ODPOWIEDZ
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

You slurring all your words
Not making any sense
But I don't fucking care at all


Dziwne. High Park o północy tętnił życiem - pełno tu było zakochanych parek i grupek przyjaciół, którzy również byli zainteresowani deszczem meteorytów, tak samo jak jego wyimaginowana dziewczyna, Thalia. No dobra, nie wyimaginowana, bo istniała naprawdę, ale… nie była jego prawdziwą dziewczyną, tak? No tak. Wracając do tematu… Ech. Deszcz meteorytów. Jakby mało im było gwiazd na dachu w ich własnym miejscu pracy, Thalia wymyśliła sobie jakąś nocną eskapadę do High Park, ech? Ace przysiadł pod rozłożystym drzewem i oparł się o jego pień - miał w głębokim poważaniu, że gęste liście nad jego głową skutecznie zasłaniały połowę nieba. Dopóki Rosenhell tu nie dotarła, mógł siedzieć dokładnie tam, gdzie mu się podobało, prawda? Zresztą… te parki zakochane, nie? Z rozanielonymi minami pokazywali sobie palcami kolejne spadające gwiazdy, kurwa jego mać. Thallman przewrócił oczami na ten widok - kicz z taniego romansidła. Tyle miał do powiedzenia.

Wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki blanta i zapalniczkę. Odpalił go, zaciągając się powoli, a paląca się iskra rozświetliła na moment jego twarz. Po chwili wypuścił dym z płuc, patrząc na unoszące się obłoczki. Nic innego ze sobą nie wziął, tak swoją drogą - żadnego koca, prowiantu… Miał tylko telefon, portfel, kurtkę i zioło. A za to zioło najwyżej zabierze go stąd policja i wsadzi na dołek na dwadzieścia cztery i chuj. Przynajmniej miałby święty spokój od Thalii.

Ech, Thalia.

Na samą myśl o niej znowu się zirytował. Był na nią wkurwiony tak naprawdę od czasu tamtej akcji, gdy bezmyślnie wrzuciła na swoje sociale screenshota z jego prywatną wiadomością. Przez ten jej durny screenshot pokłócił się z siostrą, pożarł z przyjaciółką i nawet Carmel zauważyła, że coś z nim było ostatnio nie tak. Kurde, Thalia popsuła mu relacje z ludźmi, na których naprawdę mu zależało. Fuck. Jednak… umm... jakby to powiedzieć... wciąż nie zdołał jej tego wygarnąć.


Cause I have hella feelings for you
I act like I don't fucking care


Gdy tamtej nocy przyszedł do niej, żeby zrobić jej z dupy jesień średniowiecza i wyjaśnić wszystko raz, a dobrze, ta jędza czekała na niego bez koszulki. I co? I pan Albert Thallman, wielki samiec alfa, zapomniał języka w gębie i tak jakoś wyszło, że zamiast na awanturze, skończyło się na seksie i pocałunkach. Potem schemat się powtarzał - gdy tylko zostawali sam na sam, natychmiast zaczynali się całować, a publicznie… przy innych ludziach… zgrywali zakochaną parkę. Ace nie miał po prostu żadnej okazji, żeby powiedzieć Thalii coś w stylu "Ej, Rosenhall, zachowałaś się jak ostatnia ściera".

Ech.

Zgodnie z jej wiadomością, stawił się w parku po zakończonej zmianie, tuż po północy. Thalia miała przybyć za jakieś… piętnaście minut, więc miał jeszcze chwilę na wypalenie zioła i ułożenie w głowie tego, co chciałby jej powiedzieć. Może tym razem zdoła nie zamroczyć się jej dekoltem i nie ulegnie? Będzie twardy, yolo. No i dokładnie w tym momencie, gdy zaciągał się blantem po raz kolejny, a w głowie już zaczynało robić mu się szumiąco i błogo, dostrzegł Thalię na końcu alejki. Nie wstał, jakby co. Po prostu się przyglądał, jak Thalia powoli podeszła do niego bliżej i stanęła nad jego osobą. - Długo kazałaś na siebie czekać, kochanie - rzucił odrobinę cynicznie, strzepując popiół z blanta na trawę i dalej nie ruszając się z miejsca.


I'm only a fool for you
But I don't fucking care at all


𝒻𝒶𝓀𝑒 𝑔𝒾𝓇𝓁𝒻𝓇𝒾𝑒𝓃𝒹
26 y/o
For good luck!
173 cm
part time legal assistant | | part time bartender
Awatar użytkownika
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

oh, maybe I'm too fragile
but maybe you're too mean


Doobra, ciężkie czasy wymagały czasem ciężkich decyzji, no nie? Czy jak to się tam mówiło, desperate times call for desperate measures? A cholera tam wie, wiecie, o co chodzi, i hope, kinda… no. Anyways. Musiała podejmować takowe decyzje, bo inaczej jej ex chłoptaś z Nowego Orleanu, który co chwilę wypytywał jej znajomych o nią albo pisał jej wiadomości typu 'tęsknię', 'niedługo się zobaczymy' nie dałby jej spokoju... A Albert zamiast, nie wiem, cieszyć się, że nie wstydziła się tego fejk związku i tak dumnie wstawiła skrina, jak wyznał jej miłość, co prawda wymuszoną miłość, no bo jedynym uczuciem, którym do siebie pałali, wciąż była nienawiść ze sporadycznym pożądaniem, tak fyi, jakby to jeszcze nie było oczywiste, to się kurwa do niej przysrał!

