31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Słuchał jej, nie próbując nawet udawać, że każde kolejne zdanie wymagało od niego natychmiastowej odpowiedzi. Pozwalał jej mówić, ponieważ dostrzegł już, że Sadie Glass potrafiła wypowiedzieć najwięcej prawdy właśnie wtedy, kiedy była przekonana, że jedynie się broni. Jej gniew miał swoją własną logikę, choć nie była to logika, którą Raphael uznawał za szczególnie użyteczną. Była gwałtowna, emocjonalna, oparta na tym, co czuła w danej chwili, a nie na tym, co z tego uczucia wynikało. Chciała zostać usłyszana — słuchał więc. Nie przerywał, ale nie zamierzał też wchodzić na ten sam poziom zaabsorbowania. Dla niego uczucia były danymi. Istotnymi, czasami nawet bezcennymi, ale wciąż tylko danymi. Nie stanowiły dowodu. Nie były argumentem. Nie zmieniały faktów. Dlatego nie przerywał jej, nawet kiedy jej słowa uderzały w niego bezpośrednio, nawet kiedy próbowała przypisać mu intencje, których nie miał, albo wydobyć z jego milczenia znaczenia wygodne dla własnej obrony.
- Od sprzedawania jesteś ty - odparł jedynie, nie przykładając specjalnej wagi do jej słów. Nie powiedział tego złośliwie. Nie potrzebował. W jego ustach zdanie zabrzmiało niemal jak zwykłe sprostowanie, pozbawione emocjonalnego ciężaru, który ona próbowała mu nadać. To było zresztą charakterystyczne dla Raphaela: im większe napięcie narastało wokół niego, tym bardziej jego głos zdawał się od tego napięcia oddalać. Nie podnosił go. Nie przyspieszał. Nie pozwalał, żeby cudza emocja narzuciła rytm jego własnemu myśleniu.
Obserwował ją, stojąc blisko i pozwalając, by jej twarz zakrzywiała się lekko w górę, kiedy patrzyła ku niemu. Z jasnymi włosami, jasną cerą i drobną, niemal filigranową sylwetką była niczym punkt odniesienia w salonie pełnym tylko ich dwojga. Anomalia jego specjalnie wyselekcjonowanego świata — zbyt jasna, zbyt miękka, zbyt ludzka. Jej rysy miały tę niemal dziewczęcą delikatność, która kontrastowała z intensywnością spojrzenia; coś w jej wyglądzie pozostawało niepokojąco niepasujące do ciężaru rozmowy, którą właśnie prowadzili. W bluzie i skarpetkach, pozornie wyrwana z całkowicie innej rzeczywistości, znajdowała naprzeciw niego i rozprawiała o sprawach, których konsekwencji prawdopodobnie nadal nie potrafiła w pełni objąć. Raphael dostrzegał w tym niemal absurdalną ironię. Wyglądała jak ktoś, kto powinien martwić się o rzeczy banalne, przyziemne, odległe od ludzi takich jak Gospodarz, Konsylium czy ukryte struktury, które zaczynały oplatać ich oboje. A jednak właśnie ona znalazła się pośrodku tego wszystkiego. I być może dlatego jego uwaga zatrzymywała się na niej dłużej, niż zamierzał. Nie przez samą urodę, choć był świadomy każdego szczegółu jej twarzy. Bardziej przez sprzeczność, jaką sobą przedstawiała — kruchą zewnętrznie, a mimo to stojącą w samym centrum świata, który nie wybaczał słabości.
Nie musiał jej okłamywać. Nie musiał mówić jej półprawd. Czemu miałby więc robić to od teraz? Jeżeli zdecydował się odsłonić przed nią list, nie robił tego dlatego, że nagle obdarzył ją zaufaniem. Zaufanie nie pojawiło się magicznie pomiędzy nimi tylko dlatego, że oboje zostali postawieni przez Gospodarza w podobnej sytuacji. Raphael był wręcz bardziej podejrzliwy właśnie dlatego, że ich sytuacje mogły być podobne. Podobieństwo było zbyt wygodne. Mogło być przypadkiem, ale równie dobrze mogło być konstrukcją. A on nie ufał konstrukcjom, których sam nie zaprojektował.
Powinien jednak nauczyć się, że rozumowanie Sadie Glass odbiegało dalece od logicznego. Być może właśnie to było w niej najbardziej frustrujące. Potrafiła być przenikliwa w sprawach, które dotyczyły ludzi, potrafiła wyczuć zmianę tonu, napięcie, ukryty zamiar, a jednocześnie, kiedy sama stawała się przedmiotem czyjejś gry, zaczynała mylić własne emocje z rzeczywistością. Widziała sprzeczność tam, gdzie Raphael widział konsekwencję. Widziała okrucieństwo tam, gdzie on widział konieczność. Widziała chłód tam, gdzie on po prostu nie pozwalał sobie na utratę kontroli.
- Nigdy cię nie okłamałem. - Tym razem jego spojrzenie zatrzymało się na niej odrobinę dłużej. Nie była to ofensywa. Nie było to usprawiedliwienie. Nie próbował zbudować wokół własnej osoby moralnej przewagi, ponieważ doskonale wiedział, że nie miał po co. Było to jedynie stwierdzenie zwykłego, niemal banalnego faktu. Raphael nie twierdził, że mówił jej wszystko. Nie twierdził, że był wobec niej łagodny. Nie twierdził nawet, że zawsze postępował wobec niej sprawiedliwie. Mówił tylko, że jej nie okłamał. A różnica między zatajeniem a kłamstwem była dla niego zasadnicza. Człowiek miał prawo nie mówić wszystkiego. Miał prawo zachować własne informacje. Miał prawo milczeć. Kłamstwo zaczynało się dopiero wtedy, kiedy świadomie podawało się fałsz jako prawdę.
I Raphael nigdy nie potrzebował wobec niej takiej strategii.
Gdy zaczęła mówić, czym Gospodarz różnił się od niego, jego uwaga przystanęła. Nie dlatego, że fascynowały go odmienności w zachowaniu. Nie interesował go psychologiczny pojedynek dwóch mężczyzn widzianych oczami kobiety. Nie obchodziło go, który z nich wydawał jej się bardziej uprzejmy, bardziej ludzki czy bardziej godny zaufania. Interesował go człowiek, którego właśnie sama przywołała.
Gospodarz mówił.
Gospodarz tłumaczył.
Gospodarz odpowiadał.
Gospodarz przyjmował rolę kogoś, kto posiadał wiedzę, której ona nie posiadała, i w ten sposób ustanawiał między nimi relację niemal pedagogiczną. Był jak nauczyciel, który znał rozwiązanie zadania, zanim uczeń zdążył zrozumieć pytanie. Był jak ojciec prowadzący ją za rękę przez korytarz, w którym gasły kolejne światła. Był człowiekiem, który pozwalał jej wierzyć, że prowadził ją dlatego, że chciał ją ochronić.
A przecież prowadzenie i kontrolowanie były w jego świecie dokładnie tym samym.
Raphael odchylił głowę o ledwie zauważalny ułamek. Gospodarz był graczem. Ona była pionkiem. I być może najgorsze było to, że pionek nie musiał wiedzieć, że był pionkiem, żeby poruszać się zgodnie z cudzą wolą.
- Wolisz więc sprzedawane ci kłamstwo? - zapytał w końcu. Nie pytał po to, aby ją wyśmiać. Nie chciał zwyciężyć w tej rozmowie. Zwycięstwo nad Sadie nie miało dla niego żadnej wartości. Chciał jedynie odrzeć obłudę, którą pozwoliła się owinąć. Chciał wyrwać z niej tę wygodną konstrukcję, w której Gospodarz był szczery, bo mówił dużo, a Raphael był kłamcą, bo mówił mało. - Tak zwane gówno w złotym papierku?
Jego spojrzenie pozostało spokojne. Nie dostawała wykładu prawdy i szczerości. Dostawała wykład, który ktoś wybrał dla niej. A to była zasadnicza różnica. Jeżeli Sadie sądziła, że Gospodarz przekładał przed każdą kolejną Prowadzącą te same scenariusze, bez ciemnych zakątków, bez własnych knowań, bez selekcji informacji, była wyjątkowo naiwna. Człowiek nie musiał kłamać, aby manipulować. Wystarczyło, że zdecydował, którą prawdę pokaże, a którą pozostawi poza kadrem.
Dokładnie to samo dostał Raphael w swoim liście. Fragment. Wycinek. Jedną starannie wybraną warstwę rzeczywistości. Nic więcej. A skoro Gospodarz potrafił wybrać informację przeznaczoną dla niego, dlaczego miałby zakładać, że Sadie otrzymała coś innego? Być może jej wiadomość była prawdziwa. Być może nawet każde zdanie w niej było prawdziwe. Nie oznaczało to jednak, że znała całość. Mogła znać prawdę i nadal być oszukana. Mogła dostać odpowiedź i nadal nie znać pytania.
Raphael znał ten mechanizm. Wiedział również, jak łatwo było zmanipulować kogoś podobnego do Sadie Glass. Jej korespondencja z kochankiem mówiła wystarczająco dużo. Nie potrzebował nawet chwili, aby zorientować się, z jakim mężczyzną miał do czynienia. Nie z wielkim manipulatorem. Nie z genialnym strategiem. Z kimś znacznie prostszym: ze skrzywdzonym, chłopięcym ego, które ubrało własne kompleksy w język przewagi. Takim jak u Pierre’a. Człowiekiem, który potrzebował wierzyć, że kontroluje sytuację, ponieważ w przeciwnym razie musiałby przyznać, że od dawna nie kontroluje niczego.
Znał takich ludzi. Byli przewidywalni. Potrafili powiedzieć bardzo dużo, ponieważ sądzili, że ilość informacji oznaczała władzę. Tymczasem czasami największą władzę dawało właśnie to, czego się nie powiedziało. - Założyłaś, że on mówił ci prawdę, bo mówił dużo? - Tym razem w jego głosie pojawiło się chłodne rozbawienie. Nie trwało jednak długo. Uśmiech zniknął niemal natychmiast, pozostawiając po sobie jedynie chłód kalkulacji. - I na koniec cię sprzedał.
