30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
więc bądź kimś więcej, żadnym one night standem. chcę kochać wściekle, mówiąc, że tęsknię
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie była niezniszczalna. To dlaczego czuła się tak, jakby była? Dlaczego odnosiła wrażenie, że mogłaby przenosić góry, jeśli tylko wystarczająco mocno by się postarała? Adrenalina napędzała ją do działania. Nie dbała o to, że coś może jej się stać, kiedy wbiegała do płonącego budynku, który w każdej chwili mógł runąć i zawalić jej się na łeb. W takich momentach własne bezpieczeństwo schodziło na dalszy plan. Miała sprzęt i była przeszkolona. A w środku byli ludzi, których trzeba było stamtąd wyciągnąć. To wystarczało, żeby ruszyć dalej.
Strach pojawiał się dopiero wtedy, kiedy docierało do niej, że tym razem nie chodziło wyłącznie o nią. Że gdzieś piętro wyżej znajdowało się dziecko, które nie miało pojęcia, co się dzieje oraz jego matka - zbyt przerażony, żeby samodzielnie znaleźć drogę do wyjścia. Wtedy adrenalina mieszała się z paraliżującą świadomością odpowiedzialności. Mogła zignorować myśl, że strop może spaść jej na głowę. Znacznie trudniej było zignorować świadomość, że jedna zła decyzja może kosztować kogoś życie.
Mimo to jej mózg działał na pełnych obrotach. Nie było czasu na panikę ani roztrząsanie tego, co mogło pójść nie tak. Musiała myśleć, oceniać sytuację i reagować szybciej, niż zdążyłaby się przestraszyć. Właśnie dlatego mogła biec dalej, nawet kiedy każda rozsądna część jej umysłu powinna krzyczeć, żeby się zatrzymała. Teddy po prostu jeszcze nie nauczyła się bać o siebie tak samo, jak bała się o innych. Możliwe, że nigdy się tego nie nauczy.
Wyciągniemy ich stamtąd. Dotrzymam słowa — odparła z przekonaniem w głosie. Obietnica była prawdziwa, a ona nie była gołosłowna. Skoro już powiedziała tej kobiecie, że sprowadzą jej rodzinę na dół, zamierzała zrobić wszystko, żeby tak właśnie się stało. Carver mogła wygłaszać swoje wywody, przypominać o procedurach i próbować przemówić jej do rozsądku, ale przecież i tak nie miała większych szans, kiedy Darling coś sobie ubzdurała.
Może nie była tak doświadczona jak starsi koledzy i wciąż miała więcej entuzjazmu niż rozsądku, ale nadrabiała to determinacją. Zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby znaleźć kobietę i jej trzyletniego syna. A jeśli przy okazji będzie musiała wejść w ogień po raz kolejny, trudno. Od tego przecież była. Przynajmniej tak sobie to tłumaczyła.
Donovan skinął głową, od razu zgadzając się na przydzielone zadania. On też należał do tych, którzy woleli działać niż stać w miejscu i dyskutować, co zrobić. Gdyby był z nimi kapitan Whitman, pewnie zdążyłby już wyrecytować całą listę regułek, przypomnieć im o procedurach i trzy razy zaznaczyć, że nie mają robić niczego na własną rękę. Tym razem nie było czasu na długie narady.
Przeszukiwały kolejne pomieszczenia pierwszego mieszkania, ale było puste. Drugie drzwi były zassane, a zza nich dobiegał płacz dziecka. Darling zacisnęła usta w wąską linią. Dzieciak żył. To dobrze. I dobrze, że kilka mieszkań dalej był Jett. Bez niego absolutnie nie dałyby rady dostać się do środka. Wyważył drzwi własnym ciałem i do razu dopadł do zapłakanego malucha.
Huk był tak potężny, że Teddy aż podskoczyła. Zadzwoniło jej w uszach i przez chwilę miała wrażenie, że nic nie słyszy. Oprzytomniała dopiero z kolejnym buchnięciem gorącego powietrza. Oknami szarpnęło, a szkło posypało na usmoloną posadzkę. Donovan zasłonił chłopca własnym ciałem. Wziął go w ramiona i i odskoczył na bezpieczną odległość. Odłamki szkła poprzyczepiały mu się do munduru.
Darling rozejrzała się po pomieszczeniu. Nigdzie w pobliżu nie było matki dziecka. Znikąd nie dochodziły również żadne nawoływanie o pomoc. Już chciała ruszyć do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie ogień trawił kolejne ściany, ale Donovan chwycił ją za ramię.
Teds, nie — pokręcił głową, przytulając do piersi chłopca. — Musimy wracać — oznajmił i spojrzał wymownie na Bunny.
Co? — wyrwało się młodszej strażaczce. — Nie! Nie ma mowy. Nie możemy jej tutaj zostawić! Puść mnie. Puszczaj mnie, do kurwy nędzy! — wrzasnęła, ale Jett miał chyba rękę ze stali. Chłopiec mocniej wcisnął twarz w jego ramię i zachlipał cicho.
Darling natomiast wypuściła głośno powietrze przez nos i podniosła wzrok na Carver. Spojrzała jej prosto w oczy, chociaż obie miały osłony przy hełmach brudne od sadzy.
Powiedz mu — powiedziała i tym razem to ona chwyciła ją za rękaw munduru. — Powiedz mu, że musimy po nią iść — dodała przez zaciśnięte zęby. Dlaczego tak stali? Dlaczego nic nie robili. — Świetnie. W takim razie pójdę sama — wyszarpała się z uścisku Donovana, który zrobił krok w jej stronę, ale ze względu na chłopca, którego trzymał w ramionach, musiał się cofnąć.
Nie pozwól jej, Carver — zwrócił się do drugiej strażaczki. — Naprawdę musimy spadać. Teraz. Przecież to zaraz wszystko pierdolnie! — krzyknął, dostrzegając spadające kawałki sufit, które zaczęły kolejną opadać na podłogę przy wejściu do salonu.

Bunny Carver
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
34 y/o
For good luck!
