25 y/o
For good luck!
186 cm
prawy skrzydłowy w toronto fc
Awatar użytkownika
heaven can wait, we're only watching the skies hoping for the best but expecting the worst
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

1

i talk about the past like i talk about you;
i leave out every little thing that i don't like remembering


{outfit}


Tupot szybkich kroków, który rozlega się za jego plecami i niesie się stłumionym echem po szerokim korytarzu, jest niemożliwy do rozpoznania. To – maleńki detal zwieńczający cały ten absurdalny dzień – wprawia Franklina w dekoncentrację. Jeszcze miesiąc temu do każdego kroku swoich kolegów z drużyny potrafił przyporządkować jakieś imię. Teraz to niemożliwe.
Identyfikuje Stefana dopiero wtedy, kiedy w lewym dolnym rogu swojego pola widzenia, na szarej podłodze, widzi jego zielone korki i cień roztrzepanych włosów. Odwraca się lekko i kiwa do niego głową. Okazuje się to trudniejsze niż powinno. Plan, który mu się tam układa, czyni ją strasznie ciężką.
Pokazać ci gdzie trzymamy zapasowe piłki? – pyta podekscytowany Stefan. Dopiero co wyszedł spod prysznica, a mimo to na jego czole lśnią maleńkie kropelki potu. Frank czuje, że na jego własnym też, chociaż prawdopodobnie z innego powodu. – Albo koszulki? Tak naprawdę to trzymamy je w jednym miejscu – trajkocze, nie przestając iść przed siebie. Jest wysoki i ma długie, zwinne nogi, które bez problemu dotrzymują Franklinowi tempa.
Nie, chyba nie ma takiej potrzeby – odrzeka z uprzejmym dystansem. Stara się nie brzmieć tak, jakby go zbywał, ponieważ pamięta szeroki uśmiech, z którym Stefan przywitał go przed treningiem. Nikt inny nie przyjął go tutaj z porównywalnym entuzjazmem (no, może poza trenerem; Fraser jest ciekawym kontrastem do Armasa, ostatniego bezpośrednio zapamiętanego przez Franklina trenera Toronto FC, który, gdyby zobaczył go w swojej drużynie po raz kolejny, na pewno dałby mu popalić). – Pamiętam, gdzie to jest.
Delikatna, acz wymowna uwaga mająca na celu przypomnieć, że nie widzi BMO Field po raz pierwszy w życiu, wcale nie niszczy entuzjazmu Stefana.
No tak! Stół do bilarda też już tu był jak wcześniej grałeś? – pyta wesoło, kiedy akurat przechodzą obok kafejki. Kiedyś serwowali tu wyborne spaghetti. Ciekawe czy czasami nadal je gotują? Frank nie ma czasu ani głowy, żeby to sprawdzić. Zresztą tego dnia kafejka świeci pustkami. Niecodziennie czyste blaty wysokich stołów o metalowych nogach odbijają czerwień ścian.
Był – przyznaje krótko. Stefan kiwa głową.
Dziś jakoś nie było okazji, ale jutro możemy pograć. Lubisz? – Zwraca na niego jasne, błyszczące oczy (osadzone osobliwie w głębi jego czaszki; Cosgrove jeszcze nigdy nie widział czegoś podobnego), niecierpliwie czekając na odpowiedź. To całkiem zabawne i rozczulające. W jednej chwili poprawia Franklinowi humor.
Pewnie. Tylko w takim razie może lepiej zostań i potrenuj – żartuje. – Jestem całkiem dobry – uprzedza poważnie.
Coś ty? – Stefan prycha z niedowierzaniem. Widząc, że Frank nie wycofuje się ze swoich słów, wzrusza ramionami. – To nic. Nie mam nic przeciwko przegrywaniu, wiesz? – Poprawia plecak, który zwisa mu z prawego boku i co rusz zahacza o ramię Franka. – Nie rusza mnie to.
No cóż. To jedno zdanie wiele mówi o jego starej-nowej drużynie.
Na szczęście nie musi tego komentować. Docierają do przeszklonych drzwi. Frank pcha jedno z jego skrzydeł, a Stefan drugie i wychodzą na zewnątrz ramię w ramię. Po paru krokach docierają do wysokiej, czarnej bramy, po przekroczeniu której widzą już rozległy parking; mokry od deszczu, który spadł podczas treningu. Za nim znajduje się ulica, potem kolejny parking, a jeszcze dalej małe parki, pełne wijących się wzdłuż brzegu jeziora ścieżek rowerowych i chodników. Kiedyś Frank lubił tam biegać. Najlepiej od razu po treningu, bo droga do North York zajmowała mu co najmniej godzinę (a przy popołudniowych korkach jeszcze dłużej) i nie opłacało mu się tutaj wracać. Laurie najczęściej nazywał go wtedy świrem. Czasami zamiast tylko rzucać w jego stronę obelgami próbował przekonać Franka do tego, że zdrowszym pomysłem byłoby zahaczenie o jego dom i zrobienie mu czegoś do jedzenia, ale po treningu był zwykle zbyt zmęczony na perswazje.
Dziwnie znów tutaj go widzieć. Dziwnie znów grać w jednej drużynie. Dziwnie pamiętać ich trzyletnią przyjaźń i musieć zadowolić się sucho rzuconym na początku treningu „cześć”.
Tak naprawdę Frank nie jest zaskoczony jego oziębłością. Już wcześniej, gdy jego transfer do Toronto stał się pewnikiem i napisał do Lauriego, żeby dać mu o tym znać (i nie tylko po to; co za naiwność), nie dostał odpowiedzi. Jakaś część jego osobowości, ta twardo stąpająca po ziemi, przewidziała więc, jakich kształtów może nabrać ich ponowne spotkanie.
Co jednak nie zmienia niczego. Absolutnie niczego. Wyciągnięte z czeluści najczarniejszych scenariuszy przewidywanie odnośnie przyszłości nie sprawia, że jej odczuwanie staje mniej dotkliwe. Frank może łudzić się, że pesymistyczne, przedwczesne wizje chronią go przed zranieniem, ale wcale tak nie jest.
Okej, a więc jutro? – mówi do Stefana, rzucając mu ostatnie spojrzenie. Laurie stoi przy swoim samochodzie, tyłem do ich dwójki. Ma na sobie koszulkę, której Frank nie zna i chyba grzebie coś w telefonie. Cosgrove zaczyna wątpić czy wystarczy mu czasu, żeby go złapać. – Przygotuj się. Serio – rzuca z powagą. Zamierza zabić w Stefanie jego nastawienie wobec przegranej. Kiedyś. Niekoniecznie jutro. – Partyjka bilarda online nie przejdzie. – Uśmiecha się, a później macha do niego ręką i pospiesznie przechodzi przez ulicę. Mija rozmawiających przy wysokim BMW Zane’a i Adama. Jakoś nie przechodzi mu przez głowę, żeby cokolwiek do nich powiedzieć, chociaż w innych okolicznościach, będąc bardziej sobą, na pewno by ich zagadał. O trening albo o samochód. Cokolwiek.
W końcu udaje mu się przejść przez parking. Ciężko staje za plecami Lauriego. Determinacja, która tliła się w nim jeszcze piętnaście sekund temu, teraz jest rozrzedzona. Niejasna. Opada blisko jego stóp, niemożliwa do ponownego zebrania. Franklin nie wie co właściwie chce osiągnąć. Ani co powiedzieć.
Hej – słyszy swój głos, jednocześnie nie dowierzając, że naprawdę wychodzi z jego własnej krtani. Na jego brzmienie skręcają mu się wszystkie organy. – Spieszysz się czy masz chwilę? – pyta cicho, prawie że rzeczowo; jakby miał do tego wszystkiego prawo.
Nie ma. Doskonale to rozumie. Laurie dał mu to odczuć, nie używając w tym celu żadnych słów. I w obliczu takiego stanu rzeczy może logiczne byłoby sobie to wszystko odpuścić, choćby na jakiś czas, na tydzień czy dwa, ale Franklin jest otoczony zbyt wieloma niewiadomymi, by bez słowa zaakceptować również tę.