To było wszystko. Nie potrzebował rozwijać tego zdania. Fakty robiły to za niego.
Usiadł na wygodnym fotelu stojącym bokiem do stołu — tuż obok wciąż znajdującej się na blacie Prowadzącej. Wykonał ten ruch bez pośpiechu, jak gdyby rozmowa, która jeszcze przed chwilą miała w sobie gwałtowność, została przez niego właśnie sprowadzona do poziomu analizy. Oparł się wygodnie, zsuwając się nieco na siedzisku. Łokcie oparły się na zdobionych ramionach fotela, nogi wyciągnął przed siebie, krzyżując je na wysokości łydek. Nagie nogi Glass znajdowały się w niewielkiej odległości od jego własnych, okrytych miękkim materiałem garnituru. Nie zwrócił na to większej uwagi. Bliskość nie miała dla niego znaczenia, jeśli nie wynikała z decyzji. To, że ich ciała znalazły się w tej samej przestrzeni, było jedynie kolejnym faktem pomieszczenia.
- Zanim zaczęłaś egzaltację, chciałem, abyś przeczytała. - Jego spojrzenie osiadło tylko na moment na czerwonej kopercie, którą Gospodarz zaadresował wyłącznie dla niego. Właśnie ona była sednem całej rozmowy. Nie jej emocje. Nie jego rzekoma niechęć. Nie nawet Gospodarz. List. - Nie ufam ci. Ty nie ufasz mnie. - Ciemne oczy ponownie odnalazły jej spojrzenie. - Doskonale. W takim razie możemy porównać fakty.
Nie powtarzał swojej decyzji o odmowie informacji dotyczącej Konsylium. Słyszała przecież jego słowa. Jeżeli była wystarczająco inteligentna, zrozumiała, że właśnie ta odmowa była najważniejszym elementem jego decyzji. Nie zamierzał tłumaczyć się z niej drugi raz. Nie potrzebował też, aby mu uwierzyła. Jeżeli Gospodarz rzeczywiście prowadził ich osobno, musieli wiedzieć, czym próbował ich rozdzielić. Jeżeli zaś ich wiadomości były elementami jednej konstrukcji, musieli znaleźć punkt, w którym te dwa dokumenty się łączyły. A jeżeli Sadie rzeczywiście była jego informatorką, wówczas również chciał to wiedzieć.
W każdym przypadku wygrywał informację. Nie zamierzał jednak naciskać. Sięgnął po szklankę i powoli przechylił ją ku ustom. Alkohol przepłynął przez jego język, a następnie rozlał się ciepłem po gardle. Raphael patrzył na nią ponad krawędzią szkła, spokojny, niemal cierpliwy. Czekał. Nie na jej zgodę. Na jej decyzję. Bo tym razem naprawdę chciał zobaczyć, co zamierzała zrobić, kiedy nie będzie już mogła powiedzieć, że to on odebrał jej wybór.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Auction Specialist.
Sadie Glass była specjalistką kompleksowej organizacji transferu obiektów kolekcjonerskich w sektorze fine art. Jej zawód wymagał znajomości rynku sztuki, intuicji, umiejętności wyceny, katalogowania, prezentacji, prowadzenia aukcji, negocjowania warunków, budowania relacji z instytucjami, kolekcjonerami i klientami. Ten sam zestaw umiejętności okazał się przydatny w prowadzeniu aukcji, których przedmiotem nie były dobra materialne. Przysługi, informacje, decyzje i wpływy nie różniły się tak drastycznie od sztuk pięknych. Prowadząca identyfikowała wartość oferty, oceniała zainteresowanie poszczególnych nabywców, kreowała atrakcyjność pozycji katalogowych, prowadziła negocjacje, odczytywała intencje uczestników i kontrolowała przebieg transakcji. Środowisko Aukcji, tak samo jak środowisko Heffel, wymagało od blondynki rozumienia dyskrecji, selekcji informacji, budowania napięcia i konkurencji między licytującymi, a także zdolności przedstawienia korzyści niematerialnych jako dźwigni o konkretnej i wymiernej wartości rynkowej.
Tym była jej praca. Do tego ją zrekrutowano, to jej przedstawiono i tym zajmowała się z powodzeniem. Gospodarz, jako osoba wdrażająca Sadie Glass w rolę Prowadzącej, przedstawiał jej wersję zawodowego świata w którym miała obracać.
Świat był niebezpieczny, owszem. Ale Prowadząca nie miała mieć z niebezpieczeństwem żadnej styczności. Jej obowiązki dotyczyły administrowania procesu około sprzedażowego.
Nie miała osobiście podróżować do krajów objętych wojną i strzelać do ludzi.
Nie miała osobiście podróżować do krajów niskorozwiniętych i zakręcać włazów na zbiornikach retencyjnych, żeby ginęły odwodnione dzieci.
Nie miała osobiście podróżować do Genewy i wisieć nad kserokopiarką ze stosem dokumentów, w którym trzeba zmienić precyzyjnie trzy wybrane słowa, aby gospodarka jednego kraju upadła - a innego wzbogaciła się.
To nie były jej sprawy. Ochroniarze, ludzie w świńskich maskach, starożytne języki, pierdolone łamigłówki na papierze, który sama zamawiała z brytyjskiej firmy obdarzonej pieczęcią aprobaty rodziny królewskiej - nie jej sprawy.
Decyzją Gospodarza sprzed szesnastu dni Prowadzącą przesunięto na planszy z zielonej, bujnej łąki zawodowego rozwoju prosto na pole minowe pełne prymitywnych metod walki. Nie miało jej tam być.
Dotychczas nie narzekała na to, że tak się stało, ale list od Gospodarza wyzwolił w niej pierwszy raz od Aukcji emocje tak silne, by dać im upust w towarzystwie Właściciela.
Nie chodziło przy tym o wybór jednej ze stron. Nie chodziło o decyzję, który z nich jest lepszy.
Do tej myśli uśmiechnęła się dość łagodnie jak na ostatnie naście minut w salonie.
W trosce o transparentność procesu muszę zaznaczyć, iż obecnie pałam porównywalną niechęcią do was obu.
Żaden z nich nie był gorszy w finalnym rozrachunku. Obaj znajdowali się obecnie na jej czarnej liście, choć z różnych powodów. Gospodarz dopuścił się zdrady i niedopełnienia złożonej obietnicy, przy czym bezczelnie testował jej lojalność, choć sam ewidentnie potrzebował korepetycji w tym zakresie. Właściciel zaś przejął kontrolę nad życiem Prowadzącej w sposób, w jaki nie zrobił tego wcześniej nikt inny i przybliżał do tych obszarów władzy, których wcale nie miała (i nie chciała) z pozycji Prowadzącej poznawać. Był przy tym nieznośnie irytujący, nieprzyjemny i generalnie odpychający.
Tu realnie nie było szansy na wybór.
Poczekaj — uniosła dłoń niczym białą flagę. Nie zamierzała negować tego, co mówił, przez wzgląd na obecnie negatywne uczucia wobec całego procesu szkarłatnych pudełek. Pozwalała sobie na znacznie więcej, niż kiedykolwiek wcześniej - wywlekając na wierzch sprawy prywatne - jednak nie odbierało jej to zdolności używania mózgu, gdy chodziło o debatę teoretycznych prawd. — Zastanów się, jak to wygląda z mojej perspektywy. Mówisz, że nie kłamiesz. Gospodarz mógł — nie musiał — mówić mi to samo. Neutralność Prowadzącej do tej pory oznaczała limitowany kontakt z rodzinami licytującymi — przypomniała. — Mogę wiedzieć, gdzie lato spędza Barty z rodziną, ale nie mogę weryfikować ani tego co mówi Gospodarz, ani tego, co mówisz ty. Obaj możecie mi sprzedawać gówna w złotych papierkach.
Owszem, podczas pierwszej ekspozycji na świat zewnętrzny względem wewnętrznego świata Aukcji Prowadząca obserwowała, analizowała, słuchała i zbierała dane. Nie miała ich jednak, na tym etapie, wystarczająco by formułować jakiekolwiek definitywne stanowiska co do prawdomówności bądź interesu innych graczy.
Nie założyłam, że Gospodarz mówi prawdę. Tak jak nie zakładam, że ty mówisz. Jednocześnie mogę stwierdzić, że wiem o nim więcej, niż o tobie. Pięć lat i piętnaście dni to skrajnie różne próbki badawcze.
Im bardziej zanurzała się w kwestie politycznego dyskursu Aukcji, tym bardziej jej poirytowanie ustępowało miejsca uczuciu, które cały ten chaos spowodowało.
Sadie Glass mogła być wykończona rolą pionka w cudzej grze, ale wciąż odczuwała głód. Ten sam, ssący od środka, niedający o sobie zapomnieć głód.
Chciała czegoś więcej.
Więcej mogło być niewygodne. Więcej mogło boleć. Więcej mogło rozczarować.
Ale nadawało codzienności wzlotów i upadków, których uzależniona od adrenaliny (nie przyznałaby się) Sadie potrzebowała, by oddychać.
Obróciła się na blacie stołu, by Właściciela widzieć przodem i obserwować z narastającą ciekawością. Nie co do jego wyborów. Nie co do jego zdania o niej samej.
Co do jego sposobu pracy, tak różnego od jej własnego. Podejrzewała, że on nie chciał od niej uczyć się niczego. Może był zbyt pyszny na przyznanie, że z kimś takim jak Sadie Glass funkcjonuje się inaczej by maksymalizować zyski - a Gospodarz kapitalizował na tym od początku. Używał marchewki, nie kija. Do tej pory działało.
