundzie żona zaczęła budować sobie zbyt dużą pewność siebie. Zwłaszcza że doskonale wiedział, jak bardzo lubiła później wracać do rzeczy, w których udało jej się go pokonać.
Ustawił się przy stanowisku, sprawdził wszystko jeszcze raz i spojrzał przed siebie. Pierwszy strzał. Potem następny. Tym razem nie odwracał uwagi nawet wtedy, kiedy kątem oka widział Cleę. Wiedział już, że to najgorsza możliwa pułapka. Skupienie było prostsze, kiedy patrzył wyłącznie na tarczę. Seria szła mu dobrze. Bardzo dobrze. Kolejne strzały układały się tam, gdzie powinny, a Renoir coraz bardziej czuł, że wynik będzie znacznie lepszy od pierwszego.
Ostatni strzał odbił się od ścian strzelnicy i dopiero wtedy opuścił broń. Odłożył ją zgodnie z procedurą, zdjął okulary i sięgnął po tarczę. Spojrzał na wynik. Przez sekundę nic nie powiedział. Potem powoli odwrócił głowę w stronę Clei. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, ten zdecydowanie zbyt zadowolony z siebie, którego żona miała okazję oglądać przez lata.
- Czterdzieści dziewięć.
Podniósł tarczę trochę wyżej, żeby nie było żadnych wątpliwości. Potem zerknął na jej trzydzieści dziewięć i pokiwał głową z udawaną powagą.
- No, no. Było blisko. Naprawdę. Prawie mnie dogoniłaś. Niewiele ci brakuje, ale możesz w nagrodę skoczyć po kawę dla swojego inspektora.
Zaśmiał się pod nosem i odłożył tarczę na blat.
- Nadinspektora, przepraszam.
Był z siebie zdecydowanie zbyt zadowolony i nawet nie próbował tego ukrywać. Dziesięć punktów różnicy wystarczyło mu, żeby przez najbliższe kilka minut zachowywać się tak, jakby właśnie wygrał co najmniej mistrzostwa świata. Wygrał z żoną co sprawiało, że jego ego wyskoczyło jeszcze bardziej w górę. Uwielbiał wygrywać, a szczególnie ze swoją drugą połówką.
- Ale nie martw się. Nadal masz szansę. Mizerne, ale masz.
Wyciągnął rękę w jej stronę, zapraszając ją z powrotem do stanowiska, a sam odsunął się o krok. Uśmiech nadal nie schodził mu z twarzy.
- Słoneczko moje najdroższe. Została ci ostatnia runda. Tu masz broń, tu masz cel.
Ironicznie pokazał na Glocka i oddaloną tarczę.
- Dać ci instrukcję, czy dzidzia poradzi sobie sama?
Mówił to z powagą na twarzy, chociaż w głębi siebie śmiał się jak dziecko. Poprawił mankiet koszuli i oparł się biodrem o blat, patrząc na nią z rozbawieniem.
- No dalej, Clea. Dawaj, dawaj. Pokaż, że te trzydzieści dziewięć to nie był przypadek.

Clea Delacroix
kotlet schabowy w przypalonej panierce
41 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka i trenerka w stadninie koni Delacroix Equestrian
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez kilka sekund przyglądała mu się z niedowierzaniem, jakby właśnie próbowała ustalić, czy naprawdę dobrze usłyszała to, co przed chwilą powiedział. Dwudziestka w sypialni. Na strzelnicy. W środku rozmowy o punktacji. Renoir czasami miał wyjątkowy talent do wybierania najgorszego możliwego momentu, żeby przypomnieć jej, że pod elegancką koszulą i całkiem poważnym stanowiskiem w policji nadal siedzi w nim zwyczajny facet z poczuciem humoru nastolatka. Przez moment próbowała zachować powagę, ale nie wytrzymała. Parsknęła śmiechem, odwracając na chwilę głowę.
Boże, Renoir... — wyrzuciła z siebie między jednym śmiechem a drugim. — Naprawdę właśnie próbowałeś pochwalić się swoim penisem podczas zakładu na strzelnicy? — pokręciła głową, patrząc na niego z rozbawieniem.
Wiesz, że istnieją prostsze sposoby na poprawienie sobie ego? —uśmiech nie schodził jej z twarzy, a w oczach pojawiło się to charakterystyczne rozbawienie, które Renoir znał aż za dobrze. Po tylu latach małżeństwa trudno było ją zawstydzić czymś takim. Zwłaszcza że doskonale wiedziała, że jego komentarz był dokładnie tym, czym miał być — bezczelną zaczepką, mającą wytrącić ją z równowagi. Problem w tym, że zamiast się speszyć, Clea miała ochotę śmiać się jeszcze bardziej.