laurie matheson
Ostatnio zmieniony wt wrz 01, 2026 4:34 pm przez franklin cosgrove, łącznie zmieniany 1 raz.
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
27 y/o
For good luck!
188 cm
napastnik i kapitan w toronto fc
Awatar użytkownika
you know I can't let it go, I've tried for so long – it takes strength to forgive, but I'm not quite sure I'm there yet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

001
I wish that you would stay in my memories
but you show up today, just to ruin things

{outfit}


Zdobywa się jedynie na sucho rzucone cześć bez cienia uśmiechu i krótkie spojrzenie w jego stronę. Nic więcej. Najchętniej zignorowałby go całkiem, ale jest kapitanem drużyny, do której właśnie z powrotem dołączył Franklin, a to zobowiązuje go do powitania nowego (choć przecież starego) zawodnika. Normalnie byłby bardziej rozmowny i sam przekazałby mu wszystkie najważniejsze informacje, ale gdy tylko Stefan się wyrywa, oddycha z ulgą.
Z drugiej strony wprawia go to w rozdrażnienie. Irytuje go zbytni entuzjazm chłopaków na nowego kolegę w ich drużynie. Denerwuje go spojrzenie Stefana wbite we Franklina pełne podziwu i szacunku, jego rozentuzjazmowany głos i szeroki uśmiech, gdy rozmawia z Cosgrovem. Przygląda im się z daleka, czując jak narasta w nim podirytowanie. Stara się skupić na czymkolwiek innym, ale nie potrafi. Próbuje liczenia do dziesięciu, oddechów pudełkowych i zmiany toru myśli, ale na próżno. Nie potrafi myśleć o niczym innym niż pieprzony Franklin Cosgrove panoszący się po stadionie, tak jakby to było jego miejsce, choć przecież przez ostatnie lata nie było. A Laurie nie może znieść, że znowu miało być, że będzie musiał dzielić z nim drużynę, wymieniać się z nim krótkimi zdaniami, udawać przy innych, że go toleruje, że gdy na niego patrzy, wcale nie odczuwa wściekłości i żalu o to, w jaki sposób potoczyła się ich relacja.
Stadion BMO Field jest j e g o miejscem, a Toronto FC – j e g o drużyną i tylko marnotrawny zawodnik Franklin Cosgrove nie pasuje do tego obrazka.
Laurie czuje się więc jak w potrzasku. Nie może opuścić ukochanej drużyny, nie widzi też dla siebie lepszych perspektyw, ale gdy myśli o tym, jak miałoby to wyglądać z Franklinem u boku, ma ochotę rzucić opaską kapitana i odejść z drużyny. Zostawić to wszystko, byleby tylko nie musieć patrzeć na jego twarz na każdym treningu, sparingu, meczu, gdziekolwiek. Na myśl o zbliżających się rozgrywkach ligi wcale nie odczuwa ekscytacji i nie może doczekać się, aż przyjdzie im zagrać pierwszy mecz. Teraz, gdy myśli o meczu u boku Franklina, ma ochotę pozostać na ławce rezerwowych.
I to też go irytuje, bo przecież Laurence Matheson nie jest kimś, kogo odstawia się na bok (przynajmniej podczas meczu; Franklin udowodnił, że nie tyczyło się to relacji międzyludzkich), kto pozostaje w cieniu. Potrzebuje kolejnego sezonu jak tlenu – chce wyjść na boisko, słyszeć okrzyki kibiców, czuć tę ogromną satysfakcję z trafienia piłką do bramki. Chce, by ludzie krzyczeli jego imię, gdy zdobywa punkt.
Ale teraz to na Franklinie skupia się cała uwaga. Wszyscy piszą tylko o jego szokującym transferze do starej drużyny, wszyscy skaczą wokół niego i wbijają w niego pełne podziwu spojrzenia co najmniej jakby wrócił z drużyny, która wygrała kiedykolwiek w Lidze Mistrzów. Jakby ten powrót nie był wyłącznie jego osobistą porażką. Niczym więcej.
Ale jeśli powrót do Toronto FC jest porażką, co to mówi o Lauriem, który nigdy drużyny nie opuścił?
Po zakończonym treningu wrzuca wściekle torby do bagażnika, chcąc jak najszybciej odjechać. Nie wie tylko, gdzie. Cała ta sytuacja sprawia, że ma ochotę napisać do Adriena, ale przecież tego nie może zrobić. Cóż, może, ale nie powinien. Zbyt dużo czasu mu już zmarnował w akcie nieusprawiedliwionego egoizmu. Ale tak miło byłoby otulić się teraz czyimś ramionami, poczuć jak wszelkie napięcia w ciele puszczają pod wpływem kojącego dotyku. Czy Adrien w ogóle jest teraz w mieście?
Zatrzaskuje bagażnik, próbując uciec od natrętnych myśli i wtedy dostrzega Franklina obok. Spogląda na niego z udawanym znużeniem, jak gdyby jego obecność była najwyżej niedogodnością, choć jest czymś więcej. Franklin jest jego utrapieniem na boisku, dlaczego musi zajmować mu także wolny czas?
– Czego chcesz? – pyta chłodno, odwracając się w jego stronę. Wydaje się to i tak całkiem łaskawą reakcją, skoro daje mu możliwość, by cokolwiek powiedział. Mógłby przecież rzucić jedynie nie mam czasu albo znacznie mniej miłe spierdalaj, wskoczyć do auta i odjechać, pozostawiając zaskoczonego Franklina na parkingu samego. Mógłby, ale jednak tego nie robi. Jest za to ciekawy, czego Frank może od niego chcieć. Cokolwiek by powiedział, nie zmieni jego podejścia, ale i tak chce wiedzieć.