Sięgnęła po jego list, egzaltację kwitując wyłącznie przewróceniem oczu. Rozpoznawała ledwo wyczuwalny zapach na kopercie. Wiedziała, kto ją pieczętował. A raczej: co innego pieczętowała osoba pachnąca tak samo. Zatrzymała się jednak przed wysunięciem listu. Oparła obie stopy o tapicerkę fotela, w miejscach wolnych od ciała Właściciela. Dopiero, gdy było jej wygodniej i upiła kolejny łyk alkoholu, rozpoczęła czytanie.
Listy były idealnie lustrzane poza treścią punktów wyboru. Od razu powiodła do nich spojrzeniem. Konsylium.
Jej serce zabiło szybciej. Adrenalina szybko wypłukiwała z krwi resztki zmęczenia, a jasne oczy Prowadzącej rozbłysły.
W rzeczy samej, jego oferta była znacznie ciekawsza od jej własnej. W pakiecie z jego stanowczą reakcją.
Fenomenalnie — odpowiadała na jego doskonale odrobinę sarkastycznie, ale z zaangażowaniem, które okazywała pochylając ku niemu o ledwie kilka centymetrów. — W takim razie możemy porównać fakty — potwierdziła.
Rozumiem, że Gospodarz podejrzewa cię o szczególną fascynację Konsylium. Chciał sprawdzić, czy się do niej przyznasz. Oczywiście - jesteś sobą, więc nie. Dodatkowy miesiąc z Prowadzącą może być dla ciebie zdrowotnie trudny i psychicznie wykańczający, ale przecież nie wykluczyłeś jeszcze wtrącenia mnie do lochu do czasu zwrotu, prawda? Wygrywasz w każdej konfiguracji naszych wyborów — podsumowała. — Ja przegrywam w momencie udzielenia jakiejkolwiek odpowiedzi. Potrzebuję albo informacji, która - ze wszystkimi swoimi wadami - może być materiałem do dalszej pracy, albo szansy, żeby uwolnić się od ciebie w terminie krótszym, niż dłuższym.
Przesunęła wzrokiem po estetycznie urządzonej przestrzeni za Właścicielem. Ze wszystkich historii o złych porwaniach, jakie mogła znać, willa w Paryżu relatywnie nie mieściła się w tej samej kategorii. Jednocześnie życie przy Właścicielu było trudne w ciągłym uzależnieniu od jego decyzji, jego potrzeb i jego zachcianek.
A przecież z każdym dniem coraz mniej potrafiła wyobrazić sobie powrót do domu.

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Jego spojrzenie wbiło się w sufit, gdy pozwalał, aby alkohol przepływał przez jego układ razem ze słowami Prowadzącej. Nie spodziewał się jej sympatii, stąd nie zdziwiło go jej podsumowanie dotyczące własnej niechęci do niego. Właściwie byłoby znacznie bardziej podejrzane, gdyby nagle zaczęła zapewniać go o czymś przeciwnym. Sympatia była w takich okolicznościach walutą, a Raphael nie rozdawał jej za darmo i nie oczekiwał, że inni mieli robić to wobec niego. Nie musiała zresztą wykazywać się pozytywnym nastrojem — jak sama podkreślała, była w pracy. To jedno słowo wystarczało mu bardziej niż wszystkie jej emocjonalne deklaracje. Praca oznaczała rolę, a rola oznaczała możliwość kłamstwa. Jeżeli jednak nie kłamała, jeżeli rzeczywiście wykonywała swoje obowiązki bez osobistego przywiązania do któregokolwiek z uczestników tej gry, wówczas pojawiała się jeszcze jedna interesująca zależność: Gospodarz również nie był jej faworytem. Raphael nie potrzebował jej lubić. Wystarczyło mu, że istniał ktoś trzeci, którego oboje mieli powód podejrzewać. Nie oznaczało to sojuszu. Oznaczało wspólny punkt nacisku. A czasami właśnie to wystarczało, aby dwóch ludzi mogło przez chwilę iść w tym samym kierunku, nie ufając sobie nawzajem ani przez sekundę.
Nie przeszło jego uwadze, że jej stopy oparły się na fotelu, na którym się znajdował. Zauważył to natychmiast, podobnie jak wszystko, co działo się w jego bezpośrednim otoczeniu, ale nie zareagował w żaden sposób. Było mu to obojętne. Nie miał potrzeby ustanawiania granicy tylko dlatego, że znalazła się bliżej, niż przewidywał. Bliskość fizyczna nie była dla niego równoznaczna z bliskością emocjonalną. Można było siedzieć metr od człowieka i nie mieć do niego żadnego dostępu, można było zaś znaleźć się niemal przy nim i wciąż pozostawać całkowicie poza jego światem. Sadie, być może nieświadomie, przekraczała kolejne granice, lecz Raphael nie zamierzał reagować na każdy jej ruch. Nie chciał, aby wiedziała, które zachowania miały dla niego znaczenie. Wiedza o cudzych granicach była przecież kolejnym rodzajem władzy.
- Chcę zobaczyć, co zrobi - odparł spokojnie, nie odrywając wzroku od zdobionego, ukrytego w półcieniach sufitu. Gospodarz. Słowo zawisło w jego umyśle ciężarem, który nie wymagał wypowiedzenia. Valencourt próbował odtworzyć jego sposób działania nie przez to, co zostało napisane w liście, ale przez to, czego w nim zabrakło. Człowiek, który chciał coś osiągnąć, zawsze zostawiał ślady. Czasami były nimi słowa, czasami pieniądze, czasami cudze decyzje. Najciekawsze pozostawały jednak te ślady, których autor nie zamierzał zostawić. Gospodarz podał im informacje, rozdzielił możliwości, wyznaczył ramy czasowe, a następnie pozostawił ich samych z konsekwencjami. To nie przypominało przypadkowego działania. Było eksperymentem. A skoro było eksperymentem, Raphael nie zamierzał przeszkadzać eksperymentatorowi w obserwowaniu własnych wyników. Chciał zobaczyć, co Gospodarz zrobi, kiedy jego plan przestanie przebiegać zgodnie z założeniami. Czy wyśle kolejną wiadomość? Czy zmieni warunki? Czy spróbuje wpłynąć na Glass? Czy spróbuje wpłynąć na niego? Czy może zrobi coś znacznie subtelniejszego i pozostawi ich samych, licząc, że sami wykonają pracę za niego?
Z zewnątrz dotarł odgłos pierwszej burzy. Wytłumiony, odległy, bardziej przypominający drżenie murów niż właściwy grzmot. Raphael przez chwilę pozwolił, by dźwięk przeszedł przez salon. Nie odwrócił głowy. Został z twarzą skierowaną ku sufitowi, jak gdyby odpowiedź znajdowała się właśnie tam, pomiędzy ornamentami i cieniami. Burza pasowała do poranka w sposób niemal przesadnie doskonały. Ciężkie powietrze, pierwsze światło, cisza, która nie była już nocą, ale jeszcze nie stała się dniem. Wszystko zdawało się zawieszone pomiędzy jednym stanem a drugim. Raphael lubił takie momenty. Granice stawały się wtedy mniej oczywiste.
Chcę zdecydować wspólnie.
Odpowiem na pytania zgodnie z wiedzą, jaką posiadam.
Nie będę grać z tobą, tylko razem z tobą.
Jednocześnie mogę stwierdzić, że wiem o nim więcej, niż o tobie.

- Chcę wiedzieć, co wiesz - odezwał się w końcu. Tym razem spojrzał na nią. Nie było w tym spojrzeniu żądania. Nie było również prośby. Była propozycja, choć podana w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości, że było to coś, co powstało w jego umyśle dużo wcześniej. Chciał wiedzieć, co wiedziała o Gospodarzu. Nie to, co sądziła. Nie to, co czuła. Nie to, czy uważała go za dobrego, złego, uczciwego czy podstępnego. Emocje były jej własnością i mogła się nimi posługiwać, jak chciała. Interesowały go fakty. Informacje, które posiadała, a których on nie posiadał. Kontakty. Obserwacje. Wzorce. Wszystko, co mogło pozwolić mu zrekonstruować człowieka ukrytego za tą jedną rolą. - W zamian dostaniesz wolność. - Jego klatka piersiowa uniosła się przy wdechu. - Czy co będziesz chciała.
Nie wypowiedział tych słów jak obietnicy kochanka ani jak deklaracji człowieka próbującego ją przekupić. Raphael nie potrzebował jej wdzięczności. Chciał zawrzeć transakcję możliwie prostą, ponieważ właśnie prostota ograniczała liczbę miejsc, w których można było ukryć pułapkę.
Wolność. To słowo miało dla niej zapewne zupełnie inne znaczenie niż dla niego. Dla Prowadzącej mogła oznaczać wyjście z tego domu, koniec tej relacji, odzyskanie własnych decyzji. Mogła oznaczać cokolwiek. Dlatego nie precyzował. Nie chciał tego robić. Dostanie wolność przed upływem czasu, mimo iż papier mówił inaczej. Wolność od niego. Wolność od układu, który ją tutaj sprowadził. Wolność w wyborze tego, czego chciała. Naprawdę. Nie była to łaska. Nie była to nagroda. Raphael nie uważał, że miał prawo jej ją podarować. Mógł jedynie przestać być kolejnym człowiekiem, który próbował decydować za nią. Jeśli odda mu informacje, których potrzebował, nie będzie żądał w zamian jej posłuszeństwa, wdzięczności ani dalszej obecności. Jeżeli wybierze odejście, pozwoli jej odejść.
I właśnie dlatego jego propozycja była tak niebezpieczna. Bo po raz pierwszy nie próbował jej zatrzymać. Chciał, żeby sama zdecydowała, czy zostanie.
Jego spojrzenie bez wyrazu zatrzymało się na jej oczach. Nie naciskał. Nie tłumaczył się. Nie próbował łagodzić wcześniejszych słów. Po prostu czekał. Wiedział, że mogła mu odmówić. Wiedział również, że jeśli miała się zgodzić, nadal nie będzie jej ufał. Ale zaufanie nie było warunkiem tej umowy. Warunkiem była wzajemność, o której mówiła. Ona miała dać mu to, co wiedziała o Gospodarzu. On miał dać jej coś, czego Gospodarz najwyraźniej nie zamierzał jej dać.