Dwadzieścia centymetrów, tak? — powtórzyła, unosząc brew. — Dobrze wiedzieć, że w razie czego zawsze mogę wykorzystać tę informację jako argument w przyszłych kłótniach. —rzuciła mu krótkie, rozbawione spojrzenie i wróciła wzrokiem do tarczy. Nie zamierzała ciągnąć tematu. Gdyby pozwoliła mu się rozpędzić, za chwilę pewnie zaczęliby prowadzić całkowicie absurdalną rozmowę o parametrach, zamiast strzelać. Poza tym miała przed sobą znacznie ważniejszy problem. Czterdzieści dziewięć punktów. Renoir właśnie odskoczył jej o kolejne dziesięć. To było irytujące. Nie na tyle, żeby popsuć jej humor, ale wystarczająco, żeby ambicja zaczęła lekko drapać ją od środka. Najbardziej drażniło ją to, że jeszcze kilka minut wcześniej była przekonana, że trzydzieści dziewięć pozwoli jej odzyskać przewagę. Teraz patrzyła na jego czterdzieści dziewięć i musiała przyznać, że jej mąż rzeczywiście miał dzisiaj wyjątkowo dobry dzień. Nie zamierzała mu jednak tego zbyt mocno pokazywać. Zwłaszcza że Renoir szybko przeszedł od dwuznacznych żartów do tego swojego protekcjonalnego tonu. „Dzidzia”. Wypowiedziane z pełną powagą, jakby naprawdę uważał, że właśnie znalazł idealny sposób na sprowokowanie żony. Clea zamarła na moment. Nie dlatego, że ją to zabolało. Po prostu zastanawiała się, czy powinna dać mu satysfakcję i odpowiedzieć od razu, czy może pozwolić mu przez kilka sekund żyć w przekonaniu, że wygrał również tę małą potyczkę. Wybrała drugą opcję. Na jej ustach pojawił się spokojny uśmiech.
Dzidzia? — powtórzyła cicho. Spojrzała najpierw na niego, później na broń, a następnie znowu na niego. — Dobrze. Zapamiętam. — nie było w tym ani odrobiny złości. Właściwie właśnie ta przesadna łagodność mogła być dla Renoira bardziej niepokojąca niż jakakolwiek awantura. Nie należała do kobiet, które musiały podnosić głos, żeby postawić na swoim. Czasami wystarczyło, że zapamiętała jedno zdanie. A ona właśnie je zapamiętała. Tym razem nie zamierzała jednak dalej się z nim przepychać. Kolejna seria miała być odpowiedzią na jego wyn, a nie kolejną próbą małżeńskiego flirtu. Chociaż, prawdę mówiąc, trochę bawiło ją to, jak bardzo Renoir był przekonany, że potrafi ją rozproszyć. W pierwszej rundzie mu się udało. Teraz już wiedziała, czego się spodziewać. Wzięła spokojny oddech i uniosła broń. Nie potrzebowała tym razem żadnych dodatkowych prób ani popisów. Cała wcześniejsza rozmowa zeszła na dalszy plan, kiedy tylko stanęła przy stanowisku. Przez chwilę pozwoliła sobie jeszcze na lekki uśmiech, jakby przypominała sobie jego „dzidzię”, po czym całą uwagę skierowała na tarczę. Strzały przyszły jeden po drugim, bez większego zastanawiania. Nie każdy był idealny i Clea doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale seria była równa, spokojna i przede wszystkim jej własna. Nie potrzebowała już udowadniać Renoir'owi, że potrafi. Bardziej chciała udowodnić to samej sobie. Kiedy skończyła, odsunęła się od stanowiska i zerknęła na tarczę. Trzydzieści siedem. Uniosła lekko brwi. Wynik był dobry, nawet bardzo przyzwoity, ale poprzednim razem wyciągnęła trzydzieści dziewięć. Dla kogoś innego różnica dwóch punktów pewnie nie miałaby większego znaczenia. Dla Clei, która potrafiła poprawiać coś w stajni przez pół dnia tylko dlatego, że jeden szczegół nie wyglądał dokładnie tak, jak powinien, było to wystarczająco dużo, żeby poczuć lekkie ukłucie niezadowolenia. Nie zamierzała jednak robić z tego tragedii. Trzydzieści siedem nadal oznaczało, że jej poprzedni wynik zdecydowanie nie był przypadkiem. Kącik jej ust drgnął.
No dobrze. Mogło być lepiej. — spojrzała jeszcze raz na tarczę, jakby liczyła na to, że dodatkowe dwa punkty pojawią się tam z poczucia winy. Oczywiście nic takiego się nie stało. Westchnęła cicho i odwróciła się w stronę męża. — Ale przynajmniej już wiem, że trzydzieści dziewięć nie było przypadkiem. Tobie też radzę zapamiętać tę informację, zanim zaczniesz znowu nazywać mnie dzidzią. — w jej głosie nie było groźby. Raczej obietnica drobnego rewanżu, który mógł nadejść w najmniej spodziewanym momencie. Spojrzała na niego jeszcze raz, tym razem z wyraźnym rozbawieniem. — Chociaż przyznaję, czterdzieści dziewięć było naprawdę dobre. — zrobiła krótką pauzę. — Nie przyzwyczajaj się jednak. To był komplement jednorazowy. — odłożyła tarczę na blat i przez chwilę przyglądała się Renoir'owi z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Potem powoli uśmiechnęła się pod nosem, jakby dopiero teraz przypomniała sobie jego wszystkie wcześniejsze komentarze.
No dobrze, nadinspektorze. Możesz się teraz trochę nacieszyć. —uśmiechnęła się niewinnie. — Tylko nie za bardzo.