Jezu. No aż jej ciśnienie się podniosło, a serducho waliło jak oszalałe, do tego stopnia, że dosłownie czuła je w gardle... Nie lubiła tego uczucia.Zestresował ją na maksa, na tyle, że DLA NIEGO zrobiłaby coś, co obiecała sobie, że już nigdy nie zrobi dla żadnego innego mężczyzny, a mianowicie… cofnęłaby własne słowa i przyznała, że może trochę przesadziła. No było na tyle dramatycznie, mówię wam. Tylko jednej rzeczy nie potrafiła pojąć, a mianowicie, skoro tak bardzo ją wkurzał, skoro tak bardzo nie chciała na niego patrzeć, oddychać tym samym powietrzem co on, to dlaczego robiła wszystko, by znajdować się blisko niego? Dlaczego nie potrafiła oderwać wzroku, gdy rozmawiał z innymi kobietami, a przy okazji towarzyszyło jej przy tym delikatne ukłucie zazdrości? Dlaczego coraz bardziej chciała go po prostu poznawać? AH, to było za bardzo confusing.

you're a bad idea
but a real good time

Ucieszyła się, że zgodził się na tę 'randkę', która miała na celu oczywiście tylko i wyłącznie ułatwić Thalii udawanie, że go lubiła. Bo go nie lubiła, przypominam. Ogarnęła się w domu, bo miała dzisiaj rano tylko zmianę w kancelarii, gdzie musiała słuchać, jak Patel nazywał ją Athalią przez cały kurwa dzień. Ugh, emotional trauma. Założyła sukienkę i pojechała komunikacją miejską na miejsce. Wysłała Thallmanowi esemesa, że będzie lekko spóźniona, i starała się nie myśleć o tym, że to będzie pierwsze spotkanie, które faktycznie będzie przypominało coś w rodzaju r o m a n t y c z n e j randki? No chyba że pokłócą się o coś, a ten scenariusz był bardzo prawdopodobny w ich przypadku, więc jechała tam z pociskami w głowie, w razie gdyby musiała mu coś odburknąć.

Ścisnęła torebkę, którą miała przy boku, idąc przez park, i cholerajasnamać, w chuj zakochanych parek tu było. No proszę, a ona była święcie przekonana, że wpadła na coś idealnego i niesamowicie oryginalnego. Well, apparently not. Zauważyła go z daleka, czilującego pod drzewem. Miała nadzieję, że ją przytuli, chociażby wstanie, ale nie, siedział tam dalej niczym jakiś panicz i jeszcze tak sarkastycznie się do niej zwracał. Dupek. - Przepraszam, kotku - zaakcentowała to drugie słowo. - Musiałam jechać tutaj z przesiadkami - mruknęła i podeszła do niego, siadając obok na trawie. - Będziemy musieli później zmienić miejscówkę, jeżeli w ogóle chcemy coś zobaczyć. - Zerknęła na niego, a po chwili otworzyła torebkę i wyciągnęła z niej dwie bransoletki. Odłożyła torbę na bok i wsunęła jedną na swój nadgarstek, po czym chwyciła jego dłoń i bez żadnego skrępowania założyła drugą jemu. - Zrobiłam je nam dzisiaj, z okazji udawanego randkowania - uśmiechnęła się do niego, choć trochę się speszyła, bo nigdy nie robiła takich rzeczy… Może były to przeprosiny za tego skrina? Albo jej sposób, by namówić go, żeby jednak był z nią jeszcze jeden miesiąc? Przełknęła ślinę, odwracając od niego wzrok, i zapytała, - Zastanowiłeś się, czy byłbyś moim chłopakiem jeszcze jeden miesiąc?

i'm a couple minutes out from relapsing into you
oh, fuck it


𝕗𝕒𝕜𝕖 𝕓𝕠𝕪𝕗𝕣𝕚𝕖𝕟𝕕
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Enlighten me, my dear
Why am I still here, oh


Zanim Thalia do niego podeszła, pomyślał sobie, że jej bliskość od jakiegoś czasu zakłócała jego feng shui; skoro jednak chwilowo nie mógł z tym absolutnie nic zrobić, postanowił po prostu płynąć z prądem. Gdy usiadła obok niego na trawie, usłyszała jedynie chłodne mruknięcie, a sam ostentacyjnie przewrócił oczami. Widok Thalii w sukience i ten jej pewny siebie krok sprawiły, że momentalnie zaczęły targać nim sprzeczne emocje. Z jednej strony pojawiła się dobrze mu znana, cholerna irytacja, a z drugiej - jeszcze bardziej cholerne, dziwne gorąco, które zalewało go za każdym razem, gdy znajdowała się zbyt blisko. Nie znosił tego uczucia, zwłaszcza, że wciąż miał mnóstwo powodów, by po prostu kazać jej spierdalać. Przepraszam, kotku. Musiałam jechać tutaj z przesiadkami. Zmrużył oczy. - Sama wybrałaś to miejsce, nie mogłaś wybrać czegoś bliżej? - rzucił pod nosem, wypuszczając z płuc chmurę dymu. Ot, niby zwykłe stwierdzenie… ale jednak w głowie pojawiła mu się myśl, że przyszedł tutaj dokładnie tak, jak chciała. Bez marudzenia stawił się po zmianie w pracy i specjalnie dla niej zignorował zmęczenie, kurwa.


Like… why? Eh, nevermind.


Będziemy musieli później zmienić miejscówkę, jeżeli w ogóle chcemy coś zobaczyć. - Tu mi wygodnie na razie - dodał krótko, rozglądając się na boki. Najbliższa para siedziała kilkanaście metrów od nich i Bogu dzięki! Ostatnią rzeczą, jakiej dzisiaj potrzebował, było to, żeby jakiś obcy typ zaczął go zaczepiać tekstami o romantycznym oglądaniu gwiazd, wypytywać, jak długo są razem i czy nie chcą spiknąć się na podwójną randkę, bo przecież wyglądają tak cool… Bla, bla, bla. Bzdury (a taka akcja przytrafiła im się w zeszłym tygodniu na plaży, kurwa jego mać). Zerknął z ukosa na Thalię, gdy akurat zaczęła grzebać w swojej torebce i wyciągnęła z niej dwie bransoletki. The hell? Rosen-HELL? Wywrócił oczami, gdy bez pytania chwyciła jego dłoń i zaczęła odpinać zapięcie, by wsunąć mu ozdobę na nadgarstek. Czarna bransoletka z jednym białym koralikiem była, nie da się ukryć, całkiem fajna, ale za nic na świecie nie przyznałby tego na głos. Zrobiłam je nam dzisiaj, z okazji udawanego randkowania. - Ty to nazywasz udanym randkowaniem? - parsknął pod nosem, specjalnie przekręcając jej słowa, chyba tylko po to, żeby jej dopiec. Pozwolił jej dokończyć mocowanie zapięcia, po czym zabrał nadgarstek z powrotem. - Dzięki - mruknął znacznie ciszej, po czym podał jej swojego blanta niczym fajkę pokoju. Znowu. Tak samo, jak to zrobił na dachu.