franklin cosgrove
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
25 y/o
For good luck!
186 cm
prawy skrzydłowy w toronto fc
Awatar użytkownika
heaven can wait, we're only watching the skies hoping for the best but expecting the worst
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Czego chcesz?
Ostre pytanie pada przed Franklinem zbyt gładko. Nie pasuje. Gryzie się z przebiegiem niedawno zakończonego treningu. Całe ciało Lauriego – jego napięte ramiona, ściągnięte brwi, niewzruszone usta, obojętne oczy – daje mu do zrozumienia, że wcale nie ma ochoty go zadawać. Być może robi to tylko przez wzgląd na stojących niewystarczająco daleko Zane’a i Adama. Albo przez dzierżone z dumą miano kapitana drużyny.
Usta Franka stają się dziwnie suche. Za późno zdaje sobie sprawę z tego, że powinien mieć na to pytanie jakąś wiarygodną odpowiedź. Taką, którą wypowiedziałby szybko, twardo, bez zająknięcia i patrząc Lauriemu w oczy. Idealnie sensowną, choć to akurat może być nieproporcjonalnie wielkim wymaganiem wobec kogoś, kto spędza całe dnie na wojnie. Na prowadzeniu kłótni z siostrą, znoszenia płaczu jej dziewczyny i gryzieniu się w język przy rodzicach wymagających od niego wyjaśnień.
Mruga, kompletnie wbrew sobie dostrzegając, że na dojrzalszej niż wtedy twarzy Lauriego rysuje się cień zarostu. Wyraźna oznaka tego, że osoba, którą niegdyś uważał za swojego najlepszego przyjaciela dziś może należeć już tylko do czeluści jego pamięci.
Franklin niezręcznie wpycha lewą rękę do kieszeni bluzy. Pytanie zawisa między nimi jak ostrze gotowej do ścięcia głowy gilotyny. Laurence czeka na odpowiedź. Frank zbiera myśli. Cała trudność polega na tym, że do samego końca nie spodziewa się ze strony Mathesona współpracy. Nie po całym popołudniu odwracanych spojrzeń i niechlujnych podań. Właściwie kiedy Laurie odwraca się w jego stronę, żeby złożyć na wyczekującej twarzy niechętne spojrzenie, Franklin jest pewien, że każe mu się odpieprzyć. Na oschłe, a mimo to wciąż rzeczowe pytanie nie jest przygotowany.
Przez kilka długich sekund tylko milczy. Przy pierwszej jest pewien, że zaraz coś wymyśli; to błahostka, przecież co rusz mówi jakieś głupoty. Przy drugiej zaczyna panikować; co, jeśli jego gardło zamknęło się na zawsze i nie wykrztusi z siebie ani słowa? Przy trzeciej zdaje sobie sprawę z tego, że nigdy nie widział Lauriego w tak przerażającym stanie zobojętnienia; nienawidzi go aż tak gorąco? Przy czwartej otwiera usta i pozwala, aby wyślizgnęła się spomiędzy nich najokropniejsza głupota; może lepiej jednak byłoby nie powiedzieć nic.
Stefan wspominał, że macie jakąś konwersację grupową – mówi prędko. Stres przepływa przez jego żyły gorącą, szybką falą aż dociera do głowy, gdzie całkowicie przesłania jego zdrowy rozsądek. – Dodasz mnie? Nie chcę przegapić żadnej informacji, ale nie chcę też ciągle męczyć Frasera – wyjaśnia, nie wiedząc po co w ogóle to robi. Zdaje sobie sprawę z tego, że po tym, na co właśnie pozwoliły sobie jego usta, Laurie najwyżej znienawidzi go jeszcze bardziej.
Mógłby powiedzieć tyle prawdziwych rzeczy. Wyrzucić poza swoją skorupę kwestie, które nurtują go odkąd Toronto przestało być tylko kreślącym zarys jego przeszłości słowem (no więc jak się teraz dogadamy?). Spróbować zażartować z jakąś absurdalną nadzieją, że tyle wystarczy, aby Laurie zrozumiał jego intencje (w skali od jeden do Chicago Fire jak bardzo mnie teraz nie znosisz?). Podjąć wysiłek, aby coś naprawić, o ile ceną za usunięcie wszystkich szkód nie jest podanie Lauriemu prawdy (nawaliłem; co mogę zrobić?). Dając upust całej swojej złości zażądać od niego, żeby zaczął postępować jak kapitan, a nie obrażony dzieciak; w sposób, który pokaże, że jest wart noszonej na ramieniu opaski (nie zachowuj się wobec mnie jak pieprzony dupek).
Albo po prostu przeprosić.
To jedno słowo może być tutaj decydujące. Tak podpowiada mu sumienie, chociaż w tamtej chwili Franklin nie jest w stanie zagłębić się w swoją fantazję i wyobrazić sobie jak wyglądałaby cała ta sytuacja, gdyby zamienili się rolami albo chociażby przypomnieć sobie pozostawiane bez odpowiedzi wiadomości, które pokazywały się obok zdjęcia Lauriego (niespecjalnie twarzowego; Frank pamięta, że zrobił mu je z zaskoczenia, celując telefonem tuż pod jego podbródek, kiedy Matheson był w trakcie jedzenia kanapki) i zobrazować go sobie niecierpliwie zerkającego w powiadomienia na własnym telefonie. Nie ma na to siły.

laurie matheson
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
27 y/o
For good luck!
188 cm
napastnik i kapitan w toronto fc
Awatar użytkownika
you know I can't let it go, I've tried for so long – it takes strength to forgive, but I'm not quite sure I'm there yet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Przygląda mu się uważnie. Po raz pierwszy od tak dawna – z bliska.
Podczas treningu starał się na niego nie patrzeć. Skupiał się na samym sobie, na piłce przed nim, na murawie pod korkami i własnym przyspieszonym oddechu. Starał się nie zwracać na niego uwagi, choćby jej ułamka.
Teraz jednak stoi na przeciwko niego i nie ma wyboru. Choć niechętnie, przygląda się jego twarzy, doszukując się oznak tego, że od ich spotkania minęły trzy lata. Może byłby w stanie je dostrzec, gdyby mimo dzielącej ich odległości, nie widywał jego twarzy z pewną regularnością. Na jego Instagramie, na którego wchodził nieco za często, choć nikomu by się nie przyznał, na zdjęciach sportowych portali, w reklamach. I w końcu na mundialu, choć tam mógł się zgubić wśród wszystkich tych ludzi, z którymi na codzień nie miał kontaktu, na kolegach z przeciwnych drużyn, którzy spotkali się razem, by reprezentować Kanadę w mistrzostwach. Łatwo było zgubić wtedy Franklina. Teraz jest to znacznie utrudnione. Szczególnie, że ten, po raz pierwszy (nie wliczając próby kontaktu, gdy wysłał do niego wiadomość przed oficjalnym dołączeniem do drużyny – kompletnie zignorowaną przez Lauriego) od trzech lat, zdecydował się do niego odezwać.
Patrzy więc na niego wyczekująco, zastanawiając się, co też takiego mogłoby wypłynąć z jego ust. Przepraszam za to, że tak cię potraktowałem? A może: Tęsknię za czasami, gdy byliśmy przyjaciółmi. Cokolwiek, co spróbowałoby skruszyć mur, który powstał między nimi. Ale nie, Franklin decyduje się na inny temat, a Laurie jedynie unosi brwi w geście zaskoczenia. Patrzy na niego przez chwilę jak na kompletnego idiotę, bo nie wie, jak inaczej mógłby go określić po tym idiotycznym pytaniu, które mu zadał. Laurie jednak nie zamierza udawać, że między nimi wszystko jest w porządku i mogą sobie tak po prostu rozmawiać o sprawach drużyny, choć przecież jako kapitan właśnie tak powinien się zachować. Być może nie jest wystarczająco dojrzały, by traktować go z neutralną życzliwością.
– Serio? – rzuca więc, wywracając oczami. Nie potrafi sobie odpuścić tego gestu tak ostentacyjnie wyrażającego jego niechęć względem niego. Tak jakby zignorowanie jego wiadomości na starcie i jego osoby podczas całego treningu nie były wystarczające, by Franklin zrozumiał, że nie jest przez niego mile widziany. – Ta, jasne. Zrobię to później – mówi jednak, bo tego wymaga od niego pieprzona opaska kapitana. Nie zamierza robić mu na złość. Przynajmniej nie w kwestii dotyczącej całej drużyny. Zamierza go jednak dodać do oficjalnej konwersacji z trenerem, i pomocnikiem trenera. Takiej, na której są umieszczane najważniejsze informacje. A przecież cała drużyna rozmawia swobodniej na tej stworzonej pod jeden z wyjazdów, gdzie narzekają na trenera, wymieniają się memami i obsmarowują nielubianych zawodników z innych drużyn. Ale przecież Franklin nie był na tym wyjeździe. Dlaczego więc miałby pomyśleć o tym, by właśnie tam go dodać?
Wie, że jest małostkowy, a jego zachowanie nie należy do najdojrzalszych. Gdzieś w głębi to wie, ale nie potrafi inaczej. Gdy patrzy na Franklina odczuwa jedynie wściekłość i żal. Chce, żeby zdawał sobie z tego sprawę, żeby widział, do czego sam doprowadził. Laurie wciąż nie rozumie, dlaczego tak się stało. Jednego dnia byli przyjaciółmi, a drugiego już nie. Absolutnie nic nie zapowiadało tej zmiany. Gdyby ich przyjaźń umarła naturalnie przez dzielącą ich odległość i strefy czasowe, w tym momencie cieszyłby się z tego, że jego Franklin jest znów w tej samej drużynie. Tylko, że tak nie było. Cosgrove odciął go całkowicie, bez zapowiedzi i bez wyjaśnień. Zostawił Lauriego samego w Toronto z kompletnym mętlikiem w głowie.
Może spojrzał na niego w zły sposób, sugerujący, że chciał być kimś więcej niż przyjaciółmi? Może dotknął go nie tak, jak powinien? Może przesadził? Może… Analizował to wiele razy, każdą z ich ostatnich rozmów i spotkań, ale nie potrafił doszukać się powodu, do którego Franklin mógłby chcieć zerwać z nim kontakt.
– To wszystko? – pyta chłodno, zakładając ręce na klatce piersiowej. Mierzy go zaciekłym spojrzeniem, w którym wyraża się wszystko to, co do niego obecnie czuje. Nie chce być blisko niego, nie w taki sposób. Ma więc nadzieję, że na tym zakończą ich rozmowę. I tak wydaje mu się kompletnie pozbawiona sensu.