Renoir Delacroix
kotlet sojowy ale tym razem z panierką
45 y/o
For good luck!
195 cm
Nadinspektor RCMP dom, teren, miasto
Awatar użytkownika
The police are not here to create disorder, they're here to preserve disorder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3os
czas narracjiróżny
postać
autor

Kącik ust drgnął mu w rozbawieniu. No proszę. Nie trzydzieści dziewięć, ale przynajmniej nie było tragedii. Właściwie musiał jej oddać, że była całkiem regularna. Raz dwadzieścia dwa, potem trzydzieści dziewięć, teraz trzydzieści siedem. Wyniki trochę skakały, ale przynajmniej trzymała się pewnego poziomu. Pokiwał powoli głową, jakby właśnie oceniał kogoś na treningu, po czym spojrzał na nią z miną człowieka, który bardzo stara się zachować powagę.
- No dobrze. Nie jest źle. Widać, że dzidzia się uczy.
Rzucił, ledwo powstrzymując śmiech. Zaraz jednak uniósł obie dłonie w geście obronnym.
- Dobra, dobra. Już nic nie mówię. Jeszcze mnie czymś trafisz i będę miał problem z wyjaśnieniem w pracy, skąd mam drugą dziurę w dupie.
Zaśmiał się pod nosem i sięgnął po swoją broń. Komplement dotyczący czterdziestu dziewięciu punktów oczywiście przyjął z odpowiednią dla siebie skromnością, czyli praktycznie żadną.
- Jednorazowy komplement? Przyjmuję. Możesz sobie nawet zapisać datę.
Mruknął, zakładając okulary.
- Trzydziesty sierpnia. Dzień, w którym Clea Delacroix przyznała, że jej mąż jest dobry w strzelaniu. Takie rzeczy powinny być gdzieś archiwizowane.
Przez chwilę zerkał na nią z uśmiechem, po czym dodał już zupełnie niewinnie, bo reakcja jego żony była urocza i sprawiła, że przypomniał sobie kilka miłych sytuacji w domu związanych właśnie z jego sprzętem:
- Co do tej dwudziestki... sama zaczęłaś. Ja tylko podałem ci przydatną informację. Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. Zawsze możesz użyć tego jako linijki.
Wzruszył ramionami, jakby mówił o czymś równie zwyczajnym jak numer telefonu do mechanika, po czym w końcu ustawił się przy stanowisku. Poprawił chwyt i przez chwilę zerkał jeszcze na żonę zamiast na tarczę. Bawiło go to, że mimo przegranej nadal próbowała zachować twarz. Znał ją jednak wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że te trzydzieści siedem punktów będzie jej chodziło po głowie. Pewnie jeszcze przez pół drogi do domu będzie analizowała, gdzie mogła dorzucić brakujące dwa. Renoir znał ten typ ambicji aż za dobrze, bo sam miał dokładnie ten sam problem. Tym razem nie spieszył się ze strzelaniem. Wziął spokojniejszy oddech, uniósł broń i złapał odpowiednią pozycję. Pierwszy strzał wszedł bardzo dobrze. Dziesięć. Drugi był trochę gorszy, ale nadal wystarczający, żeby utrzymać przewagę. Przy kolejnych strzałach zerkał kątem oka na Cleę, a na jego twarzy coraz wyraźniej pojawiał się uśmiech. Wiedział już, że wygrał. Właściwie nawet gdyby teraz zaczął strzelać jak kompletny idiota, niczego nie musiał odrabiać. Zostało mu jeszcze kilka pocisków i przewaga była wystarczająca. W pewnym momencie spojrzał na tarczę, potem na żonę i wpadł na pomysł, którego zdecydowanie nie powinien realizować, jeśli traktował ten zakład poważnie. Ostatni strzał oddał celowo obok. Huk odbił się od ścian strzelnicy, a Renoir natychmiast opuścił broń. Przez sekundę patrzył przed siebie z kamienną miną, jakby sam próbował zrozumieć, co właśnie zrobił, po czym parsknął śmiechem.
- Pudło, ups! Tylko trzydzieści trzy.
Powiedział, zdejmując okulary. Spojrzał na Cleę i wzruszył ramionami.
- I to jeszcze z jednym strzałem oddanym specjalnie obok. Jak mi przykro...
Odłożył broń i sięgnął po tarczę. Zerknął na wynik jeszcze raz, bardziej dla zasady niż z potrzeby upewnienia się, po czym odwrócił ją w stronę żony. Na jego twarzy pojawiło się takie samozadowolenie, że chyba sam zaczynał już działać jej na nerwy.
- Widzisz? Mógłbym nawet pozwolić ci wygrać tę rundę.
Pokiwał głową z pełną powagą.
- Ale wtedy nie byłoby tego pięknego momentu, w którym muszę ci przypomnieć, kto tu naprawdę rządzi.
Odstawił tarczę na blat i oparł dłonie na biodrach. Przez chwilę patrzył na nią z szerokim uśmiechem, wyraźnie delektując się tym, że tym razem to on miał powód do chełpienia się.
- Dwadzieścia dwa, dwadzieścia siedem. Trzydzieści dziewięć, czterdzieści dziewięć. Trzydzieści siedem, trzydzieści trzy.