174 cm
gasze pożary i nie tylko
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Teddy była dobra.
Miała dobre serce. 
Carver wiedziała to już od pierwszego poznania, gdy zostały sobie przedstawione w remizie. Hart ducha i ogromna potrzeba pomocy innym — to zdecydowanie ją charakteryzowało. Zawsze wyrywała się pierwsza do każdej akcji, chciała być w ruchu, pomagać, być przydatna. Zależało jej na ludziach i to była piękna cecha, jednak potrafią też być kurewsko zgubna. Szczególnie w ich zawodzie. Szczególnie, gdy serce wmawiało głowie, że jedynym scenariuszem, jaki mógł się stać było powodzenie akcji. Miłe, szczególnie dla głowy, ale przecież kurewsko nieskuteczne potem dla kręgosłupa moralnego.
Nie skomentowała już słów, które w jej kierunku posłała Teddy o tym, że dotrzyma słowa. Uważała to za szczyt głupoty i naiwności, ale skoro to miało pomóc Darling, żeby lepiej wykonać swoją pracę, so be it. Z pewnością mogło się jej to przydać, biorąc pod uwagę, jak opłakany stan budynku zastali na trzecim piętrze. Ogień chociaż rozprzestrzeniał się wolniej, gaszony przez ich kolegów za oknem, dym i skrzypiący pod nogami oraz nad głowami gruz jasno dawały im do zrozumienia, że czasu mieli coraz mniej.
A może nawet i wcale, bo kiedy tylko Donovan złapał chłopaka na ręce, kolejne okno strzeliło z impetem. Carver automatycznie odwróciła głowę, przyjmując kilka odłamków szkła na własny mundur. Do ciała nawet się nie dostały. Nie zmieniało to jednak faktu, że robiło się mocno niebezpiecznie. Serce łomotało jej w sercu, adrenalina działała na pełnej, a głowa… podpowiadała, że powinni już stąd iść.
Jett zresztą też. W tej kwestii byli akurat jednogłośni. Szkoda tylko, że Darling postanowiła się postawić. Jej młoda, uparta na ratowanie głowa nie potrafiła w ogóle przyjąć do wiadomości, że budynek, w którym się znajdowali, lada moment mógł się zawalić. Ogień przejął już tak dużą część ścian, ze konstrukcja naprawdę zaczynała pozostawiać wiele do życzenia.
Mimowolnie zrobiła krok do przodu, gdy Teddy zaczęła szarpać się Donowanowi, jednak przekonana, że ten sobie poradzi, rozejrzała się jeszcze po mieszkaniu. Drzwi do salonu były przymknięte i po części zajęte ogniem, ale przy odpowiednim pchnięciu dałoby się je otworzyć i wbiec do środka. Z zamyślenia wyrwał ją jednak głos Darling. Od razu odwróciła głowę w jej stronę, łapiąc zielone spojrzenie nawet pomimo dymu i hełmu na głowie.
Nie dyskutuj — warknęła ostro i praktycznie z automatu. Sytuacja, w której Jeff zamiast wyprowadzać dziecko musiał trzymać drugie takie tylko o wiele większe drugą dłonią w ogóle nie powinna mieć miejsca. I Bunny jasno dała to do zrozumienia Teddy w swoim spojrzeniu, równie ognistym, co to jej. — Dobrze wiesz, że w pierwszej kolejności… liczy się nasze bezpieczeństwo. To chciała powiedzieć, ale nawet kurwa nie zdążyła, bo Teddy już wyrwała się Jettowi. — Darling! — podniosła głos równo z momencie, gdy coś huknęło kilka metrów dalej, a dziecko, które strażak miał na rękach zaniosło się jeszcze głośniejszym płaczem. — Weź go już. Idź! — tym razem swój krzyk skierowała do Donovana. Mieli dzieciaka. Trzeba go było jak najszybciej sprowadzić na dół i przekazać medykom, a nie kłócić się o niesubordynacje młodszej koleżanki ze służby. Jett spojrzał na nią niepewnie, ale zaraz odwrócił się i ruszył. Carver też chciała, ale kiedy tylko wyjrzała przez ramię, zobaczyła, jak Teddy już z impetem kopie w drzwi do salonu.
Darling! — znowu się wydarła i od razu ruszyła w jej kierunku. Pokój, w którym się znalazły był prawie cały zajęty ogniem. Kanapa pośrodku smażyła się na ich oczach, a w rogu pomieszczenia, gdzieś za kwiatkiem szlochała kobieta. Ledwo widoczna przez cały ten ogień.
BŁAGAM POMOCY! — tylko tyle zdążyła krzyknąć, nim strop znowu nie zaczął się sypać nad ich głowami. Nie miały jak się tam dostać, nie podpalając się. Może i uniformy jakie miały na sobie opóźniają przenikanie ciepła i płomieni, ale po przekroczeniu czasu odporności termicznej gorąco zaczynało przenikać do wnętrza. Musiałyby wezwać wsparcie albo zacząć to gasić, a na to nie było już czasu. Szczególnie, że dźwięki, jakie wydawała konstrukcja robiły się coraz głośniejsze. Budynek się sypał. I to w zdecydowanie zbyt szybkim tempie.
Teddy, kurwa! — tym razem użyła jej imienia, od razu łapiąc ją za ramię i ciągnąć do wyjścia. I wtedy sufit w miejscu, w którym klęczała kobieta osunął się w dół. Bunny jednym ruchem i z całej siły szarpnęła ją do siebie, zapewne ratując przed przygnieceniem. Obie poleciały na plecy, chociaż to Carver stała się poduszką amortyzującą ten upadek. Ogień buchnął obrzydliwym gorącem, a gruz unoszący się w powietrzu już kompletnie zniwelował widoczność. Bunny jak w jakimś amoku jednak znalazła w sobie pokłady sił, żeby zerwać się na równe nogi i szarpnąć za sobą Teddy. Wkładała w to całą siłę, jaką tylko miała. Mięśnie piekły ją niemiłosiernie, a płuca paliły żywym ogniem. Prawie spadły ze schodów, na które również sypał się gruz. A potem prosto do wyjścia, czując na plecach oddech kostuchy, która postanowiła zebrać kolenie żniwa.

