ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#2
trigger warning
akcja policyjna z bronią
Trzecie piętro opuszczonego parkingu przy Coxwell pachniało wilgotnym betonem i benzyną, która nigdy do końca się nie ulotniła, niezależnie od tego, jak długo budynek stał pusty. Cree szedł tuż za dwoma operatorami ETF, trzymając latarkę taktyczną nisko przy broni, snop światła cięty na plastry przez kolejne betonowe filary. Cisza była gęsta, przerywana tylko trzaskiem radiotelefonów spiętych na piersiach i miarowym oddechem ludzi, którzy robili to setki razy wcześniej.
Znaleźli go dzięki rozmowie z sąsiadem oraz zdjęciu z monitoringu stacji benzynowej. Trzy tygodnie polowania na kogoś, kto zostawiał po sobie tylko ciało i ani jednego świadka, w końcu doprowadziły ich do jednego opuszczonego budynku. Detektyw czuł to szczególne napięcie w karku, które zawsze towarzyszyło mu tuż przed końcem sprawy – mieszankę adrenaliny i czegoś cięższego, bliższego złości, niż był skłonny przyznać.
Posuwali się kondygnacja po kondygnacji, sprawdzając każdy kąt, każdy zaparkowany od miesięcy samochód, za którym mógł się ktoś skulić. Owczarek – Rex, jeden z najlepszych psów tropiących w jednostce – szedł na krótkiej smyczy przy swoim ludzkim partnerze, uszy postawione, nozdrza pracujące bez przerwy. Bellerose obserwował go kątem oka. Pies wyczuwał coś, czego oni jeszcze nie dostrzegali.
Na czwartym poziomie Rex nagle spiął się cały, warknął nisko, gardłowo, i zanim przewodnik zdążył go osadzić, szarpnął się w stronę ciemnego kąta za betonowym słupem.
Kontakt! – krzyknął ktoś z przodu.
Wszystko wydarzyło się w ciągu kilku sekund, które w pamięci detektywa zawsze wydawały się rozciągać, jakby czas spowalniał. Cień odbił się od ściany, coś błysnęło w dłoni – nóż, długi, prowizoryczny – a czworonożny członek jednostki, spuszczony ze smyczy, rzucił się na mężczyznę z furią, która miała go powstrzymać, zanim ten zdąży kogokolwiek skrzywdzić. Ale ostrze poszło pierwsze. Cree usłyszał skowyt, ostry, przeraźliwy, zupełnie inny od warczenia, i w tej samej chwili uniósł broń, wycelował w ułamku sekundy i pociągnął za spust.
Sprawca padł na beton z krzykiem, chwytając się za ramię, a operatorzy ETF byli przy nim, zanim echo strzału zdążyło ucichnąć w pustej przestrzeni parkingu. Ktoś krzyczał procedurę, ktoś inny już zakuwał mężczyznę w kajdanki, dociskając go kolanem do zimnej podłogi.
On jednak nie patrzył już na sprawcę. Klęczał przy psie, którego bok, jasna sierść, ciemniała szybko, zbyt szybko, krwią wypływającą z rany na łopatce. Pies skomlał cicho, próbując się podnieść, ale nogi mu się plątały.
Zamknijcie go i wezwijcie kogoś, żeby opatrzył ranę postrzałową – rzucił do najbliższego operatora głosem, który nie zostawiał miejsca na dyskusję. – Ja biorę psa do kliniki. Przyjechałem drugim samochodem. Będę tam szybciej.
Nie czekał na potwierdzenie. Podniósł futrzastego funkcjonariusza najostrożniej, jak potrafił, czując pod dłońmi cały ciężar uprzęży, kamizelki taktycznej i mokrej, ciepłej sierści, i ruszył biegiem w stronę wyjścia, przeskakując po dwa stopnie na klatce schodowej, z psem przyciśniętym do piersi jak rannym dzieckiem.
Samochód – po cywilnemu, ale służbowy, bez oznaczeń, z silnikiem, który w przeciwieństwie do ciężkiego SUV-a ETF potrafił naprawdę przyspieszyć – czekał tam, gdzie go zostawił. Cree ułożył go na tylnym siedzeniu tak delikatnie, jak tylko mógł w tym pośpiechu, wsunął pod niego złożoną kurtkę i wskoczył za kierownicę, zanim drzwi zdążyły się dobrze zamknąć.