Westchnął ciężko i położył się na trawie. Utkwił wzrok w gęstych liściach nad swoją głową, które kołysały się łagodnie na nocnym wietrze. Boże, sam nie wiedział, dlaczego zgodził się na to spotkanie o tej porze i w ogóle dlaczego dał jej się wplątać w cały ten rąbnięty plan, psia mać. Powinien się na nic nie zgadzać. No cóż, trudno. Mądry Thallman zawsze po szkodzie… Eh…

Zastanowiłeś się, czy byłbyś moim chłopakiem jeszcze jeden miesiąc? Cisza. Kurczę, to był ten moment, nie? Powinien jej powiedzieć to, co chciał powiedzieć jej ostatnio. W końcu i tak czekała, aż się uzewnętrzni, nie? To był idealny moment. Musiał się tylko odważyć. No, z tym będzie trudniej. - Tak, zastanowiłem się - odpowiedział po dłuższej chwili. Zamiast patrzeć na swoją seksowną towarzyszkę, zaczął leniwie obracać palcami nową bransoletkę na swoim nadgarstku. Serio, rozważył w głowie każde za i przeciw tej sytuacji, ale skoro wszyscy jego bliscy i tak święcie wierzyli, że się z nią spiknął, wolał pociągnąć ten układ do końca i wreszcie mieć spokój (nie chciało mu się przepraszać dwa razy). - Skoro zabrnęliśmy tak daleko, przecierpię jeszcze ten miesiąc, ale miejmy jasność. Przesadziłaś z tym screenshotem, a przez twój durny popis pokłóciłem się ze wszystkimi ważnymi dla mnie osobami - wyjaśnił chłodno, ale to jeszcze nie był koniec, o nie. Jeśli Thalia chciała właśnie coś powiedzieć albo odpyskować, przerwał jej uniesieniem dłoni. - Wyobraź sobie, że cię pamiętają, Rosenhall - rzucił od niechcenia, wciąż wpatrzony w korony drzew.

Nagle sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki, wyciągnął z niej lekko pogniecioną, papierową serwetkę i bez słowa położył ją jej na kolanach. Też coś dla niej miał, mimo że go wkurwiała. - Proszę, z okazji udanego randkowania - rzucił ironicznie pod nosem, w dalszym ciągu przekręcając pierwotne znaczenie jej słów. Na serwetce znajdował się mały portret wykonany czarnym długopisem. Dość niechlujny, robiony na szybko na barze, ale idealnie oddawał zamyślony wyraz twarzy Thalii (kiedy akurat nie była dla niego wredna albo do porzygu słodka, bo akurat zmieniała się w perfect girlfriend material). Zaraz potem wyrwał jej swojego blanta spomiędzy palców, bo wybitnie długo mu go nie oddawała, a teraz chciał go z powrotem, jasne? Zaciągnął się porządnie i westchnął. - Masz już na oku nową pracę? No bo wiesz, zegar tyka - rzucił jeszcze na koniec, przymykając oczy.

Kurde, całkiem fajny byłby to wieczór, gdyby przyszedł tu sam i po prostu w ciszy delektował się spokojem. No ale… jakoś musiał to przeżyć i pogodzić się z obecnością Thalii. Ech. Przede wszystkim musiał jednak zagłuszyć to pierdolone uczucie, kiedy jego własne serce cicho protestowało na samą myśl o jej odejściu z pracy. Zupełnie jakby wbrew rozsądkowi chciał ją przy sobie… zatrzymać. Hah. On? Thalię Rosenhall? Kurwa, never.

In the back of my mind
I killed you
And I didn't even regret it
I can't believe I said it
But it's true
I hate you


𝒻𝒶𝓀𝑒 𝑔𝒾𝓇𝓁𝒻𝓇𝒾𝑒𝓃𝒹
26 y/o
For good luck!
173 cm
part time legal assistant | | part time bartender
Awatar użytkownika
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

but I’m not leavin you
let’s ditch it all just say the word


Serio chciała spędzić z nim miły wieczór. Wiedziała, że tamta sytuacja nie do końca została między nimi wyjaśniona, bo za każdym razem, gdy próbowali podjąć próbę jakiejkolwiek głębszej rozmowy, kończyło się tak, że lądowali w swoich ramionach. Tym razem miała nadzieję, że może ta randkocośpodobnego sprawi, że Thallman zauważy, że gryzło ją to, jak atmosfera między nimi tak nagle przeskakiwała z jednej skrajności w drugą. Dobra, nienawidzili się. To już było wiadome. Ale fajnie było się nienawidzić i całować ze świadomością, że nie ma kolejnego argumentu wiszącego między nimi. Zamiast tego był opryskliwy i usilnie próbował jej pokazać, jaki to nie jest in charge of everything, himself included. Mkay. Uniosła brew, zerkając na niego w dół, po czym wzruszyła ramionami. - No dobrze, skoro ci wygodnie - dodała, zanim usiadła obok niego i wręczyła mu bransoletkę pokoju. No bo w taki sposób od razu będzie wiedział, że była sorry i nie musiała mówić mu całej reszty, co nie? XD