Wybór.
- Czego chcesz, Sadie?

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie odpowiedziała od razu. Przyglądała się Właścicielowi nieodgadnionym wyrazem. Nie była ani widocznie podekscytowana jego propozycją, ani zauważalnie do niej zniechęcona. Nie okazywała rozbawienia, poirytowania ani zmęczenia.
Patrzyła.
Zastanawiała się ile czasu minie, zanim Właściciel poruszy ten temat. Pokazywanie się publicznie z Prowadzącą, świadomość pozostałych graczy, iż to on ją kupił - to miało jakąś wartość, nie należało jej jednak przeceniać. Prowadząca, jako osoba przygotowująca aukcję i prowadząca sprzedaż samej siebie, wiedziała o tym doskonale. Sprzedawany przedmiot mógł mieć kilka progów wartości. Mógł być przyjemny dla oka. Jego posiadanie mogło wpływać na postrzeganie statusu nabywcy. Przyjemne plusy, ale małe plusy. Największą zaletą nabycia Prowadzącej był dostęp do jej mózgu. Odmowa skorzystania z tego bezprecedensowego dostępu byłaby marnotrawstwem. Obserwując jednak upór Właściciela w tym, by nie przyznać przed Gospodarzem do posiadania pytań o Konsylium, Sadie zdobywała kolejny interesujący fakt o sposobie prowadzenia gry Właściciela.
Gdyby pytał Prowadzącą o cokolwiek wcześniej, potencjalnie ujawniłby, co go interesowało. Być może wcale nie zamierzał tego robić, tak jak nie zamierzał wybrać opcji pierwszej ze szkarłatnego listu. Coś jednak sprawiło, że był gotów zaryzykować nie tylko (nawet pozorną) współpracą z Prowadzącą, ale także ujawnieniem pragnienia informacji.
Tych, które posiadała tylko ona.
Obróciła grube szkło w dłoniach i dopiero po minutach ciszy wróciła spojrzeniem do Właściciela. Zsunęła się ze stołu. Pochyliła, by ich twarze zrównały, a dłonią stanowczo, acz nie za mocno chwyciła męski podbródek. Odpowiedź była tylko jedna.
„I wasn’t much of a petty thief. I wanted the whole world or nothing” — wyszeptała.
Z jego dłoni odebrała szkło, które dramatycznie domagało dolewki. Wyprostowała się i odwróciła tyłem, by spokojnie podejść do miejsca, w którym spoczęła butelka. Była drobną kobietą o relatywnie niskim progu wrażliwości na alkohol, a pełna szklanka którą zaoferował jej Właściciel wystarczyła, by ciało zaczęło ulegać pokusie relaksu. Ramiona opadły luźniej przy sylwetce. Mięśnie puściły zatrzymaną weń wściekłość. Mimika stawała bardziej swobodna.
Zdawała sobie sprawę z konsekwencji własnej odpowiedzi. Pozwolenie przeciwnikowi na zrozumienie własnych pragnień, potrzeb i motywacji dawało mu władzę, jakiej sam nie byłby w stanie posiąść. Otwierało drogę do dalszych manipulacji i tortur. Coś nie pozwalało jednak Sadie Glass skłamać. Umniejszyć własnym aspiracjom. Odpowiedzieć ładną i zgrabną formułką o tym, jak źle funkcjonuje jej się w układzie z Valencourtem.
Jeśli była szczera, zupełnie nie o to chodziło. Pod spodem było więcej. Bardziej. I właśnie to odsłaniała przed Właścicielem.
Nie obchodziły jej ani drobne sukcesy, ani niewielkie grzechy. Nie obchodziło jej małe, poprawne życie. Odrzucała nudne wybory. Odrzucała rutynę. Pracę od dziewiątej do siedemnastej. Dni zbudowane wokół odprowadzania dzieci do szkoły, gotowania obiadu i odbierania dzieci ze szkoły. Była przerażona przyziemnymi realiami prostych ludzi.
Takich, jak jej rodzice.
Chciała kompletnej wolności, pełnej intensywności doznań, czerpać życie garściami. Chciała realizować ambicję w sposób bezkompromisowy, albo… Nie żyć wcale. Bo to, co miliony nazywały życiem, dla niej nie było warte oddechu.
Doceniam twoją propozycję — odkręciła butelkę. — Mam co do niej dwa zastrzeżenia. Po pierwsze, wolność w sensie wyjścia ewakuacyjnego z tego bagna nie do końca jest tym, czego szukam. Po drugie, wolność której mogłabym szukać kiedyś nie jest czymś, o czym decydujesz ty.
Uzupełniła pierwszą szklankę.
Wolność. W kontekście rozmowy mogła oznaczać wiele, ale żaden z obrazów przed oczami Prowadzącej nie był całym światem, a właśnie tego pragnęła. Nie ucieczki jako takiej.
Prowadząca pragnęła szansy. Możliwości. Dostępu. Uczestnictwa. Jeśli te wymagały wyrzeczeń, ciężkiej pracy - mogła to udźwignąć. Musiała w tym jednak widzieć c e l. Drogę, która kończyła czymś, co uzasadniałoby prowadzące po niej decyzje.
Nie chciała ani wolności od Właściciela, ani wolności od Gospodarza, w rozumieniu rezygnacji z sytuacji w jakiej się znalazła.
Ona chciała w tej sytuacji zostać. Na swoich warunkach. Chwyciła obie szklanki w dłonie i odwróciła się, lecz pozwoliła sobie pozostać przy barku jeszcze przez chwilę.
Na pewno rozumiesz mój predykament. Jeśli powiem ci wszystko, Gospodarz będzie miał powód, żeby mnie zabić - ty zaś nie będziesz miał powodu, aby trzymać mnie przy życiu — ruszyła w jego stronę. — To byłoby niefortunne, bo planowałam w 2030 odwiedzić Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny. Bilety są bezzwrotne — uśmiechnęła się lekko. Postawiła obie szklanki na stole, a sobie odsunęła krzesło na wprost Właściciela. Usiadła przy nim tak, jak wymagały tego negocjacje.
Wyprostowana, w pozycji tożsamej z rolą Prowadzącej, choć wydawała się w niej wyjątkowo rozluźniona. Jakby zbroja noszona przez ostatnie pięć lat stała dla niej ubraniem najbardziej wygodnym. Bardziej znoszonym, niż te jasne dresy i bardziej przystosowanym do swobodnych ruchów blondynki.
Nie mogła dać mu wszystkiego, nie chciała też nagrody o pełnej wartości. Nie chciała rezygnacji z pełnienia funkcji przed czasem wyznaczonym przez Gospodarza. Po pierwsze traktowałaby to jak swoją własną porażkę, a porażek nie wybaczała. Po drugie nieodwracalnie zrujnowałoby to jej reputację kobiety, która może załatwić w s z y s t k o.
Jeśli odpowiednio się postara. Musiała się zatem postarać także dla siebie.
Być może sensowną drogą naprzód dla nas obojga byłoby zmniejszenie progu — zaproponowała. — Odpowiem na część pytań, a ty zwrócisz mi część wolności.
Dłonią przeczesała włosy, a jej wzrok spoczął na błysku w deszczu za oknem.
Oczyszczenie atmosfery było pierwszym skojarzeniem. Słońce po burzy - drugim.
Co powiesz na to: odpowiedź na jedno pytanie za zgodę na jeden zaproponowany przeze mnie parametr współpracy?
Mamy Aukcję w domu.

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Wiedział, jaką wolność mógł jej zapewnić. Wiedział, do czego był zdolny. I rozróżniał definicje wolności. Patrząc na Glass, nie oferował jej abstrakcji, o której ludzie lubili mówić wtedy, kiedy nie musieli za nią płacić, lecz rzeczywistą — taką, która miała adres, dokumenty, pieniądze i plan awaryjny. Jeśli chciała, mógł zapewnić jej wolność od niego. Mógł zakończyć własną ingerencję w jej życie, wycofać się, pozwolić jej odejść bez pościgu i bez kolejnych warunków. Mógł również zrobić coś znacznie trudniejszego: wyprowadzić ją poza układ, który przez ostatnie lata zdążył ją opleść tak szczelnie, że sama przestała odróżniać własne decyzje od decyzji podejmowanych za nią. Mógł sprawić, aby zniknęła. Nie w teatralnym znaczeniu tego słowa, nie jak ktoś, kto uciekał nocą z walizką i liczył na to, że świat miał zapomnieć jego nazwisko, lecz naprawdę — zmienić jej dokumenty, zabezpieczyć środki, znaleźć miejsce, w którym nie sięgałyby jej żadne z istniejących zależności, odciąć ślady prowadzące do niej tak dokładnie, by nawet człowiek dysponujący pieniędzmi, kontaktami i cierpliwością miał przed sobą jedynie pustkę. Gospodarz mógłby jej szukać. Mógłby wysyłać ludzi. Mógłby sprawdzać granice, konta, nazwiska, dawne adresy. Ale Raphael potrafił zbudować świat, w którym nie znalazłby niczego. Wiedział, jak to zrobić. Wiedział również, ile kosztowałoby to pieniędzy, czasu i wpływów. I nie był to dla niego koszt nieosiągalny.
A jednak nie tego pragnęła. Nie tego chciała. To właśnie było w niej najbardziej osobliwe. Mogła przecież przyjąć jego propozycję w najbardziej oczywisty sposób. Mogła powiedzieć, że chce odejść. Mogła zażądać wolności i zapomnienia. Mogła wykorzystać jego ofertę dokładnie tak, jak wykorzystałaby ją osoba rozsądna, która znalazła się w sytuacji podobnej do jej własnej. Tymczasem jej spojrzenie, jej zachowanie, nawet sposób, w jaki dotknęła jego twarzy, mówiły mu coś zupełnie innego. Nie chciała zniknięcia. Nie, gdy zasmakowała świata, który dla wielu był nierealny. Nie, gdy rozumiała jego potencjał. Nie, gdy widziała, co można było uczynić i jak prezentowała się p r a w d z i w a rzeczywistość. Chciała pozostać. Wybierała, by pozostać.