teddy darling
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
żaba
wygenerowanych postów i braku inicjatywy
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
więc bądź kimś więcej, żadnym one night standem. chcę kochać wściekle, mówiąc, że tęsknię
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ojciec zawsze powtarzał, że jak ma się miękkie serce, to trzeba mieć twardą dupę. Zabawne, bo sam przecież był tak zwyczajnie, po ludzku dobrym człowiekiem. Mama zresztą również. Oboje mieli ogromne serca i wychowali swoją jedyną córkę, ucząc ją empatii i wrażliwości na cudzą krzywdę. Byli z niej potwornie dumni, ale jednocześnie drżeli z niepokoju, bo doskonale zdawali sobie sprawę, że w każdej chwili może przytrafić jej się coś złego. Chyba nigdy do końca nie przywykli do myśli, że ich córka regularnie wchodzi tam, skąd inni ludzie uciekają.
Mocno ubolewali też nad tym, jak kiepsko opłacana była praca w straży pożarnej. Ale Teddy wybrała taki, a nie inny zawód nie ze względu na pieniądze. Ani ona, ani Bunny, ani nawet Donovan nie mieli przecież wzbogacić się na ratowaniu ludzkiego życia. Nikt nie wchodził do płonącego budynku z myślą, że może kiedyś kupi sobie za to większy dom albo lepszy samochód. Pieniądze były dodatkiem, a nie powodem, dla którego zakładała mundur. Gdyby chodziło jej wyłącznie o wypłatę, bez problemu znalazłaby sobie znacznie bezpieczniejszą pracę. Chciała po prostu wiedzieć, że robi coś, co ma znaczenie. No dobrze, może nie zawsze była najbardziej rozsądną osobą w jednostce i czasami trzeba było ją niemal siłą powstrzymywać przed wybiegnięciem przed szereg, ale nigdy nie brakowało jej chęci, żeby komuś pomóc. Miękkie serce nie było wadą. Trzeba tylko nauczyć się z nim żyć, nawet jeśli czasami oznacza to cholernie bolesne lądowanie.
Teraz chęć pomocy była równie silna. Zagłuszała resztki rozsądku i pchała ją naprzód, nie pozwalając zatrzymać się nawet na chwilę. Strach gdzieś tam był i czaił się pod skórą, ale adrenalina skutecznie odbierała mu głos. Liczyła się tylko myśl, że za drzwiami była matka trzyletniego chłopca, którego nie mogła po prostu zostawić. Rozsądek mógł sobie krzyczeć, że to szaleństwo. Teddy i tak nie zamierzała słuchać.
Jett zacisnął szczękę, ale posłusznie wyszedł na korytarz, kierując się w stronę schodów. Musiał zabrać stąd dzieciaka, zanim stanie mu się jakaś krzywda. To była doskonała okazja dla młodszej strażaczki, która momentalnie znalazła się przy drzwiach i, nie zważając na buchające spod nich płomienie, kopnęła w nie kilkukrotnie. Drewno zadrżało pod kolejnymi uderzeniami, a przez szparę wdarł się jeszcze gorętszy podmuch. W końcu jakimś cudem zdołała je wyważyć. Wpadła do środka, całkowicie ignorując krzyki Carver.
Jest tutaj! — poinformowała, odwracając się do Bunny. — Chodź, pomóż mi z tym — ruchem głowy wskazała na regał, który jako jeden z nielicznych mebli nie został jeszcze strawiony przez ogień. Kobieta ukrywająca się za kwiatkiem wydała z siebie donośny szloch. — Carver, do cholery, pomóż mi to przesunąć! — już łapała za mebel, kiedy nagle poczuła gwałtowne szarpnięcie. — Co ty… — wydyszała, ale nie zdążyła nawet dokończyć.
Runęły na podłogę dokładnie w momencie, kiedy fragment sufitu zawalił się w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się matka trzyletniego chłopca. Jej szloch zmieszał się z hukiem i przemienił w przeraźliwy krzyk. Teddy nigdy wcześniej nie słyszała czegoś takiego. Leżała na plecach, usiłując nabrać powietrza. Albo je wypuścić. Albo w ogóle zrobić cokolwiek. Przez kilka sekund nie docierało do niej, co właściwie się stało. Dopiero kiedy Bunny poderwała ją na równe nogi, dostrzegła w gęstym dymie gruz. Cały stos ciężkich fragmentów konstrukcji pogrzebał kobietę żywcem.
Nie… — wyszeptała bezgłośnie. Fakt, że Carver ciągnęła ją w stronę wyjścia, wyrwał ją z tego dziwnego amoku. Dopiero wtedy dotarło do niej, że kobieta została tam sama. Że przed chwilą jeszcze błagała o pomoc, a teraz dzieliła je od niej sterta gruzu. — Nie. Nie, nie możemy jej zostawić! Musimy zawrócić! Musimy zawrócić, słyszy?! — próbowała przebić się przez huk ognia, ale na nic się to zdało. Zapierała się nogami, szarpała, próbowała wyrwać z uścisku starszej strażaczki, ale Bunny ani myślała jej puścić.
Teddy nie miała pojęcia, skąd Carver miała tyle siły. Zdołała wyszarpać ją najpierw na korytarz, potem przeciągnąć przez schody, aż w końcu znalazły się przed budynkiem. Darling ściągnęła hełm i cisnęła nim o chodnik. Zaraz potem pozbyła się maski. Wszystkie te trzaski, huki i nagłe uderzenia gorąca, do tego różnica ciśnień, sprawiły, że przez chwilę miała wrażenie, jakby ktoś zatkał jej uszy od środka. Wzięła głęboki haust powietrza, próbując uspokoić oddech. Nic z tego. Płuca pracowały jak oszalałe, a serce waliło jej gdzieś pod gardłem. Pochyliła się do przodu, opierając dłonie na kolanach. Było jej niedobrze. Dopiero po chwili kątem oka dostrzegła starszą kobietę. Siedziała przy ambulansie, obejmując trzyletniego chłopca, który znajdował się na jego tyłach. Teddy patrzyła na nich przez kilka sekund, próbując poukładać sobie w głowie to, co właśnie się wydarzyło.
