Teddy była
dobra.
Miała dobre serce.
Carver wiedziała to już od pierwszego poznania, gdy zostały sobie przedstawione w remizie. Hart ducha i ogromna potrzeba pomocy innym — to zdecydowanie ją charakteryzowało. Zawsze wyrywała się pierwsza do każdej akcji, chciała być w ruchu, pomagać, być przydatna. Zależało jej na ludziach i to była piękna cecha, jednak potrafią też być kurewsko zgubna. Szczególnie w ich zawodzie.
Szczególnie, gdy serce wmawiało głowie, że jedynym scenariuszem, jaki mógł się stać było
powodzenie akcji. Miłe, szczególnie dla głowy, ale przecież kurewsko nieskuteczne potem dla kręgosłupa moralnego.
Nie skomentowała już słów, które w jej kierunku posłała Teddy o tym, że
dotrzyma słowa. Uważała to za szczyt głupoty i naiwności, ale skoro to miało pomóc Darling, żeby lepiej wykonać swoją pracę, so be it. Z pewnością mogło się jej to przydać, biorąc pod uwagę, jak opłakany stan budynku zastali na trzecim piętrze. Ogień chociaż rozprzestrzeniał się wolniej, gaszony przez ich kolegów za oknem, dym i skrzypiący pod nogami oraz nad głowami gruz jasno dawały im do zrozumienia, że czasu mieli coraz mniej.
A może nawet i wcale, bo kiedy tylko Donovan złapał chłopaka na ręce, kolejne okno strzeliło z impetem. Carver automatycznie odwróciła głowę, przyjmując kilka odłamków szkła na własny mundur. Do ciała nawet się nie dostały. Nie zmieniało to jednak faktu, że robiło się mocno niebezpiecznie. Serce łomotało jej w sercu, adrenalina działała na pełnej, a głowa… podpowiadała, że powinni już stąd iść.
Jett zresztą też. W tej kwestii byli akurat jednogłośni. Szkoda tylko, że Darling postanowiła się postawić. Jej młoda, uparta na ratowanie głowa nie potrafiła w ogóle przyjąć do wiadomości, że budynek, w którym się znajdowali, lada moment mógł się zawalić. Ogień przejął już tak dużą część ścian, ze konstrukcja naprawdę zaczynała pozostawiać wiele do życzenia.
Mimowolnie zrobiła krok do przodu, gdy Teddy zaczęła szarpać się Donowanowi, jednak przekonana, że ten sobie poradzi, rozejrzała się jeszcze po mieszkaniu. Drzwi do salonu były przymknięte i po części zajęte ogniem, ale przy odpowiednim pchnięciu dałoby się je otworzyć i wbiec do środka. Z zamyślenia wyrwał ją jednak głos Darling. Od razu odwróciła głowę w jej stronę, łapiąc zielone spojrzenie nawet pomimo dymu i hełmu na głowie.
—
Nie dyskutuj — warknęła ostro i praktycznie z automatu. Sytuacja, w której Jeff zamiast wyprowadzać dziecko musiał trzymać drugie takie tylko o wiele większe drugą dłonią w ogóle nie powinna mieć miejsca. I Bunny jasno dała to do zrozumienia Teddy w swoim spojrzeniu, równie ognistym, co to jej. —
Dobrze wiesz, że w pierwszej kolejności… —
liczy się nasze bezpieczeństwo. To chciała powiedzieć, ale nawet kurwa nie zdążyła, bo Teddy już wyrwała się Jettowi. —
Darling! — podniosła głos równo z momencie, gdy coś huknęło kilka metrów dalej, a dziecko, które strażak miał na rękach zaniosło się jeszcze głośniejszym płaczem. —
Weź go już. Idź! — tym razem swój krzyk skierowała do Donovana. Mieli dzieciaka. Trzeba go było jak najszybciej sprowadzić na dół i przekazać medykom, a nie kłócić się o niesubordynacje młodszej koleżanki ze służby. Jett spojrzał na nią niepewnie, ale zaraz odwrócił się i ruszył. Carver też chciała, ale kiedy tylko wyjrzała przez ramię, zobaczyła, jak Teddy już z impetem kopie w drzwi do salonu.
—
Darling! — znowu się wydarła i od razu ruszyła w jej kierunku. Pokój, w którym się znalazły był prawie cały zajęty ogniem. Kanapa pośrodku smażyła się na ich oczach, a w rogu pomieszczenia, gdzieś za kwiatkiem szlochała kobieta. Ledwo widoczna przez cały ten ogień.
—
BŁAGAM POMOCY! — tylko tyle zdążyła krzyknąć, nim strop znowu nie zaczął się sypać nad ich głowami. Nie miały jak się tam dostać, nie podpalając się. Może i uniformy jakie miały na sobie opóźniają przenikanie ciepła i płomieni, ale po przekroczeniu czasu odporności termicznej gorąco zaczynało przenikać do wnętrza. Musiałyby wezwać wsparcie albo zacząć to gasić, a na to nie było już czasu. Szczególnie, że dźwięki, jakie wydawała konstrukcja robiły się coraz głośniejsze. Budynek się sypał. I to w zdecydowanie zbyt
szybkim tempie.
—
Teddy, kurwa! — tym razem użyła jej imienia, od razu łapiąc ją za ramię i ciągnąć do wyjścia. I wtedy sufit w miejscu, w którym klęczała kobieta osunął się w dół. Bunny jednym ruchem i z całej siły szarpnęła ją do siebie, zapewne ratując przed przygnieceniem. Obie poleciały na plecy, chociaż to Carver stała się poduszką amortyzującą ten upadek. Ogień buchnął obrzydliwym gorącem, a gruz unoszący się w powietrzu już kompletnie zniwelował widoczność. Bunny jak w jakimś amoku jednak znalazła w sobie pokłady sił, żeby zerwać się na równe nogi i szarpnąć za sobą Teddy. Wkładała w to całą siłę, jaką tylko miała. Mięśnie piekły ją niemiłosiernie, a płuca paliły żywym ogniem. Prawie spadły ze schodów, na które również sypał się gruz. A potem prosto do wyjścia, czując na plecach oddech
kostuchy, która postanowiła zebrać kolenie żniwa.
teddy darling