franklin cosgrove
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
25 y/o
For good luck!
186 cm
prawy skrzydłowy w toronto fc
Awatar użytkownika
heaven can wait, we're only watching the skies hoping for the best but expecting the worst
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Stoją blisko siebie. Dzieli ich metr, maksymalnie półtora. Wzrok Franklina dostrzega w ciele Lauriego zarówno to, co znajome (bliznę na prawym policzku, lekko zaróżowioną skórę nad kośćmi jarzmowymi) jak i małe obcości (wokół oczu rysuje mu się wyraźnie kilka nowych, mimicznych zmarszczek; jego wystające z luźnej koszulki ramiona też na pewno są większe niż cztery lata temu). Obserwuje to wszystko z jakimś niewytłumaczalnym niepokojem. Bez naiwności zdaje sobie sprawę z tego, że zmiany, które widzi są niczym w porównaniu do tego, do czego nie mają dostępu jego oczy. Nie ma znaczenia, że Frank przeczytał każdy artykuł, jaki napisał o Lauriem serwis OneSoccer, i że jest na bieżąco z jego sukcesami i porażkami; to, kim jest na boisku, stanowi najwyżej dziesięć procent całej jego osoby. Pozostałe dziewięćdziesiąt pozostaje poza jego zasięgiem. Sposób, w jaki Laurie na niego spogląda – wyzywająco, otwarcie niechętnie – sprawia, że wierzy, iż tak już zostanie.
Nie odpowiada na jego zirytowane pytanie. Nawet go nie komentuje. Jego twarz pozostaje niewzruszona. Przejrzysta. Po masywie spokoju, który zbierał w sobie przez ostatnie tygodnie, przetacza się tylko parę skalnych odłamków. Ostrzegawczo lecą w dół.
Dzięki – odrzeka automatycznie. Krótka odpowiedź czekała mu na ustach od samego początku. Wie przecież, że Laurie nie każe mu iść się pieprzyć. Nie w takiej kwestii.
Dalej stoi w miejscu. Każdy kolejny oddech przybliża Franklina do refleksji, które do tej pory omijały jego głowę płynnym, odległym łukiem. Może chodzi o to, że gdy każdy jego dzień wypełniają ruch, skupienie na grze i zmęczenie, nie ma czasu na myślenie, a teraz, po trzech tygodniach spędzonych z dala od boiska, aż nazbyt wyraźnie słyszy każdy, nawet najmniejszy stukot rozlegający się we wnętrzu swojej głowy i coraz więcej zauważa. Nagle staje się świadomy tego, jak dziwnie czuje się jego ciało, kiedy stoi przed Lauriem. Nie tak jak przed wyjazdem z Kanady, ale wciąż obco; jakby było oddzielną, niezależną od jego głowy jednostką i pamiętało, jak kiedyś reagowało na jego bliskość, a teraz, nieświadome upływu czasu, próbowało zrozumieć, dlaczego tym razem wszystko jest tak bardzo inne. Frank próbuje to wyciszyć, ale nim ponownie przekonuje siebie, że wie kim jest, jaki cel ma jego powrót i po co stoi teraz przed wyraźnie zirytowanym jego śmiałością Laurencem, uświadamia sobie kolejną rzecz, która na tym etapie jego życia przestaje być głośno wybrzmiewającym w filmach banałem – nic nie jest całkowicie czarne albo zupełnie białe, a on sam w swoich usilnych próbach trzymania się tylko i wyłącznie tego co dobre jakimś cudem znalazł się niezrozumiale głęboko w gęstej, błotnistej szarości. Nagle widzi jak bardzo potrafi być niesprawiedliwy, mimo że dziennikarze i trenerzy zawsze głośno cenią go za szczerość; jak niezręcznie czasem przychodzi mu ubieranie własnych myśli w słowa, choć przecież uchodzi za człowieka, którego zawsze waży je z największym rozmysłem i którego komentarze przeważnie trafiają w sedno; jak bardzo znowu chce patrzeć na Lauriego bez skrępowania, ale nie, jeśli ceną są wyjaśnienia.
Zazwyczaj jest cierpliwy. Kiedy trener na początku meczu sadza go na ławce, chcąc wywołać go do gry w drugiej połowie, Franklin nawet nie próbuje się stawiać. W podobny sposób nie naskakuje na swoich rodziców, gdy przy okazji każdej rozmowy telefonicznej ostentacyjnie przypominają mu, że jest zbyt samotny i powinien wreszcie znaleźć sobie kogoś nowego; wie, że po prostu się o niego martwią i nawet nie próbuje obciąć ich niepokojowi pazurów. W ten sam sposób stara się być cierpliwy wobec wszystkich; nawet na przewracającego oczami i niespecjalnie skorego do współpracy Lauriego.
Nie, właściwie to nie wszystko – odpowiada zanim Matheson ma szansę podjąć decyzję za niego i wsiąść do samochodu. – Nie chcę żadnych kłopotów – wypala bez namysłu. – Powiedziałbym, że nie będę wchodzić ci w drogę, ale na boisku pewnie mi się to nie uda. Chcę być częścią drużyny i grać – jego kolejne słowa są jeszcze gorsze niż milczenie, bo jakimś cudem za ich pomocą Franklin sprowadza siebie i Lauriego do rangi wrogów, a przecież to nieprawda. Nigdy nimi nie byli. – Więc będziemy musieli jakoś się dogadać – kończy, wbijając w niego zdecydowane spojrzenie. Do końca naprawdę ma bezradną, trochę idiotyczną nadzieję, że zaciętość Lauriego opadnie, a on sam przyzna mu rację.