Wyliczał na palcach, jakby prowadził właśnie bardzo poważne zestawienie służbowe.
- Wychodzi na to, że moja droga żona dostała właśnie sromotnie po dupie w czymś, w czym była przekonana, że da mi radę.
Zrobił krótką pauzę i spojrzał na nią znad okularów.
- Boli? Dzidzia będzie płakać?
Renoir nie wytrzymał i znowu się roześmiał. Podszedł bliżej, ale zatrzymał się w bezpiecznej odległości, wyraźnie nie chcąc prowokować losu po tym, jak przed chwilą sam wspominał o dziurze w dupie. Jeszcze dostanie w łepetynę i skończy się rumakowanie.
- Chociaż wiesz co? Myślę, że sama kara z Instagrama jest już trochę nudna.
Powiedział, poprawiając koszulę i luźny zegarek na ręce.
- Skoro przegrałaś aż tak spektakularnie, należy mi się coś lepszego.
Przechylił głowę, udając, że naprawdę intensywnie się nad tym zastanawia. W sumie opcja „klękania” przeszła mu przez myśl, a w strzelnicy jeszcze tego nie robili. Jednakże odpuścił i skupił się na czymś przyziemnym.
- Możesz przez tydzień robić mi kawę rano, obiadek, ewentualnie kolację. Albo…
Zawiesił głos, a uśmiech zrobił mu się jeszcze szerszy.
- Masz mnie dzisiaj oficjalnie tytułować „panie nadinspektorze” przez cały tydzień. Bez żadnego Renoira, kochanie, bez żadnego skarbie. Tylko „panie nadinspektorze”. Nawet przy dzieciach.
Sięgnął po butelkę wody i napił się spokojnie, jakby właśnie nie urządził sobie z małżeńskiego zakładu całego przedstawienia. Odstawił ją na blat i spojrzał na Cleę jeszcze raz, tym razem już nieco spokojniej.
- Chyba że masz lepszy pomysł by się upokorzyć.
Wzruszył ramionami.
- Ale ostrzegam, po tym wyniku mam teraz bardzo wysokie wymagania. Podniesione ego też.
Uśmiechnął się pod nosem i przesunął się kawałek, robiąc jej miejsce przy stanowisku.
- Chodź. Możemy jeszcze raz policzyć tarcze, jeśli potrzebujesz dowodów. Chociaż wydaje mi się, że twoje trzydzieści siedem już wystarczająco jasno powiedziało, kto dzisiaj wraca do domu z podniesioną głową.

Clea Delacroix
kotlet schabowy w przypalonej panierce
41 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka i trenerka w stadninie koni Delacroix Equestrian
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Clea jeszcze przez chwilę stała przy stanowisku, patrząc na obie tarcze leżące na blacie. Dziewięćdziesiąt osiem do stu dziewięciu. Jedenaście punktów różnicy. Nie była to przepaść, choć Renoir najwyraźniej zamierzał zachowywać się tak, jakby właśnie wygrał finał mistrzostw świata, odebrał złoty medal i przy okazji uratował kilka istnień ludzkich. Wiedziała, że będzie się tym chełpił tak długo, jak tylko da mu się na to pozwolić. Właśnie dlatego nie zamierzała mu pozwolić na zbyt wiele. Zabrała swoją torebkę, sprawdziła jeszcze raz, czy przy stanowisku nie zostawiła telefonu, po czym ruszyła w stronę wyjścia. Mijając męża, rzuciła mu krótkie spojrzenie i uśmiechnęła się pod nosem.
No chodź, panie inspektorze. — rzuciła słodko. — Możesz już zabrać swoją koronę. Strzelnica raczej nie planuje stawiać ci pomnika przed wejściem. — Nie czekała na jego odpowiedź. Była prawie pewna, że coś wymyśli, a po ostatnich kilku minutach zdecydowanie nie potrzebowała kolejnej przemowy o jego wielkości. Korytarz prowadzący do wyjścia był prawie pusty. Dopiero teraz, kiedy hałas strzelnicy został za nimi, zrobiło się naprawdę cicho. Clea poprawiła torebkę na ramieniu i zerknęła przez ramię, sprawdzając, czy Renoir rzeczywiście idzie za nią.
Wiesz, że możesz już przestać się tak uśmiechać?— zapytała, choć sama ledwo powstrzymywała śmiech. — Wygrałeś. Wszyscy już wiedzą. Ja wiem. Ty wiesz. Tarcze wiedzą. Podejrzewam, że nawet człowiek na recepcji wie. — zatrzymała się przy drzwiach i nacisnęła klamkę. — Nie musisz jeszcze informować o tym kanadyjskiego rządu.
