40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Spokojny, poczciwy opiekun zwierząt, który znacznie lepiej rozumie mowę zwierząt niż ludzi. Po godzinach piecze chleb, robi dżemy, rozmawia z roślinami i stara się nie zabić kolejnej paprotki.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez kilka dłuższych sekund nie potrafił znaleźć odpowiedzi, która nie zabrzmiałaby co najmniej trochę głupio. Wpatrywał się w ekran tabletu, potem w Bruna, potem znowu w ekran. W pewnym momencie nawet przekrzywił głowę, jakby zmiana kąta patrzenia mogła naprawić problem z dokumentacją. Nie naprawiła. Tapir nadal stał spokojnie na swoim wybiegu, a w systemie nadal nie istniał. — No... tak. — odezwał się w końcu, przeciągając słowo z miną człowieka, który właśnie przypomniał sobie coś niezbyt wygodnego. — Właściwie to nie ma Bruna. — zrobił krótką pauzę i zaraz dodał, jakby uznał, że potrzebne jest wyjaśnienie, zanim Aurora zacznie podejrzewać u niego poważniejsze problemy: — W systemie. Nie tutaj. Tutaj jest. — wskazał głową w stronę tapira. Brzmiało to absurdalnie, ale dla niego było całkiem logiczne. Chyba nie powinienem teraz tłumaczyć, że zwierzę jest tutaj, więc istnieje. To raczej oczywiste. Odetchnął i potarł dłonią kark. — Bruno to moje imię. Znaczy... jego. Wymyśliłem mu je. — skrzywił się lekko. — Jemu. Nie sobie. — zorientował się, że zaczyna brzmieć jeszcze gorzej, więc machnął ręką, odpuszczając sobie dalsze tłumaczenie. — Po prostu kiedyś zacząłem tak na niego mówić. Potem inni opiekunowie też. I jakoś zostało. — wzruszył ramionami. — Teraz chyba większość ludzi tutaj mówi na niego Bruno. — to była jedna z tych rzeczy, które wydarzyły się zupełnie samoistnie. Paddy nigdy nie usiadł z nikim przy stole i nie ogłosił, że od dzisiaj tapir otrzymuje nowe imię. Nie było żadnego głosowania ani uroczystego przekazania dokumentów. Pewnego dnia powiedział „Bruno”, ktoś inny powtórzył „Bruno”, potem kolejny pracownik i następny. Po paru miesiącach nazwa tak mocno przykleiła się do zwierzęcia, że prawie nikt już nie używał oficjalnego oznaczenia w zwykłej rozmowie. Dla Paddiego było to równie naturalne jak imiona jego własnych roślin stojących w mieszkaniu. Człowiek przyzwyczajał się do pewnych rzeczy i później nawet nie pamiętał, kiedy właściwie się zaczęły.
Tak że jeśli go nie ma po imieniu, to trzeba szukać po numerze albo oficjalnym oznaczeniu. — dodał, zerkając ponownie na tablet. — Tego nie pamiętam tak dobrze. Bruno jest prostszy. — na chwilę zapadła cisza. Paddy przesunął wzrok na tapira i jego twarz niemal od razu spoważniała. Cała ta drobna komedia z dokumentacją przestała mieć znaczenie w chwili, gdy Bruno ruszył przed siebie. Bear obserwował jego ruch z uwagą, która pojawiała się u niego zawsze, kiedy chodziło o zwierzęta. Nie potrzebował wiele. Kilka kroków wystarczyło. Tapir szedł spokojnie, bez gwałtowności, ale kiedy przeniósł ciężar ciała na tylną część, lewa tylna noga na moment została odciążona. Prawie nic. Ułamek sekundy. Dla przypadkowego obserwatora pewnie niezauważalne. Paddy jednak od razu to wychwycił. — Widzisz? — powiedział ciszej. Nie czekał nawet na odpowiedź. — Znowu.
Przesunął się bliżej ogrodzenia, ale tym razem nie zrobił kolejnego kroku. Pamiętał, co Aurora powiedziała mu wcześniej. Co prawda nie miał pewności, czy powinien być z tego dumny, ale najwyraźniej zaczynał się uczyć. Pytać przed działaniem. Dziwne uczucie. Jeszcze godzinę temu pewnie już byłby przy Brunie, próbując zorientować się, co się dzieje. Teraz stał i czekał. No dobrze. Skoro pani kierownik chce mieć kontrolę, może sobie mieć. Byle tylko Bruno na tym nie ucierpiał. Spojrzał na tapira jeszcze raz. — To nie jest cały czas. — wyjaśnił. — Właśnie dlatego może być trudno to zauważyć. Przy normalnym chodzeniu wygląda prawie dobrze. Dopiero jak idzie trochę szybciej albo mocniej przenosi ciężar, robi ten ruch. — Paddy przesunął dłonią po ogrodzeniu, jakby bezwiednie sprawdzał jego fakturę. — Rano zobaczyłem to pierwszy raz. Później znowu. I jeszcze raz, kiedy przeszedł z tamtej strony wybiegu. — wskazał brodą dalszą część terenu. — Na początku pomyślałem, że może źle stanął. Zdarza się. Ale potem zacząłem go obserwować i powtarzało się częściej. Zamilkł na moment. W jego głowie odtwarzały się kolejne drobne sceny z całego poranka. Nie potrzebował żadnego raportu, żeby je sobie przypomnieć. Pamiętał, gdzie Bruno stał, jak się obrócił, jak przeszedł kilka metrów i kiedy pierwszy raz zauważył coś niepokojącego. To były rzeczy, które dla innych mogłyby zniknąć w zwyczajności dnia. Dla Paddiego składały się w jeden obraz. — Nie chcę od razu zakładać, że coś poważnego mu jest. — powiedział po chwili. — Może coś sobie zrobił. Może źle stanął. Może coś go uwiera. Ale jeżeli zachowuje się inaczej niż zwykle, wolę sprawdzić. Tym razem nie było w jego głosie ani cienia żartu.
Podszedł do furtki. Zatrzymał się przy niej i przez chwilę spojrzał na Aurorę. Dostał pozwolenie. Wszedł więc na wybieg. Ostrożnie zamknął za sobą furtkę i od razu sprawdził ją ręką, bardziej z zawodowego odruchu niż z rzeczywistej potrzeby. Dopiero wtedy ruszył. Nie prosto na Bruna. Lekko bokiem, spokojnie, zostawiając mu przestrzeń. Nie chciał, żeby zwierzę poczuło się osaczone. Tapir uniósł łeb i spojrzał w jego stronę. Paddy zatrzymał się. — Cześć, stary. — powiedział cicho. — Coś ty dzisiaj taki dziwny? Bruno nie odpowiedział, rzecz jasna. Paddy nie oczekiwał odpowiedzi. Zwierzę zrobiło natomiast kilka kroków. Bear poczekał. Dopiero kiedy tapir sam skrócił dystans, Paddy wyciągnął rękę, pozwalając mu najpierw ją obwąchać. Bruno zrobił to bez większego zainteresowania, po czym przesunął się jeszcze trochę. — No dobrze. — mruknął Paddy. — Czyli mnie jeszcze lubisz. To już połowa sukcesu. — kącik jego ust drgnął. Przez chwilę wszystko wyglądało zupełnie normalnie. Bruno stał spokojnie, a Paddy przesunął się o krok w bok, chcąc zobaczyć go z innej strony. Nie dotykał go jeszcze. Najpierw chciał obserwować. Zwierzę ruszyło. Jeden krok. Drugi. Trzeci. Paddy od razu dostrzegł to samo odciążenie lewej tylnej nogi. Tym razem był bliżej. Mógł obserwować ruch znacznie dokładniej. Jego spojrzenie przesunęło się po nodze, potem po stawie, dalej w stronę kopyta. Nie zauważył niczego oczywistego. Żadnej rany, krwi, opuchlizny. To wcale go nie uspokoiło. Czasem rzeczy, których nie było widać na pierwszy rzut oka, były właśnie tymi, które wymagały większej uwagi. Paddy przykucnął. Bruno spojrzał na niego i przez moment zastanawiał się chyba, czy człowiek przed nim zamierza zrobić coś interesującego. Bear wyciągnął dłoń, ale nie próbował od razu dotknąć nogi. Przesunął ją tylko wzdłuż boku zwierzęcia, obserwując reakcję. Bruno pozostał spokojny. — Dobrze. Spokojnie. — powiedział półgłosem. — Nie będziemy robić głupot. Przynajmniej ja nie będę. Przez moment zerknął przez ramię na Aurorę. Nie uśmiechał się już, ale w jego spojrzeniu pojawiło się coś łagodniejszego. Dobrze było mieć obok kogoś, kto mógł podjąć decyzję, kiedy jego obserwacje przestaną wystarczać. Nawet jeśli tą osobą była właśnie Aurora Swan, która jeszcze niedawno groziła mu dwustoma dolarami za zabrudzenie dywanu i kazała mu biegać po kawę. Życie jest naprawdę dziwne. Paddy wrócił wzrokiem do Bruna. Tapir ruszył dalej, a Bear podążył za nim kilka kroków, tym razem uważnie obserwując sposób stawiania nóg. Znowu. Ta sama lewa tylna. Paddy zatrzymał się i wypuścił powoli powietrze nosem.
No właśnie. — mruknął. — Nie podoba mi się to. — zrobił jeszcze jeden krok, ale nie próbował zatrzymywać zwierzęcia. Bruno sam przystanął przy jednym z elementów wybiegu. Paddy spojrzał na niego, potem na ziemię. Przykucnął i przesunął palcami po podłożu. Nic. Podniósł wzrok. — Nie widzę niczego, o co mógłby się tutaj zahaczyć. — powiedział bardziej do Aurory niż do siebie. — Ale chciałbym sprawdzić go jeszcze w ruchu. Nie tylko tutaj. — Wstał i otrzepał dłonie o spodnie. Zrobił dwa kroki, zatrzymał się i poczekał, aż Bruno sam ruszy. Nie poganiał go. Nie cmokał, nie przywoływał. Po prostu szedł w jego tempie. Po chwili tapir znowu wykonał ten charakterystyczny ruch. Paddy zmrużył oczy. — Dobra. To już trzeci raz. Obrócił głowę w stronę Aurory. — I za każdym razem ta sama noga. — Przez chwilę wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale ostatecznie zrezygnował. Zamiast tego podszedł odrobinę bliżej Bruna. Tapir nie odsunął się. Bear ostrożnie przesunął dłonią po jego boku, schodząc niżej, ale zatrzymał się, zanim dotarł do tylnej nogi. Nie chciał wymuszać badania.
Nie będę go teraz męczył. — powiedział spokojnie. — Jeżeli coś go boli, i tak nam tego nie powie. A jak zaczniemy za bardzo kombinować, może przestać zachowywać się normalnie. Spojrzał na Aurorę. — Najpierw obserwacja. Potem weterynarz. Tak będzie najbezpieczniej. Przez chwilę jeszcze patrzył na Bruna, po czym westchnął cicho. — A swoją drogą... — dodał z lekkim rozbawieniem. — jeżeli naprawdę nie ma go w dokumentacji, to chyba będziemy musieli go oficjalnie przedstawić. Zerknął na tapira. — Bruno, to jest pani kierownik. Pani kierownik, to jest Bruno. Kącik jego ust uniósł się lekko. — Chociaż formalnie powinienem chyba użyć jego numeru. Pokręcił głową. — Ale nie jestem pewien, czy on sam się na niego zgodzi. I dopiero po tym żartobliwym komentarzu jego twarz znowu spoważniała. Tapir zrobił kolejny krok. Lewa tylna noga znów została na moment odciążona. Paddy od razu to zobaczył. Tym razem jednak nie ruszył za nim. Zatrzymał się i spojrzał na Aurorę, pamiętając dokładnie, że nie miał działać na własną rękę. — Czy Pani kierownik chce, żebym sprawdził go jeszcze kawałek dalej, czy od razu zgłaszamy weterynarzowi? — zapytał. Po krótkiej chwili dodał ciszej: — Bo coś jest nie tak. Nie wiem jeszcze co, ale jestem tego prawie pewien.