laurie matheson
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
27 y/o
For good luck!
188 cm
napastnik i kapitan w toronto fc
Awatar użytkownika
you know I can't let it go, I've tried for so long – it takes strength to forgive, but I'm not quite sure I'm there yet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Stara się skupić na czymkolwiek innym niż stojący przed nim cholerny Franklin Cosgrove. Na nieco szarawym błękicie nieba wystającego zza chmur, na szumie aut przejeżdżających drogą za nimi, na soczyście czerwonych flagach Toronto FC powiewających na wietrze, na mężczyźnie z ekipy sprzątającej na przerwie na fajce, skupionym na swoich myślach i spokojnie wypuszczającym dym przez usta. Jakkolwiek jednak nie chciałby ignorować jego obecności, Franklin wciąż tam jest, kompletnie niewzruszony ostentacyjnie wyrażaną niechęcią Lauriego. Może zadane pytanie jest błędem, daje mu przecież szansę na to, by stał tam dłużej i wciąż się produkował, mimo nikłego zainteresowania ze strony Mathesona. Może powinien zamiast tego pożegnać się z nim niechlujnym machnięciem ręką i wejść do auta, a później, walcząc z potrzebą potrącenia dawnego przyjaciela, odjechać w bliżej nieokreślonym kierunku. Ale nie, nadal tam stoją razem, przedłużając tę pozbawioną większego sensu rozmowę. Laurie nie ma pojęcia, czemu tego nie przerywa, choć przecież ma możliwość bardzo szybkiej ucieczki. Coś jednak nie pozwala mu tak po prostu się odwrócić i odejść (odjechać). Nawet jeśli przebywanie obok Franklina i patrzenie na jego głupią gębę twarz jest trudne, to jednocześnie łaknie jego obecności.
Oczywiście ani tego nie rozumie, ani nie potrafi wytłumaczyć, ale młodszy o te trzy lata Laurie, który jest przecież nadal częścią niego, tęskni za swoim najlepszym przyjacielem. Jeśli jednak kariera sportowca czegokolwiek go nauczyła, to tego, że ze swoimi można i trzeba walczyć. Najwidoczniej jest nią przeklęty Franklin Cosgrove. Ten, który odciął go w pewnym momencie bez słowa, a on i tak pisał, przegląd jego media społecznościowe, oglądał mecze jego drużyny, przeglądał zdjęcia jego zjawiskowo pięknej dziewczyny i przy każdej z tych czynności czuł się najżałośniejszym człowiekiem na świecie, a i tak powtarzał je przez lata, nawet jeśli z oraz mniejszą częstotliwością.
A teraz ten sam Franklin Cosgrove ma czelność stać przed nim i prosić go o dodanie do pierdolonej konwersacji grupowej. A później pouczać go na temat tego, jak powinni się względem siebie zachowywać, będąc razem w drużynie.
Parska śmiechem i kręci głową z niedowierzaniem. Naturalnie rozgadany Laurie, potrafiący z lekkością i naturalnością nawijać makaron na uszy swoimi słowami, teraz nie ma żadnych. A właściwie ma ich zbyt wiele. Tyle w sobie ich trzymał, że teraz, gdy ma okazję je z siebie wypuścić, tworzą jedną niezrozumiałą plątaninę, z której nie potrafi wyłuskać ani jednego sensownego zdania. Gdyby pozwolił myślom płynąć przez jego usta prawdopodobnie wyszedłby z tego chaotyczny monolog, zaczynający się od pierdol się, a kończący na pierdol się, powtórzonym dla emfazy. Wydaje się jednak, że sytuacja wymaga nieco więcej dyplomacji i opanowania. Zane I Adam nadal znajdują się na parkingu w niewystarczająco dalekiej odległości, by nie zareagowali na wyrzucane w złości zdania i ciętą dyskusję, która mogłaby z tego wyniknąć. Stara się więc policzyć do dziesięciu, zanim mu odpowie. Sam przecież doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że będąc razem w drużynie, będą musieli nauczyć się przebywać w swoim towarzystwie, chociażby się tolerować i nie sprawić, by ich osobisty problem stał się problemem całej drużyny.
– Po co tu wróciłeś? – wyrzuca jedynie z siebie tak chłodno, że mimo całkiem ciepłego dnia, temperatura zdaje się spaść o przynajmniej dziesięć stopni. – Na pewno nie narzekałeś na brak propozycji od klubów, więc dlaczego musiałeś przejść akurat do m o j e j drużyny i postawić mnie w sytuacji bez wyjścia, w której m u s z ę się z tobą dogadać? – dodaje wściekle, choć stosunkowo cicho. Nie chce wzbudzić zainteresowania dwóch innych członków drużyny sterczących na parkingu, ale naprawdę wiele wymaga od niego, by ściszył głos. Jest wściekły. Nigdy nie miał okazji, by prawdziwie wkurzyć się na Franka, by mu wygarnąć wszystko, co tak długo w sobie tłumił, a teraz gdy stoi przed nim, gdy porusza delikatny temat, on nie może się nawet wściec tak, jakby chciał. Może to dobrze, choć w tym momencie absolutnie tak tego nie widzi. Gdy jest zły, trudno mu przypomnieć sobie o tym, że wypowiedzianych słów nie da się już cofnąć. A może to wie, ale w tym momencie, w tym stanie, wcale go to nie obchodzi, bo przecież nie wyobraża sobie takiej możliwości, by kiedykolwiek znowu mieliby być przyjaciółmi.