Gdy złapała go za podbródek, gdy wyszeptała swoje słowa, gdy zabrała mu szklankę, na jego własnych ustach pojawił się uśmiech, który doskonale znała. Cichy, nieprzesadny, pozbawiony jakiejkolwiek potrzeby udowadniania czegokolwiek. Chłodny, a równocześnie przepełniający całą mimikę symetrią jego twarzy, nadający jego rysom coś niemal niepokojąco łagodnego. Wysokie kości policzkowe, smukła linia szczęki, ciemne oczy pozostające przez cały czas skupione na niej — wszystko to sprawiało, że nawet najdrobniejsza zmiana jego ust nie mogła pozostać niezauważona. Nie był to uśmiech człowieka rozbawionego. Nie było w nim kpiny ani pobłażania. Był czymś znacznie bardziej charakterystycznym dla Raphaela — sygnałem wyraźniejszym od gestów, ponieważ pojawiał się tylko wtedy, gdy rzeczywistość zaczynała układać się dokładnie tak, jak przewidywał. Sygnałem wyraźnego w nim zadowolenia.
Nie z tego, że zabrała mu szklankę. Nie nawet z tego, że znalazła się tak blisko. Zadowolenie wynikało z czegoś znacznie bardziej istotnego: wreszcie przestała mówić jak ktoś, kto próbuje wyrwać się z narzuconej jej roli, a zaczęła negocjować jak ktoś, kto zrozumiał zasady gry. Raphael znał tę różnicę. Sam żył nią od lat. W jego oczach pojawiło się wobec niej coś jeszcze. Nie czułość. Nie triumf. R o z p o z n a n i e. Jakby nagle dostrzegł w niej nie Prowadzącą, nie pionek Gospodarza, nie kobietę uwikłaną w cudzą grę, lecz kogoś, kto pod pewnym względem myślał dokładnie tak jak on. Kogoś, kto również nie zamierzał zadowolić się tym, co zostało jej zaoferowane. I właśnie ta świadomość sprawiła, że jego uśmiech pogłębił się ledwie dostrzegalnie. Nie musiał niczego więcej mówić. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby zrozumiała, że tym razem jej odpowiedź go nie rozczarowała. Przeciwnie — wreszcie go zainteresowała.
Nie zamierzała walczyć o ochłapy. On również nie. I właśnie pod tym względem nie różnili się wcale. Raphael przez całe życie nauczył się pogardy dla ludzi, którzy otrzymując możliwość sięgnięcia po całość, zadowalali się fragmentem. Była w tym jakaś osobliwa forma woluntarnego niewolnictwa — człowiek sam ograniczał swoje pragnienia, ponieważ łatwiej było mu uwierzyć, że więcej nie potrzebował, niż przyznać, że bał się sięgnąć po więcej. Nie był w stanie pojąć takiego mechanizmu. Nigdy go nie rozumiał i nie zamierzał go rozumieć. Jeżeli istniała możliwość zdobycia całego świata, nie widział powodu, dla którego miałby zadowolić się jego częścią. Jeżeli istniała możliwość poznania prawdy, nie chciał wersji wygodnej. Jeżeli istniała możliwość wpływania na wydarzenia, nie zamierzał pozostawać ich biernym obserwatorem.
I Sadie, ku jego zaintrygowaniu, właśnie to zaczynała mu pokazywać. Nie chciała wolności, która oznaczałaby wycofanie się z gry. Chciała wolności, która pozwoliłaby jej grać na własnych zasadach. To była zasadnicza różnica.
Odprowadzając ją spojrzeniem, patrzył na drobną sylwetkę Prowadzącej w bladym świetle poranka. Ciemne światło wydobywało z niej coś niemal nierealnego. Jasne włosy, jasna skóra, drobna figura, która jeszcze niedawno ginęła pod ciężarem sukni, teraz pozostawiona w prostocie ubrania, które zupełnie nie pasowało do ciężaru rozmowy. Nagie nogi kontrastowały z sytuacją, w jakiej przyszło im się znaleźć. Białe skarpetki niczym szkolny mundurek antytezowały realia. Raphael śledził wzrokiem jej ruch przez salon, ale nie pozwalał, by obserwacja stała się czymś więcej niż kolejnym sposobem odczytywania człowieka. Zwracał uwagę na tempo kroków, sposób, w jaki podeszła do barku, jak przystanęła, jak nalewała im alkoholu, jak pociągnęła krzesło, zanim usiadła naprzeciwko. Wszystko było informacją. Nawet pozornie nieistotny ruch mógł kiedyś okazać się elementem większego obrazu.
Obrazu kobiety, która po raz pierwszy wzbudziła w nim coś więcej aniżeli obojętność.
Usiadła. Naprzeciwko niego. A więc nie odchodziła. Raphael nie skomentował tego. Nie było potrzeby. Zauważył, że jego buty sięgały wsporników jej fotela, jednak trwał nieruchomo. Jej propozycja pojawiła się chwilę później, a on słuchał jej bez zmiany wyrazu twarzy, chociaż oczy wciąż mówiły. Niemal doceniały. Wszak zainteresowała go czymś, co było równocześnie przewidywalne, a równocześnie odmienne — w charakterze osobowości, jaki przed nim do tej pory prezentowała wręcz anomaliczne.
W pierwszej chwili przeanalizował konstrukcję niemal mechanicznie. Nie proponowała mu pełnej wymiany. Nie oddawała wszystkich informacji. Chciała dawkować je tak samo, jak on dawkował własne. Jedno pytanie. Jeden parametr. Jedna odpowiedź. Jeden krok. Każde z nich miało własne cele, własne sekrety i własny interes. Ale mogli zbudować coś znacznie trwalszego niż zaufanie: mechanizm wzajemnej korzyści, w którym żadna ze stron nie musiała wierzyć drugiej, aby opłacało się jej dotrzymywać umowy.
Nie odrywał wzroku, gdy ona przeniosła na chwilę uwagę na zaczynającą się za oknem burzę. Pierwszy grzmot przetoczył się gdzieś daleko nad miastem. Raphael patrzył na jej profil i pomyślał, że właśnie tego potrzebował. Do tego dążył. Do wyzwolenia w niej dźwigni. Nie poprzez zaufanie, a zależność, którą można było kontrolować. Wszak była ona dla Raphaela znacznie cenniejsza od jakiejkolwiek obietnicy lojalności. Bo w lojalności nie było nic. W zależności było wszystko.
- Zgoda - odparł w końcu, opuszczając dłoń, którą do tej pory podpierał twarz. Przez krótką chwilę pozostawał jeszcze nieruchomy, jakby pozwalał, aby podjęta decyzja osiągnęła w jego umyśle ostateczny kształt, po czym poprawił się na fotelu. Pochylił się w przód, skracając dzielącą ich przestrzeń, i bez pytania sięgnął dłonią do nogi jej krzesła. Palce zacisnęły się na drewnie, a następnie jednym zdecydowanym ruchem przysunął mebel ku sobie. Nie było w tym gwałtowności, raczej precyzja człowieka, który nie lubił pozostawiać rzeczy przypadkowi. Nagle znaleźli się znacznie bliżej, niż przed chwilą, a Raphael mógł dokładniej przyjrzeć się jej twarzy, wychwycić najmniejsze drgnięcie spojrzenia, zmianę oddechu czy napięcie pojawiające się wokół ust.
Na jego wargach ponownie pojawił się ten sam uśmiech. Nieprzyjemnie spokojny. Jego ciemne oczy przesunęły się po jej twarzy, zatrzymując na moment na wargach, zanim wróciły do jej spojrzenia. Nie potrzebował podnosić głosu, żeby nadać swoim słowom ciężar. Wręcz przeciwnie — im ciszej mówił, tym wyraźniej brzmiała zawarta w nich pewność. - Spróbuj tylko skłamać. - Zawiesił głos na krótką chwilę, pozostawiając jej czas na zrozumienie, że nie była to groźba rzucona pod wpływem emocji. Był to warunek umowy. Raphael nie zamierzał karać jej za to, że czegoś nie wiedziała, czegoś nie pamiętała albo czegoś nie chciała powiedzieć. Kłamstwo było jednak czymś zupełnie innym. Niszczyło podstawę ich układu.
Jego uśmiech pozostał na ustach. - Kara będzie wymierna.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Niczego nie mogła być pewna.
Ani tego, że Właściciel przyjmie jej propozycję - ani tego, że propozycja pozwoli jej przeżyć, gdyby Gospodarz dowiedział się o współpracy kupującego i pozycji dwudziestej pierwszej. Nie mogła sobie przy tym pozwolić na impas braku decyzji; na ignorowanie tego, że gra nie zatrzymywała się, a jej odmówienie wykonania ruchu miało tylko jeden skutek. Wszystkie pozostałe pionki ruszały się naprzód, a ona zostawała daleko w tyle. Do tego nie mogła dopuścić. Ryzykowała utratą wszystkiego i zwycięstwem wszystkiego. Nie wiedziała tylko jeszcze, czy w interesie Raphaela Valencourta było pierwsze, czy drugie. Proces wymagał cierpliwości, a Sadie Glass potrafiła się do cierpliwości zmusić. Nie przychodziło jej to tak łatwo, jak Właścicielowi - który wciąż wydawał jej pozbawiony jakiegokolwiek ludzkiego odruchu czy pragnienia - lecz opanowała umiejętność wystarczająco na potrzeby roli Prowadzącej. Reszta była prywatnym dyskomfortem, z którym musiała sobie poradzić.