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

Nic nie mówiła. Patrzyła najpierw na Paddiego, później na Bruna, aż w końcu znowu na tablet. Informacja o imieniu tapira była niby drobiazgiem, ale właśnie takie drobiazgi potrafiły doprowadzić ją do szału. Przesunęła palcem po ekranie, odnalazła prawdopodobny numer zwierzęcia - 4423 - i otworzyła jego kartę. Dopisała w opisie, że zwierzę jest przez pracowników nazywane Brunem. Przynajmniej tyle mogła zrobić od ręki.
- Czy ty sobie zdajesz sprawę, co właśnie mi powiedziałeś? - odezwała się w końcu, nadal patrząc w tablet.
- Od lat wszyscy wołają na niego Bruno, a ty nawet nie sprawdziłeś, czy to imię znajduje się w dokumentacji. Potem przychodzisz do mnie z tekstem, że zwierzę nie istnieje.
Dopiero wtedy podniosła wzrok. Wkurzona była na niego, ale też i na siebie, bo w systemie był błąd, który powinna wychwycić.

- Padington, to nie jest prywatna hodowla na twoim podwórku. Mamy spis zwierząt, numery identyfikacyjne, historię leczenia i ludzi, którzy muszą wiedzieć, o którym zwierzęciu mówimy. Jeśli weterynarz zapyta mnie o 4423, nie mam zamiaru odpowiadać mu „Bruno, ten od Paddiego”. Rozumiesz?
Ton miała spokojny, ale po jej twarzy było widać, że naprawdę ją to zirytowało. Nie krzyczała. Nie było takiej potrzeby. Paddy i tak wiedział, że właśnie dostał reprymendę. Niech się cieszy, że tylko słowną, bo sławne „dwieście dolców” może zaraz wrócić.

Aurora chciała powiedzieć coś jeszcze, ale wtedy Bruno ponownie ruszył. Zamiast ciągnąć temat, odwróciła wzrok w stronę wybiegu. Dobrze zrobiła. Paddy znowu skupił się na zwierzęciu, a cała jego wcześniejsza nieporadność gdzieś zniknęła. Nie szarpał, nie próbował na siłę sprawdzać nogi. Poczekał. Obserwował. Pozwalał Brunowi samemu podejść. Aurora przyglądała mu się uważnie. Kiedy tapir po raz kolejny odciążył lewą tylną nogę, jej wzrok automatycznie powędrował właśnie tam. Paddy już wcześniej zwrócił na to uwagę, ale teraz miała okazję zobaczyć wszystko z bliska. Kolejny krok. Ten sam ruch.
- Przy skręcie też - powiedziała po chwili, jakby sama właśnie to zauważyła. Tak nie było.
- Cały czas oszczędza tę nogę.
W rzeczywistości po prostu zebrała to, co Paddy zdążył jej pokazać. Także interpretowała słowa Padingtona, uznając że ona też widzi zachowanie tapira. Tak też nie było. Nie zamierzała jednak pozbawiać się prawa do własnych wniosków tylko dlatego, że ktoś był szybszy. Tak, oszukiwała siebie. Z każdym kolejnym ruchem Bruna coraz trudniej było jej jednak udawać, że Paddy jest tylko kolejnym pracownikiem, którego trzeba pilnować. Facet naprawdę znał się na swojej robocie. Wiedział, kiedy podejść, kiedy się zatrzymać, kiedy odpuścić. Nawet jego głupie żarty z tapirem nie przeszkadzały jej już tak bardzo, skoro zwierzę reagowało na niego spokojnie. Dryg ma. I to cholernie dobry.Nie powiedziała mu tego oczywiście. Nie zamierzała nagle rozpieszczać go komplementami tylko dlatego, że przez pięć minut zachowywał się tak, jak powinien. Ale gdzieś z tyłu głowy zaczęła już odkładać sobie tę informację. Paddy był użyteczny. Bardzo użyteczny. A ludzi, którzy mieli taki kontakt ze zwierzętami, warto było mieć blisko. Najpierw nauczę go porządku. Potem posłuszeństwa. Reszta przyjdzie sama. Ponownie powtórzyła w głowie swój plan. W sumie robiła to od momentu, gdy wyszli z biura.
Sięgnęła po radio i zgłosiła weterynarzowi sytuację, przekazując mu numer 4423, obserwowane zachowanie oraz informację o powtarzającym się odciążaniu lewej tylnej kończyny. Po zakończeniu rozmowy schowała radio i spojrzała na Paddiego.
- Dobra. Masz zgodę. Zrób mu wstępne oględziny. Tylko bez bohaterstwa. Nie próbujesz na siłę badać nogi i nie robisz niczego, czego „Bruno” nie pozwoli ci zrobić. Chcę zobaczyć, co jeszcze jesteś w stanie zauważyć.
Tym razem pozwoliła mu działać. Stała kilka kroków dalej, zapisując na tablecie jego obserwacje i to, co sama widziała. Dopiero teraz zauważyła co zrobiła. Nazwała tapira imieniem nadanym przez jego opiekuna. Szybko skarciła się w duchu. Przed chwilą dawała reprymendę panu Bear'owi, a teraz sama popełniła mały błąd. Zirytowała się. Chyba była zmęczona.
Paddy znowu okazał się dokładnie taki, jakiego zaczynała się po nim spodziewać - skupiony, cierpliwy i uparty jak cholera, kiedy chodziło o zwierzę. Aurora zerknęła na zegarek.
- Masz jeszcze pięć minut do końca zmiany - powiedziała, jakby dopiero teraz sobie o tym przypomniała.
- Potem przyjdzie weterynarz. Przekażemy mu wszystko, co ustaliliśmy i idziemy stąd.
Spojrzała na niego znad tabletu.