Chłodne powietrze od razu owiało jej twarz. Wyszła na parking i ruszyła w stronę samochodu, a po kilku krokach odwróciła się jeszcze w jego stronę — Chociaż przyznam, panie inspektorze, że czterdzieści dziewięć było naprawdę dobre. — uniosła brwi. — Bardzo dobre. Wręcz irytująco dobre. — otworzyła samochód i wrzuciła torebkę na siedzenie — To oczywiście nie znaczy, że teraz będę cię chwalić przez resztę wieczoru. Nie przesadzajmy. Jednego komplementu na miesiąc zdecydowanie wystarczy. — usiadła za kierownicą, zapięła pas i sięgnęła po telefon. Lista zakupów pojawiła się na ekranie niemal od razu. Zaczęła ją przeglądać, marszcząc lekko brwi. Mleko. Pieczywo. Jajka. Warzywa. Mięso. Owoce. Jogurty. Coś na śniadanie. Coś na jutro. Coś słodkiego. I oczywiście jeszcze kilka rzeczy, które magicznym sposobem zawsze pojawiały się dopiero wtedy, kiedy człowiek już stał przy kasie. Pięcioro dzieci miało tę cudowną właściwość, że potrafiło opróżnić lodówkę szybciej niż Clea zdążyła zrobić listę zakupów.
Dobra. — mruknęła, przesuwając palcem po ekranie— Mamy mały problem. — spojrzała na Renoira — Nie ma kolacji. — zrobiła krótką pauzę — A dokładniej jest, ale chyba tylko pod warunkiem, że ktoś z nas uzna pół jogurtu, trzy marchewki i coś, co od poniedziałku stoi w lodówce, za pełnowartościowy posiłek. — skrzywiła się lekko — Ja nie zamierzam być tą osobą. — uruchomiła silnik, ale jeszcze nie ruszyła — Więc jedziemy na zakupy. — zerknęła na niego z boku, a na jej ustach pojawił się ten charakterystyczny, trochę zbyt niewinny uśmiech.
Pan inspektor może oczywiście protestować, ale ostrzegam, że nie przyjmuję odwołań. — samochód powoli wyjechał z miejsca parkingowego — Poza tym dzieciaki pewnie już zaczęły się zastanawiać, gdzie jesteśmy. A znając ich, za jakieś pół godziny ktoś wyśle wiadomość w stylu „mamo, kiedy będzie jedzenie?”, jakbyśmy wyjechali na trzydniową wyprawę przez Arktykę. — pokręciła głową z rozbawieniem — Pięcioro dzieci. Człowiek myśli, że największym wyzwaniem będzie wychowanie ich na przyzwoitych ludzi, a potem odkrywa, że prawdziwa walka to utrzymanie chleba w domu dłużej niż jedną dobę. — przez chwilę skupiła się na drodze, ale zaraz zerknęła na niego ponownie — I skoro już wygrałeś, panie inspektorze, możesz się przydać. — oznajmiła z miną, jakby właśnie przydzielała mu niezwykle ważną misję służbową — Ty bierzesz wózek. Ja robię zakupy. — uniosła palec. — Nie odwrotnie. Ostatnim razem wrzuciłeś do niego tyle rzeczy, że przy kasie wyglądało to, jakbyśmy szykowali zapasy na koniec świata. — zmarszczyła nos — A potem jeszcze próbowałeś mnie przekonać, że potrzebujemy trzech rodzajów musztardy. — pokręciła głową z niedowierzaniem. — Trzech, Renoir. — przez moment milczała, po czym uśmiechnęła się pod nosem. — Chociaż właściwie powinnam była wtedy pozwolić ci wygrać tę dyskusję. Dzieci przynajmniej miałyby co robić. Moglibyśmy urządzić degustację.
Światła samochodu odbiły się od mokrego asfaltu, kiedy skręcała na główną drogę. Wieczór zrobił się spokojniejszy, a napięcie po rywalizacji powoli ustępowało miejsca zwyczajnej domowej krzątaninie, która czekała ich po powrocie. Clea odblokowała telefon na czerwonym świetle i dopisała jeszcze kilka rzeczy do listy.
Mleko... ser... pomidory... — mruknęła pod nosem — I coś dla najmłodszego, bo ostatnim razem skończyło się na tym, że próbował wmówić mi, że płatki czekoladowe są warzywem. — zerknęła na męża — Ma po kim to. — uśmiechnęła się szerzej — Nie patrz tak. Wiesz, że mam rację. — po chwili odłożyła telefon — A skoro już jesteśmy przy twojej nowej funkcji... — spojrzała na niego kątem oka — Jak właściwie brzmi pełny tytuł? Panie nadinspektorze? Czy mam mówić „szanowny panie nadinspektorze”, żeby twoje ego miało wystarczająco dużo miejsca? — zaśmiała się cicho, zanim zdążył odpowiedzieć — Bo jeśli naprawdę mam to robić przez cały tydzień, muszę wiedzieć, z czym mam pracować. Nie chcę popełnić błędu proceduralnego. — przejechała językiem po wewnętrznej stronie policzka, próbując zachować powagę, ale szybko przegrała — Właściwie mogę też mówić „panie nadinspektorze, czy podać kawę?”, „panie nadinspektorze, śmieci wyniesione?” albo „panie nadinspektorze, pańskie dzieci właśnie zjadły cały deser”. — uśmiech nie schodził jej z twarzy — To ostatnie będzie szczególnie zabawne. — na kolejnym skrzyżowaniu skręciła w stronę sklepu.