and when these lights burn out
i hope we’ll look back and smile

Spojrzała na niego przez dłuższą chwilę, zanim zaśmiała się na jego słowa, przewracając oczami. - A nie jest udane? Przecież tutaj jesteś, Thallman. - Chwyciła od niego blunta i zaciągnęła się, trzymając dym odrobinę dłużej w płucach, zanim go wypuściła. - Chyba muszę robić coś dobrze. - Wsunęła włosy za ucho i posłała mu słodki uśmiech. - Widzisz? Jesteśmy teraz matching. - Wysunęła nadgarstek w jego kierunku, chwaląc się swoim dziełem, no bo nie była aż taka artsy, okay? Serio się starała! Przyglądała mu się, gdy położył się na trawie, czekając na jego odpowiedź. - Okej, więc? - zapytała, gdy ogłosił, że się zastanowił. Dobra, przynajmniej zaraz uzyska odpowiedź. Kaching. Progres.
Eh. Znowu ten jebany screenshot.

Fucking knew it. Była gotowa wyjąć ten telefon i usunąć to zdjęcie, ale już serio nie wiedziała, co ma robić w tej sytuacji, poza powiedzeniem mu jeszcze raz prosto w twarz, że… - Przepraa… - Nie dał jej dokończyć. Uchyliła lekko usta w szoku, gdy uniósł dłoń przed jej twarzą, co tylko jeszcze bardziej ją wnerwiło, bo co to w ogóle było za gest w jej kierunku? Zanim jednak zdążyła mu to wypomnieć, wypowiedział kolejne słowa, wcale na nią nie patrząc.

''Wyobraź sobie, że cię pamiętają, Rosenhall.''

Słysząc te słowa opuszczające jego usta, ścisnęło ją w gardle, a nieprzyjemne ciepło wraz z kontradykcyjną gęsią skórką przeszło przez całe jej ciało. Cholera. W końcu Albert był najlepszym przyjacielem Chrisa. Wiedziała, że nienawidził jej za to, co się stało, ale jakaś naiwna część niej miała nadzieję, że może po tych wszystkich udawanych randkach, zostawaniu we dwójkę późno po pracy, powrotach ze zmian i długich spacerach, jednak zbliżyli się do siebie chociaż w najmniejszym skrawku. Teraz doszło do niej, że wciąż wszyscy uważali ją za wroga. Za osobę, która przyczyniła się do śmierci biednego Christophera Jacobsa. Idealnego przyjaciela, syna, kochającego chłopaka, który zginął tragiczną śmiercią przez dziewczynę, która kazała mu jechać pod wpływem.
Kurwa. Poczuła pieczenie pod powiekami i odwróciła wzrok, przez moment wpatrując się w pary, które obserwowały gwiazdy promieniujące na ciemnym niebie. Po chwili spojrzała na kartkę, którą położył jej na kolanach, wciąż nic nie odpowiadając. Uniosła coś serwetkopodobnego, rozprostowała skrawek i ujrzała swój portret naszkicowany długopisem.
Podwójne kurwa. Mieszał jej w głowie. Doprowadzał jej serce do nieregularnego bicia, które wytrącało ją z kontroli. Mówił jedno, a robił drugie. Nawet nie zorientowała się, kiedy blunt między jej palcami zaczął powoli dogasać. Zerknęła na niego dopiero wtedy, gdy wyjął jej go z dłoni..
Potrójne kurwa. Znowu… znowu to robił. Dopierdalał jej, by chwilę później zrobić coś słodkiego, by po chwili znowu jej dopierdolić. Zamknęła na moment oczy, starając się uspokoić wewnętrznie, bo jedyne, na co miała w tamtym momencie ochotę, to odegrać się i powiedzieć mu wszystko, co ją wkurwiało. Wzięła głębszy wdech… wypuściła oddech spokojnie… Głębszy wdech iiii…
Spoiler
8 lat wcześniej

- Proszę pozwolić mi tam wejść, muszę z nią porozmawiać! - krzyknęła około pięćdziesięcioletnia kobieta, starając się przedostać do sali, w której leżała Thalia. Było to zaledwie tydzień po wypadku, w którym zginął Christopher. - Proszę tu poczekać… zapytam pacjentki - odparła pielęgniarka, odwracając się i zamykając za sobą drzwi. Podeszła do dziewczyny, uśmiechnęła się do niej delikatnie i wytłumaczyła, że matka Christophera potrzebowała się z nią zobaczyć. - Dobrze, proszę ją wpuścić - mruknęła obolała Thalia. Z pomocą pielęgniarki ustawiła łóżko do siadu, tak by mogła lepiej przyglądać się kobiecie. Matka Christophera była zazwyczaj spokojną osobą, a Thalia domyślała się, że może chciała po prostu zobaczyć, jak ona sama się czuła, albo zapytać, co dokładnie wydarzyło się tamtej nocy. Nie spodziewała się takiej reakcji. Kobieta dosłownie wparowała do sali i zaczęła wykrzykiwać multum epitetów w stronę Rosenhall. - Zabiłaś go! To twoja wina! Upewnię się, że całe Oakville będzie wiedziało, jaką diablicą jesteś!