franklin cosgrove
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
25 y/o
For good luck!
186 cm
prawy skrzydłowy w toronto fc
Awatar użytkownika
heaven can wait, we're only watching the skies hoping for the best but expecting the worst
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Kiedy Franklin był mały, bał się szczurów. Winił za to jeden koszmar, który obudził go w środku nocy, gdy miał cztery albo pięć lat. Sen o szczurze mieszkającym w dziurze w ścianie za łóżkiem w sypialni jego rodziców i wychodzącym stamtąd, gdy wszyscy w domu już spali, żeby przemienić się w diabła i zabić najpierw jego rodziców, a później siostrę. Jego nie. Franklin do dziś pamięta, że w jego dziecięcym umyśle diabeł wyglądał tak samo, jak przedstawiający go obrazek z książki z baśniami, którą dostał od cioci Hildy na urodziny; z kręconymi włosami, wyłaniającymi się spomiędzy nich rogami i z czarnym ogonem zakończonym trójkątnym szpicem. Pamięta też, że kiedy się obudził, jego żółta, polarowa piżama kleiła się od potu. Wygramolił się z wysokiego łóżka, a później pobiegł do pokoju rodziców, w ciemności potykając się o wieczór wcześniej rozrzucone na podłodze zabawki. W łóżku zastał tylko swoją mamę. Spała. Chciał zajrzeć pod ciężką, drewnianą i starodawnie żłobioną ramę, aby sprawdzić, czy w zabrudzonej przez upływ czasu ścianie znajdzie dziurę ze swojego snu, ale bardziej przejął się tym, że nigdzie nie było jego taty, więc wybiegł z powrotem na korytarz i skierował się w stronę salonu. Pokój dzienny w ich starym mieszkaniu był oddzielony od wąskiego holu częściowo przeszklonymi drzwiami, których małe, podzielone szprosami szybki były nieprzezroczyste i nierówne; pełne nieregularnych uwypukleń przypominających krople deszczu. Tamtej nocy za przeszkleniami świeciło się żółte światło. Franklin położył rękę na klamce. Poczuł, jak jego serce zwalnia; a jeśli za drzwiami stał diabeł? A jeśli miał jego tatę? Stał tam, nie czując się wystarczająco odważny, aby stawić mu czoła w samotności. Stał tak długo, aż wreszcie ktoś pociągnął za klamkę z drugiej strony i Frank krzyknął, wpadając plecami na komodę, na której stał wazon ze sztucznymi kwiatami i szklana miseczka na klucze o pofalowanych brzegach. Turkusowa w brązowe plamki. Pamięta to dobrze, bo kiedy uderzył o komodę, postawiona zbyt blisko brzegu miseczka zleciała na podłogę i przełamała się na pół. Razem z dzwoniącymi głośno kluczami zrobiła więcej hałasu niż jego krzyk. Patrzył na nią, bojąc się podnieść wzrok na otwarte już drzwi. Uniósł załzawione spojrzenie dopiero wtedy, gdy usłyszał dopiero głęboki, trochę senny głos jego taty pytający „Frankie, czemu ty nie śpisz?”. Zaraz potem rozległy się kroki jego mamy, na korytarzu zapaliło się światło. Franklin rozpłakał się na dobre, z trudem łapiąc powietrze. Zanim się uspokoił, jego tata już wyszedł. Musiał wyjść do pracy na nocną zmianę, spieszył się, żeby zdążyć na autobus. Frankie został z mamą, która utuliła go do siebie na kanapie. Czkając, opowiedział jej o szczurze i diable, i o tym jak bał się ponownie zasnąć. W końcu jego oczy zamknęły się same. Kolejnego dnia Louise naciskała, żeby mama powiedziała jej dlaczego kleiła śmierdzącym klejem miseczkę w kropki; w końcu pani Cosgrove powiedziała, że w nocy sama ześlizgnęła się z komody. Franklin czuł jak małymi kawałkami zjada go wstyd. Tamtego dnia przysiągł sobie, że stanie się odważniejszy. Jak Jim z Planety Skarbów albo Simba z Króla Lwa. Oni na pewno nie baliby się otworzyć tych drzwi.
Niektóre rzeczy, myśli Frank wysłuchując kipiących od bardzo płytko zakopanej złości pytań Lauriego, nie zmieniają się nigdy. Ma już dwadzieścia lat więcej i już dawno wyrósł z ciała małego chłopca w żółtej piżamie, a mimo to czasami dalej marzy o byciu odważniejszym. Nie na boisku, gdzie panują inne zasady, ale w życiu. W prawdzie, którą boi się z kimkolwiek podzielić i w pytaniach, których brzmienie wygina jego wnętrzności.
Najgorsze jest jednak to, że tchórzostwo Franklina bez trudu wdziewa na siebie maski, więc zamiast odbić się na jego twarzy cieniem żalu albo przetasować jego słowami w sposób, który potrafi odebrać głos, każe mu się najeżyć.
To nie jest twoja drużyna – zauważa twardo, przez jedną, krótką chwilę nie przejmując się byciem niesprawiedliwym. Może przemawia przez niego zmęczenie, a może jednak ma w sobie na tyle zła, że naprawdę chce umniejszyć wszystkiemu, co Laurie zbudował w Toronto przez ostatnie lata. Żeby już o nic go nigdy nie pytał, a już na pewno nie o to, dlaczego wyjechał. – Przykro mi, jeśli moja obecność jest ci nie na rękę, nie pomyślałem, żeby decyzje dotyczące mojego życia podejmować pod ciebie. – Rozkłada ręce. – Tak czy siak już tu jestem, więc wypadałoby zagryźć zęby i postarać się znaleźć sposób, aby na twojej personalnej niechęci nie ucierpiał cały klub, kapitanie – ostatnie słowo wypowiada bez dumy ani szacunku. Laurie nie daje mu powodów, aby podejść do tego inaczej; aby ucieszyć się sukcesem swojego starego przyjaciela. – Uwierz, też wolałbym grać gdzieś indziej – kończy i jest to o tyle niefortunne, że w tym samym momencie przechodzi obok nich Zane. Sądząc po jego minie, na którą Frank rzuca okiem po to, aby nie musieć dłużej patrzeć na Lauriego, usłyszał przynajmniej to ostatnie.
Kurwa mać.

laurie matheson
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
27 y/o
For good luck!
188 cm
napastnik i kapitan w toronto fc
Awatar użytkownika
you know I can't let it go, I've tried for so long – it takes strength to forgive, but I'm not quite sure I'm there yet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Gdy patrzy na Franklina złość i żal mieszają się z przyjemnymi wspomnieniami z czasów, gdy byli przyjaciółmi. Ta dychotomia między oblanymi jadem odczuciami względem Cosgrove’a a niezrozumiałą tęsknotą za tym, co było i bezpowrotnie odeszło, ale też za tym, co nigdy się nie wydarzyło, jest nie do zniesienia. Chce czuć względem niego wyłącznie pogardę, a jednak z tyłu jego głowy jest mimo wszystko coś więcej.

Trafili do Toronto FC w tym samym roku jako dwa niedoświadczone i nabuzowane podrostki. Był rok dwa tysiące osiemnasty i tutejsza drużyna święciła triumfy po wygranych playoffach ligi w poprzedzającym roku. Lauriemu zdawało się, że oto, świat stał przed nim otworem. Mając ledwie dziewiętnaście lat wstąpił w szeregi jednej z najlepszych drużyn ligi. Został dostrzeżony, doceniony i nie zamierzał na tym poprzestawiać. Żył marzeniami o wielkiej karierze i o grze w angielskiej lidze, którą namiętnie oglądał od zawsze. Wtedy wszystko wydawało się być w zasięgu jego ręki, musiał się tylko wychylić.
Między nim a Franklinem kliknęło niemal od początku. Dwóch nowych, prawie w tym samym wieku, w dodatku z podobnym poczuciem humoru – nic dziwnego, że od pierwszego dnia byli niemal nierozłączni. Trener już na drugim treningu musiał upominać ich karcącym spojrzeniem, by zachowali powagę i zajęli się tym, czym powinni.
Impreza powitalno-integracyjna miała pomóc im w zapoznaniu się z resztą drużyny, ale najbardziej zbliżyła ich do siebie nawzajem. Upili się wtedy tak, jak robili to nastolatkowie – kompletnie bez oporów i rozsądku. Wszyscy zdążyli już wrócić do swoich mieszkań, ale oni dalej żywo dyskutowali o meczach ligi z ubiegłego sezonu, o ulubionych piłkarzach, o miastach, z których pochodzili, o wszystkim, aż w końcu zniecierpliwiona obsługa wygoniła ich z baru.
Ja chyba nie pamiętam, na jakiej ulicy mieszkam – powiedział wtedy Laurie, gdy wyszli przed bar. Była już prawie czwarta i na ulicach nie było żywej duszy poza nimi. Matheson przeprowadził się do Toronto ledwie tydzień wcześniej i jedyne wycieczki, jakie zdążył zaliczyć to te do i ze stadionu oraz te eksplorujące swoją najbliższą okolicę. Mniej więcej wiedział, gdzie mieszkał, ale gdy miał wpisać ulicę w Google Maps nagle poczuł się całkowicie zagubiony. Wiem, że jak idę ze stadionu, to muszę przejść przez parking i iść długo prosto, aż do parku, a potem w lewo i znowu długo prosto, w prawo i potem chyba znowu w prawo… a może w lewo? – gubił się, próbując odwzorować swoją drogę w głowie, gdy nieco w niej wirowało od nadmiaru alkoholu. Aaa i na pewno przechodziłem przez tory… – dodał, próbując złapać równowagę. W końcu ze wszystkich poszlak Lauriego, z których część okazała się błędna znaleźli odpowiednie miejsce na mapie. Franklin przełączył na Street View i oto, ukazał się budynek, w którym mieszkał Matheson. Taaak, to tu. Patrz, to moje okno. A tu mieszka ta sąsiadka, która zawsze wychodzi gdzieś w piżamie. A tu ten piesek, który zawsze podbiega, żeby się ze mną przywitać, a tam…
Później Franklin pojawiał się w tym mieszkaniu dość regularnie, proszony i bez zapowiedzi. Przesiadywali tam często, oglądając głupoty w telewizji, uzgadniając swoje własne strategie na mecz, obgadując nielubianych zawodników i po prostu dobrze bawiąc się w swoim towarzystwie.
Rok dwa tysiące dziewiętnasty był bardzo udanym rokiem dla drużyny Toronto FC. Trudno zliczyć te momenty, kiedy dzięki świetnemu podaniu Franklina i temu jak dobrze (niemal telepatycznie) dogadywali się na boisku, strzelał bramki przeciwnym drużynom, dzięki którym wspinali się coraz wyżej po drabince. Najsłodziej smakowało zwycięstwo w półfinale. Pierwsze bramki obu drużyn padły dość szybko po rozpoczęciu meczu i obie drużyny długo usilnie próbowały zmienić wynik meczu z remisu na swoją przewagę. Walka była zacięta, a oni coraz bardziej zmęczeni. Atlanta United mocno starała się blokować Franklina przed podaniem piłki Lauriemu, ale mimo wszystko, dzięki sprytowi i niesamowitej zręczności Cosgrove’a, Matheson w końcu poczuł piłkę swoją prawą nogą. Nie miał szczególnie pola do manewru, przeciwna drużyna wydawała się otaczać go każdej ze stron, ale w końcu wykorzystał moment ich nieuwagi i ślizgnął się po trawie, wykopując piłkę w stronę bramki. Leżał jeszcze na murawie, gdy nagle ludzie zaczęli krzyczeć, a chwilę później wskoczył na niego rozentuzjazmowany Franklin. Czuł się wtedy tak cholernie szczęśliwy.
I nawet jeśli przegrali w finale, to nie miało znaczenia.
Zdawało się, że Laurie i tak był wygranym. Dopóki miał obok siebie kogoś takiego jak Franklin Cosgrove.