Tylko pamiętaj, że ta umowa działa w obie strony.— spojrzała na niego — Ty możesz mieć swój tytuł, ale ja nadal mam dostęp do twojego konta bankowego, listy zakupów i wiedzy o tym, gdzie chowasz dobre słodycze. —zrobiła krótką pauzę — Więc naprawdę zastanów się, czy chcesz prowadzić tę wojnę. —kącik jej ust drgnął — Bo ja mam czterdzieści jeden lat, pięcioro dzieci i własną stadninę. Przeżyłam gorsze rzeczy niż przegraną w strzelaniu.
Samochód zatrzymał się na parkingu przed sklepem. Clea zgasiła silnik, zabrała telefon i wysiadła. Zanim zamknęła drzwi, spojrzała jeszcze na Renoira — No dobrze, panie inspektorze. — powiedziała z przesadną uprzejmością — Czas na najtrudniejszą część dzisiejszego wieczoru. — wskazała brodą wejście do sklepu — Nie strzelanie. Nie zakład. Nie moje próby rozproszenia pana w pracy. —uśmiechnęła się szeroko — Zakupy z pięciorgiem dzieci w domu. — zarzuciła torebkę na ramię i ruszyła w stronę wejścia — Jeżeli wyjdziesz stamtąd bez wrzucenia do koszyka czegoś, czego nie ma na liście, oficjalnie uznam, że wygrałeś dzisiaj dwukrotnie.
Zatrzymała się przy automatycznych drzwiach i spojrzała na niego przez ramię — Ale nie przesadzaj. Jedno zwycięstwo na wieczór naprawdę ci wystarczy, panie nadinspektorze.

Renoir Delacroix
kotlet sojowy ale tym razem z panierką
45 y/o
For good luck!
195 cm
Nadinspektor RCMP dom, teren, miasto
Awatar użytkownika
The police are not here to create disorder, they're here to preserve disorder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3os
czas narracjiróżny
postać
autor

Wyszli ze strzelnicy razem, już bez huku wystrzałów i zapachu prochu w tle. Został tylko chłodniejszy wieczór, parking i ten spokojniejszy rytm, który zawsze przychodził po takich małych małżeńskich wojnach. Renoir nadal był z siebie zadowolony. Jedenaście punktów przewagi to było jedenaście punktów przewagi i nikt mu tego nie odbierze. Nawet Clea. Nawet jeśli od dobrych kilku minut próbowała umniejszyć jego wielkie zwycięstwo, sprowadzając je do zwykłego: „dobra, wygrałeś”. Największą niesprawiedliwością wieczoru pozostawał jednak fakt, że to ona siedziała za kierownicą. Renoir usiadł obok, zapiął pas i przez chwilę patrzył przed siebie z miną człowieka, któremu właśnie odebrano coś bardzo ważnego. Nie dlatego, że nie ufał Clei. Jeździła dobrze. Bardzo dobrze. Po prostu lubił prowadzić. Jeszcze bardziej lubił prowadzić, kiedy był po wygranym zakładzie i uważał, że świat powinien przez kilka godzin działać dokładnie po jego myśli. No ale świat najwyraźniej miał inne plany. Słuchał więc, jak mówiła. O dzieciach. O zakupach. O chlebie, którego wiecznie nie było. O jogurtach, które znikały szybciej, niż człowiek zdążył je kupić. O jego musztardach. O tym całym „panie inspektorze”, które ewidentnie wypowiadała specjalnie.
Od czasu do czasu tylko prychał pod nosem albo kręcił głową, ale generalnie pozwalał jej mówić. Po pierwsze dlatego, że lubił jej słuchać. Po drugie dlatego, że znał swoją żonę od tylu lat, że wiedział jedno: jeśli Clea się rozpędzi, to człowiek może próbować wygrać dyskusję, ale po co się oszukiwać. Za chwilę i tak zostałby zagadany, ewentualnie zmieszany z błotem bo jej „przerwał” i nie daje dojść do słowa. Coś w stylu: ale to ty dzwonisz...
Przy sklepie wysiadł z samochodu, przeciągnął się lekko i poprawił kurtkę.
- Po pierwsze: nadinspektorze.
Spojrzał na nią z boku.
- Naprawdę będę cię poprawiał za każdym razem. Zapamiętaj to raz na zawsze.
Ruszył obok niej w stronę wejścia.
- Żebyśmy mieli jasność. Nadinspektor Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej. To jest poprawnie. Inspektor to niższy stopień. Nie mówię, że gorszy, ale jednak niższy.
Pokiwał głową z taką powagą, jakby właśnie wygłaszał bardzo ważne służbowe wyjaśnienie. Kisł w środku, bo starał się wejść w rolę poważnego i mniej gadatliwego „szefa”, stosując się do zasad. Zobaczymy jak długo jego żona wytrzyma bez palniecia go w ten siwawy łeb.
W środku od razu przejął wózek. Było coś dziwnie naturalnego w tym podziale. Clea z listą, on od pchania (hehe) i dokładania rzeczy. Chociaż doświadczenie pokazywało, że jego interpretacja listy bywała dość... szeroka. Szczególnie jeśli przypomnimy sobie fakt o musztardach. To logiczne, że jedna jest ostra, kolejna do kiełbasy a jeszcze inna służy do potraw jako element smaku.
Spojrzał na telefon żony przez jej ramię i westchnął.