I wtedy się porzygała.

Bunny Carver
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
34 y/o
For good luck!
174 cm
gasze pożary i nie tylko
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Ratowanie ludzi nigdy nie było proste.
I nie chodziło tutaj wcale o motywacje czy chęć poświecenia. Desperację, która wyrywała się do przodu i sprawiała, że mogło nie liczyć się nic innego tylko na gryząca w skórę chęć pomocy. To było w tym wszystkim najprostrze. Największy problem był z odpuszczaniem. To był ten moment, w którym ciało wyrywało się do przodu, a głowa usilnie wysyłała racjonalna sygnały o zagrożeniu. To była ciągle pierodlona walka z samym sobą, bo skoro tego się udało, to czemu pięciu kolejnych tez nie? No nie. I taką decyzję trzeba było przeżyć na własnej skórze, żeby wiedzieć, jak wielkie brzemię niosła.
Carver miała to już za sobą. Jej pierwszy raz wcale nie był bardziej kolorowy niż to, co miało miejsce w budynku. Był równie ciężki, tak jak teraz, kiedy huk walących się ścian zadzwonił w uszach, mieszając się z krzykiem kobiety, który nieznośnie wwiercał się pod czaszkę. Nie miała pojęcia, co aktualnie czuła Teddy, każdy przecież był inny, ale ona jeszcze całą drogę po schodach słyszała go w uszach. Ten gardłowy, przerażony krzyk. Serce podchodziło jej do gardła, adrenalina kręciło po żyłach, ale i tak najbardziej skupiona była na celu. A calem na tamten moment było wyprowadzenie Darling z budynku.
Też nie wiedziała, skąd znalazła w sobie tak wielkie pokłady siły. Jakim cudem udało jej się wyszarpać solidne sześćdziesiąt pięć kilo za fraki, podczas gdy Teddy tak bardzo chciała tak wrócić. Ratować coś, co nie miło już w sobie życia. Takiego uderzenia przecież nie dało się przeżyć, a tym bardziej nie był nic, co one mogły zrobić. Przecież spróbowały. Chciały dobrze. A teraz musiały wpisać to jedno życie na straty.
Carver w pierwszej kolejności wypchnęła na chodnik Teddy, a dopiero potem sama wyleciała, kaszląc nieznośnie. Może i miały na sobie odpowiedni sprzęt, jednak przy takim mocnym zagruzowaniu i ogniu nawet ona po jakimś czasie przestawałī dawać radę. Wsparła się na moment o własne kolana, ukradkiem obserwując jak Darling zrzuca z siebie kask i biegnie w stronę trawy. Będzie rzygać, tyle zdążyła sobie pomyśleć. Ona też rzygała. Każdy z nich rzygał albo tracił przytomność. Chciała nawet pójść w jej stronę, być wsparciem nawet w milczeniu, ale wtedy zatrzymał ją przy sobie komendant, gotowy przyjąć raport. Zdała go szybko, z ciężkiem westchnieniem na końcu, gdy opowiedziała o kobiecie, która odeszła po gruzem.
Żadnych innych ofiar? — dopytał, podnosząc na moment wzrok na budynek, który z pewnością nie nada się już do niczego. Ludzie na dobre potracili swój dorobek życia, mieszkania i… nie tylko.
Na ten moment nie — zdała, odpinając hełm i ściągając go z głowy. Kilka kosmyków poleciało jej na lekko zasmoloną twarz. — Pozostałe mieszkania na trzecim piętrze były puste… Jedynie pierwszego nie sprawdziłyśmy — dodała po chwili, zgodnie z prawdą. Prawdą, za którą po chwili zebrała solidny opieprz. Procedury, procedury, procedury… Nawijał jak zdarta płyta i chociaż Bunny kiwała głową, bo wiedziała, że miał rację, tak wcale nie żałowała. Bo kto wie, czy gdyby zaczęły od dołu, zdążyłyby wyprowadzić staruszkę i jeszcze potem tego małego chłopca niż budynek się zapadł? Oczywiście nie powiedziała tego na głos, nie była na tyle odważna przed szefem, ale swoje wiedziała. Aż spojrzała znowu w stronę Teddy. A potem podeszła do niej, gdy rozmowa z komendantem dobiegła końca.
Jest okej? — spytała sucho, chociaż w jej tonie głosu dało się usłyszeć troskę. Otuliła ją spojrzeniem. Nawet kolorową plamę wymiocin, rozpaćkanych na trawie. — Ty przynajmniej miałaś związane włosy — prychnęła. — Ja przy swoim pierwszym rzyganiu ubrudziłam sobie całe końcówki i pół twarzy — może był to słaby czas na żarty, może tego czasu nawet wcale nie było, ale przecież jakoś trzeba było rozładować tą cholernie napiętą atmosferę. Carver może i podczas akcji bywała przysłowiową suką, ale to też nie tak, że nie miała w sobie żadnych emocji. Po prostu dobrze umiała je ukrywać przed innymi. Finalnie jednak wyciągnęła rękę w stronę Teddy i ułożyła ją miękko na jej ramieniu. — Słuchaj, Darling, dobrze wiesz, że to nie je…
I CO?! — nie dokończyła nawet swojego zdania, bo głos starszej kobiety przeciął nagle powietrze. Bunny od razu się wyprostowała i chociaż wystartowała do przodu, nie zdążyła zatrzymać starszej kobiety, która dzieciaka zostawiał przy karetce, a ona sama już patrzyła prosto na twarz Teddy. — Co z moją siostrzenicą? Gdzie ona jest??? — rzucała pytaniami cała spanikowana, a w oczach miała łzy. Jakby wiedziała, że coś jednak poszło nie tak, chociaż wciąż desperacko trzymała się nadziei.