Jej wzrok spoczął na męskim ramieniu sięgającym ku podstawie krzesła. Nie oderwała go nawet na chwilę, gdy stanowczo przysuwał w swoją stronę.
Ich decyzje przypominały taniec - jeden z tych, który widziała jako nastolatka w programie telewizyjnym. Nie znała jego nazwy. Pamiętała, że siedziała po turecku na wzorzystym dywanie zahipnotyzowana choreografią. Kiedy on robił krok w jej stronę, ona uciekała. Kiedy ona robiła krok w jego, on uciekał. Zbliżali się i oddalali. Kiedy myślała, że dystans stał zbyt duży i nieodwracalny - para odnajdywała wspólny rytm i łączyła w czymś znacznie bardziej wiążącym od pocałunku. Kiedy zaś wydawało się, że nie ma między nimi ani milimetra przestrzeni - któryś z tancerzy gwałtownie wycofywał się. Było w tym spektaklu coś uzależniającego. Coś fascynującego, intrygującego.
Zaczynała dostrzegać to pomiędzy sobą a Właścicielem. Raz on był wyżej. Raz ona. Raz ona była niżej. Raz on. Raz on odchodził, a ona przychodziła. Raz on przychodził, a ona odchodziła. Nie potrafiła jeszcze ustalić, czy jego wyraźnie pobudzone czymś nowym, świeżym i ż y w y m spojrzenie było dla niej dobrym znakiem, czy złym. Analizowała jego uśmiech ostrożnie; tak, jak podeszłaby w laboratorium do pracy z materiałem wybuchowym. Być może lepiej było być przez niego nie zauważonym, niedocenionym, pominiętym.
Być może nie. Glass nie zamierzała tego sprawdzać. Nigdy nie była stworzona do roli drugoplanowej.
Ostrożnie, Valencourt — mruknęła. — Jak będziesz się tyle uśmiechał, to ci tak zostanie i szlag trafi twój wizerunek.
Samo kłamstwo nie wymagało dodatkowego wyjaśniania po stronie Prowadzącej. Zasada obowiązywała również w dogmacie Gospodarza. Mogła w swojej roli nie udzielić licytującym informacji, nigdy jednak nie podawała fałszywej. Byłoby to zbyt nieeleganckie, zbyt niewspółmierne randze, jaką miała piastować. Właściciel zadeklarował się już w tym zakresie, co przyjęła, choć z dodatkowym pytaniem. Przyglądała mu się z naturalną ciekawością kogoś, kto nie próbuje wygrać dla zwycięstwa, a grać dla gry.
Powiedziałeś, że nigdy mnie nie okłamałeś. Wczoraj ustaliłeś ze mną jednak, że razem okłamiemy wszystkich — wypunktowała niemalże leniwie. Tym był pokaz w Luwrze: kłamstwem. Nie miało znaczenia, że nie padły słowa wielkiej deklaracji. Teatrzyk zaplanowano starannie; tak, by kłamstwo zakomunikować gestem, pieszczotą, spojrzeniem, tonem głosu. — Gdzie przebiega granica? — spytała. — Dlaczego nie okłamujesz mnie, a jednocześnie zaangażowałeś mnie w kłamstwo?
W przeciwieństwie do Właściciela, Sadie nie odgrażała się; nie snuła wizji kary, ani zemsty. Nie potrzebowała tego. Nie zależało jej na szarpaniu się o dobro i zło, o rację i przewagę - jedynie na tym, by odpowiednio zrozumieć swoje położenie w negocjacji. Nie zaowalowała tego w banalną narrację o uczciwości. Nie łagodziła historyjką. Stawiała swoje pytanie tak wprost, jak się dało i pozwalała mu do tego ustosunkować tak, jak sam uważał za stosowne.
Od tego miał zależeć poziom komfortu, z jakim mogła przystąpić do dalszego etapu współpracy. Przewidywała przynajmniej kilka rund i nie wymagały z jej strony żadnego przygotowania. Nie szukała ani sposobów na to, jak nic nie powiedzieć, ani sposobów na to, by domagać się od niego rzeczy niemożliwych. Układ miał być prosty i funkcjonalny dla obu stron. Co było dla niej najważniejszym: miał się sprawdzić w teście czasu.
Parametr pierwszy — zaczęła. Słowa nie były naładowane emocjonalnie; były informacją odartą z prywatnych wycieczek. W negocjacjach nie było na nie miejsca. — Role Reclassification. Zmiana charakteru naszej współpracy z Właściciela i Własności na Pracodawcę i Pracownika. Pozostajesz hierarchicznie wyżej jako przełożony, a ja wykonuję twoje polecenia i jestem odpowiedzialna za rezultaty - natomiast nie świadczę bezwarunkowej służby. W nowym paradygmacie obowiązuje klauzula DBAA — zatrzymała się na dłużej przy jego spojrzeniu. — Don't be an asshole. Podstawowym standardem zarządzania moimi zadaniami będzie komunikacja na poziomie człowiek-człowiek, w przeciwieństwie do człowiek-przedmiot.
Pierwszy parametr opowiadał o tym kim mieli dla siebie być do czasu zakończenia transakcji - w drugim lub trzecim miesiącu, zależnie od decyzji szkarłatnych pudełek. Był to krok w stronę wolności najbardziej podstawowej - prawa do zachowania swojego człowieczeństwa przy jednoczesnej akceptacji dla istniejącej hierarchii. Sadie Glass negocjowała warunki zatrudnienia. Wdrożenie nowej struktury organizacyjnej. Nie chodziło o lepsze traktowanie. Chodziło o ustanowienie zasad wspólnego funkcjonowania takich, które ich oboje doprowadzą do najlepszych wyników.
Oparła się wygodniej o fotel, złączonym kolanom pozwoliła osiąść w bezruchu między wyciągniętymi do przodu nogami Raphaela Valencourta.
Jeśli chciał odpowiedzi - już nie Właściciela.
Zadaj swoje pytanie.
Jej głos był cichy, lecz zapraszający. W swoim spokoju nie ukrywała delikatnego zadowolenia z ich tańca. Ruch do przodu, ruch do tyłu, dwa ruchy w bok. Z każdą minutą była w to coraz bardziej wpatrzona. W ciemne oczy człowieka, w których pierwszy raz rozpoznawała coś zupełnie nowego.
Coś, w czym mogłaby się zgubić.

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Znał hierarchię Planu. Znał także struktury budujące jego świat, choć przez lata uczono go, że samo słowo struktura powinno wystarczyć, aby człowiek umilkł, pochylił głowę i przyjął własne miejsce bez zadawania pytań. Nie chodziło jednak o świat, który przedstawiano dzieciom podczas rodzinnych uroczystości, o świat zbudowany na szacunku wobec starszych, na kulcie nazwisk, tradycji i przekazywanej z pokolenia na pokolenie mądrości, w której wiek miał być dowodem wartości. Raphael dawno przestał w to wierzyć. Widział zbyt wiele. Zbyt wiele kobiet składanych w ofierze interesom ludzi, którzy nazywali je koniecznością. Zbyt wielu mężczyzn łamanych po to, aby sprawdzić granice ich posłuszeństwa. Zbyt wielu starców, których siwe włosy nie czyniły ani odrobinę mniej okrutnymi od młodych, ponieważ doświadczenie samo w sobie nigdy nie było równoznaczne z rozumem. Wiek nie gwarantował autorytetu. Nazwisko również nie. Bogactwo nie świadczyło o inteligencji, a pozycja społeczna nie była dowodem moralności. Głupców produkowano wszak na potęgę, a ci prowadzili chów wsobny, mieszając się ze sobą przez dekady, dziedzicząc nie tylko majątki i tytuły, ale również własną krótkowzroczność, pychę oraz przekonanie, że skoro ich przodkowie byli potężni, oni sami również muszą być wybitni. Widział, jak kolejne pokolenia uczyły się tych samych gestów, powtarzały te same frazesy i podejmowały te same decyzje, coraz bardziej oddalone od rzeczywistości ludzi, nad którymi sprawowały władzę. Byli przekonani, że stali wysoko, ponieważ nikt nigdy nie odważył się powiedzieć im, że ich korona była jedynie ozdobą na głowie człowieka, który nie potrafił samodzielnie przejść przez własny korytarz. Owce jednak łatwo było prowadzić. To właśnie stanowiło ich największą słabość. Nie musiały być głupie w sensie absolutnym. Wystarczyło, że były przestraszone. Strach odbierał zdolność widzenia dalej niż kilka kroków przed sobą. Strach sprawiał, że człowiek przestawał pytać, kto stworzył płot, i zaczynał jedynie szukać miejsca, przez które mógłby uciec. Raphael widział to wielokrotnie. Kiedy tłum wpadał w panikę, ludzie przestawali być wspólnotą. Stawali się stadem. Tratowali własne jagnięta, odpychali tych, którzy byli słabsi, porzucali rodziny, przyjaciół, zasady, wszystko, co jeszcze chwilę wcześniej uznawali za święte, byle tylko znaleźć się kilka kroków dalej od zagrożenia. Nie oglądali się za siebie. Nie zamierzali. Pragnęli tylko jednego i zawsze mieli tego łaknąć — przeżycia, obojętnie jakim kosztem. Własnych rodzin. Własnego dziedzictwa. Własnej wolności. Własnej godności. Wszystko można było poświęcić, jeżeli cena za ocalenie była wystarczająco wysoka. I właśnie dlatego biegli dokładnie tam, gdzie ich prowadzono. Ku paszczom wilków, które chwytały je za kark i wpędzały głębiej w las, podczas gdy one wciąż były przekonane, że uciekają. I Raphael rozumiał tę konstrukcję od dawna. Być może dlatego tak bardzo nienawidził i kochał słowo bezpieczeństwo. Było wszak jednym z najskuteczniejszych narzędzi kontroli, jakie znał. Człowiek, któremu obiecano bezpieczeństwo, bardzo szybko zaczynał płacić za nie wszystkim innym.