- To nie są zakupy. To jest operacja logistyczna. Pani Delacroix, na pewno damy sobie z tym radę?
Mleko. Ser. Pieczywo. Owoce. Warzywa. Jogurty. Mięso. Coś na śniadanie. Coś słodkiego.
Pięcioro dzieci robiło swoje. A portfel nie był wcale tak wypchany jak Clea sobie myślała. Może i zarabiał dobrze, ale to właśnie żona Renoir'a miała więcej forsy – przez stadninę i rodziców. Była przedsiębiorcza.
Nadinspektor prowadził wózek spokojnie, wrzucając kolejne rzeczy. Był trochę inny niż w strzelnicy, bo starał się nie wychodzić z roli. Przy pieczywie wziął dwa chleby. Przy jogurtach zatrzymał się na chwilę i dorzucił kilka dodatkowych.
- I tak znikną. Sam zjem dwa.- mruknął bardziej do siebie niż do niej.
Potem trafili na półkę z musztardami. Renoir zatrzymał wózek. Spojrzał na musztardy.
Spojrzał na Cleę. Znowu na musztardy. Po czym bez słowa wrzucił cztery różne do wózka. Trzy, które chciał wziąć kiedyś i dodatkowo jedną, specjalną z dodatkiem pomidorów. Tym razem postanowił, że on będzie tym ważnym gościem i doda to do listy. Ogólnie miał nic nie wrzucać, ale tak jak Clea stwierdziła – jedno zwycięstwo mu wystarczy.
- To jest kwestia zasad, Clea.
Nie wyjaśnił jakich. Po prostu ruszył dalej.
Przy słodyczach zwolnił jeszcze bardziej. Tu zawsze zaczynały się najtrudniejsze decyzje. Co dla dzieci, co dla nich, a co trzeba schować tak dobrze, żeby nikt nie znalazł.
- Swoją drogą... - odezwał się po chwili, zerkając na Cleę. - Przy pięciorgu dzieci i żonie człowiek zaczyna doceniać naprawdę dziwne rzeczy. Ciepłą kawę. Ciszę przez dziesięć minut. Zamknięte drzwi do sypialni.
Kącik ust drgnął mu lekko.
- Czasem mam wrażenie, że większym wyzwaniem niż federalne śledztwa jest znalezienie chwili, kiedy żona nie zasypia po dwóch minutach.
Powiedział to z całkowicie poważną miną, ale zaraz sam parsknął cicho śmiechem.
Po kilku kolejnych alejkach wózek zaczął wyglądać tak, jakby rzeczywiście szykowali się na jakiś kryzys. Renoir spojrzał na niego, potem na Cleę i pokręcił głową.
No dobra, pani właścicielko stadniny. Co dalej? Nabiał, warzywa czy kolejna część mojego szkolenia z tytułów służbowych? Albo innej tresury?

Clea Delacroix
kotlet schabowy w przypalonej panierce
41 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka i trenerka w stadninie koni Delacroix Equestrian
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kiedy wózek był już na tyle pełny, że powoli zaczynało brakować miejsca na kolejne rzeczy, Clea zerknęła jeszcze raz na listę w telefonie. Większość pozycji była odhaczona, chociaż kilka z nich zdążyła dopisać w trakcie zakupów, bo oczywiście przy pięciorgu dzieci lista zakupów miała raczej charakter sugestii niż rzeczywistego planu. Co chwilę coś znikało z lodówki, coś trzeba było dokupić, a potem okazywało się, że skoro już są w sklepie, to równie dobrze można wziąć jeszcze kilka innych rzeczy. Zwłaszcza że Renoir miał wyjątkowo luźne podejście do słowa „kilka”. Cztery musztardy w wózku były tego najlepszym przykładem. Przystanęła przy nim i przez chwilę patrzyła na słoiczki, które mężczyzna z takim spokojem wrzucił do zakupów, jakby właśnie ratowali zapasy żywności na wypadek wojny.
Panie nadinspektorze... — zaczęła, przeciągając tytuł z przesadną uprzejmością — Czy mogę zadać jedno bardzo ważne pytanie? Po co nam cztery musztardy?— nie czekała nawet specjalnie na odpowiedź, chociaż usłyszała, że to kwestia “zasad”. Ciekawe jakich zasad? Na to tylko odpowiedziała krótkim mruknięciem i pokiwała głową, po czym wyjęła jeden ze słoiczków i obejrzała etykietę — To już nie jest zapas. To jest problem diagnostyczny, panie nadinspektorze.
Słoiczek wrócił na swoje miejsce na półce, choć pozostałe trzy zostawiła w spokoju. Miała jeszcze trochę litości dla człowieka, który właśnie wygrał ich zakład i najwyraźniej zamierzał wykorzystać ten fakt do granic możliwości. Zresztą jej własne zakupy również trudno było nazwać skromnymi. Przy słodyczach sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej podejrzana. Znalazła kilka rzeczy dla dzieci, dorzuciła coś, co wiedziała, że zniknie z szafki jeszcze tego samego wieczoru, po czym zauważyła wśród zakupów coś, co zdecydowanie nie wyglądało na przeznaczone dla żadnego z dzieci. Sięgnęła po to bez słowa i odłożyła z powrotem na półkę. Zaledwie kilka sekund później rzecz wróciła do wózka. Spojrzała na nią, potem na Renoira, po czym ponownie wyjęła. Tym razem wystarczyło jedno spojrzenie, żeby oboje wiedzieli, że ta mała wojna o słodycze może trwać do zamknięcia sklepu. W końcu odpuściła, choć tylko dlatego, że miała ważniejsze rzeczy do załatwienia.