- Ale… to nie tak. Gdyby pani wiedziała… - Thalia próbowała się wytłumaczyć. - Co wiedziała?! Że zabiłaś mojego syna?! Że kazałaś mu prowadzić, chociaż wiedziałaś, że był po alkoholu?! Nie będziesz go oczerniała, kiedy nie może się bronić! Zniszczę cię, Rosenhall, zapamiętasz mnie! - Dorzuciła to, zanim została wyprowadzona przez personel, a Thalia? Siedziała wtedy roztrzęsiona i zszokowana całym zajściem. I w tamtym momencie przysięgła sobie, że nikomu nic nie powie. Zatrzyma tę tajemnicę dla siebie, bo przecież Christopher nawet nie mógł się obronić, no nie? A wszyscy i tak ułożyli sobie wersję zdarzeń, która nijak nie łączyła się z tym, co wydarzyło się naprawdę. W obawie o reputację jej rodziny, o to, co będą myśleli o niej bracia, z dnia na dzień wyjechała do Nowego Orleanu, starając się po prostu odciąć od wszystkiego i uciec od problemów. Tylko kto by pomyślał, że uciekanie od problemów wcale nie znaczy, że człowiek faktycznie się ich pozbywa.
Let’s leave it all this evening
Say fuck the world and make it last

Teraz, wpatrując się w ten świstek z rysunkiem, który wykonał dla niej Albert, czuła się tak jak wtedy. Tylko teraz, zamiast samej bezsilności, czuła również gniew. Gniew, który musiała na nim wyładować. - Co pamiętają? - spojrzała na niego gniewnie. - że zabiłam ci przyjaciela? - Nachyliła się do niego. - że twój przyjaciel był na tyle idiotą, żeby wsiąść za kółko po pijaku i cholera wie po jakich narkotykach, które wziął tamtej nocy? - Zrobiła smutną minkę. - Czemu go nie ochroniłeś, huh? Nie uratowałeś od tej niewdzięcznicy, która skazała go na taki koniec, a nie inny? - Spojrzała mu prosto w oczy, wyciągając blunta spomiędzy jego palców. Zaciągnęła się mocno, po czym wypuściła dym obok jego twarzy. - No dalej, Thallman, powiedz mi… jak to jest pieprzyć byłą dziewczynę swojego zmarłego przyjaciela? - Wsunęła blunta z powrotem między jego palce. Cholera, starała się być tough, walczyć ze łzami zbierającymi się w jej oczach, ale nie mogła, dobra? Not at this moment. - Mam dwie prace, Albert. Jakoś sobie poradzę. Już niedługo się mnie pozbędziesz. - Westchnęła, podnosząc się z trawy. Wsunęła serwetkę do torebki, bo pomimo tego, że była na niego zła, było jej cholernie przykro i czuła się tak, jakby zaraz miała zwymiotować od tych wszystkich emocji.. to poza wspomnieniami i zdjęciami, które razem zrobili w tym krótkim czasie 'tylko ze względu na udawane' randkowanie, allegedly, był to pierwszy raz, kiedy dostała coś osobistego od chłopaka. Nawet jeśli był to fake boyfriend.. chciała zachować to dla siebie, - Siedź tu sam - mruknęła, spoglądając na niego z góry. Odeszła od niego na jakieś kilkanaście metrów i położyła się na trawie, wpatrując się w gwiazdy. Raz po raz przymykała oczy na dłuższą chwilę, żeby się uspokoić i zaakceptować fakt, że stars were not aligned in her favour that evening.... a Thallman coraz bardziej stawał się jej osobistym zaćmieniem. How fun, eh?

i wanna get the feeling that
we’ll be ok it’s not so bad


𝕗𝕒𝕜𝕖 𝕓𝕠𝕪𝕗𝕣𝕚𝕖𝕟𝕕
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

And when we're apart, and I'm missing you
I close my eyes and all I see is you
And the small things you do


Albert Thallman popełnił błąd.

Wiedział z doświadczenia, że ból pojawiał się dopiero wtedy, gdy słowa rzucane przez drugą osobę przestawały być obojętne, a Ace z niechęcią odkrył, że słowa Rosenhell… bolały; każde jedno, które właśnie wypowiadała do niego w złości. Wyglądało na to, że Thalia przestała być mu obojętna już jakiś czas temu, bo gdyby wciąż miał ją w dupie, po prostu przewróciłby oczami, kazałby jej spierdalać i wróciłby do domu. Jednak nie. Nie mógł tego zrobić, bo każde słowo, które kierowała w jego stronę, wwiercało się boleśnie w jego mózg i zostawiało po sobie ogromną dziurę. Wkurwiało go to - a jeszcze bardziej wkurwiał go fakt, że zaangażował się emocjonalnie w fałszywą, popieprzoną relację z dziewczyną, od której powinien trzymać się z daleka. Zawiódł wszystkich swoich bliskich.
Spoiler
8 lat temu

Stał w pierwszym rzędzie, tuż obok ojca i matki Chrisa, która była na silnych lekach uspokajających. Matka jego nieżyjącego przyjaciela zanosiła się cichym, dławiącym płaczem, opierając się na zmianę na swoim mężu i Albercie.

A on czuł… pustkę. Jego dłoń, zaciśnięta w pięść w kieszeni czarnego płaszcza, drżała tak mocno, że paznokcie wbijały mu się w skórę. W głowie szalał mu chaos, mimo że na zewnątrz panowała absolutna cisza, przerywana tylko przez płacz najbliższej rodziny i znajomych. Czuł… złość. Wściekłość. Na Chrisa, na wypadek, na samą śmierć… ale przede wszystkim na samego siebie. Poczucie winy niszczyło go od środka. Dusił się w tym garniturze. Nie zdołał uratować Chrisa. Kurwa, to on był tym od myślenia, od wyciągania go z najgorszych kłopotów, od mówienia “Nie warto, bracie” albo “Oddaj mi kluczyki”. A tamtej nocy go przy nim nie było.

Wpatrywał się w tabliczkę z imieniem i nazwiskiem człowieka, z którym wychował się na jednym podwórku, z którym dzielił pierwsze fajki, pierwsze imprezy i wszystkie sekrety i… nie potrafił tego pojąć? Mózg odmawiał przyjęcia do wiadomości, że Chrisa - głośnego, nieśmiertelnego i zwariowanego przyjaciela - po prostu już nie było i że już nigdy nie odbierze od niego telefonu ani nie odpisze na głupiego smsa. Nie wpadnie do niego bez zapowiedzi, nie rzuci durnym żartem. Umm…

Gdy matka Chrisa rzuciła pierwszą garść ziemi na trumnę, Albert musiał mocno zacisnąć zęby, żeby przełknąć zbierającą się gulę w gardle. Nie zapłakał, nie mógł. Nie dał rady. Nie na oczach tych wszystkich ludzi. Musiał być twardy dla jego rodziców, prawda? Jak skała… Żeby chociaż po śmierci Chrisa zachować się tak, jak należało, nawet jeśli w środku krzyczał z rozpaczy i zadawał sobie w kółko jedno i to samo pytanie.