Nic z tego już nie ma znaczenia. Te chwile nie są już tak szczęśliwym wspomnieniem, jak były jeszcze przez trzy następne lata. Teraz parzą, powodują ból i ściskają mu gardło. Nie wraca już do nich tak często, jak wcześniej. Zamiast dumy i szczęścia, czuje już tylko żal i rozczarowanie. Jego przyjaźń z Franklinem wydaje się teraz nieśmiesznym żartem i ułudą.
Patrzy na tego człowieka, słyszy słowa, które wypowiada i nie widzi w nim już swojego przyjaciela. Nawet jeśli wygląda jak on, nawet jeśli ma ten sam głos… To już nie jest jego Franklin.
Jest zły, z każdym słowem coraz bardziej. Nie wierzy w to, co słyszy, wszystko w nim buzuje. I tylko ten moment, w którym Zane przemyka zaraz za Franklinem, znajdując się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, by usłyszeć Uwierz, też wolałbym grać gdzieś indziej, mina, jaka pojawia się na jego twarzy chwilę po… wszystko to sprawia, że w końcu odczuwa satysfakcję. Uśmiecha się więc w sposób, który to wyraża, z wyższością i triumfem wypisanym na twarzy.
– Na razie na twojej personalnej niechęci może ucierpieć tylko twoja nienaganna reputacja złotego chłopca kanadyjskiej piłki nożnej – odpowiada, podnosząc do górę głowy. W końcu czuje, że ma nad nim jakąś przewagę i niesamowicie go to cieszy. Można to z niego wyczytać jak z otwartej księgi – nic nowego, jego emocje zawsze z łatwością wyrażają się na jego twarzy, w gestach i posturze.
– Za co wyjebali cię z Gent? Musiałeś coś odjebać, jeśli tu wróciłeś – pyta go, patrząc na niego z góry. To wstrętne, ale chce, żeby go zabolało, chce znaleźć jakiś czuły punkt i odpowiednio w niego wycelować. Chce, by czuł się tak, jak Laurie, gdy na niego patrzy – zdradzony, rozczarowany i poniżony. Potrzebuje odebrać piłkę przeciwnikowi, pokazać mu, gdzie jest jego miejsce i w końcu zaatakować tak, by trafić do celu.

franklin cosgrove
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
25 y/o
For good luck!
186 cm
prawy skrzydłowy w toronto fc
Awatar użytkownika
heaven can wait, we're only watching the skies hoping for the best but expecting the worst
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Nie czuje się sobą. Złość, strach i wstyd nawarstwiają się grubo na jego skórze, powodując nieznośne swędzenie; oplatają słowa, które Franklin wyrzuca z siebie gorączkowo i bez namysłu, jakby trzymanie ich w środku groziło zatruciem; wżerają się w ciemne spojrzenie, zniekształcając naturalnie noszone w nim ciepło. Frank dostrzega to dopiero po chwili; w momencie, w którym niesprawiedliwe oskarżenia znajdują się na wolności, a szkoda jest już wyrządzona. Za późno, aby zrobić krok w tył i jednocześnie może za wcześnie, by przeprosić. Gdzieś spod spodu, z odległej otchłani rozsądku, z wielkim oporem przebija się do niego świadomość, że nie powinien się tak czuć. Nie stoi przecież przed wrogiem, a przed Lauriem. Jego przyjacielem.
Franklin nigdy nie zabiera nikomu tego tytułu. Do jego życia zaglądają różni ludzie; czasami tylko po to, aby rozejrzeć się dookoła i cofnąć się do wyjścia, a innymi razy, żeby zostać na dłużej. Żadna z tych opcji nie wydaje mu się niesłuszna, ponieważ nie mierzy przyjaźni za pomocą czasu. Woli kryterium emocji i wspomnień; specyficzne, ale dużo bardziej wiarygodne.
Pozostawione w jego pamięci ślady Lauriego są w większości dobre. Jeśli niektóre z nich – głównie te z końca jego pobytu w Kanadzie – przybierają nieco bardziej burzliwą, mętną formę, to wina leży wyłącznie po stronie Franklina i jego tworzącej zbyt żywe obrazy wyobraźni. Dzisiaj, ku swojej uldze, pamięta to jak przez mgłę. Chce myśleć, że to tylko jego zasługa, że w końcu wyleczył się z niemożliwych do zrealizowania pragnień, ale ta wiecznie dążąca do sprawiedliwości część jego osoby musi oddać część uznania Lauriemu. Chłód zamkniętej postawy i namacalna pogarda rozbrzmiewająca w jego głosie zdecydowanie pomagają Franklinowi w utrzymaniu dystansu.
Odprowadza wzrokiem idącego w kierunku swojego samochodu Zane’a. Ciemne dredy podskakują na jego karku w rytm szybkich kroków. Frank łudzi się, że kiedy przestanie widzieć jego minę, poczuje się lepiej, ale wcale tak nie jest. Komentarz Lauriego jest dodatkowym, niepotrzebnym ciosem. Franklin zaczyna kręcić głową. Ma wrażenie jakby jego płuca były za małe na utrzymanie w sobie choćby jednego oddechu.
Nie o to mi… – urywa, bo sądząc po minie Laurence’a, nie musi niczego wyjaśniać. Matheson dobrze wie, co miał na myśli. Nigdy wcześniej żaden z nich nie musiał tłumaczyć temu drugiemu niewypowiedzianego wprost znaczenia swoich słów.
Cóż za ironia, że to, co kiedyś było ich najmocniejszą stroną, teraz jest wykorzystywane przez Lauriego po to, aby zadać ból i zasiać pomiędzy nimi odrobinę chaosu.
Nie o to mi chodziło.
Miał na myśli ich zawieszoną przyjaźń i ciągnące się od lat milczenie; to do tego wolałby się nie zbliżać, gdyby dostał taki wybór. Laurie może nie rozumieć dlaczego Franklin uciął z nim kontakt, ale na pewno jest w stanie domyśleć się z jakiego powodu nie chciał tu wracać.
Złoty chłopiec kanadyjskiej piłki nożnej. Franklin z niedowierzaniem marszczy brwi. Czy to nie tak nazwali go w którymś z opublikowanych w poprzednim roku artykułów po zliczeniu wszystkich jego goli i asyst? Czy Laurie cytuje te słowa po to, aby go wyśmiać?
Cosgrove zaciska usta. Popełnia błąd za błędem. Powrót do starej drużyny, próba nawiązania rozmowy z Lauriem, pozwalanie emocjom na to, aby przejęły władzę nad jego słowami – wszystko to jest pasmem pomyłek, które tylko mu szkodzą.
Nie może pozwolić sobie na ani jedną więcej.
Bierze do płuc niepełny wdech. Z trudem ignoruje prowokację Laurence’a. Utrzymanie jego spojrzenia jest mniej bolesne niż początkowo zakłada.
Chciałem wrócić – wie, że mu nie uwierzy, a i tak zdobywa się na prawdę. Nie wyjaśnia mu źródła tej decyzji. Obiecał Louise, że tego nie zrobi. – I chcę grać, a nie idiotycznie przepychać się na boisku i kopać piłkę do byle kogo, byleby tylko nie podawać jej do ciebie, więc masz jeszcze jakieś zbędne pytania czy możemy wrócić do mojej sprawy? – pyta, dramatycznie pragnąc znów zaczepić się o prawidłowy temat ich rozmowy. O powód, dla którego w ogóle podszedł do Lauriego.
Może nie są już przyjaciółmi, ale mają wspólne cele. Franklin łudzi się, że to wystarczy, aby ponownie zgrali się na boisku.