teddy <3
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
żaba
wygenerowanych postów i braku inicjatywy
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
więc bądź kimś więcej, żadnym one night standem. chcę kochać wściekle, mówiąc, że tęsknię
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chciała zawrócić do budynku, ale kolejne torsje zgięły ją wpół. Nie docierało do niej, że zostawiły tę kobietę w środku. Teddy była przekonana, że można było ją uratować, gdyby tylko zdołały odpowiednio szybko wyciągnąć ją spod gruzu. Nie potrafiła pogodzić się z myślą, że naprawdę nie dało się już nic zrobić. Przecież według niej zawsze można było zrobić więcej.
Miała wrażenie, że zaraz wyrzyga wszystkie narządy. Ostatnie wymioty szarpnęły nią tak mocno, że łzy, które napłynęły jej do oczu, zaczęły spływać ciurkiem po policzkach. W końcu odkaszlnęła kilkakrotnie, wyprostowała się i otarła usta rękawem munduru, zostawiając na twarzy ciemny, sadzowy ślad. Dopiero wtedy zorientowała się, że cała się trzęsie. Nie wiedziała, czy bardziej z wysiłku, adrenaliny czy tego paskudnego poczucia bezsilności, które coraz mocniej zaciskało jej żołądek. Przecież jeszcze chwilę temu była gotowa wrócić do środka. Teraz ledwo stała na własnych nogach.
Czuła na sobie współczujące spojrzenia kolegów. Tylko Darling wcale nie potrzebowała ich żalu. Nie oczekiwała, że będą z nią współodczuwać, chociaż każdy z nich przechodził przez coś podobnego. Każdy miał na swojej służbie ofiarę śmiertelną. Pech chciał, że strażaczka pierwszy raz musiała się z tym zmierzyć. Wcześniej nigdy nikt nie zginął na jej zmianie. To pewnie dlatego, że miała stosunkowo krótki staż i nieczęsto wyjeżdżała do tak poważnych akcji. Do tej pory zawsze udawało się kogoś wyciągnąć. Czasami ledwo przytomnego, czasami poturbowanego, ale żywego. I chyba właśnie dlatego tak trudno było jej teraz zaakceptować, że tym razem było inaczej. Nie chciała tych spojrzeń. Nie chciała poklepywania po ramieniu ani zapewnień, że przecież zrobiła wszystko, co mogła. Bo skąd mogli wiedzieć? Teddy sama nie była tego pewna.
Gapiła się tępo we własne wymiociny, kiedy głos Carver wyrwał ją z zamyślenia. W normalnych okolicznościach pewnie zaśmiałaby się z jej żartu, ale teraz było jej zdecydowanie nie do śmiechu.
Nie. Nic nie jest okej — odparła, chociaż doskonale wiedziała, co Bunny próbowała jej powiedzieć. Że to nie była jej wina. Tylko że właśnie tak się składało, że Teddy wcale w to nie wierzyła. W jej głowie odpowiedzialność rozkładała się bardzo prosto: to była wina jej samej, drugiej strażaczki, która powstrzymała ją przed wejściem do mieszkania i Donovana, który zamiast pozwolić jej działać, tracił cenne sekundy na odwodzenie Darling od jej zamiarów. Każda z tych decyzji mogła przecież coś zmienić. A może nie mogła? Wszystko jej się mieszało i nic już nie wiedziała.
Kolejny głos sprawił, że zastygła w bezruchu. Starsza kobieta dopadła do niej i wlepiła w nią zapłakane oczy. Palce obu rąk zacisnęła mocno na jej mundurze, a Darling pozwalała jej szarpać się z całych sił, które nagle w nią wstąpiły. Nie próbowała jej powstrzymywać ani odsuwać od siebie. Po prostu stała, przyjmując na siebie całą rozpacz, która właśnie z niej uchodziła.
Ja... — wydusiła z siebie, ale szybko zdała sobie sprawę z tego, że nie miała zbyt wiele do powiedzenia. — Naprawdę bardzo mi przykro — wyszeptała, spuszczając głowę. Nie była w stanie patrzeć kobiecie prosto w oczy, a już na pewno nie była w stanie powiedzieć nic więcej.
Uścisk na jej mundurze jeszcze się wzmocnił.
Obiecałaś, że ją stamtąd wyprowadzisz! Obiecałaś mi to! Obiecałaś! Jak mogłaś mnie tak okłamać?! — wydzierała się wniebogłosy, szarpiąc Teddy jak szmacianą lalką. Darling czuła każdy z tych ruchów, ale jakby przez sen. Nie stawiała oporu. Nie miała nawet siły, żeby to zrobić. W ustach wciąż miała posmak pyłu, głowa pulsowała jej w rytm własnego serca, a chociaż wokół nadal było potwornie głośno, wszystko docierało do niej z opóźnieniem. Syreny. Krzyki. Trzask ognia. I głos kobiety, który raz po raz przebijał się przez ten cały hałas.
Obiecałaś.
To jedno słowo zdawało się docierać do niej najwyraźniej.

Bunny 🐰
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
34 y/o
For good luck!
174 cm
gasze pożary i nie tylko
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Wiedziała, że nie było okej.
Widziała to przecież po jej twarzy.
Po tym jak nerwowo łapała powietrze, jak twarz miała cała zieloną, jakby lada moment miała nadejść kolejne porcja wymiocin, jak jej ciało nerwowo drżało od nadmiaru emocji, a oczy zachodziły naturalną wilgocią. Teddy wyglądała jak każdy świeżak po swojej pierwszej, nieudanej akcji. I miała pełne prawo do tych emocji. Prawo do tego, by mieć do siebie żal i do tego, by czuć się jak gówno. Każde z nich to przerabiało, a na tego typu rany i tak nie pomogą żadne krzyki czy przekonywania, a jedynie… czas. Czas, który zaleczy te rany. Chociaż akurat to każdy miał inne.