"Dlaczego zostawiłem go samego z Thalią Rosenhall?"

Co pamiętają? Że zabiłam ci przyjaciela?


Wlepił w nią swój rozwścieczony wzrok. - Tak, zabiłaś mojego przyjaciela - przytaknął natychmiast, gdy nachyliła się w jego stronę. Zniżył głos do szeptu tylko dlatego, że przechodząca obok nich typiara posłała im ostentacyjne, oburzone spojrzenie. Że niby za głośno rozmawiali? Tsa, jasne. Nieważne, jebać tę typiarę. Zacisnął mocno szczękę i z trudem przełknął ślinę. Jezu, to był pierwszy raz od śmierci Chrisa, gdy w ogóle poruszali ten temat… razem. W swoim towarzystwie. Odkąd skończyli szkołę, widywali się bardzo rzadko - z perspektywy Alberta, właśnie przez Thalię. A teraz dobierała słowa z premedytacją, żeby go zranić, prawda? Tak w ogóle to było frajerskie, że tak słabo wypowiadała się o nieżyjącym Chrisie - gdzie szacunek do zmarłego?! - ale jeszcze bardziej frajerskie były jej pytania.


Czemu go nie ochroniłeś, huh? Nie uratowałeś od tej niewdzięcznicy, która skazała go na taki koniec, a nie inny?


Ile razy zadawał sobie takie same pytania? Posłał jej wściekłe spojrzenia akurat w momencie, gdy bez pytania zgarnęła jego blanta. Już jebać to zielsko, for real. - Ty naprawdę nie masz żadnych pieprzonych granic, Thalia, sama mu na to pozwoliłaś, a teraz próbujesz zrzucić na mnie odpowiedzialność? Byłaś tam, w przeciwieństwie do mnie. Mogłaś go powstrzymać, kurwa - rzucił odrobinę zbyt głośno, sprawiając, że kolejne dwie pary odwróciły głowy w ich stronę. Fuck. Jeszcze tego im brakowało - przedstawienia na środku parku. Thalia wypuściła mu dym prosto w twarz, ale nawet nie drgnął, po prostu wpatrywali się w siebie nawzajem z gniewnymi minami. No i może rozeszłoby się po kościach, gdyby nie jej kolejne zdanie.


No dalej, Thallman, powiedz mi… jak to jest pieprzyć byłą dziewczynę swojego zmarłego przyjaciela?


To był cios poniżej pasa. - Popierdoliło cię? - warknął ze złością, patrząc na nią z niedowierzaniem. Serio to powiedziała? Co za szm… Och. Dopiero teraz zauważył dostrzegł zbierające się w jej oczach łzy i to… totalnie wytrąciło go z równowagi. Zamarł. Kurwa. Najpierw sama prowokowała awanturę i wyciągała na wierzch wszystkie brudy, a teraz nie potrafiła tego przełknąć? Dlaczego płakała? Żeby go zmiękczyć? Nim zdążył jakoś zareagować, zaczęła swój durny wywód o pracy i o tym, że zaraz się jej pozbędzie… Like… Jezu, kogo w tym momencie obchodziła jakaś praca? A na koniec wstała i odeszła kilkanaście metrów dalej od niego. Położyła się na trawie, z dala od gęstych koron drzew - w miejscu, z którego rozciągał się całkiem spoko widok na bezchmurne niebo. Ace zamknął oczy i w myślach policzył do dziesięciu, zanim wypuścił z płuc ciężkie powietrze. Złapał się właśnie na obrzydliwej myśli, że… nie chciał, żeby płakała sama. Tylko co, kurwa, miał niby zrobić? Byli najgorszym możliwym materiałem na znajomych, a co dopiero na… cokolwiek więcej. Westchnął i zaciągnął się blantem po raz ostatni - bo przecież wcisnęła mu go z powrotem pomiędzy palce - po czym cisnął niedopałek w trawę i przydeptał go butem, gdy już wstał.

Podszedł do Thalii, po czym bez słowa położył się na trawie obok niej, podparł się na ramieniu i nachylił nad jej twarzą. Jezu, był na nią taki wkurwiony, ale nagle poczuł między nimi pewnego rodzaju... yyy... napięcie... Umm... What? Poczuł zapach jej perfum, czuł gorąco bijące od jej skóry i widział jej trochę rozzłoszczone, a trochę niepewne spojrzenie i zanim zdążył pomyśleć, zanim w jego głowie pojawiła się lampka ostrzegawcza… po prostu ją pocałował. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. Pocałunek był krótki, intensywny i chaotyczny - napędzany jego złością i bezradnością, lololol - bo gdy tylko zorientował się, co właśnie zrobił, zamrugał kilka razy oczami i odsunął się od niej nieznacznie, żeby utkwić w niej swoje błękitne, zdezorientowane spojrzenie. Zmarszczył brwi. - Kurwa, ty serio jesteś popierdolona - mruknął bardziej do siebie niż do niej, mimo że to on teraz odjebał. Ja pierdolę, co to w ogóle było? Chciał ją rozproszyć i odciągnąć jej myśli od płaczu w taki pojebany sposób czy co? What the fuck, Thallman?! Westchnął i zamiast się od niej odsunąć, rozprostował dłoń i splótł swoje palce z jej palcami. Położył się obok niej na trawie i przez dłuższą chwilę nic nie mówił, po prostu wlepiając wzrok w te jebane gwiazdy. Dlaczego każda dziewczyna miała fioła na punkcie wspólnego oglądania gwiazd? Co w tym było takiego wyjątkowego, psia mać?