Oczywiście, panie nadinspektorze. — uśmiechnęła się niewinnie. To „panie nadinspektorze” zaczynało ją bawić coraz bardziej. Zwłaszcza że mogła wypowiadać je na sto różnych sposobów. Przy kolejnej alejce odebrała telefon od jednego z dzieci. Krótka rozmowa szybko przerodziła się w serię pytań o to, czy mogą kupić konkretny produkt, czy będzie coś dobrego na kolację i dlaczego właściwie nie mogą dostać jeszcze jednej rzeczy, skoro „wszyscy inni mogą”. Clea przymknęła na moment oczy, słuchając kolejnych argumentów, po czym zgodziła się na jedną rzecz i stanowczo odmówiła dwóch następnych. Po zakończeniu rozmowy schowała telefon do kieszeni.
Panie nadinspektorze, zostałeś właśnie poinformowany, że potrzebujemy jeszcze płatków.— zrobiła krótką pauzę [/b]— I podobno tych konkretnych. Nie pytaj dlaczego. Ja też przestałam pytać.
Wreszcie dotarli do końca zakupów. Wózek był wypchany, lista prawie cała odhaczona, a Clea miała już w głowie plan na kolację. Mogli więc spokojnie ruszyć do kas. Właśnie wtedy, gdy skręcili w stronę kolejek, zatrzymała się nagle. Spojrzała w bok, potem na Renoira, a na jej twarzy pojawił się ten charakterystyczny uśmiech, który zwykle oznaczał, że właśnie coś wymyśliła. Bez słowa przekazała mu telefon i zniknęła na moment między półkami. Wróciła po chwili z czteropakiem piwa w ręce. Włożyła go do wózka z miną człowieka, który właśnie dokonał bardzo rozsądnego wyboru.
To dla pana nadinspektora. W ramach zwycięstwa. Żeby później nie było, że żona nie potrafi docenić ciężkiej pracy swojego zwycięskiego męża. —nie skończyła jednak na tym. Kilka kroków dalej zatrzymała się jeszcze przy winach i zaczęła przeglądać etykiety. Tym razem wybór trwał zdecydowanie dłużej. W końcu sięgnęła po butelkę z wyższej półki, obejrzała ją z obu stron i bez większego zastanowienia dołożyła do wózka — A to dla mnie.— spojrzała na niego z niewinnym uśmiechem — Skoro pan nadinspektor może świętować swoje wielkie zwycięstwo, ja również mogę sobie wynagrodzić fakt, że musiałam przez cały wieczór znosić jego ego.
Ruszyła w stronę kolejki, zostawiając mu tylko tyle czasu, żeby mógł przyjrzeć się zarówno piwu, jak i winu. Po chwili zerknęła przez ramię — I zanim coś powiesz, nie. Nie zamieniam tego na tańsze. To jest opłata za straty moralne.— stanęła w kolejce i oparła dłonie na rączce wózka. Przez moment przyglądała się jego zakupom, po czym parsknęła cicho śmiechem.
A skoro już jesteśmy przy tych dwóch minutach... — odezwała się po chwili, zerkając na niego znad telefonu — Może problem wcale nie leży po mojej stronie, panie nadinspektorze. Gdyby pewne osoby potrafiły zająć się sprawą trochę dłużej niż dwie minuty, być może nie musiałabym tak szybko zasypiać. — uśmiechnęła się niewinnie, jakby właśnie powiedziała coś całkowicie niewinnego — Tak tylko sugeruję. Nie chciałabym przecież podważać pańskich kompetencji. — po chwili dodała jeszcze, już z rozbawieniem — Chociaż skoro dzisiaj tak bardzo zależy panu na tytułach i wynikach, może warto również popracować nad statystykami w innych dziedzinach.
Uśmiechnęła się szerzej i sięgnęła po jedną z rzeczy z wózka, żeby sprawdzić, czy na pewno wzięli to, czego potrzebowali. Lista w telefonie nadal była otwarta. Przesunęła palcem po ekranie i zmarszczyła lekko brwi.
Cholera. — jeszcze raz przejrzała listę, tym razem wolniej. Znalazła brakującą pozycję i uniosła wzrok — Panie nadinspektorze... — ton miała już zdecydowanie mniej rozbawiony, choć kącik ust nadal jej drgał — Gdzie jest śmietana? — spojrzała na wózek. Potem na niego. Jeszcze raz na wózek — Mówiłam ci o śmietanie. — zawiesiła głos, po czym pokiwała głową z miną osoby, która właśnie odkryła wielką rodzinną tragedię — Nie powiedziałam? — uśmiech wrócił na jej twarz — No trudno. Zwycięzca zakładu chyba będzie musiał jeszcze raz wejść na sklep.

Renoir Delacroix
kotlet sojowy ale tym razem z panierką
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Cavalry Unit”