Darling nie miała go dużo, bo niespodziewanie za ich plecami wyrosła starsza kobieta, która uratowali z drugiego pięta. Buzie miała zatroskaną, a oczy przepełnione łzami. Krzyczała i pytała, co z jej siostrzenicą, chociaż najprawdopodobniej już widziała. Widziała, że wyszli bez niej. Resztę historii można było łatwo dopisać.
Nie wtrącała się, gdy kobieta ryknęła na Teddy. Nie dlatego, że to był jej trup, ale przecież przekazywać o niepowodzeniu misji również musiała się nauczyć. Łatwo było zbierać laury za pomoc, ale przyjmować baty również trzeba było w sobie wypracować. Stanęła z boku i jedynie skrzyżowała ręce na piersiach. Ciężko patrzyła się na to jak Darling się miesza, jak ucieka spojrzeniem przed odpowiedzialnością. A stara nie odpuszczała. Unosiła się coraz bardziej do momentu, w którym przeszłą do rękoczynów. Szarpnęła Teddy za ramiona i chociaż Bunny oczekiwała, że ta sama sprowadzi pokrzywdzoną na ziemię, wcale tak się nie stało. Darling dawała się poniewierać, jakby straciła czucie w mięśniach, jakby była jakąś szmacianą lalką, a na to Carver nie miała zamiaru pozwolić.
Proszę ją puścić — rzuciła spokojnie, jednak wciąż stanowczo, przy okazji wykonując krok, który wcisnął ją pomiędzy Teddy a starszą kobietę. Odsunęła roztrzęsione dłonie od mundurku Daring i spojrzała w zapłakane oczy staruszki. — Rozumiem, że jest pani w szoku, ale bardzo proszę się teraz odsunąć.
Jakie odsunąć, jakie odsunąć?! — ryknęła nieugięta, tym razem próbując szarpnąć za Carver, jednak ona nawet nie drgnęła. — Powiedziała, że ją uratuje!
Zrobiła wszystko, żeby ją wyprowadzić. Weszła do budynku, ryzykowała własnym życiem i nie poddała się do momentu, w którym konstrukcja zaczęła się walić. Dokładnie tak samo, jak weszła po panią i pani wnuka — wyjaśniła spokojnie, chociaż serce przyśpieszyło jej tempa. Rozmowy z rodziną w żałobie nigdy nie należały do łatwych. Nie wiedziała, jak medycy robią to na porządku dziennym, ona sama chyba by wysiadła, chociaż jednorazowo potrafiła powstrzymać się od nadmiernych emocji. Wskazałą w stronę karetki, gdzie medyk badał dziecko. Kobieta zrobiła dokładnie to samo. — Dzięki niej przeżył — dodała przyciszonym głosem. Bo chociaż synowej już nie odzyska, tak wciąż miała swojego wnuka i teraz była jego główna rodziną. A przynajmniej na ten wieczór. To na nim powinna się skupić, dla niego być wsparciem. I chyba myślały o tym samym, bo staruszka tyko pociągnęła nosem i przestała się szarpać. — Musimy wracać do pracy. Odprowadzę panią do medyków — wtrąciła, układając ostrożnie dłoń na ramieniu kobiety, po czym przeprowadziła ją te kilkanaście metrów dalej, raz po raz zaglądając przez ramie na Teddy, która wciąż tępo patrzyła się w eter. Wróciła do niej praktycznie od razu, po drodze ściągając grube rękawice.
Darling. Spójrz na mnie — rzuciła stanowczo, ujmując jej podbródek w ciepłą dłoń i zadzierając do góry. Była od niej wyższa o prawie dziesięć centymetrów, ale to wcale nie przeszkadzało, by ich spojrzenia się spotkały. — Potrzebuje, żebyś się teraz skupiła i odpowiedziała mi szczerze, bez pierdolenia. Jesteś w stanie tu zostać, spiąć się i pracować, czy chcesz wracać na bazę? Mogę ci załatwić transport, jeśli nie będziesz potrafiła się zebrać do kupy. Trzeba zabezpieczyć teren i sporządzić listę mieszkańców, a ja nie mogę tu stać i cię niańczyć, więc albo weźmiesz się w garść i przetrzymasz to w sobie jeszcze przez jakąś godzinę półtorej albo odsyłam cię do domu — chociaż głos miała spokojny, a jej kciuk nieznacznie przesunął się po ciepłym policzku, było w nim dużo stanowczości. Przejmowała się stanem Darling ale też wiedziała, że fizycznie nic złego jej nie groziło, czego nie można było powiedzieć o ludziach poparzonych i tych, którzy zostali bez dachu nad głową. Roboty było od groma i potrzebowali jej, ale jeśli nie była w stanie się ogarnąć, równie dobrze mogła wracać do domu.

teddy!
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
żaba
wygenerowanych postów i braku inicjatywy
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
więc bądź kimś więcej, żadnym one night standem. chcę kochać wściekle, mówiąc, że tęsknię
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powinna wiedzieć, jak sobie z tym poradzić. To przecież nie był jej pierwszy dzień na służbie. Miała już za sobą wystarczająco dużo akcji, żeby nie reagować jak ktoś, kto dopiero co założył mundur. A jednak nigdy wcześniej nie czuła się tak okropnie jak teraz. Czemu nikt z kolegów nie powiedział jej, jak się na to nastawić? Chcieli, żeby przekonała się wszystkiego na własnej skórze, czy może po prostu nie dało się w żaden sposób przygotować człowieka na coś takiego? Można było opowiadać o procedurach, o ofiarach, o tym, że nie zawsze udaje się wszystkich wyciągnąć na czas. Można było nawet ostrzegać, jak wygląda człowiek z oparzeniami IV stopnia, kiedy dochodzi do zwęglenia i zniszczeni tkanek. Tylko że żadne słowa nie były w stanie tak naprawdę przygotować jej na moment, w którym sama musiała odejść od kogoś, komu jeszcze chwilę wcześniej obiecywała, że go uratuje. Co prawda nie złożyła tej obietnicy bezpośrednio kobiecie, na którą zawalił się sufit, ale jej ciotce.