Godzina sprzyjała mu jak nigdy. Ulice były niemal puste, tylko pojedyncze taksówki i nocne autobusy, a on nie zamierzał zwalniać dla żadnego z nich. Przejeżdżał na czerwonym świetle raz, drugi, trzeci, nie zastanawiając się nad tym ani przez chwilę, z ręką na klaksonie na skrzyżowaniach, gdzie widoczność była gorsza. Na dłuższych prostych wciskał gaz do dechy, silnik wył, a miasto przelatywało za szybami w rozmytych smugach ulicznych świateł. Za sobą, na tylnym siedzeniu, słyszał ciężki, płytki oddech psa, i to było jedyne, co się teraz dla niego liczyło.
Leslieville Animal Hospital wyłonił się z ciemności po kilku minutach, które wydawały się dłuższe niż cała reszta tej niechlubnej nocy. Cree zaparkował w poprzek, nie zawracając sobie głowy równym ustawieniem samochodu, wyskoczył i otworzył tylne drzwi. Wyjął psa z siedzenia najostrożniej, jak potrafił, czując, jak ciepła krew przesiąka przez rękaw jego koszuli, i ruszył biegiem w stronę wejścia.
Drzwi otworzył łokciem, popychając je z całej siły, i wparował do środka z czworonogiem w ramionach, oddychając ciężko, z sercem walącym mu w piersi mocniej niż podczas samej akcji.
Przepraszam?! – krzyknął w głąb budynku, głosem ochrypłym, na wpół błagalnym. – Potrzebuję pomocy. Nie wiem, ile mu jeszcze zostało!

Zoya Weasley
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zoya tymczasowo została na zmianie sama, jednak nic nie zapowiadało, że tej nocy przyjdzie jej zmierzyć się z czymś nieoczekiwanym. Spokojnie, a nawet momentami opieszale, przeglądała listę osób, do których powinna rano wysłać wiadomość w sprawie zaległego szczepienia. W międzyczasie popijała kawę, aby przypadkiem nie przysnąć, bo wszystko wskazywało na to, że czekała ją długa noc.
W klinice była od późnego popołudnia. Sezon urlopowy trwał w pełni, więc jak zwykle brakowało rąk do pracy. Nawet teraz czekała na lekarza, który musiał pojechać na interwencję do potrąconego dzikiego zwierzęcia gdzieś na obrzeżach miasta. Miało to zająć chwilę. Tak przynajmniej zapewniał policjant, który ich powiadomił i poprosił o pomoc. Oboje jednak założyli, że chwila w tym przypadku nie potrwa dłużej niż dwie godziny. M i n i m u m
Niespodziewanie, przez duże okna kliniki dostrzegła jakiś ruch. Już po chwili zorientowała się, że mężczyzna niósł na rękach zwierzę i jak zdążyła się domyślić, był to pies.
Intuicyjnie wstała i ruszyła w kierunku poczekalni, skąd dobiegło ją nawoływanie. W momencie, w którym ujrzała nieznajomego w lobby, natychmiast poczuła narastające zdenerwowanie. Tak naprawdę Zoya nie była przygotowana na samodzielne przyjęcie cięższego przypadku. Jeszcze tym bardziej teraz, kiedy z łatwością oceniła, że zwierzę bardzo pilnine potrzebowało fachowej pomocy, a ona wciąż była tylko technikiem.
Tutaj! — Pośpiesznie wskazała wnętrze gabinetu. — Chodź z nim tutaj i połóź go na stole — poinstruowała, robiąc im miejsce w przejściu.
W pierwszej chwili Zoya zniknęła na moment. Podbiegła po telefon, aby zadzwonić do lekarza. Ten jednak nie odpowiadał, więc szybko wróciła do pomieszczenia i stanęła przy zwierzęciu. Nie patrząc na mężczyznę, od razu przeszła do oględzin. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz była tak bardzo przerażona, ale żółć podeszła jej do gardła, gdy dostrzegła obszerną, intensywnie krwawiącą ranę.
Co mu się stało? — zapytała natychmiast, raptem na kilka sekund odnajdując spojrzeniem oczy nieznajomego. Potem nabrała kilka nerwowych, głębokich wdechów i rozejrzała się po gabinecie.
Zoya może i nie miała odpowiednich kwalifikacji, aby samodzielnie przeprowadzać zabiegi, ale równocześnie wiedziała, że jeśli teraz niczego nie zrobi, to pies nie przeżyję. Delikatnie dotknęła głowę owczarka, chyba tylko po to, aby dodać sobie odwagi.
Musisz wiedzieć, że jestem tylko technikiem weterynarii — zmusiła się, aby wyjaśnić w jak trudnym położeniu się znaleźli. — Trzeba zszyć tę ranę, ale obecnie w klinice nie ma personelu. Będę potrzebowała pomocy. Przytrzymaj go mocniej. Muszę najpierw zatamować krwawienie. — Nachyliła się nad psem i ostrożnie zaczęła oczyszczać okolice rany, jednocześnie próbując ocenić rozmiar obrażeń. Pomimo kotłującego się w jej wnętrzu lęku, zmusiła się do zachowania spokoju i naprawdę skupiła cała uwagę na kolejnych czynnościach. — Dociśnij mocno opatrunek i nie puszczaj, nawet jeśli przesiąknie krwią. Zaraz spróbuję go znieczulić i zacznę szyć.