- W sumie to wracasz ze mną, Padington.
Kącik jej ust drgnął.

- Nie myśl, że tapir uratował cię przed całą resztą. Trzeba dokończyć kable, okej?

Padington Bear
kotlet schabowy w jasnej panierce
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Spokojny, poczciwy opiekun zwierząt, który znacznie lepiej rozumie mowę zwierząt niż ludzi. Po godzinach piecze chleb, robi dżemy, rozmawia z roślinami i stara się nie zabić kolejnej paprotki.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Początkowo tylko skinął głową, ale po chwili na jego twarzy pojawił się ten charakterystyczny, trochę zmęczony uśmiech. Chyba naprawdę powinien był się cieszyć, że tym razem zapytał, zanim zrobił coś po swojemu. Wciąż jednak nie do końca wiedział, co sądzić o tym, że kilka prostych słów Aurory potrafiło sprawić, że zaczął pilnować każdego własnego ruchu. Jeszcze parę godzin temu wszedł do jej biura ubłocony po kolana, a teraz miał wrażenie, że dostał pochwałę za samo przypomnienie sobie, że kierownik też czasami może mieć rację. Dziwna była ta praca. Dziwny był dzisiejszy dzień. Albo może po prostu dziwny była pani kierownik. Tego jeszcze nie rozstrzygnął. Ruszył w stronę Bruna, zostawiając za sobą ogrodzenie i całą tę nieszczęsną rozmowę o kablach. I chyba właśnie tego potrzebował. Przy zwierzęciu wszystko robiło się prostsze. Nie musiał zastanawiać się, czy powinien stać pół kroku bliżej, czy może jednak dalej, czy patrzeć Aurorze w oczy, czy lepiej tego nie robić, ani czy kolejne zdanie nie zabrzmi przypadkiem jak kolejna próba podważania jej poleceń. Bruno miał swoje zasady i Paddy je znał. To wystarczało. Podszedł do niego spokojnie, pozwalając, żeby tapir sam zdecydował, czy chce podejść bliżej. Nie próbował go zatrzymywać ani zmuszać do niczego. Pogłaskał go tylko po karku, kiedy zwierzę znalazło się wystarczająco blisko, a później przez chwilę obserwował jego reakcje. To, co miał zobaczyć, już wcześniej zauważył, ale teraz mógł przyjrzeć się temu dokładniej. Nie było sensu robić z tego wielkiej operacji. Bruno nie wyglądał na zwierzę, które właśnie umierało, i Paddy był z tego powodu bardzo zadowolony. Wolał dmuchać na zimne i zgłosić coś wcześniej, niż później żałować, że uznał zmianę zachowania za nic ważnego. Delikatnie przesunął dłonią wzdłuż kończyny, obserwując przy tym bardziej reakcję tapira niż samą nogę. Kiedy Bruno cofnął ją nieznacznie, Paddy natychmiast przestał. Zapamiętał miejsce. Tyle na tę chwilę wystarczyło. Resztę powinien zrobić ktoś, kto miał do tego odpowiednie kwalifikacje i znacznie lepszą umowę z zoo niż on. Wyprostował się i spojrzał przez moment na Aurorę.
Wygląda na to, że jednak dobrze zrobiłem, że panią tu przyprowadziłem. — rzucił z lekkim uśmiechem, choć zaraz skrzywił się odrobinę, jakby sam uznał, że zabrzmiało to zbyt dumnie. — Znaczy... że pani pozwoliła mi przyjść. — Lepiej. Zdecydowanie lepiej. Nie chciał przecież po raz kolejny dawać jej argumentów przeciwko sobie. W tej chwili odezwało się radio. Paddy zerknął w jego stronę, a potem odruchowo na zegarek. Weterynarz był już niedaleko. Oczywiście. Pięć minut do końca zmiany, a dzień najwyraźniej postanowił udawać, że jeszcze się nie skończył. Paddy pokręcił lekko głową, po czym wrócił do Bruna. Kiedy weterynarz pojawił się przy wybiegu, mężczyzna przekazał mu najważniejsze informacje bez robienia z siebie eksperta. Pokazał miejsce, przy którym Bruno zareagował, powiedział, od kiedy zauważał zmianę zachowania i co konkretnie zwróciło jego uwagę. Potem odsunął się kawałek i pozwolił profesjonaliście zająć się resztą. W razie potrzeby pomagał, ale nie wchodził mu w drogę. Przy okazji sam poczuł, jak schodzi z niego napięcie, którego wcześniej nawet nie zauważał. Bruno był pod opieką. To było najważniejsze. A on mógł przestać być odpowiedzialny za absolutnie wszystko, co miało futro, cztery nogi albo choćby możliwość zepsucia się. Niestety, dokładnie w tej samej chwili przypomniał sobie o kablach. Spojrzał na Aurorę. Potem na weterynarza. Później znowu na Aurorę. Kable naprawdę będą musiały poczekać, prawda? Pytanie nawet nie zdążyło wybrzmieć w jego głowie, kiedy przypomniał sobie, że właśnie sam przed chwilą zgodził się na taki układ. No świetnie. Zrobił to, czego od niego chciała, a teraz jeszcze miał ochotę narzekać. Typowy Paddy. Wsunął dłonie do kieszeni i oparł ciężar ciała na jednej nodze.
Jeżeli Bruno zostaje już w dobrych rękach, to chyba mogę wrócić do pani biura. — powiedział, patrząc na Aurorę z miną człowieka, który bardzo chciałby, żeby ktoś powiedział mu, że żartował i żadnych kabli jednak nie ma. — Chociaż uprzedzam, pani kierownik, moje kompetencje kończą się gdzieś w okolicy naprawiania rzeczy, które naprawdę są zepsute. Jeżeli mam jeszcze zacząć je dekorować, to potrzebuję szkolenia. — Uśmiechnął się pod nosem i zerknął jeszcze raz na Bruna. Dopiero teraz zauważył, że na jego rękawie została niewielka smuga sierści. Strzepnął ją palcami i westchnął. Przynajmniej tym razem nie był cały w błocie. To już można było uznać za sukces.

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

Aurora nie odpowiedziała od razu. Obserwowała Paddiego przy Brunie. Stała z tabletem opartym o przedramię i śledziła każdy jego ruch. Wcześniej znała go głównie z papierów, grafiku, raportów i tego, co przez lata zdążyła zobaczyć w zoo. Wiedziała, że jest uznawany za dobrego pracownika. Wiedziała też, że można było na nim polegać, kiedy coś się psuło albo kiedy któreś ze zwierząt zaczynało zachowywać się inaczej. Co innego jednak przeczytać kilka suchych informacji, wyrobić sobie jakąś opinię a co innego zobaczyć go przy pracy. Teraz dopiero naprawdę rozumiała, dlaczego ludzie tak często wysyłali właśnie jego. Paddy miał rękę do zwierząt. I to cholernie dobrą.
Nie spodobała jej się natomiast jego próba poprawienia własnych słów. Uniosła lekko brew, kiedy usłyszała, że to jednak ona pozwoliła mu tutaj przyjść. Drobna różnica, ale Aurora od razu ją wychwyciła. Dobrze. Przynajmniej zaczynał rozumieć, jak wygląda hierarchia. Nie skomentowała tego. Nie było potrzeby. Wystarczyło, że spojrzała na niego przez chwilę dłużej, po czym wróciła wzrokiem do Bruna. Tak. Zdecydowanie lepiej. Nie potrzebowała teraz kolejnego spięcia. Wystarczyło jej, że Paddy sam się poprawił. To było znacznie ciekawsze niż gdyby musiała go do tego zmuszać.
Kiedy przy wybiegu pojawił się weterynarz, Aurora od razu przeszła do rzeczy. Podała mu numer zwierzęcia i krótko opisała sytuację, a potem zostawiła miejsce na informacje Paddiego. Nie wchodziła mu w słowo. Wręcz przeciwnie, pozwoliła mu wskazać dokładnie momenty, w których zauważył odciążanie lewej tylnej nogi, miejsce, przy którym Bruno zareagował na dotyk i zmianę zachowania z rana. Weterynarz obejrzał tapira, zadał kilka dodatkowych pytań, a Aurora raz po raz zerkała na Paddiego. Nie musiała go pilnować. Wiedział, co powiedzieć.
W końcu specjalista uznał, że na tę chwilę nie wygląda to na stan wymagający natychmiastowej interwencji, ale potrzebna będzie dalsza obserwacja i dokładniejsze badanie. Aurora przyjęła to skinieniem głowy.
- Dobrze. Zostawiamy go dzisiaj pod obserwacją. Jeśli cokolwiek się zmieni, chcę wiedzieć od razu.
Przeniosła wzrok na Paddiego.