Odezwał się do Thalii dopiero wtedy, gdy leżąca niedaleko parka wreszcie zebrała swoje rzeczy i poszła w stronę wyjścia. Pewnie poszli się ruchać, bo patrzyli na siebie jak na mięso i chichotali bez przerwy. Pojebusy. - Nie masz, kurwa, pojęcia, przez co przeszedłem i nie wiesz, ile nocy spędziłem, zastanawiając się, co mogłem zrobić inaczej, więc nie waż się, kurwa, wspominać Chrisa i robić z siebie poszkodowanej świętej - powiedział w końcu znacznie ciszej i bardziej... hm, miękko? Złość powoli z niego uchodziła, a na ustach wciąż czuł smak jej warg… LOL… Stracił mózg. Ścisnął mocniej jej dłoń i obrócił głowę w bok, żeby na nią zerknąć. - Poza tym jesteś okropna, ja ci się tu uzewnętrzniam i próbuję się otworzyć, mówię ci, co mnie, kurwa, boli, a ty wyciągasz jakiś syf - dodał z uroczym wyrzutem w głosie, no bo przecież serio się otworzył, a ona odwaliła taki szajs, DO ZORRE. - Poza tym tylko stwierdzam fakty, Rosenhall, taka jest prawda, pamiętają cię w ten sposób i chuj, nic z tym nie zrobię - rzucił na koniec z cichym westchnieniem.

No i właśnie złapał się na bolesnej myśli, że naprawdę wiele by oddał, żeby nie poznali się w takich okolicznościach w jakich się poznali, żeby nie była ex-dziewczyną jego przyjaciela i żeby najlepiej nic go wcześniej z nią nie łączyło, bo… Kurwa jego mać, on chyba właśnie zaczynał ją lubić.

Thalia Rosenhall była jego pierdoloną Julią.

'Cause all of the small things that you do
Are what remind me why I fell for you


𝒻𝒶𝓀𝑒 𝑔𝒾𝓇𝓁𝒻𝓇𝒾𝑒𝓃𝒹
26 y/o
For good luck!
173 cm
part time legal assistant | | part time bartender
Awatar użytkownika
i can get real cold when I need you and you don't show up
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

i can't help but want you
i know that I'd die without you


''Tak, zabiłaś mojego przyjaciela.''

Hah. Słowa faktycznie potrafiły ranić. Zwłaszcza wtedy, gdy wypowiadały je osoby, na których zaczynało ci zależeć, eh? Przez ostatnie osiem lat kierowała się ucieczką i izolacją. Nie zawierała głębszych relacji z nikim, choć w Nowym Orleanie dała się otumanić mężczyźnie, przez którego teraz miała cały ten układ z Thallmanem. Nie umiała w te rzeczy. Wchodziła ze złej relacji w jeszcze gorszą, a teraz chodziła na niby z przyjacielem osoby, która się nad nią znęcała? No brawo, Thalia. GG. Dlaczego wszyscy zapominali o fakcie, że on mógł zabić ją? Przecież leżała w tym pierdolonym szpitalu, dochodząc do siebie. Nie wyszła z niego z kilkoma zadrapaniami i siniakami. Przez osiem jebanych lat nie wsiadała do samochodu, bo bała się, że wróci do tamtej nocy. - Pozwoliłam?! - uniosła głos, zanim spróbowała się opanować i tylko parsknęła śmiechem pod nosem, z czystego niedowierzania. - Albert… ty nic nie wiesz. - Znowu tylko na tyle było ją stać. Nie mogła powiedzieć nic więcej. Nie wtedy, gdy Christopher zajmował w jego sercu wyższy piedestał niż ona. Nie wtedy, gdy lojalność wobec zmarłego przyjaciela była dla niego ważniejsza niż cokolwiek, co ona mogłaby teraz wyznać. Wcisnęła mu tego cholernego blunta między palce, a przez łzy odpowiedziała jeszcze tylko, - już dawno. - Po czym ruszyła kilka metrów dalej, z dala od niego, żeby jakoś się uspokoić.

Leżała tam, wpatrując się w te zasrane gwiazdy, chcąc zrobić z nim coś wyjątkowego, ale teraz to wszystko poszło się już koncertowo jebać. Słysząc kroki zbliżające się w jej kierunku, zerknęła tylko na bok, przyglądając się temu, jak kładł się obok niej. Po części była z tego powodu zadowolona, a z drugiej strony? Była na niego cholernie zła. Spojrzała na niego rozjuszonym, a zarazem wybitym z tropu wzrokiem, przyglądając się jego niebieskim tęczówkom, zanim zauważyła, że się do niej przybliżał. Poczuła dotyk jego ust, ciepło rozchodzące się po jej własnych, ale nie odwzajemniła pocałunku. Chociaż rozgrzał jej ciało i policzki przez ten jeden moment. Przymknęła oczy, pozwalając sobie przez chwilę po prostu napawać się smakiem jego ust i zapachem perfum zmieszanych z ziołem i fajkami, zanim przerwał pocałunek i chwilę później nazwał ją popierdoloną.

Serio?

Próbowała się opanować, bo ten kretyn nic tylko mieszał jej w głowie, robiąc zasrany mętlik. Dosłownie czuła się tak, jakby w jej czaszce biegał biedny benny hill do tej charakterystycznej melodyjki. Jezu, o czym ty myślisz, Thalia? Nazwał cię popierdoloną! Eh, nie miała siły. Musiała ją zebrać, żeby znowu mu odpyskować. Spojrzała na swoją dłoń, która teraz była spleciona z tą jego, a potem zerknęła w górę, na gwiazdy, próbując nabrać wystarczająco many, żeby wygarnąć mu kolejną turę.