Cree Bellerose
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
28 y/o
For good luck!
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cree nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji. Owszem, wielokrotnie woził rannych kolegów po szpitalach, żeby nie czekać na pogotowie ratunkowe, kiedy liczyła się każda minuta, ale nigdy wcześniej nie miał okazji zrobić tego z czworonożnym funkcjonariuszem. Należał jednak do tych ludzi, którzy z dużą empatią podchodzili do zwierząt, a z jeszcze większą do tych, które służyły ludziom w sposób podobny, co Rex. Nie mógł go zostawić na zimnej betonowej podłodze parkingu. Nie chciał pozwolić, żeby ich jednostka straciła tak ważnego glinę, nawet jeśli ten posiadał cztery łapy zamiast dwóch.
Już w trasie, gdy tylko wybrał na GPS-ie lokalizację kliniki, starał się upewnić – wciąż patrząc na drogę kątem oka, by się nie rozbić i samemu nie wylądować na sali operacyjnej – czy jest w ogóle otwarta o tej porze. Gdyby miał pecha i musiałby ruszyć gdzieś poza miasto, długo by się nad tym nie zastanawiał. Miał tylko nadzieję, że wystarczy mu czasu, że pies nie odejdzie mu w samochodzie ani w ramionach, zanim ktokolwiek zdąży mu pomóc.
Sam nigdy nie posiadał zwierząt. Nie dlatego, że nie chciał, ale jego praca była na tyle chaotyczna, że często wracał do domu późną porą i nie zawsze miał czas, żeby wystarczająco dobrze zająć się sobą, a co dopiero pupilem. Z kotem by jeszcze przeszło, może nawet zaadoptowałby dwa, żeby miały towarzystwo, gdyby on nie mógł im go zapewnić, ale nie wyobrażał sobie posiadania psa, który spędzałby całe dnie samotnie zamknięty w czterech ścianach. Czułby się z tym źle, wychodząc z domu i zostawiając futrzastego przyjaciela na nie wiadomo jak długo. Nie chciał takiego życia dla żadnego zwierzęcia. Dlatego wciąż mieszkał sam.

Brunatna posoka sącząca się przez rękaw jego koszuli, kleista i gęsta, przypominała mu bez przerwy, jak niewiele czasu im zostało. Gdy usłyszał kobiecy głos, bardzo się ucieszył. Bez zastanowienia popędził z Rexem na rękach do pokoju, gdzie co prawda nikogo nie zastał, ale podejrzewał, że osoba wołająca go wcześniej przygotowuje sprzęt, myje ręce, zakłada rękawiczki albo dba o coś równie ważnego, co trzeba było zrobić w takim miejscu, zanim przystąpiło się do pracy z czworonożnym pacjentem. Położył psa delikatnie na stole, nie wyjmując spod niego nasiąkniętego materiału. Wolał go nie ruszać bardziej, niż było to konieczne. Bał się, że spowoduje więcej szkód. Już i tak nie był pewien, czy nie pogorszył sytuacji w drodze do tego miejsca.
Zapytany o powód, dla którego Rex znalazł się w takim stanie, odpowiedział z wyjątkowym, niemal nienaturalnym spokojem:
To pies policyjny.
Wyjaśnił później, że został zaatakowany podczas akcji przez poszukiwanego, który pchnął go nożem. Nie był to jednak zwykły scyzoryk, lecz długie, prowizoryczne ostrze – zaimprowizowana broń, jakich detektyw widział już zbyt wiele w swojej karierze. Rana znajdowała się na łopatce, głęboka, wciąż intensywnie krwawiąca mimo ucisku.
Skinął tylko głową, gdy kobieta zdradziła mu, że jest wyłącznie technikiem. Nie mieli innych opcji – ani oni, ani konający na stole pies. Nie było czasu, żeby czekać na lekarza czy przewozić zwierzę do innej kliniki. Musiał jej zaufać i zamierzał to zrobić.
Wykonywał jej polecenia z dużą starannością. Ponieważ liznął trochę pierwszej pomocy w akademii, przyszło mu to dużo łatwiej, niż początkowo przypuszczał. Stan Rexa nie był najlepszy i doskonale zdawał sobie z tego sprawę – od dłuższego czasu nie skomlał, tylko oddychał niespokojnie, płytko, jakby każdy haust powietrza kosztował go coraz więcej wysiłku. Serce biło pod jego dłonią nierówno, zbyt szybko, jakby próbowało nadrobić coś, czego ciało już nie potrafiło zrekompensować. Bellerose mimo to wierzył, że się uda.
Zapach środka dezynfekującego wypełniał teraz jego płuca. Nie miał nawet pojęcia, że kobieta stojąca po drugiej stronie stołu była prawdopodobnie w dużo gorszym położeniu i bardziej zestresowana niż on sam. Dlatego wolał jej nie rozpraszać zbędnym gadulstwem. Skupił się tylko na tym, żeby pomóc jej najlepiej, jak potrafił.