- A ty dostaniesz raport. Wyślijcie go do mnie i do pana Padingtona, kiedy będzie gotowy. Skoro już zrobiłeś całą tę aferę z Brunem, możesz przynajmniej wiedzieć, co później z niego wyszło.
Brzmiało to jak kolejna drobna złośliwość, ale w rzeczywistości był to całkiem świadomy gest. Paddy był zaangażowany od początku. Powinien wiedzieć, co dzieje się z jego podopiecznym. Aurora nie zamierzała mu tego odbierać.

Kiedy wszystko zostało ustalone, spojrzała jeszcze raz na Bruna. Potem zerknęła na zegarek. Rzeczywiście zrobiło się późno.
- Dobrze. Wracamy.
Ruszyła pierwsza, pewnym krokiem, nie oglądając się od razu za siebie. Po chwili usłyszała za sobą kroki Paddiego. Dokładnie tam, gdzie powinien być. U jej boku, a właściwie pół kroku za nią. Nie musiała mu już przypominać o zasadach. Korytarze administracyjne wyglądały zupełnie inaczej niż wcześniej. Czysto. Żadnego błota i niepotrzebnych kartek czy papierowych kubków, które nie wpadły do kosza. Aurora zwolniła na moment, rozglądając się po pomieszczeniach. Jej biuro również wyglądało tak, jak powinno. Czysta podłoga, nowy dywan, ale w zupełnie innym kolorze.
Dziękuję, tato.
Uśmiechnęła się pod nosem. Ulisses najwyraźniej nie zamierzał pozwolić, żeby administracja po całej tej historii z błotnistym Padingtonem wyglądała jak magazyn po remoncie. Dobrze, idealnie. Aurora była ucieszona.
Weszła do gabinetu i rzuciła tablet na stolik kawowy. Huknął przekonująco, ale panna Swan czuła się po prostu zbyt pewnie w swoich czterech ścianach. Musiałą odetchnąć. Nawet postanowiła, że nie będzie trzymać sto procent fasonu i nie będzie zachowywać się formalnie, skoro Padington i tak był po godzinach.
Dopiero wtedy odwróciła się w stronę Paddiego, który zatrzymał się w drzwiach. Aurora przeszła spokojnie do fotela, ale nie tego przy biurku, a właśnie przy małym stoliku i usiadła, zakładając nogę na nogę. Szpilka lekko stuknęła o podłogę, kiedy poprawiła stopę. Przez chwilę przyglądała mu się bez słowa, a potem zaczęła powoli poruszać stopą, zupełnie jakby robiła to bezwiednie. Oczywiście nie robiła.
Paddy już wcześniej zwracał na nią uwagę. Aurora doskonale o tym pamiętała. Sięgnęła po prywatny telefon i położyła go na udzie, ekranem do góry. Nie powiedziała, do czego może jej się przydać. Wystarczyło, że był pod ręką.
- Zamknij drzwi. Na klucz.
Poczekała chwilę, aż to zrobi.

- No dobrze, Padington. Czas wrócić do tego, co zostawiliśmy.
Spojrzała w stronę kabli, a później znowu na niego. Nie uśmiechała się, minę miała poważną, ale spokojną.

- Chcę, żeby wyglądało to schludnie. Żadnych luźnych przewodów, żadnego bałaganu i żadnego „jakoś to będzie”. Masz to zrobić tak, żeby jutro nikt nie musiał po tobie poprawiać. Czy to jasne?
Przez moment pozwoliła mu jeszcze stać w drzwiach, podczas gdy sama wygodniej oparła się o fotel. Jej stopa nadal poruszała się powoli, niemal leniwie.

- Tym razem nie potrzebujesz żadnej dodatkowej instrukcji. Przecież jesteś takim świetnym fachowcem. Potrafisz naprawić wszystko, ułożyć i zdecydowanie ci wyjdzie. Jak z tym tapirem.
Uśmiechnęła się niewinnie.

- Prawda?
Aurora zerknęła na telefon, odblokowała ekran i przez chwilę coś na nim sprawdziła. Instagrama? Jakieś informacje? Nie robiła z tego przedstawienia. Nie musiała. Sam fakt, że telefon leżał w jej dłoni, mógł wystarczyć, żeby Paddy musiał zacząć się zastanawiać, co właściwie planowała. Oparła łokieć o podłokietnik i spojrzała na niego znad telefonu.

- Do roboty. Obiecałeś, że skończysz. Teraz chcę zobaczyć, czy poza zwierzętami potrafisz być równie dokładny przy czymś, co nie może cię ugryźć. Czy mam poszukać kogoś lepszego od ciebie?
Inaczej zachowywała się na wybiegu, inaczej tutaj. Wszystko to jednak było jej planem.