Wiedział, że ci, którzy znajdowali się na wyżynach świata, przeszli wszelkie próby, jakie uznali za konieczne. To oni wskazywali, kto miał zostać wciągnięty w machinę i szkolony, aby stać się częścią Procesu. Nie musieli osobiście brudzić rąk. Nie musieli pojawiać się w pomieszczeniach, gdzie wykonywano ich rozkazy. Nie potrzebowali nawet wiedzieć, jak wyglądała twarz człowieka, którego decyzja miała złamać. Ich siła polegała właśnie na dystansie. Na tym, że mogli siedzieć przy długim stole, przesuwać palcem po dokumentach i decydować o czyimś losie tak, jak człowiek decydował o przesunięciu pionka na szachownicy. Nie mieli sobie równych w pociąganiu za sznurki. To oni dyktowali, co miało się wydarzyć, kiedy miało się wydarzyć i kto miał zostać wykorzystany do osiągnięcia celu. To oni odpowiadali za doprowadzenie głupich owiec na skraj przepaści, a później patrzyli, jak tłum sam wykonywał ostatni krok. Raphael wiedział to nie dlatego, że ktoś kiedyś usiadł z nim i wyłożył mu teorię Planu w spokojny, uporządkowany sposób. Wiedział, ponieważ jako dziecko został zmuszony do poznania jej najbrutalniejszej strony. To psy — mówili mu, kiedy patrzył, jak umierali. Kiedy widział ból, przemoc i upokorzenie ludzi, których kazano mu uważać za gorszych. Kiedy był zmuszany do uczestniczenia w rzeczach, których znaczenia wtedy nie rozumiał, a które później wracały do niego nocami, pozbawione chronologii, pozbawione nawet twarzy. Ty jesteś wilkiem. A wilk nie miesza się z kundlami. Powtarzali to tak długo, aż słowa zaczęły zastępować rzeczywistość. A potem wymagali od niego, aby sam zaczął patrzeć na innych jak na zwierzęta. Była to najstarsza sztuczka: najpierw odebrać człowiekowi człowieczeństwo, a następnie przekonać go, że zadawanie mu bólu było jedynie tresurą. Raphael pamiętał, że płakał. Pamiętał, że krzyczał. Pamiętał własne dłonie, które drżały tak mocno, że nie potrafił utrzymać tego, co mu podawano. Pamiętał głosy. Pamiętał zapach pomieszczeń. Pamiętał światło. Nie pamiętał natomiast towarzyszących temu emocji. Wspomnienia pozostały, ale uczucia zostały jakby wypalone, pozostawiając po sobie puste miejsca. Niczym słowa zapisane w języku, którego człowiek już nie rozumiał. Wiedział, że cierpiał, lecz nie potrafił już odtworzyć, jak dokładnie smakowało tamto cierpienie. Z czasem nauczył się odsuwać własny umysł coraz dalej. Najpierw wprowadzono go w nałogi, później sam zaczął po nie sięgać, ponieważ odkrył, że istniały rzeczy, które potrafiły na kilka godzin uciszyć głosy przeszłości. Alkohol, substancje, adrenalina, wszystko, co pozwalało mu przesunąć świadomość o kilka kroków dalej od siebie samego. W końcu przestał nawet pytać, gdzie kończyła się ucieczka, a zaczynało uzależnienie. Smak i zapach krwi otumaniał każdego wilka. Budził w nim coś, przed czym nie był w stanie uciec. Wtedy jeszcze nie rozumiał, że być może właśnie tego od niego chcieli: nie stworzyć człowieka odpornego na przemoc, lecz człowieka, który przestawał odróżniać odporność od zobojętnienia.
Dlatego teraz, siedząc naprzeciwko Sadie, Raphael nie traktował jej pytania jak oskarżenia. Było zbyt proste, aby mogło go zranić, a jednocześnie zbyt trafne, aby je zignorował.
Powiedziałeś, że nigdy mnie nie okłamałeś. Ustaliłeś ze mną... że razem okłamiemy wszystkich. Dlaczego nie okłamujesz mnie, a jednocześnie...
Słuchał jej, patrząc na nią spokojnie. W pytaniu dostrzegał coś więcej niż zarzut. Próbowała znaleźć granicę pomiędzy prawdą, którą dawał jej on, a kłamstwem, którego wymagała od nich sytuacja. Problem polegał na tym, że dla Raphaela granica ta nigdy nie przebiegała tam, gdzie przebiegała dla niej. Można było powiedzieć prawdę jednej osobie i jednocześnie skłamać całemu światu. Można było ukrywać informacje bez wypowiadania ani jednego fałszywego słowa. Można było zbudować kłamstwo z samych prawdziwych elementów, wystarczyło tylko odpowiednio je poukładać. Gospodarz doskonale to rozumiał. Konsylium również. Cały Plan opierał się na tej zasadzie. Raphael nauczył się jej dawno temu, choć cena za tę naukę była większa, niż ktokolwiek powinien płacić. Dlatego nie widział sprzeczności w tym, że mówił jej prawdę i jednocześnie razem z nią zamierzał oszukać innych. To nie ona miała być ofiarą tego kłamstwa. Miała być jego współautorką. I właśnie to stanowiło różnicę. Powoli podniósł szklankę do ust, nie spuszczając z niej wzroku. Przez jego twarz przemknęło coś, co mogło być cieniem uśmiechu, lecz zniknęło niemal natychmiast. Nie zamierzał udzielać jej wykładu. Nie potrzebowała wykładu. Potrzebowała odpowiedzi.
- A dlaczego nie?
Zdanie zakończyło się, podczas gdy szum wiatru i uderzających kropel deszczu jedynie się wzmocnił. Jego spojrzenie nie odsunęło się od niej, wciąż lustrując. Wciąż badając. A równocześnie... Równocześnie pozwalając sobie na pewną okrutną swobodę. Bo w jego świecie prawda nie była przeciwieństwem kłamstwa. Była narzędziem. A Raphael od dawna przestał przejmować się tym, kto uważał, że narzędzi nie powinno się używać.
Słuchał jej słów z uwagą, której z zewnątrz można było niemal nie zauważyć, ponieważ nic w jego twarzy nie zdradzało wysiłku, jaki wkładał w ich rozbieranie na części, nic poza tym jednym, nieznacznym zwężeniem oczu, które pojawiało się u niego zawsze wtedy, gdy rozmówca przestawał być przewidywalny. Nie interesowało go samo brzmienie deklaracji. Interesowała go konstrukcja. Sposób, w jaki próbowała przedefiniować stosunek sił bez jednoczesnego podważania jego pozycji. To właśnie było w niej interesujące: nie żądała równości, bo wiedziała, że jej nie otrzyma; nie próbowała również udawać, że nagle przestał być człowiekiem posiadającym przewagę, środki i możliwość podejmowania decyzji, które wpływały na jej sytuację. Zamiast tego próbowała nadać tej przewadze nazwę, zakres i granice. Umieścić ją w ramach, które mogłyby być negocjowane. Raphael znał takie mechanizmy. W jego świecie całe imperia działały właśnie w ten sposób: najpierw ustanawiało się hierarchię, potem tworzono regulamin, który miał sprawiać wrażenie, że hierarchia była jedynie procedurą. Później procedura zaczynała być traktowana jak prawo natury. Spojrzał na nią jeszcze przez chwilę, jakby chciał sprawdzić, czy naprawdę wierzyła w to, co właśnie powiedziała, czy też tylko testowała jego reakcję. Najbardziej interesowało go jednak coś innego. DBAA. Uśmiech nie pojawił się na jego ustach, lecz gdzieś głębiej, w tej części umysłu, która reagowała na dobrze skonstruowaną zagrywkę niemal jak szachista na ruch, którego nie przewidział, ale którego natychmiast zaczynał rozumieć. Nie dlatego, że był szczególnie zabawny. Był użyteczny. Prosty. Wręcz prymitywnie prosty w świecie, w którym ludzie potrafili budować całe systemy przemocy, żeby uniknąć konieczności wypowiedzenia jednego zdania: nie zachowuj się jak drań. Raphael zastanawiał się przez moment, ile traktatów, umów, przysiąg i tajnych porozumień można by zastąpić taką właśnie klauzulą, gdyby ludzie rzeczywiście rozumieli jej znaczenie. Prawdopodobnie niewiele. Człowiek bowiem znacznie łatwiej godził się na dziesięć stron prawniczego bełkotu niż na przyznanie, że druga osoba ma prawo oczekiwać od niego zwykłego ludzkiego traktowania.
- Mam zapisywać? - spytał nie ze złośliwości, lecz z malującym się w kąciku warg uśmiechem. Pytanie pojawiło się niemal automatycznie, kiedy jego umysł poruszał się w tej szczególnej sferze, którą uważał za najbardziej pobudzającą: tam, gdzie rozmowa przestawała być rozmową, a zaczynała przypominać konstrukcję możliwą do rozłożenia, zapisania i wykorzystania później. Lubił warunki. Lubił protokoły. Lubił moment, w którym coś płynnego i nieuchwytnego zostawało zamienione w strukturę, ponieważ struktura dawała się kontrolować. Słowa Prowadzącej były jeszcze chaotycznym zbiorem deklaracji, ale pod nimi dostrzegał już coś więcej: próbę ustanowienia nowego protokołu ich relacji. Nie odrzucał jej. Jeszcze nie. Przeciwnie, chciał zobaczyć, jak daleko zamierzała go poprowadzić. Dlatego, kiedy powiedziała mu, żeby zadał swoje pytanie, nie poruszył się. Nie odpowiedział. Nie zrobił nawet tego drobnego gestu, którego mogła się spodziewać po kimś, kto właśnie otrzymał zaproszenie do kontynuowania negocjacji. Pozostał nieruchomy, jakby jej słowa wcale nie dotarły do niego w tej formie, w jakiej zostały wypowiedziane. Oparł się wygodniej na krześle i pozwolił ciału opaść niżej, bez pośpiechu, bez demonstracyjnej niedbałości, a dwa nagie damskie kolana znalazły się w przestrzeni pomiędzy jego nogami, tak blisko, że sama fizyczna bliskość stawała się kolejnym elementem rozmowy, choć Raphael nie zamierzał jej komentować. Nie potrzebował tego. Wystarczyło mu, że widział jej twarz. Widział zmianę. Minimalną, lecz rzeczywistą.
