Naprawdę mogę zrobić to sama.
Nie mogła.
Teddy Darling jak i każda jedna osoba w ich jednostce nie była
niezniszczalna. Jej życie było równie kruche i narażone na swój koniec dokładnie tak samo jak kobiety, którą niosła na rękach. Wystarczył jeden niewłaściwy ruch, jedno poślizgnięcie, osunięty strop, a wszystko poszłoby się
jebać. Dosłownie. A Bunny nie miała zamiaru na to pozwolić.
Te kilka lat więcej doświadczenia nauczyło ją, że takich sytuacjach procedury były ważniejsze niż cokolwiek innego. Serce zawsze będzie wyrywać się do pomocy, ale to przecież nie znaczyło, że zawsze należało go słuchać. Prawda jest taka, że potrafiło mocno przeceniać umiejętności do faktycznych szans i sprawiać, ze człowiek gubił gdzieś cały racjonalizm. W ich pracy mogło to nieść za sobą poważne konsekwencje. Dlatego Carver poszła z Teddy na dół. Wspólnie odprowadziły kobietę do oddziału medycznego, chociaż ta wcale się do nich nie wyrywała.
Światła karetki już odbijały się na budynku i raziły w oczy, kiedy Bunny
c i r e p l i w i e czekała, aż Darling zwinnie pozbędzie się poszkodowanej z własnych ramion i będą mogły wrócić na gorę po pozostałych ludzi, którzy utknęli w swoich mieszkaniach. Szkoda, ze nawet to nie szło gładko. Złapała więcej powietrza w płuca słysząc słowa, jakie Teddy skierowała do kobiety, nim w końcu się oddaliły, a jej głowa mimowolnie pokręciła się na boki.
—
Zrobie wszystko, żeby nic im się nie stało — odezwała się po chwili, gdy wróciły do zadymionej klatki i ruszyły w stronę schodów. Chociaż jej wzrok starał się skanować wszystko dookoła wraz ze stanem budynku, gdzieś w tym całym amoku owróctłs się w stronę Darling, łapiąc jej zielone spojrzenie. —
Tak powinnaś mówić, jak już — skarciła ją, nawiązując do sytuacji sprzed chwili. —
Nigdy nie obiecuj, Darling — to było najgorsze, co można było zrobić.
Obiecać. Bo jak tu obiecywać, skoro w sytuacji zagrożenia życia nic nigdy nie było pewne. To były rzeczy, na które żadne z nich nie miało wpływu, nie mogli
na pewno kogoś uratować. Mogli tylko
zrobić wszystko, co w ich mocy, a to jak wyjdzie w rozrachunku końcowym, to już nie zależało od nich.
Miała coś jeszcze dodać, może nawet je ponaglić, ale wtedy z przeciwnej strony wyłonił się Donovan. Od razu zdał im raport bez zbędnego
pierdolenia, na co one zrobiły dokładnie to samo:
—
Trzecie piętro — odpowiedziała mu praktycznie od razu. —
Nie mamy pojęcia, które mieszkanie — powinny zapytać kobiety, zanim oddały ja w ręce medyków, pod którym numerem mieszkała jej siostrzenica wrąc z dzieciakiem .
Powinny, ale żadna z nich tego nie zrobiła i teraz trzeba było sobie jakoś radzić. —
Rozdzielimy się. W rzędzie są po cztery. My z Darling weźmiemy dwa pierwsze, ty zacznij od końca — rozdzieliła zadania, na co Donovan od ramki skinął głową. Doskonale zdawał sobie sprawę, że tu nie było miejsca na dyskusje.
Trzeba było działać.
Ogień coraz bardziej rozprzestrzeniał się po budynku, pomimo tego, ze z zewnątrz powoli niknął pod wpływem hydrantów. Kilka stropów spadło z sufitu, jakiś element konstrukcji nad ich głowami zaskrzypiał niebezpiecznie, ale nie było to jeszcze na tyle niebezpieczne, żeby odwołać całą akcję. Dlatego dziewczyny od razu po wyjściu na drzecie piętro odbiły w lewo i zabrały się za pierwsze drzwi. Nawet nie trzeba było ich wyważać, bo były uchylone. Sprawnie sprawdziły każde pomieszczenie, które okazało się puste.
Do drugich doskoczyły jeszcze żwawiej, szczególnie, że kiedy szarpały się z klamką, mogły usłyszeć dziecięcy krzyk gdzieś po drugiej stronie.
—
Zacięło się — warknęła, szarpiąc się z halliganem. —
Donovan!! — krzyknęła, kątem oka widząc, jak strażak wychodzi z jednego z mieszkań. —
Potrzebujemy twojej pomocy — on nie miał pewności, że w jego pomieszczeniach ktoś był, a ona z pewnością słyszały dzieciaka za ścianą, przez co drewniane drzwi z numerkiem
dziewiętnaście dostały priorytet. Mężczyzna od razu doskoczył w ich kierunku i zamiast grzebać się z przyrządem do otwierania drzwi, po prostu wziął je z bara, kompletnie taranując. Strop za ich plecami znowu posypał się nieznacznie, a okno na korytarzu samoistnie strzeliło, rozwalając się na milion kawałeczków.
Donovwan jako pierwszy wpadł do środka, przyuvażajac małego, kompletnie zapłakanego chłopczyka z misiem w dłoni. Siedział samotnie w kącie przedpokoju, podczas gdy przejście do
salonu, gdzie znajdowała się jego matka w pełni odgradzał ogień. Donovan od razu wyrwał się do dzieciaka, a kolejne okno strzeliło gdzieś za ich plecami. Nie wspominając o głośnym huknięciu piętro wyżej, które nie brzmiało dobrze.
teddy darling