laurie matheson
dino
nie lubię AI, kierowania moją postacią i czytania jej w myślach; poza tym męczę się gdy drugi gracz nie pcha razem ze mną akcji do przodu i gdy jedna gra ciągnie się przez pół roku
27 y/o
For good luck!
188 cm
napastnik i kapitan w toronto fc
Awatar użytkownika
you know I can't let it go, I've tried for so long – it takes strength to forgive, but I'm not quite sure I'm there yet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiteraźniejszy
postać
autor

Choć wydaje się, że wyrzucanie wszystkich tych słów, które mają zadać cios Franklinowi, przychodzi mu z łatwością, wcale tak nie jest. Nie tylko ze względu na trudny do pozbycia się sentyment, czy może nawet jakiś cień dawnej sympatii, – po prostu nie jest człowiekiem, który z przyjemnością wchodzi w słowne sprzeczki z kimkolwiek. Nie przejmuje się ludźmi, którzy za nim nie przepadają – po prostu znikają w odmętach jego umysłu, do których sam z siebie nigdy nie zagląda. Nie psuje sobie humoru, myśląc o mniej przychylnych mu osobach, a już z pewnością nie pozwala, by złość, którą odczuwa, całkiem go owładnęła. Z Franklinem jest inaczej. W końcu nie jest byle kim, kimś, kogo opinia w żadnym stopniu nigdy go nie interesowała. Nie potrafi więc potraktować go tak, jak wszystkich innych, którzy nadeptują mu na odcisk – chwilę się pozłościć, aż w końcu wyrzucić tę osobę z głowy. Chciałby, ale nie potrafi. Pielęgnuję więc urazę przez wszystkie te lata, podlewa ją regularnie, wyszukując informacje o nim i przeglądając jego zdjęcia w mediach społecznościowych, wylewa wiadro żółci, wracając do wspomnień tego, jak zakończyła się ich znajomość.
Nie potrafi więc traktować go z neutralną życzliwością, przywitać w zespole i starać się nie wchodzić mu w drogę. Tak długo zbierał w sobie całą tę żółć i jad, że teraz chce, by Frank był świadomy tego, do czego sam doprowadził. Chce, żeby widział, kogo z niego uczynił. Kogoś zgorzkniałego i małostkowego. Kogoś, kto kompletnie nie pasuje do obrazu, jaki Franklin wciąż może mieć w głowie. Nie, gdy rozmawia z nim. Nie, gdy musi patrzeć na jego cholernie przystojną gębę. Nie, gdy musi słuchać jego żałosnych przepychanek i zbędnego ustawiania go po kątach. Tak, jakby to on był kapitanem!
– Chciałeś wrócić – powtórzył za nim, parskając śmiechem z niedowierzaniem. Nie wierzy w to, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Kto na miejscu Cosgrove’a chciałby tu wrócić? – Do drużyny, która od sześciu lat nie zagrała w play-offach ligi? Tylko ktoś popierdolony zawróciłby z szalupy ratunkowej na Titanica – wyrzuca z siebie, ignorując całkiem kolejną próbę Franklina, by spróbować się dogadać (gdyby ktoś o to zapytał, powiedziałby zresztą, że były to gówniane próby i trudno się po nich spodziewać jakiegokolwiek sukcesu i innej reakcji niż zaprezentowana złość Lauriego). Wyrzuca to z siebie nie tylko z wściekłości ukierunkowanej na byłego przyjaciela, ale również swoją własną frustrację z powodu pozostania w drużynie, która od dawna nie może pochwalić się żadnym sukcesem. Wydaje się, że wraz ze zmianą trenera na Frasera i nowymi nabytkami w drużynie sytuacja może ulec zmianie, ale Laurie nie robi sobie wielkich nadziei.
– Laurie! Frank! Wy jeszcze tutaj? Pewnie nie możecie się doczekać, aż znowu będziecie razem grać, co?
Prostuje się, słysząc głos trenera za sobą. Ma szczęście, że jest odwrócony do niego plecami, bo gdyby ten zobaczył minę Lauriego, wściekle mierzącego wzrokiem Franklina, byłoby dla niego całkiem jasne, że nie tylko nie nie mogli doczekać się wspólnej gry, co woleliby tego nie robić wcale. Jest ciekaw, kiedy do Frasera dotrą słowa Franklina podsłuchane dopiero co przez Zane’a. Uwierz, też wolałbym grać gdzieś indziej. Czy wtedy też będzie patrzeć na niego z takim entuzjazmem, jak w tym momencie?
– Wciąż nie mogę uwierzyć, że znów będziemy mieli okazję – odpowiada Laurie, siląc się na uśmiech. Technicznie nie jest to kłamstwo. Wydaje mu się, że nie wykrzesałby z siebie wystarczająco entuzjazmu, by udawać, że naprawdę nie może doczekać się, aż znów stanie na murawie obok Franklina.
– Nie chciałem tego mówić przy innych, ale bardzo liczę na wasz duet. Wierzę, że wasza współpraca może nam zapewnić lepsze wyniki w tym sezonie – mówi dalej, a Laurie nie ma pojęcia, co odpowiedzieć. Czy on nie oglądał mundialu? Co prawda, nie byli z Frankiem na zbyt długo na boisku razem, ale i tak nie pokazali choćby ułamka tego, co w czasach, gdy grali razem w Toronto FC. Uznał, że to kwestia tego, że nie zdążyli się zgrać? Że mieli po prostu kiepski czas? Że nie poradzili sobie ze stresem związanym z grą na tak dużej imprezie? Naprawdę wierzy, że byli w stanie wykrzesać z siebie to, co było między nimi do dwa tysiące dwudziestego drugiego roku?

franklin cosgrove
jusia
posty napisane przez AI, czytanie postaci w myślach, wątki o niczym
ODPOWIEDZ

Wróć do „BMO Field”