Padington Bear
kotlet schabowy w jasnej panierce
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Spokojny, poczciwy opiekun zwierząt, który znacznie lepiej rozumie mowę zwierząt niż ludzi. Po godzinach piecze chleb, robi dżemy, rozmawia z roślinami i stara się nie zabić kolejnej paprotki.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Droga powrotna z wybiegu powinna być dla niego zwyczajnym przejściem z punktu A do punktu B. Bruno został z weterynarzem, sytuacja była opanowana, więc Paddy mógł wreszcie odpuścić. Tyle że zamiast myśleć o pracy, coraz częściej zerkał na kobietę idącą przed nim. Jeszcze kilka dni temu nawet nie przyszłoby mu do głowy, żeby przyglądać się jej w taki sposób. Owszem, wiedział, że Aurora jest ładna. Trudno było tego nie zauważyć. Miała w sobie coś przyciągającego uwagę, a do tego zawsze wyglądała tak, jakby dokładnie wiedziała, dokąd idzie i czego chce. Paddy po prostu przyjął to do wiadomości, tak jak przyjmował wiele rzeczy w zoo. Kierowniczka. Ładna kobieta. Surowa. Wymagająca. Koniec tematu. Dzisiaj ten temat przestał być taki prosty. Cały ten czas spędzony obok niej zrobił swoje. Zobaczył ją z bliska, usłyszał jej głos w sytuacjach, w których wcześniej znał go głównie z krótkich poleceń. Zobaczył też tę drugą stronę Aurory, kiedy chodziło o zwierzę. Potrafiła być stanowcza, ale kiedy pojawił się problem z tapirem, nie machnęła ręką. Poszła z nim. Słuchała. Zadawała pytania. Patrzyła. To mu się spodobało. Chyba nawet bardziej, niż powinno. Co gorsza, podobała mu się również jej władczość. Ta pewność, z jaką mówiła mu, co ma zrobić, nie zostawiając mu specjalnie przestrzeni na dyskusję. W normalnych okolicznościach pewnie nazwałby to irytującym. Przy Aurorze zaczynał odbierać to zupełnie inaczej. Było coś przyjemnego w tym, że ktoś taki jak ona patrzył na niego i po prostu oczekiwał wykonania polecenia. Chyba naprawdę coś mi odbiło. Przejechał dłonią po karku i od razu poczuł, że robi mu się cieplej. Wcale nie pomagał fakt, że nie miał większego doświadczenia z kobietami. Jego życie uczuciowe nie było szczególnie imponujące. Zwierzęta rozumiał znacznie lepiej. Przy nich wystarczyło obserwować zachowanie, znać nawyki i wiedzieć, kiedy się wycofać. Z kobietami było trudniej. Jedno spojrzenie potrafił analizować przez pół dnia, a zrozumienie, czy ktoś z nim flirtuje, czy po prostu jest miły, pozostawało dla niego wiedzą tajemną. Kobieta natomiast zdawała się mieć nad nim przewagę od samego początku. I chyba właśnie to działało na niego najmocniej. W gabinecie przepuściła go przodem, a Paddy wszedł do środka, jeszcze próbując zebrać myśli. Potem usłyszał jej polecenie. Przekręcił zamek i przez sekundę został z dłonią na klamce. Ciepło rozeszło mu się po karku. Sam nie wiedział, dlaczego dwa słowa wypowiedziane przez Aurorę zrobiły na nim takie wrażenie. Przecież chodziło tylko o drzwi. Tyle że jej ton sprawił, że przez głowę przemknęło mu pytanie, co właściwie wydarzy się dalej. Odwrócił się powoli i spojrzał na nią. Siedziała spokojnie, zupełnie jakby nie zauważała, że Paddy właśnie zastanawia się nad czymś, czego absolutnie nie powinien rozważać w godzinach pracy lub, jak w tym przypadku, po. Albo zauważała. Tego nie wiedział. I chyba właśnie to było najbardziej kłopotliwe. Oparł się na moment plecami o drzwi, zaciskając usta, żeby nie uśmiechnąć się głupio. Aurora była kobietą, która potrafiła go jednym zdaniem postawić do pionu, a chwilę później sprawić, że zastanawiał się, czy przypadkiem nie lubi tego trochę za bardzo. Podobała mu się jej pewność siebie. Podobało mu się, że nie udawała kogoś łagodniejszego, niż była. Podobało mu się nawet to, że kiedy na niego patrzyła, miał wrażenie, że widzi więcej, niż sam chciałby pokazać. To było nowe. I trochę przerażające. Paddy odsunął się od drzwi i ruszył w stronę biurka, ale tym razem nie spieszył się specjalnie. W głowie nadal miał Aurorę, nie kable. Kurwa, tylko się w niej nie zakochaj. Ta myśl pojawiła się tak nagle, że aż sam prychnął cicho pod nosem.
Z kablami poszło mu tym razem zaskakująco sprawnie. Większość roboty zrobił już wcześniej, więc zostało właściwie tylko doprowadzenie całości do porządku, poprawienie kilku przewodów i zabezpieczenie tego, co jeszcze odstawało. Paddy wsunął się pod stół i przez kilka pierwszych minut rzeczywiście skupił się na pracy. Palce znały tę robotę na pamięć. Jeden przewód, drugi, uchwyt, sprawdzenie połączenia. Proste. Szybkie. Bez filozofii. Problem pojawiał się za każdym razem, kiedy podnosił wzrok. Wtedy zamiast na kablach patrzył na Aurorę. Siedziała przy stoliku z telefonem w dłoni, spokojna i najwyraźniej zupełnie niezainteresowana tym, że kilka metrów dalej ktoś właśnie próbuje bardzo usilnie nie gapić się na swoją kierowniczkę. Paddy zauważał przede wszystkim jej nogi. Szpilka co jakiś czas lekko zmieniała położenie, kiedy poruszała stopą. Czasem opierała ją na podłodze, czasem unosiła piętę i delikatnie stukała obcasem. Ten drobny ruch wystarczał, żeby jego uwaga uciekała spod stołu szybciej niż powinna. Widział też sposób, w jaki siedziała — swobodnie, z nogą założoną na nogę, z telefonem opartym o udo. Nie wyglądała na osobę, która czuje się niezręcznie w żadnej sytuacji. To chyba właśnie najbardziej go przyciągało. Paddy natomiast siedział pod jej stołem jak facet, który nagle odkrył, że własna kierowniczka jest znacznie ciekawsza niż wszystkie przewody razem wzięte. Skup się, idioto. Wrócił do roboty. Dwie minuty później znowu zerknął. Tym razem na jej twarz. Obserwował, jak przesuwa palcem po ekranie telefonu, jak na moment marszczy brwi, kiedy coś czyta, a później rozluźnia usta i opiera głowę wygodniej o fotel. Czasami poprawiała włosy. Innym razem podciągała lekko materiał ubrania na kolanie, żeby ułożyć się wygodniej. Niby nic szczególnego. Zwykłe gesty. Paddy wcześniej nawet nie pomyślałby, żeby je zapamiętywać. Teraz zapamiętywał wszystko. Nawet to, jak światło padało na jej twarz, kiedy unosiła telefon trochę wyżej. Ostatecznie praca zajęła mu więcej czasu, niż powinna, choć gdyby ktoś zapytał, pewnie znalazłby co najmniej pięć bardzo rozsądnych powodów. Żaden nie miałby nic wspólnego z tym, że co chwilę wychylał głowę spod stołu. Kiedy wreszcie poprawił ostatni przewód, sprawdził połączenia i upewnił się, że nic już nie będzie wisieć luźno, wysunął się spod biurka i usiadł na piętach. Przetarł dłonie o spodnie, po czym spojrzał na efekt swojej pracy. Było schludnie. Naprawdę schludnie. Nawet sam musiał przyznać, że wyglądało lepiej, niż zakładał na początku. Podniósł wzrok na Aurorę i przez moment zatrzymał spojrzenie odrobinę dłużej.
Gotowe. — powiedział spokojnie, choć w głowie natychmiast pojawiło się pytanie, co teraz. Z jednej strony chciał już wyjść. Z drugiej... jakoś wcale nie spieszyło mu się do drzwi.
To... mam już iść, czy nadal jestem na pańskim... znaczy, twoim rozkazie?

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

Przez dobrą chwilę Aurora nawet nie udawała, że zajmuje się czymś innym. Siedziała z telefonem w dłoni, ale jej uwaga i tak była skierowana przede wszystkim na Paddiego. Co chwilę przesuwała wzrok z ekranu na niego, obserwując, jak porusza się po gabinecie, jak pochyla się nad kablami, jak sprawdza kolejne przewody i poprawia to, co wcześniej zostało zrobione trochę na odwal się. Musiała przyznać, że facet naprawdę miał rękę do napraw. Aurora przesunęła kciukiem po ekranie telefonu, niby od niechcenia, a po chwili bezgłośnie zrobiła mu kolejne zdjęcie. Smartfon był ustawiony bez dźwięku, więc nawet nie drgnęła, kiedy migawka zarejestrowała moment, w którym Padington pochylał się nad przewodami. Po kilku minutach nagrała też krótki film. Ot, zwykły zapis pracy. Tak sobie to tłumaczyła. W rzeczywistości po prostu chciała mieć go uchwyconego w tej sytuacji. Lubiła obserwować ludzi, szczególnie kiedy jeszcze nie wiedzieli, że są obserwowani.
Nie mówiła nic, nie grała żadna muzyka. Cisza. Przez cały ten czas nie zmieniała specjalnie pozycji. Jedna noga nadal spoczywała na drugiej, a stopa poruszała się leniwie, raz lekko opuszczając się w dół, raz unosząc piętę. Aurora dobrze wiedziała, gdzie znajduje się jej rozmówca i co jakiś czas podnosiła wzrok znad telefonu dokładnie w chwili, kiedy mogła złapać jego spojrzenie. Nie robiła z tego wielkiej rzeczy. Właściwie wszystko wyglądało całkiem niewinnie. Ot, kierowniczka siedząca w swoim gabinecie i czekająca, aż pracownik skończy robotę. Tylko że telefon znowu uniósł się na moment, a ekran został skierowany w jego stronę. Kolejne zdjęcie. Tym razem nie od razu schowała urządzenie. Przez kilka sekund przyglądała się temu, co uchwyciła, po czym zablokowała ekran i odłożyła telefon na udo. Padington był ciekawym przypadkiem. Im dłużej go obserwowała, tym bardziej podobało jej się to, jak pracował. Bez zbędnego gadania, bez szukania wymówek. Potrafił być trochę roztrzepany, czasem za bardzo się odzywał, a jego pierwszym odruchem najwyraźniej było robienie wszystkiego po swojemu, ale kiedy już dostał konkretne zadanie, potrafił się skupić. To jej pasowało. Bardzo. Aurora przygryzła na chwilę dolną wargę, patrząc na niego spod lekko opuszczonych powiek. W sumie... nie był nawet taki brzydki. Wystarczyłoby trochę o niego zadbać. Ogolić. Dać porządny garnitur zamiast tego, co zwykle nosił. Może zmienić fryzurę. Sama myśl pojawiła się nagle i równie szybko została odsunięta gdzieś na bok. Chociaż przez tę jedną krótką chwilę zdążyła pójść trochę dalej. Bardziej prywatnie. Bardziej... intymnie. Aurora odchrząknęła cicho i wróciła wzrokiem do telefonu. Skup się, Swan. Służący na każde polecenie to jedno. Miała go ustawić pod siebie. Reszta była już zupełnie inną kwestią.
Kiedy Paddy w końcu wysunął się spod biurka, Aurora czekała. Spojrzała najpierw na kable, później na niego. Z jej miejsca naprawdę wyglądało to dobrze. Schludnie, równo, bez wiszących przewodów i tego całego bałaganu, który wcześniej doprowadzał ją do szału. Przez sekundę była nawet autentycznie zadowolona. No proszę. Potrafił. Kiedy usłyszała jego krótkie „gotowe”, skinęła głową, jeszcze raz rzucając okiem w stronę biurka.
- Dziękuję. - jedno słowo. Szczere, bo rzeczywiście była mu wdzięczna za wykonanie roboty, ale jej twarz nie zdradziła tego nawet przez moment. Nie zamierzała przecież robić z niego bohatera za ułożenie kilku kabli.
Oparła się wygodniej o fotel, a potem spojrzała na niego z góry, gdy ten zaczął kierować się w stronę drzwi. Przez chwilę pozwoliła mu zrobić ten jeden krok. Potem parsknęła cicho śmiechem, patrząc drwiąco na pracownika.
- Padington „Paddy” Bear.
Wypowiedziała jego pełne imię, pseudonim i nazwisko spokojnie, ale wystarczająco stanowczo, żeby zatrzymać jego zapędy.