I ta ciotka wyglądała teraz tak, jakby za chwilę miała rozszarpać strażaczkę pazurami. Teddy nic sobie z tego nie robiła. Miała wrażenie, że zasługiwała na wszystko, co właśnie z nią wyprawiała - również na każde wyzwisko, które padało z ust starszej kobiety. Dawno nie słyszała takiej wiązanki. W innych okolicznościach pewnie nawet zrobiłoby to na niej wrażenie, ale teraz każde kolejne słowo tylko utwierdzało ją w przekonaniu, że kobieta miała prawo być do bólu wściekła. Przecież obiecała jej, że sprowadzi bliską osobę na dół. A teraz musiała patrzeć jej w oczy i przyznać, że nie dotrzymała słowa.
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć. Cokolwiek. Byle tylko miało to jakiś większy sens, ale w głowie miała pustkę. Zanim zdążyła wydusić z siebie choćby jedno słowo, obok pojawiła się Bunny, która stanęła pomiędzy nią a wciąż rzucającą się kobietą. Zaczęła tłumaczyć, że Darling zrobiła wszystko, co było w jej mocy, że weszła do środka, że próbowała ją wyciągnąć i że nie mogła zrobić nic więcej.
Tylko dlaczego sama Teddy wcale nie czuła się tak, jakby faktycznie zrobiła wszystko? Dlaczego te słowa, które z ust Carver brzmiały tak rozsądnie, w jej głowie kompletnie się nie kleiły? Przecież gdyby zrobiła wszystko, co mogła, kobieta powinna teraz stać obok swojej ciotki. A jednak jej nie było.
Wróciła spojrzeniem do trzyletniego chłopca, o którym wspomniała druga strażaczka. Chłopiec był poddawany tlenoterapii, ale jego życiu nic już nie zagrażało. Nawet nie zarejestrowała, kiedy koleżanka po fachu zaprowadziła kobietę do ambulansu. Dalej nic od niej nie docierało. Dopiero powrót Bunny sprawił, że odzyskała na chwilę rezon.
Posłusznie zadarła głowę, kiedy druga strażaczka ujęła jej podbródek.
Jestem skupiona — zastrzegła natychmiast. Bzdura, wcale nie była. Mimo to wysłuchała do końca słów Carver, zastanawiając się, co będzie dla niej lepsze. Nie była do końca przekonana, czy jest w stanie dalej pracować. Z drugiej strony wcale nie chciała wracać ani do remizy, ani do swojego loftu, gdzie byłaby całkiem sama. — Dam radę. Wytrzymam do końca — zapewniła, przytakując pewnym skinieniem głowy. To nie była robota dla miękkich pizd. Wiedziała, na co się pisała, kiedy decydowała się wybrać taki, a nie inny zawód. Trzeba było zrezygnować po pierwszych szkoleniach, a nie teraz się mazać.
Wstrzymała powietrze pod wpływem ciepłego dotyku. Przyniosło jej do odrobinę spokoju. chociaż w środku cała dygotała. Odetchnęła szybko przez nos i przymknęła na moment powieki. Było dobrze.
Pomogę Youngowi przeszukiwać tamte zgliszcza, w porządku? — zapytała z myślą o fragmencie zawalonego budynku, który został strawiony przez ogień. Nie miała pojęcia, jak zareaguje, kiedy natknie się na jakieś ciała. Chciała jednak za wszelką cenę udowodnić, że jest gotowa do działania. — I Bunny? Dziękuję — uśmiechnęła się do niej trochę krzywo, modląc się w środku o to, żeby przypadkiem jej nie obrzygać.

bax Bunny
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
34 y/o
For good luck!
174 cm
gasze pożary i nie tylko
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Jestem skupiona.
Gówno prawda. Wcale nie była.
Bunny widziała na jejej twarzy wszystko, tylko nie skupienie. Widziała jak uciekała spojrzeniem do starszej kobiety, która chwile temu na nią nawrzeszczała, która obwiniła ją za to, co się stało, widziała, jak przygląda się małemu chłopcowi, który wciąż był pod stałą obserwacją medyków, jak studiuje kurwa trawę — wszystko, byleby nie spojrzeć Carver w oczy z pełną zadaniowością.
Nie było to proste, a Teddy była jeszcze młoda i niedoświadczona, dlatego jej tego nie wytknęła, jednak swoje wiedziała. Tez przez to przechodziła. Może to głupie, ale akurat Bunny uważała, że najlepszym sposobem na nadmierne myślenie była po prostu praca. Zmuszenie głowy do tego, by porzuciła niechciane głosy i mimowolnie skupiła się na wykonywanych czynnościach. Akurat do tego warunki dookoła miały idealne, bo wszędzie trzeba było w czymś pomóc ekipie. No tylko Bunny musiała się pierwsze upewnić, czy Darling w ogóle była w stanie.
Dam radę. Wytrzymam do końca.
Złapała więcej powietrza w płuca i znowu zajrzała w turkusowe oczy. Przez moment po prostu patrzyła. Jakby sprawdzała, czy Teddy złamie się pod jej spojrzeniem, jednak nic podobnego się nie stało.
I dobrze — rzuciła nagle, dociskając palce jeszcze mocniej do jej osmolonej twarzy. — To zakładaj kask i bierz się do roboty — dodała, ponosząc spojrzenie gdzieś za plecy Teddy, w stronę wejścia do budynku. — Chyba wrzuciłaś go pod tamten krzak — ostatnie zdanie wtrąciła już bardziej przyjacielsko, tak żeby Darling nie miała jej za kompletną sukę. Ale trzeba było przyznać, że Teddy dość mocno cisnęła swoim hełmem po wyjściu z budynku. Pewnie nie prosto będzie go znaleźć. A bez niego przecież nie będzie mogła pójść pomóc Youngowi przeszukiwać zgliszcza.