To nie było tak, że Thalia chciała sobie poleżeć tak o i powzdychać do świecących gwiazd, bo były takie romantyczne, ojoj, uwu. Nie. Chciała zbliżyć się do Alberta. Zdawała sobie sprawę, że pojechała ostro po bandzie tamtym screenshotem, więc gdy przeczytała o spadających gwiazdach, o deszczu meteorów, przypomniała jej się stara legenda, którą kiedyś usłyszała od jednej ze starszych rdzennych kobiet. Pochodziła z dłuuugiego rodu indigenous ludzi, jednych z pierwszych zamieszkujących kanadyjskie ziemie. Mianowicie, ludzie z jej plemienia wierzyli, że gdy człowiek umiera, jego dusza wznosi się do gwiazd, a każdej nocy wilki, które były kompanami zmarłych, wyły do nieba, bo tak mocno tęskniły za osobami, które kochały.

Wiedziała, że Albert był blisko z Chrisem. W końcu byli przyjaciółmi. Najlepszymi przyjaciółmi. Ale nie znał całej prawdy. Nie wiedział, w jak kpiący sposób Christopher potrafił odzywać się o nim po alkoholu i używkach. O jego rodzinie. O tym, że kiedy jego własna matka kopnie w kalendarz, zostanie uwiązany z gówniarzami i już nigdy nie wyrwie się z Oakville. Jak widać, mylił się. Bo Albert radził sobie świetnie. Przynajmniej w jej mniemaniu. Gdyby tylko wiedział… Gdyby tylko wiedział, że pod tą warstwą kamienia naprawdę kryło się serce. Serce, które z każdą kolejną randką i każdym głupim przekomarzaniem zaczynało bić coraz mocniej właśnie dla niego, choć nie powinno.

Uniosła brew, słuchając go i ścisnęła jego dłoń przez moment, zanim poluzowała uścisk. Poczuła ścisk w gardle i miała wrażenie, że zaraz tam zwymiotuje od samego słuchania. Robiło jej się niedobrze na myśl, że on był taki jak inni. Zresztą, wiedziała przecież, jaki był. A jednak robił się dla niej coraz ważniejszy, więc słysząc te słowa, kurwa, to naprawdę bardzo bolało. Pozwoliła mu powiedzieć wszystko, czego potrzebował. Nie chciała przecież znowu wyjść na okrutnego babsztyla, który nie pozwolił chłopakowi się uzewnętrznić i otworzyć, co nie? Wiedziała, a raczej zdała sobie sprawę w tamtym momencie, że nie zmieni jego zdania o sobie. Że opinia, którą wyrobili o niej jego bliscy, on sam i całe to zasrane Oakville, już tak łatwo nie zniknie. Minęło osiem pierdolonych lat od tamtej nocy, a duch Christophera dalej ją nawiedzał, nie dając jej prawa odetchnąć… ani chociaż przez jeden dzień nie czuć się jak skończona szmata.

i can't help but want oceans to part
'cause I'm overcome in this war of hearts

Podniosła się do siadu, dalej trzymając jego rękę. Tym razem to ona ścisnęła ją mocniej, próbując przeprowadzić z nim cywilizowaną rozmowę, choć całe jej ciało aż rwało się do tego, żeby po prostu krzyczeć. - To powiedz mi, przez co przeszedłeś, Albert - spojrzała na niego z góry. - Nie wiesz, co się wydarzyło tamtej nocy, więc proszę, nie waż się podważać tego, co ja wtedy musiałam znieść. - Odwróciła na moment wzrok, biorąc głębszy oddech. - Co ja musiałam wtedy przeżyć. Co cały czas... dzień w dzień, od ośmiu lat muszę przechodzić. - Puściła jego dłoń, wyswobadzając się z uścisku, po czym przesunęła się tak, by usiąść bokiem za jego głową. - Przysuń się - mruknęła, a gdy położył głowę na jej udach, wsunęła palce w jego włosy, smyrając go po głowie i patrząc na niego z góry. - Przepraszam. Domyślam się, jaką opinię mają o mnie twoi znajomi i rodzina. Myślisz, że dlaczego przeprowadziłam się po wypadku do Nowego Orleanu? Ludzie z Oakville mnie zniszczyli, Thallman. - Westchnęła, przejeżdżając palcami po jego włosach.

Była wredna. Gdyby chciała, może i otworzyłaby się przed nim. Może powiedziałaby mu wszystko. Ale nikt nie wiedział. Przez osiem lat ta tajemnica należała tylko do niej i nikogo więcej. Wypowiedzenie jej teraz na głos, wybicie mu z głowy wyobrażenia, które miał o swoim przyjacielu… kurwa. Zależało jej na nim i nie mogła tego zrobić. Pewnie i tak by jej nie uwierzył. A za miesiąc ich układ oficjalnie miał się zakończyć. - Przykro mi, że straciłeś przyjaciela i że musiałeś tak szybko dorosnąć - dodała ciszej. W liceum już wiedziała, że jego tata zmarł. Później przyszła śmierć jego mamy, o co Rosenhall zbytnio nie mogła pytać.

Może faktycznie siedząc teraz tak pod tym rozgwieżdżonym niebem, w pozycji, która prawie przypominała tę ostateczną scenę z Romea i Julii, zanim Julia przyjęła ostatni cios odbierający jej życie, Thalia zrobiła to samo. Poniekąd godząc się z tym, że ich historia nie będzie miała szczęśliwego zakończenia... że będzie dramatem, w którym uczucia, które nigdy nie miały prawa mieć bytu, narodziły się w osobach z dwóch tak różnych światów, że nie było im dane nic innego, jak we właściwym momencie po prostu pójść własnymi ścieżkami... zanim całkowicie zniszczą się do reszty.

Jeszcze tylko miesiąc.

𝕗𝕒𝕜𝕖 𝕓𝕠𝕪𝕗𝕣𝕚𝕖𝕟𝕕
ODPOWIEDZ

Wróć do „High Park Nature Centre”