- Czy ty właśnie zapytałeś mnie, czy możesz iść? Serio? I jeszcze próbowałeś mówić do mnie na „ty”? To, że jesteśmy sami, nie oznacza, że nagle przestałam być twoją kierowniczką. Znaj swoje miejsce, Paddy. Nie zmuszaj mnie, żebym przestała być dla ciebie miła.
Kącik jej ust drgnął, bo sama nie była pewna, czy bardziej bawiło ją jego pytanie, czy fakt, że najwyraźniej naprawdę potrzebował przypomnienia, kto tutaj wydaje polecenia. Sama też trochę poszła o krok do przodu, testując jego zachowanie i format, czy aby na pewno to dobry kierunek i czas na takie słowa. Jeśli się myli to trudno – jest czas na wyszkolenie go.

Patrzyła na niego przez dłuższą chwilkę, prosto w oczy, sprawdzając czy wytrzyma walkę na wzrok, ale sama zrezygnowała po kilkunastu sekundach, bo poczuła wibrację. Sięgnęła po telefon i zerknęła na godzinę. Właśnie wybiła pora, gdzie sama kierowniczka Swan kończy swój pracowniczy dzień. Idealnie. Aurora pokręciła lekko głową, patrząc na ekran.
- Padington, w sumie... zresztą, nieważne. Jesteśmy już po godzinach. Więc technicznie rzecz biorąc, mogłabym już niczego od ciebie nie chcieć. Mogłabym. Ale równie dobrze mogę teraz zrobić dokładnie to, na co mam ochotę. I chyba właśnie mam ochotę zatrzymać cię trochę dłużej. Nie masz nic przeciwko, prawda?
Nawet nie oczekiwała na odpowiedź. Poza tym, innej niż pozytywna nie brała pod uwagę. Nie było w jej głosie niczego nerwowego. Przeciwnie, mówiła z tą samą pewnością, z jaką wcześniej wydawała mu polecenia przy wybiegu czy wcześniej w biurze. Ostatnie tygodnie coś w niej przestawiły, choć nie zamierzała się nad tym teraz zastanawiać. Od tamtej przeklętej kawy coraz częściej łapała się na myślach, które zdecydowanie nie pasowały do jej zwykłego trybu pracy. Zawsze uważała się za pracoholiczkę. Praca była prosta. Zwierzęta były proste. Dokumenty, raporty, zebrania, problemy do rozwiązania. Ludzie już mniej. A Padington szczególnie. Hormony, zmęczenie i cała reszta najwyraźniej postanowiły sobie urządzić z jej głowy mały cyrk. Trudno. Na razie mogła z tym żyć. Ewidentnie będzie musiała na weekend wyjechać z miasta gdzieś indziej i tam „uspokoić” swoje intymne sprawy. Chyba, że...
Nie ruszyła się z fotela, kiedy Bear stanął przy drzwiach. Patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, pozwalając sobie tym razem naprawdę go obejrzeć. Przygryzła lekko wargę, po czym przesunęła wzrokiem od jego twarzy niżej i z powrotem. Nie ma tragedii. Dałoby się z niego zrobić porządnego faceta. Ta myśl wróciła. Garnitur. Ogolona twarz. Lepsza fryzura. Może trochę więcej pewności siebie. Potencjał był. Całkiem spory. Pytanie tylko, czy bardziej interesowało ją wykorzystanie go jako pracownika, który zrobi wszystko, co mu każe, czy może zaczynała ją ciekawić zupełnie inna wersja tej relacji. W sumie w „innej” tresurze także była niezła, a wykorzystywać potrafiła na wiele sposobów. Aurora nie odpowiedziała sobie na to pytanie. Jeszcze. Zamiast tego wyciągnęła rękę i wskazała palcem miejsce tuż obok fotela, przy stoliku kawowym.
- Podejdź tutaj. Blisko. - tym razem nie było w tym prośby. Jej wzrok nadal pozostawał spokojny, a stopa znowu zaczęła powoli poruszać się pod założoną nogą. Poczekała chwilę, obserwując go uważnie.
- Teraz odpowiedz mi, Padington. Tak zwyczajnie. Bez kombinowania.
Przechyliła lekko głowę w bok, patrząc wprost w jego oczy. Oparła głowę o jedną z dłoni, zaś drugą położyła na swoim kolanie.

- Co ty właściwie o mnie sądzisz, kiedy tak na mnie patrzysz? Co masz wtedy w głowie? Co czujesz?


