Tak wypadało. Słowa Zoi odbiły się echem w jego głowie, na chwilę skupiając na sobie jego myśli. Nie do końca podzielał jej przekonanie, ale powiedziała to z taką pewnością, jakby naprawdę uważała, że wszystko, co robili dotychczas, robili z myślą o dziecku. Wizja rodzicielstwa zbliżyła ich do siebie, ale czy tylko to miało wpływ na wzajemne przyciąganie, jakie Lucien odczuwał, ilekroć Zoya znajdowała się blisko? Tego, co wydarzyło się pod klubem, nie dało się przypisać następującym po tym konsekwencjom.
Ale to miał być tylko raz i tylko niespodziewane okoliczności skłoniły ich do próby dogadania się ze sobą. Biorąc pod uwagę ciążę i potrzebę porozumienia się jako przyszli rodzice, zaangażowali się w tę relację. Ostatni czas był dla nich bardzo intensywny, nic dziwnego, że się tym zachłysnęli. To wydawało się
właściwe.
Ale to nie znaczyło, że miał zamiar przyjąć tę narrację.
—
Chyba tak, jak każdy — zauważył na wzmiankę o obawach przed nagłymi zmianami. Nikt normalny nie przyjmował zmian diametralnie wpływających na życie z uśmiechem beztroski. Zawsze gdzieś w głębi siebie pozostawały jakieś wątpliwości, największą różnicę stanowiła kwestia radzenia sobie z nimi. —
Ale staram się do nich dostosować albo je ograniczać, na tyle, na ile jestem w stanie. A jakoś to trochę za mało — wyjaśnił swój punkt widzenia.
Wierzył jej. Wierzył w to, że ich przywiązanie nie wzięło się znikąd, że nie dotyczyło wyłącznie dziecka. Ale w głowie nadal miał jej własne słowa, że nie oczekiwała związku, a on z kolei miał zobowiązania, które musiał traktować priorytetowo. Nie znał jej wystarczająco dobrze, żeby mógł mieć pewność co do jej zamiarów.
O n a była nagłą zmianą, której nie przewidział. Niosła za sobą wiele niewiadomych, jak choćby ten pocałunek, którym całkowicie go zaskoczyła, wytrącając z rezonu. Jeszcze wtedy nie wiedział, że to ich ostatni. Że tym sposobem chciała zapisać się w jego wspomnieniach i tym samym znowu udowodnić mu, że kompletnie nie miał kontroli nad swoimi emocjami. Przy niej nie panował nad sobą, po prostu próbując sięgnąć po to, czego pragnął. A pragnął j e j.
W tej jednej krótkiej chwili wydawało mu się, że to nie mogło być dla niej grą. W tym akcie czułości zawarte było zbyt wiele emocji, żeby można go było spłycić do minimum. Ale usłyszawszy jej następne stwierdzenie, mimowolnie zaczynał mieć co do tego wątpliwości. Czy był głupcem? To pytanie przemknęło mu przez myśl po raz pierwszy od czasu farmy. Być może źle to wszystko odczytywał i tylko on bezmyślnie zaangażował się w tę relację. Być może jego trzeźwy osąd przyćmiewało ciepło rozlewające się w nim na każdą wiadomość czy uśmiech Zoi.
Ale tym razem ciemnowłosa się nie uśmiechała. Wyglądała na zdenerwowaną, co wzbudzało w nim coraz większy niepokój, jakby zaraz miała zrzucić na niego bombę. Nie potrafił oprzeć się temu wrażeniu, jeszcze zanim otworzyła usta, by wyznać, co tak ją dręczyło.
Nie jestem w ciąży. Automatycznie zastygł w bezruchu i jeszcze uważniej przypatrzył się kobiecie, jakby jej słowa dopiero osadzały się w jego świadomości. Widząc jej poważną minę, zdał sobie sprawę, że nie żartowała. Uniósł wysoko brwi, starając się za wszelką cenę zachować spokój, mimo uporczywego dudnienia w jego piersiach.
—
Co? — pytanie wyrwało się z jego ust, jakby przez chwilę chciał upewnić się, że się przesłyszał. Następnie słuchał jej w milczeniu z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, gdy powoli zaczynała docierać do niego powaga sytuacji.
W pewnym momencie oszołomiony natłokiem informacji opadł ciężko na fotel. Nie był ojcem. Jego kariera nie wisiała na włosku. Nie musiał przeprogramowywać swojego życia, bo wszystko było mrzonką. Łącznie z umową, która nie miała już żadnego znaczenia.
Nie wiedział, jak powinien się z tym czuć. Z jednej strony doznał niewysłowionej ulgi. Ciężar odpowiedzialności uleciał z niego jak za odjęciem ręki. Z drugiej jednak… zdążył przyzwyczaić się do myśli, że Zoya i dziecko będą częścią jego życia. Myśl o tym, że miałoby
ich zabraknąć nie napawała go optymizmem, a właściwie przyniosła mu dziwną pustkę.
Trzy tygodnie prób odnajdywania wspólnej drogi z Zoyą, żeby móc r a z e m podjąć się ciężkiego zadania, wcale nie musiały tak wyglądać. Gdyby nie ciąża, gdyby nie potrzeba wzięcia na siebie odpowiedzialności za swoje czyny, nic z tego, co wydarzyło się w przeciągu tego czasu, nie miałoby miejsca. To było przerażające. Lucien nie potrafił się do tego odnieść. Dziwna żałość i rozczarowanie targały nim w środku, ale nie mógł pozwolić im przebić się na zewnątrz.
Jej ironiczne pytanie dotarło do niego z pewnym opóźnieniem.
—
Taak — odparł nieprzytomnie, patrząc nieobecnym wzrokiem na kierownicę przed nim. Na znaczek marki, której poświęcał przeważającą część swojego życia. A potem przeniósł spojrzenie na Zoyę. Kobietę, która również miała stać się nieodłączną częścią jego życia. A teraz patrzyła na niego, wzbudzając w nim poczucie winy. Przełknął ślinę.
—
Odpiszę Fraserowi, że to już nieaktualne — stwierdził cicho i sięgnął po telefon, żeby wystukać krótką wiadomość. Zaraz bezwiednie zacisnął szczęki. —
Jak się czujesz? — zapytał po wsunięciu telefonu z powrotem w uchwyt.
Zdążył ponownie obdarzyć ciemnowłosą zatroskanym wzrokiem, aż po wnętrzu samochodu nagle poniósł się dźwięk przychodzącego połączenia. Na wyświetlaczu widniało znajome imię:
Johnny. Lucien mimowolnie skrzywił się i zawahał. Nie mógł przecież przerwać rozmowy w tak ważnej chwili.
Zoya Weasley