–
Nie lubię - przyznał, nie rozwijając tematu. Czuł się nieswojo w małych przestrzeniach, tak samo jak w centrach wielkich miast i apartamentach z zapierającym dech w piersiach widokiem na panoramę nocnego miasta. Nie pasował do nich i nie chciał pasować. Od morza sztucznych gwiazd w dole, wolał bezkres nieba nad głowami i jego gwiazdy. Prawdziwe.
Nie chciał tu być, dlatego bez większego żalu skierował się do wyjścia. Ulga wypierała rozczarowanie szybciej z każdym krokiem, a Logan tłumaczył sobie, że to dobrze. Tak powinno być. Połowę życia wypierał fascynacje, więc i teraz da radę. To jedna z rzeczy, w której był naprawdę dobry, ale sugestywny ton Laurenta bardzo szybko zawrócił bieg jego myśli.
Mógł się tego spodziewać.
Powinien się tego spodziewać po kimś takim, jak on.
I spodziewał się.
Gdzieś w głębi swojej zdeprawowanej duszy. Bo chciał tego.
Stężał, zanim jeszcze Laurent się zbliżył. Odwrócił się od drzwi i z zaciśniętą szczęką, patrzył jak bez pośpiechu rozpina mankiety swojej koszuli.
–
Co ty robisz? - mruknął szorstko, czując nagłą suchość w ustach.
Od wczorajszej nocy był drażliwy i skołowany. Rozbudzone ciało nie chciało go słuchać, nawet gdy pracował. Wystarczyła jedna myśl, żeby zrobił się twardy, jedno wspomnienie tego, jak Laurent rozpadał mu się w ramionach, jak drżał, kiedy jego fiut pulsował mu w dłoni, tryskając gorącym spełnieniem. Każde bezwstydne słowo jakie potem padło, przypominało mu, że noc ma konsekwencje.
I teraz te konsekwencje rozbierały się przed nim. Nonszalancko. Trzeźwo. I tak wkurzająco świadomie.
Logan z trudem przełknął ślinę. Nie potrafił odwrócić wzroku. Wyjść. Wrócić do domu. Zapomnieć.
Mógł jedynie patrzeć na tę piękną katastrofę, do której sam doprowadził.
Szeroka pierś pod luźną koszulką uniosła się, kiedy wziął oddech i wstrzymał go, tężejąc gwałtownie jak wsunięta do wody, rozgrzana stal. Jakby nie ufał samemu sobie. Bo tak było. Gdy Laurent zbliżył się, bezczelnie zaczepiając palcami pasek jego spodni, Logan był już twardy. Wystarczyła sama sugestia i to bezczelne spojrzenie, by całe jego ciało spięło się w oczekiwaniu. By pod szorstkim dżinsem bezwstydnie zarysowało się podniecenie.
–
Przestań.
Nie poznawał własnego głosu. To nawet nie było słowo. Przypominało zwierzęcy warkot wycedzony przez zęby. A potem było jeszcze gorzej.
–
Laurent - warknął ostrzej, gdy on roztaczał przed nim wizję wspólnej nocy tak łatwo, jakby planował to od początku.
Mógł się zaprzeć. Powinien to zrobić. Złapać go za nadgarstek, odtrącić, przemówić do cholernego rozsądku, który najwyraźniej zagubił w tej swojej pedalskiej główce. Mógł mu nawet przywalić. Mógł tak wiele, by temu zapobiec i uciąć to raz na zawsze.
I nie zrobił tego.
Po raz kolejny.
Zakurzone buty oderwały się od lśniącej podłogi i podążyły za przewodnikiem. Jak cholerny pies na smyczy, zahipnotyzowany zmysłowym ruchem jego bioder, robił krok za krokiem ku własnej zgubie. Laurent musiał przyłapać go na tym spojrzeniu, bo gdy się odwrócił, rozpinając przed nim resztę guzików, pociemniały wzrok Logana ciężko oderwał się od jego bioder, sunąc w górę, cholernie powoli, przez płaski brzuch, nagą pierś aż na usta. Tam zatrzymał się na dłużej, zanim dotarł do oczu. Wtedy, widząc w nich bezczelną satysfakcję, nerwowo oblizał dolną wargę i z irytacją obrócił w bok głowę.
Prychnął pod nosem.