Padington Bear
kotlet schabowy w jasnej panierce
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Spokojny, poczciwy opiekun zwierząt, który znacznie lepiej rozumie mowę zwierząt niż ludzi. Po godzinach piecze chleb, robi dżemy, rozmawia z roślinami i stara się nie zabić kolejnej paprotki.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez moment stał przy drzwiach i chyba dopiero teraz dotarło do niego, co właściwie powiedział. Jeszcze chwilę temu wszystko wydawało się całkiem normalne. Skończył robotę, zrobiło się po godzinach, więc w jego głowie pojawiło się to całkiem niewinne przekonanie, że może po prostu podziękuje i pójdzie do domu. Proste. Bez komplikowania. Jak człowiek, który właśnie wykonał swoje zadanie i chciałby wrócić do mieszkania, zdjąć buty i przez pół godziny nie słyszeć słowa „Padington”. Problem polegał na tym, że najwyraźniej zapomniał, z kim rozmawia. Jego pełne imię i nazwisko wypowiedziane tym spokojnym tonem wystarczyło, żeby zatrzymał się w pół kroku. Zerknął przez ramię, a potem odwrócił się już całkiem w jej stronę.
Przepraszam, pani Swan. — przetarł dłonią kark i przez chwilę wyglądał, jakby próbował poukładać sobie w głowie wszystko, co przed chwilą zrobił — Nie powinienem był tak powiedzieć. Ani pytać, czy mogę iść. To znaczy... skoro pani powiedziała, że mam zostać, to mam zostać. — brzmiało to trochę niezgrabnie, ale przynajmniej szczerze. Spojrzenie uciekło mu na sekundę gdzieś w bok — I z tym „ty” też... przepraszam. Pani kierownik. — ostatnie słowa wypowiedział już z lekkim uśmiechem, jakby sam słyszał, jak absurdalnie poważnie zabrzmiało to w jego wykonaniu. Mimo wszystko wrócił bliżej. Nie dlatego, że nagle zapomniał, jak się chodzi, tylko dlatego, że Aurora wyraźnie tego od niego oczekiwała. Zatrzymał się w miejscu, które mu wskazała, może trochę bliżej, niż początkowo planował. Przez chwilę nie wiedział, co zrobić z rękami. Jedna wylądowała w kieszeni spodni, druga poprawiła rękaw roboczej koszuli. Niby nic. Zwykłe gesty. Tyle że teraz miał wrażenie, że nawet one mogą zostać przez nią zauważone. Pytanie, które mu zadała, było znacznie gorsze od wszystkich wcześniejszych poleceń. Przy zwierzętach potrafił mówić godzinami. Mógł opowiadać o ich zachowaniu, przyzwyczajeniach, charakterach, o tym, które lubi konkretne owoce, a które patrzy na człowieka jak na osobę, która osobiście zniszczyła mu życie. Z Aurorą było inaczej. Tutaj nagle brakowało mu gotowej odpowiedzi. Stała przed nim kobieta, o której jeszcze niedawno myślał głównie jako o nowej kierowniczce. Surowej. Wymagającej. Ładnej, owszem, tego nie dało się specjalnie przeoczyć, nawet jeśli człowiek bardzo chciał skupić się na czymś innym. Tyle że uroda Aurory wcześniej była dla niego trochę jak ładny obraz wiszący w korytarzu. Można zauważyć, można nawet pomyśleć „ładny”, a potem człowiek wracał do swoich zajęć. Dzisiaj coś się zmieniło. Może przez sposób, w jaki wydawała mu polecenia. Może przez to, że po raz pierwszy od dawna ktoś potrafił zatrzymać go w miejscu jednym spojrzeniem i sprawić, że zamiast kombinować, naprawdę zaczynał się zastanawiać, czego się od niego oczekuje. Co gorsza, chyba mu się to podobało. Ta jej pewność siebie. To spokojne „podejdź tutaj”. Sposób, w jaki mówiła, jakby decyzja już zapadła, zanim jeszcze otworzył usta. Gdzieś głęboko pod tym całym futrem, które zapewne w jego wyobraźni zaczynało już zasługiwać na własny mikroklimat, zrobiło mu się zwyczajnie ciepło. I nie była to temperatura w gabinecie. Odchrząknął cicho, patrząc na nią trochę dłużej.
To będzie chyba trochę głupia odpowiedź, pani Swan. — kącik ust drgnął mu niepewnie — Bo... wcześniej chyba aż tak pani nie obserwowałem. — przerwał na moment i od razu poprawił się, jakby zabrzmiało to zdecydowanie gorzej, niż chciał — To znaczy, zauważałem panią. Trudno nie zauważyć. Jest pani... — zawahał się — Ładną kobietą. — wypowiedzenie tego na głos kosztowało go zdecydowanie więcej odwagi, niż powinno — Ale poza tym była pani po prostu panią Swan. Kierowniczką. Tą od grafiku, raportów i kar za błoto. — na jego twarzy pojawił się cień rozbawienia — Teraz trochę się to zmieniło. — nie odrywał od niej wzroku — Chyba zacząłem panią zauważać trochę bardziej. — zamilkł na moment, a palce wsuniętej do kieszeni dłoni zacisnęły się lekko na materiale spodni. Nie miał szczególnie dużego doświadczenia w takich rozmowach. Właściwie doświadczenie z kobietami miał mniej więcej takie, że potrafił rozpoznać, kiedy któraś była zła, kiedy chciała kawy i kiedy lepiej nie pytać, dlaczego właśnie patrzyła na niego w ten sposób. Flirt był już zupełnie inną dyscypliną. W tej kategorii najpewniej powinien dostać medal za samo stawienie się na starcie.
I chyba... — urwał, marszcząc lekko brwi — Podoba mi się, kiedy pani mówi mi, co mam robić. — wypalił to tak zwyczajnie, że dopiero po sekundzie chyba sam zrozumiał, co właśnie powiedział. Oczy zrobiły mu się odrobinę większe — Znaczy... nie w sensie, że jestem jakimś... — machnął ręką, szukając odpowiedniego słowa — No. Wie pani. Nie chodzi o to, że potrzebuję instrukcji, jak oddychać. — parsknął cicho pod nosem — Chociaż po dzisiejszym dniu zaczynam podejrzewać, że przy pani to też może być kwestia czasu. — uśmiech pojawił się już wyraźniej, ale szybko trochę spoważniał — Po prostu ma pani w sobie coś takiego. Jak pani coś mówi, człowiek chce tego posłuchać. Nawet jeśli pięć minut wcześniej był przekonany, że ma rację. — spojrzał na nią uważnie, po czym dodał ciszej — I chyba właśnie to mnie trochę... interesuje. — został jeszcze przez chwilę na swoim miejscu, nie próbując tym razem uciekać ani zmieniać tematu. W końcu przechylił lekko głowę.
Tylko teraz mam chyba ważniejsze pytanie, pani kierownik. Skoro już pani kazała mi odpowiedzieć bez kombinowania... to może pani też odpowie mi szczerze? Co pani właściwie o mnie sądzi?

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
29 y/o
For good luck!
160 cm
Kierownik ds. opieki nad zwierzętami Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Life is too short to pretend you’re not into some kinky shit.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiróżny
postać
autor

Aurora czuła, że powoli jej pracownik jest na najlepszej drodze, by stać się jej zabawką. Widziała to po jego zachowaniu. Skoro nie wyszedł, nie protestował przy przekręceniu klucza od drzwi. Czuła to. Teraz, po prostu patrzyła na niego z lekko przechyloną głową, jakby jego słowa rzeczywiście dały jej coś do myślenia. Kącik jej ust uniósł się powoli. Podoba mu się, kiedy mówię mu, co ma robić. Ta jedna informacja zdecydowanie bardziej przypadła jej do gustu, niż powinna. Nie zamierzała jednak od razu pokazywać, jak bardzo.
Sięgnęła dłonią do jednej ze szpilek i bez większego pośpiechu zsunęła ją ze stopy. Drugą potraktowała dokładnie tak samo, po czym rzuciła obie obok fotela. Upadły niefortunnie, pokazując to, na co Padington wcześniej zwracał uwagę. Dopiero wtedy wyprostowała palce u stóp i oparła bose nogi wygodniej, jakby właśnie ten drobny gest pozwolił jej naprawdę zakończyć dzień pracy.
- Czyli jednak słuchasz.
Uśmiechnęła się przy tym niewinnie, choć sama wiedziała, że niewinność była w tej chwili chyba najmniej potrzebną jej cechą. Przesunęła stopę w stronę pana Beara, trochę się rozciągając, po czym znowu uniosła ją nad podłogę i zmieniła ułożenie nóg. Jedna z bosych stóp zawisła swobodnie nad podłogą i zaczęła lekko kołysać się w powietrzu. Leniwy, spokojny dangling. Aurora wyglądała teraz znacznie mniej jak kierowniczka kończąca dzień pracy, a bardziej jak kobieta, która wreszcie mogła usiąść wygodnie i przestać przejmować się tym, jak powinna wyglądać. Spódniczka przesunęła się przy tym minimalnie, a przez krótką chwilę, przy odpowiednim spojrzeniu, można było dostrzec niewielki fragment materiału ukrytego pod jej brzegiem. Aurora zauważyła to i nie poprawiła spódniczki. Wręcz przeciwnie. Pozwoliła nodze dalej poruszać się leniwie, jakby zupełnie nie obchodziło jej, czy Paddy coś zauważy. Tylko że kątem oka obserwowała jego twarz.

No dalej.
Nie zamierzała mu mówić, czego właściwie szuka. Chciała zobaczyć, czy sam się zdradzi. Najdrobniejszym ruchem oczu, zawahaniem, może tym charakterystycznym momentem, kiedy ktoś nagle przypomina sobie, gdzie powinien patrzeć. To było nawet zabawne. Sięgnęła po marynarkę i bez większego pośpiechu zsunęła ją z ramion. Odłożyła ją na oparcie fotela, zostając w samej dopasowanej koszuli. Rozpięła jeden guzik pod szyją, bardziej z wygody niż z potrzeby zrobienia wrażenia, i ponownie oparła się wygodnie. Odsłoniła kawałek dekoltu, ale nie eksponowała go, bo w sumie nie miała czego. Tutaj akurat los jej nie obdarował zbyt hojnie.
- O wiele lepiej.
Westchnęła cicho i poruszyła bosą stopą. Po całym dniu naprawdę było jej wygodniej. W końcu mogła przestać udawać, że nie bolą jej nogi. A skoro już przestała udawać... spojrzała na Paddiego. Najpierw prosto w twarz. Potem na moment niżej. Znowu w oczy.

Interesujące.
- Wiesz co? Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego tak dobrze pracuje ci się ze zwierzętami. Lubisz, kiedy ktoś jasno mówi ci, czego chce. Zwierzęta są proste w obsłudze, prawda? Potrzebuje pożywienia to mu dajesz. Tapir wymaga opieki to też mu ją serwujesz. Jesteś ciekawym przypadkiem, Padington.
Nie czekała na odpowiedź.