Przez chwilę obserwował ją tak, jak obserwowałby człowieka stojącego naprzeciwko drzwi, których nie był pewien, czy powinien otworzyć. Było w niej oczekiwanie, a jej propozycja nie była jedynie propozycją. Była próbą sprawdzenia, czy rzeczywiście zamierzał respektować zasady, które sama przed chwilą ustanowiła. Paradoksalnie więc najłatwiejszym sposobem na udowodnienie, że pozostawał człowiekiem, a nie Właścicielem, byłoby natychmiastowe zastosowanie się do jej żądania. Raphael nie zrobił tego. Nie dlatego, że chciał ją upokorzyć. Potrzebował spokoju i większej jasności oraz skupienia. Nie spał prawie dwadzieścia cztery godziny
Zamiast odpowiedzi odezwał się spokojnie:
- Powinniśmy odpocząć.
Nie było w tym pytaniu. Nie było negocjacji. Było stwierdzenie, niemal chłodna konkluzja, której sens dopiero po chwili mógł do niej dotrzeć. Raphael spojrzał na zegar. Dziewiąta. Dokładnie dziewiąta. Ta banalna godzina nagle wydała mu się niemal absurdalna wobec ciężaru rozmowy, którą prowadzili. Jakby cały świat nadal funkcjonował według swoich zwyczajnych reguł, jakby ludzie właśnie jedli śniadanie, odbierali telefony, otwierali biura, całowali dzieci na dzień dobry, podczas gdy tutaj, w zamkniętej przestrzeni, próbowano właśnie ustalić nowe zasady relacji pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy jeszcze niedawno nie powinni byli ufać sobie nawet na tyle, by siedzieć obok siebie. Nie Właściciel i Własność. Nie Prześladowca i Prowadzona. Nie nawet przełożony i podwładna w banalnym znaczeniu tych słów. Coś bardziej skomplikowanego. Układ, w którym każde z nich posiadało własny interes, własne granice i własną możliwość odmowy, a jednocześnie oboje byli świadomi, że pozostanie poza tym układem mogło kosztować ich znacznie więcej niż pozostanie w nim.
Raphael spojrzał na nią jeszcze raz i pomyślał, że być może właśnie to była najuczciwsza forma współpracy, na jaką mogli sobie pozwolić. Nie zaufanie. Nie posłuszeństwo. Nawet nie szacunek. Świadomość ceny. A zegar, jakby dla podkreślenia tej myśli, wybijał nadal dziewiątą.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Selektywna moralność była grzechem, który z każdą Aukcją oddalał Sadie Glass od świetlistych bram Nieba. Łatwo było uzasadnić przed sobą pracę dla czegoś, co najprościej mogłaby wytłumaczyć porównaniem do konglomeratu rodzin mafijnych w filmie akcji. Przecież tak długo, jak krew nie spływała po jej własnych dłoniach, mogła udawać niewinną. Osobę postronną, która może i wiedziała co się dzieje, lecz nie była za te zdarzenia moralnie odpowiedzialna. Tłumaczyła to sobie na różne sposoby. Raz tym, że przecież gdyby nie ona, wybranoby inną Prowadzącą - zaś licytujący mężczyźni pozostaliby tacy sami i tak samo płacili za dostęp do tego, co powinno być zakazane. Innym razem myślała o tym, że ona swoich możliwości nie wykorzystywała do spraw złych. Bogactwo, którego dorobiła się pracując dla Gospodarza, znacznie przewyższało jej własne potrzeby i umożliwiało dzielenie się z innymi. Jej rodzice nie musieli już spłacać haraczu w banku, bo spłaciła ich hipotekę. Pies koleżanki odbył kosztowną operację wstawienia sztucznego biodra. Lokalna biblioteka została wzbogacona o dziesiątki egzemplarzy albumów, które małej Sadie w małej Elorze otworzyły oczy na świat głębszy i piękniejszy od rzeczywistego. Można to było nazwać redystrybucją przywileju lub kojeniem własnego sumienia - pragmatyzm kazał jednak dostrzegać pozytywne skutki pracy Sadie Glass równolegle do negatywnych.
Prawdomówność była istotnym elementem tego dylematu. Sadie nie mogła powiedzieć nikomu o tym, w czym brała udział - nie mogła powiedzieć nawet, że istniały rzeczy o których nie pisano nawet w kartach największych teorii spiskowych. Kłamała. Kłamała o wyjazdach na konferencje, kłamała o pochodzeniu pieniędzy, kłamała o stanie globalnej polityki ilekroć tematy pojawiły w rozmowach. Kłamała tak długo, aż w kłamstwo uwierzyła i przestała je rozpatrywać tymi kategoriami. Podwójne życie przestało być kłamstwem, zaś przyjęło formę prawdy, która nie rani. Prawdy, która została stworzona po to, by nikomu nie zrujnować ani życia, ani świata, ani serca. To brzmiało całkiem dobrze.
A jednak wciągniętą swoją ciekawością w rozterkę prawdomówności Właściciela, swoje uchybienia odkładała na bok. Na bezpieczne miejsce, o którego istnieniu wiedzieli oboje - a po które nie należało teraz sięgać.
Nie pytałam dlaczego nie — poprawiła. — Pytałam dlaczego tak.
Sedno jej dociekania nie leżało w ustaleniu, iż Właściciel mógł robić to, co chciał. Mógł. Mógł to też tłumaczyć wszelkimi sposobami. Sadie szukała natomiast czegoś innego. Czegoś, co pozwoliło mu zdecydować, aby fałszem nie karmić właśnie Prowadzącej - podczas kiedy nie miał żadnego oporu przed okłamywaniem ludzi świata elit i własnej rodziny w sprawie natury ich relacji.
Właśnie to było w tym kłamstwie najzabawniejsze dla Prowadzącej. To, jak łatwo wszyscy kupili wersję, w której on potrafił z nią wytrzymać, a ona chciała zamążpójścia. Jakby całkiem zapominano o tym, że młodych kawalerów z apetytem na Prowadzącą było więcej, niż jeden.
Miała nadal w kłamstwie uczestniczyć. Tak długo, jak było mu potrzebne żywe. Jej zaś była potrzebna szansa zrozumienia procesu decyzyjnego.
Nie ma takiej potrzeby — skwitowała pozwalając sobie na lekkie rozbawienie. Nie wiedziała kiedy ostatnim razem Właściciel pisał cokolwiek osobiście. Czy od tego też miał ludzi? Czy własnych nadgarstków używał wyłącznie do parafki w dolnym prawym rogu strony? — Wierzę, że wszystko zapamiętasz.
Ona pamiętała, i nie miała nic przeciwko przypominaniu ustaleń gdy Właściciel zechce udawać przy niej sklerotyka.
Początek nie należał do ekstremalnych. Miała na imię Sadie i nie była rzeczą. Miał się do niej zwracać normalnie - bez słodzenia, bez bycia palantem. Nie była pewna, czy potrafił - ale była pewna, że mógłby się nauczyć. Był już dużym chłopcem. Nie wymagała od niego wiele.
W kontekście wymiany za informację o Gospodarzu, wymagała wręcz absurdalnie mało.
Nie zamierzała migać się od realizacji umowy. Czekała na pytanie gotowa odpowiedzieć na nie z uczciwością, na którą się umówili. Gdy jednak nie nadeszło, nie pomyślała o tym nic konkretnego. Realne negocjacje nierzadko trwały dłużej, niż kwadrans. Etykieta pozwalała obu stronom proponować przerwy i z nich korzystać. Prowadząca miała pozostać przy Valencourcie na minimum dwa miesiące - nie spieszyło jej się nigdzie.
Dominowało w niej to samo zmartwienie, które odnotowała w sobie kilka godzin wcześniej w samochodzie. Rodzaj konsternacji stanem mężczyzny i pierwiastek współczucia, których nigdy nie miała wypowiedzieć.
Nie jestem zmęczony.
Powinniśmy.

Mówił jak człowiek, który samego siebie i wszystkiego co ludzkie wyrzekł tak dawno, że nie pamiętał już jak to jest.
Skinęła głową.
Wypity alkohol podpowiadał swobodę, która idealnie współgrała z naturalnie figlarnym sposobem bycia Sadie Glass. Pochyliła się nieznacznie, a dwoma poziomo ułożonymi dłońmi zasłoniła oczy Właściciela. Jej palce prawie stykały się ze sobą, gdy utrzymywała tę absurdalną pozycję przez długie sekundy.
Dopiero wtedy cofnęła jedną z dłoni, by powitać jego spojrzenie szerokim uśmiechem. Tak, jak gdyby miał być już perfekcyjnie wypoczęty.
Już? — zaśmiała się cicho, lecz ustąpiła i uwolniła z ciemnego więzienia także drugie oko. Wyprostowała się. — Tata tak mnie usypiał, gdy byłam dzieckiem.
Nie było w tym geście niczego, co mogłoby kojarzyć się z negocjacją, ich relacją, bądź wyzwaniem Gospodarza. Krótki gest, drobny żart. Walka z nudą.
Nie ruszyła się na krześle. Jeśli chciał wstać, musiał sam wyswobodzić się z zamieszania kończyn, do którego doprowadził wcześniejszym ruchem kontroli. Sadie nie wybierała się do łóżka. Jeszcze nie.
Zostanę. Jestem prawie wystarczająco nietrzeźwa, żeby czytać Foucaulta w oryginale — jej wzrok osiadł na grzbiecie starego domu w przestrzeni za plecami Właściciela. Intuicja podpowiadała jej pierwsze wydanie i okazję nie do zmarnowania. — Dobranoc.

Koniec <33

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”