Zoya Weasley
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiadomość, że na stole leżał pies policyjny; pies który jest wysoce wyszkolony i pomaa funkcjonariuszom w wielu trudnych akcjach, wcale nie zmotywował Zoi do działania. Wrecz przeciwnie, poczuła się tym przytłoczona i mimowolnie nieco nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na drzwi gabinetu, w ktorych miała nadzieje ujrzeć lekarza. Kiedy, no oczywiscie, tak sie nie stało, przeniosła wzrok na mężczyznę.
Rozumiem — potaknąła mechanicznie, po czym westchnęła i ostatecznie zabrała się do pracy. W międzyczasie słuchała całej historii, która aż mroziła krew w żyłach, co jakiś czas dając upust jakiemuś westchnięciu albo mocnemu zaciśnięciu warg.
Już od bardzo dawna nie widziała tak potężnie krwawiącego zwierzęcia, dlatego zatamowanie krwotoku w tej sytaucji wydawało sie Zoi priorytetem. Kiedy posoka wreszcie zwolniła, ostrożnie ułożyła dłoń na rękach Cree, dając mu do zrozumienia, aby dał jej zerknąć. Dopiero wtedy spostrzegła, że brzegi skóry mocno się rozchodziły, a pod nimi widać było uszkodzone tkanki.
Muszę to teraz zszyć — zawyrokowała i naprawdę nie była zadowolona z tej decyzji. Dotychczas nigdy nie zajmowała się sama podobnymi sprawami, a tymczasem ta noc postawiła ją przed cholernym faktem dokonanym.
Najpierw ponownie sprawdziła oddech i krążenie, a potem w końcu podała psu znieczulenie. Do opracowywania rany przystąpiła z nielada strachem i intensywnie bijącym serduszkiem. W dodatku stresowała się pod naporem wzroku nieznajomego. Nabrawszy jednak kilku głębokich wdechów, skupiła się na swoim zadaniu i zaczęła zakładać szwy.
Gotowe — stwierdziła z ulgą. — Teraz reszta zależy od niego. Podam mu jeszcze antybiotyk — mówiąc to, na moment odeszła od stołu. Najpierw dokładnie umyła ręce, a dopiero potem sięgnęła po dwie strzykawki, do których nabrała leki. Właśnie miała podać je Rexowi, gdy na miejscu pojawił się weterynarz.
Cała reszta wydarzyła się niezwykle szybko. Zoya dostała reprymendę, po czym została wyproszona z pomieszczenia. Mężczyzna postanowił osobiście zająć się psem i najwyraźniej sprawdzić, co takiego nawyczyniała pod jego nieobecność.

Nie była pewna, ile czasu minęło, odkąd opuściła klinikę, ale z pewnością długo czekała, skulona na schodach na właściciela psa. Na policzku i spodniach wciąż miała niewielkie ślady krwi, choć zupełnie się tym nie przejmowała.
Kiedy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi, mimowolnie podniosła się do pionu i z niepokojem spojrzała na funkcjonariusza. Jej przełożony był tak zdenerwowany, że była pewna, że tego dnia nie otrzyma od niego żadnych informacji. Pozostawała jej więc nadzieja, że właściciel zechce z nią porozmawiać.
Nie chciała zaszkodzić zwierzęciu. Naprawdę, naprawdę pragnęła je uratować. Teraz jednak tonęła w bezdennej niewiedzy, czując wobec siebie wyłącznie ogromny żal i wyrzuty sumienia, że w ogóle podjęła się tego zadania.
I... — zawahała się, przy czym nerwowo zmieliła ślinę w ustach. — I co powiedział? Co z Rexem? — zapytała, minimalizując pomiędzy nimi dystans.

Cree Bellerose
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Leslieville Animal Hospital”