- Całkiem dobrze się z tym czujesz. To może być przydatna cecha.
Przez chwilę patrzyła na niego w ciszy. Tym razem bez udawania obojętności. Dzisiejsza zmiana ewidentnie należała do wyjątkowych – tak samo dla Aurory jak i Padingtona. Zeszli bardzo z relacji pracowniczych, a zachowanie kierowniczki było dopiero początkiem długiej kooperacji, którą już układała w głowie.

- Podoba mi się, kiedy na mnie patrzysz. Podoba mi się też, kiedy słuchasz. Jeszcze bardziej podoba mi się to, że nie muszę się specjalnie starać, żebyś zaczął robić to, czego od ciebie chcę. Jesteś dla mnie trochę jak zagadka, której nie mam ochoty rozwiązać za szybko. Wolę się nią pobawić. Ale chyba najbardziej kręci mnie to, jak reagujesz, kiedy to ja przejmuję kontrolę. Im bardziej cię poznaję, tym bardziej mam ochotę sprawdzić, jak daleko można cię posunąć. Poza tymi wszystkimi rzeczami, które już o tobie wiem, uważam że jesteś całkiem dobrym egzemplarzem do dalszej współpracy.
Ostatnie dwa słowa wypowiedziała z wyraźnym naciskiem. Aurora doskonale wiedziała, że można je odebrać na więcej niż jeden sposób. Właśnie dlatego je wybrała.

Aurora nie odrywała od niego wzroku. Była wpatrzona w niego jak obraz, jak gadżet, który właśnie kupiła w elektronicznym sklepie, jak w najnowszy model iPhone'a, który wpadł w jej ręce na premierę.
- Podejdź bliżej. Nie kombinuj. Chcę cię po prostu lepiej zobaczyć.
Wskazała palcem kawałek wolnej podłogi dosłownie przed sobą. Raptem kilka centymetrów. Na pewno nie pozwoli mu usiąść, a w szczególności na krześle. Dywan był dobry dla niego, jeśli w ogóle dostanie takie polecenie.

Uśmiechnęła się lekko i znowu oparła wygodnie w fotelu. Cała jej postawa mówiła, że nigdzie się nie spieszy. Aurora lekko przygryzła dolną wargę. Nie odwróciła wzroku ani na sekundę. Patrzyła na niego szczerze i pewnie. Tym razem nie było w tym ani drwiny, ani żartu. Naprawdę chciała usłyszeć odpowiedź. Nawet liczyła na tę właściwą.
- Gdybyś spotkał mnie dzisiaj gdzieś prywatnie... bez zoo, bez raportów, bez mojej posady kierowniczki... to też miałbyś ochotę robić dokładnie to, co ci każę? Czy miałbyś z tym problem?


Padington Bear
kotlet schabowy w jasnej panierce
40 y/o
For good luck!
179 cm
opiekun zwierząt Toronto Zoo
Awatar użytkownika
Spokojny, poczciwy opiekun zwierząt, który znacznie lepiej rozumie mowę zwierząt niż ludzi. Po godzinach piecze chleb, robi dżemy, rozmawia z roślinami i stara się nie zabić kolejnej paprotki.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cisza po pytaniu Aurory nie była długa, choć wystarczyła, żeby Paddy zdążył przeanalizować je na wszystkie możliwe sposoby i dojść do wniosku, że żadna z odpowiedzi nie będzie szczególnie bezpieczna. Podszedł jednak bez kolejnego zawahania, zatrzymując się dopiero wtedy, kiedy uznał, że jest wystarczająco blisko. Z tej odległości trudniej było udawać, że rozmowa nadal dotyczy wyłącznie pracy. Nie było już biurka, raportów ani wygodnej wymówki w postaci obowiązków, które mogłyby odciągnąć uwagę od tego, co właśnie między nimi wisiało. Zostało tylko jej pytanie i on, który wyjątkowo nie miał ochoty uciekać w żadne z tych swoich bezpiecznych „to zależy”, „zobaczymy” czy „chyba powinienem wrócić do domu”. Tym bardziej że odpowiedź przyszła mu do głowy właściwie od razu.
Nie sądzę, żebym miał z tym problem. — powiedział to spokojniej, niż sam się spodziewał. W głosie nie było już tej ostrożności, która pojawiała się, kiedy rozmawiali o rzeczach, których nie potrafił nazwać. Tym razem wiedział przynajmniej jedno. Gdyby spotkali się przypadkiem gdzieś poza zoo, nie miałby powodu traktować jej inaczej tylko dlatego, że nie nosiłaby wtedy na sobie całego ciężaru swojego stanowiska. Wręcz przeciwnie. Sama myśl o tym wydawała mu się dziwnie interesująca. Aurora bez identyfikatora, bez gabinetu i bez ludzi czekających na jej decyzje nadal byłaby tą samą kobietą, przed którą teraz stał. Tyle że on nie musiałby zastanawiać się, czy każda jego odpowiedź przypadkiem nie przekracza jakiejś granicy. Kciuk przesunął się powoli po krawędzi własnej dłoni, bardziej z przyzwyczajenia niż zdenerwowania. Spojrzenie zostało jednak na Aurorze. Skoro już raz zdecydował się odpowiedzieć uczciwie, nie widział większego sensu w wycofywaniu się w połowie.
Tylko chyba wtedy nie robiłbym tego dlatego, że byłaby pani moją szefową. — dodał po chwili. Krótka pauza pozwoliła mu zerknąć na nią jeszcze raz, jakby sprawdzał, czy przypadkiem nie poszedł o jedno zdanie za daleko. Nie cofnął się jednak. Co więcej, po chwili na jego twarzy pojawiło się coś na kształt rozbawienia. Niewielkiego, ledwie zauważalnego, ale szczerego. Dopiero teraz dotarło do niego, że od kilku minut właściwie pozwala Aurorze zadawać pytania, a sam odpowiada na nie tak, jakby zdawał jakiś bardzo osobliwy egzamin. Tymczasem przecież nie musiał. Nie był jej teraz potrzebny kolejny pracownik, który grzecznie odpowie na polecenie. Chyba pierwszy raz tego wieczoru zaczął się zastanawiać, czego ona właściwie chce od tej rozmowy.
Właściwie to bardziej interesuje mnie coś innego. — lekko przechylił głowę, a uśmiech stał się odrobinę wyraźniejszy. Nie było w nim kpiny. Raczej spokojna ciekawość człowieka, który wreszcie odważył się zadać pytanie, zamiast tylko czekać na następne. — Dlaczego pani właściwie chce wiedzieć, co zrobiłbym z panią poza zoo? — nie zabrzmiało to jak zarzut. Paddy nie próbował jej przyłapać ani zmusić do przyznania się do czegokolwiek. Po prostu chciał wiedzieć. Tym bardziej że sposób, w jaki Aurora prowadziła tę rozmowę, coraz mniej przypominał zwykłe sprawdzanie pracownika. Nie musiał być szczególnie bystry, żeby zauważyć różnicę. Może nie znał się na kobietach, może nigdy nie dostał instrukcji obsługi podobnych sytuacji, lecz nawet on potrafił rozpoznać moment, w którym rozmowa przestaje być przypadkowa. Przez moment milczał, pozwalając jej mieć tę przestrzeń. W końcu jednak przypomniał sobie o wcześniejszym określeniu, którego sama użyła. Ciekawy przypadek. Testowanie granic. Sprawdzanie, jak daleko można go posunąć. Paddy parsknął cicho pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, i pokręcił głową.
Bo jeśli naprawdę robi pani ze mnie jakiś eksperyment, to chciałbym przynajmniej wiedzieć, na czym polega badanie. — tym razem uśmiechnął się już otwarcie — Nie chciałbym się dowiedzieć po fakcie, że podpisałem zgodę na udział w badaniu klinicznym. — żart był prosty, trochę absurdalny i bardzo w jego stylu. Miał jednak jeszcze jedną funkcję — pozwalał mu złapać oddech. Bo prawda była taka, że stojąc tak blisko niej, zaczynał mieć wrażenie, że Aurora doskonale wie, co robi, podczas gdy on dopiero uczył się poruszać po tej nowej dla siebie przestrzeni. Nie zamierzał udawać, że jest inaczej. Nie zamierzał też z tego powodu się wycofywać. Spojrzenie na moment uciekło mu na jej dłonie, potem wróciło do twarzy. Tym razem nie było w nim pytania o pozwolenie. Była zwyczajna, szczera ciekawość i odrobina odwagi, której sam się po sobie nie spodziewał.
Więc? — zapytał ciszej — To naprawdę tylko ciekawość, pani Swan?

Aurora B. Swan
kotlet sojowy bez panierki
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Zoo”