Nie przekroczył progu sypialni. Nawet na nią nie spojrzał. Stał przed rozsuniętymi szeroko drzwiami, patrząc na porzucony materiał koszuli u swoich stóp i zastanawiał się, jak ostatni idiota, czy gdyby ją podniósł, to czy wciąż byłaby rozgrzana jego ciepłem? Jakby to miało teraz jakiekolwiek znaczenie.
Nagłe pojawienie się muzyki, ściągnęło jego uwagę. Spojrzał na Laurenta, nonszalancko odrzucającego pilota i pokonującego przestrzeń z fascynującą lekkością. Poruszał się swobodnie, bez najmniejszego śladu skrępowania, świadom swojej seksualności z drażniącą brawurą. Logan nigdy nie przypuszczał, że mężczyzna może mieć w sobie tyle cholernej zmysłowości, i że ta zmysłowość może tak silnie na niego działać. Że może go
zachwycać. Bo Laurent był bezczelnie piękny z ramionami ozłoconymi ciepłym blaskiem lamp i linią obojczyków, na których załamywało się światło. Z ustami wygiętymi w kuszącym, zuchwałym uśmiechu i oczami, w których widział bezgraniczną, niepohamowaną fascynację. Jeśli myślał, że trudno było oprzeć się pijanemu Laurentowi, to właśnie przekonał się, że nie miał o niczym pojęcia. Bo Laurent, który doskonale wiedział, co robi, był po stokroć bardziej…
niebezpieczny.
Logan zacisnął pięści, szczęki i powieki, jakby zbierał cierpliwość. Opalone przedramiona napięły się i nie rozluźniły, gdy Laurent nie martwiąc się o nic, przylgnął do jego napiętego do granic możliwości ciała, dalej je drażniąc. Chciał go złamać. A Logan był niebezpiecznie blisko decyzji, by mu na to pozwolić.
-
Laurent, nie masz pojęcia… - wycedził, ale resztę słów zdusiły jego wargi. Jezu Chryste. Ten facet nie miał za grosz przyzwoitości. Ani rozsądku. I co najgorsze, pozbawiał rozsądku także Logana, który łamiąc się pod naporem jego i własnych pragnień, objął go w pasie i wydając niski pomruk, rozchylił wargi, pozwalając by wsunął między nie ten swój niewyparzony język. Dzisiaj smakował inaczej, tak samo jak cały pocałunek. Rozmysłem, nie desperacją. Obaj byli tego świadomi. Tak samo jak tego, dlaczego się tu znaleźli.
Pocałował go głęboko, boleśnie świadom jak wspaniałe jest to uczucie i że wcale nie chce przestawać. Ale musiał. To nie mogło… nie mogli. Po prostu nie.
Nie odezwał się. Oblizał jedynie usta, patrząc na niego poważnym, twardym wzrokiem, ale kiedy sięgnął do jego koszulki z oczywistym zamiarem jej zdjęcia, zamknął jego nadgarstki w silnym chwycie własnych dłoni i odciągnął od siebie. Oddychał szybciej, a wargi wciąż miał mokre od pocałunku. Prześlizgnął wzrokiem po gładkiej piersi z tą samą cichą admiracją i zatrzymał go na jego oczach.
–
Nie jesteś przyzwyczajony do domowy, co?
Nie warczał już, nie miotał się. I w tym opanowaniu było coś kojącego i zapewne drażniącego. Trzymał zdecydowanie, ale nie mocno i gdyby Laurent chciał się wyrwać, pozwoliłby mu na to.
-
Jak ty to sobie wyobrażasz? - wychrypiał, sunąc spojrzeniem po jego twarzy, szukając na niej oznak poprzedniego zagubienia i desperacji, które pchały go do tej brawury. Ale teraz widział jedynie wyrachowanie i to go przerażało.
-
Że będziemy się pieprzyć, kiedy będziesz wpadał na ranczo? A może w przerwach między pracą? Dlaczego to robisz? Nie jestem taki jak ty, Lance.
Nie był. Nie sypiał z ludźmi dla zabawy. Nie pakował się w głupie romanse. Nie pozwalał fiutowi dyktować warunków. Nawet nie był homo. Nie tak jak on. Nie mógł pozwolić sobie na życie w cieniu tęczowej flagi.
-
Mam dużo więcej do stracenia.
W ostatnich słowach zabrzmiała bezsilność. Odbiła się też w spojrzeniu, kiedy zawiesił wzrok na jego ustach, a na dnie oczu pojawiła się tęsknota, z której sam nie zdawał sobie sprawy.
Laurent Ashcroft