Opuściła dłoń przy okazji wykonując krok w tył i dając strażaczce odpowiednią przestrzeń, tym samym dając jej do zrozumienia, że nie miała nic przeciwko jej propozycji. Dobrze jej zrobi praca u boku Younga — facet gadał tak dużo, że nawet jakby chciała myśleć o tym, co się stało, w pewnym momencie mimowolnie sama zapomni. Już miała odejść, kiedy usłyszała swoje imię, dlatego przystanęła jeszcze na moment. Spodziewała się wielu rzeczy, ale akurat na podziękowań nie było na jej liście.
Nie ma sprawy, Teddy… cisnęło się jej na usta, a jednak finalnie wyszło z nich coś zupełnie innego.
Do roboty, Darling — rzuciła krótko, po czym puściła jej oczko i odeszła w stronę komendanta, by przyjąć odpowiednie zadania na własne barki. Nie chciała być oschła dla Teddy ale w tym samym czasie nie miała zamiaru pokazywać jej w pracy swoich słabości, a tym bardziej tego, że się nią przejęła. Widziała przecież, w jak mocnym szoku wciąż była, chociaż coś czuła, że jeszcze na dobre nie doszło to niej to, co tam się stało. To pewnie przyjdzie z czasem.
Komendant przydzielił ją do strony operacyjnej. Razem z Finnickiem musieli policzyć mieszkańców, sporządzić odpowiednią listę, a potem upewnić się, że każda osoba miała gdzie zatrzymać się do jutra. Sąsiedzi z budynku obok w większej mierze zaoferowali się przyjąć ludzie do siebie, inni planowali jechać od rodziny, wszystko to trzeba było odpowiednio udokumentować. Mało bohaterska robota, ale Carver swoje już zrobiła, ratując Darling przed pozostaniem pod kupą gruzu.
Sama nie wiedziała, ile dokładnie czasu zeszło im na wszystkich czynnościach, ale po pewnym czasie na miejsce przyjechała druga zmiana, a oni dostali jasny komunikat, że mieli się rozjechać, doprowadzić do porządku, trochę odpocząć i przygotować na kolejną podmiankę za kilka godzin. Nic dziwnego. Roboty pewnie było na całą jedną dobę.
Bunny podczas całej zmiany raz po raz przyglądała się Darling, gdy tylko miała okazje. Widziała po niej, że dalej nie było od końca okej, że łapała pojedyncze zwiechy, kiedy zamiast skupić się na robocie znowu szukała wzrokiem starszej kobiety i jej wnuka. Zadręczała się. A uleje jej się pewnie dopiero, jak wróci do domu. I tylko dlatego podeszła do niej, gdy już wrócili na bazę.
Zostaw auto — wtrąciła tuż przy wyjściu, łapiąc jasne spojrzenie Darling. — Prześpisz się u mnie — powiedziała, jakby to była najbardziej normalna komenda na świecie. Sięgnęła do kieszeni kurtki, wyciągając kluczyki do granatowego BMW. — Uwierz mi, nie chcesz być teraz sama, a ja robie za-je-bi-stą jajecznice — oczywiście jeśli miała zamiar jej odmówić, Bunny nie miała w planach nalegać, ale przecież… nikt po czymś takim nie chciałby zostać sam w czterech ścianach.

teddy <3
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
żaba
wygenerowanych postów i braku inicjatywy
30 y/o
STRAŻAK TEDDY
167 cm
strażaczka w toronto fire station 132
Awatar użytkownika
więc bądź kimś więcej, żadnym one night standem. chcę kochać wściekle, mówiąc, że tęsknię
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Musiała wziąć się w garść. Nie była przecież miękką pizdą. No dobrze, była, ale potrzebowała jeszcze trochę czasu, żeby uodpornić się na takie rzeczy. Tylko czy w ogóle było to możliwe? Czy można było zobojętnieć na ludzkie tragedie i po prostu robić swoje, nie pozwalając, żeby wszystko tak mocno wchodziło do głowy? Myśl, że jednak nie nadawała się do tej pracy, uderzyła ją nagle. Teddy miała ochotę po prostu tym wszystkim pierdolnąć i wrócić do domu. Ale coś nie pozwalało jej odpuścić. Bardzo, niesamowicie wręcz bardzo chciała udowodnić, że da radę. Komu? Przede wszystkim samej sobie, ale też kolegom z pracy i kapitanowi Whitmanowi, który co jakiś czas zerkał na nią ukradkiem, jakby chciał upewnić się, że Darling zaraz się tutaj nie rozleci. Czuła na sobie również spojrzenia Donovana i Younga, a przecież za cholerę nie chciała, żeby patrzyli na nią z litością.
Słowa Carver dotarły do niej z lekkim opóźnieniem, ale rozumiała ich sens. Podniosła na nią wzrok i rozejrzała się za swoim hełmem. Faktycznie leżał gdzieś w krzakach. Ruszyła w tamtą stronę na sztywnych nogach i sięgnęła po umazany sadzą kask. Wcisnęła go na głowę i zapięła pod brodą.
Tak jest — rzuciła, próbując zabrzmieć na zmotywowaną, ale wyszedł jej z tego tylko jakiś żałosny skrzek. Odchrząknęła i zawróciła do Blaze'a Younga, który przeszukiwał fragmenty zawalonego budynku. W duchu modliła się, żeby nie natrafić na kolejną ofiarę pożaru.
Miała wrażenie, że porusza się w zwolnionym tempie. Czas dłużył się niemiłosiernie, a ona nie mogła przestać myśleć o tamtej kobiecie z trzeciego piętra. Wciąż zastanawiała się, czy naprawdę nie mogła zrobić nic więcej. Wszyscy dookoła powtarzali, że nie, ale ona nie miała co do tego pewności. Young próbował ją zagadywać. Opowiadał o swojej żonie i rocznej córeczce, ale Darling jedynie przytakiwała, zupełnie nie mając pojęcia, o czym właściwie rozmawiają. Zapamiętała jedynie, że Sadie zaczęła już chodzić i była straszną przylepą. To z kolei przypomniało jej o trzylatku, który już nigdy nie zobaczy swojej mamy, przez co poczuła się jeszcze gorzej.
Swąd spalenizny drażnił ją w nozdrzach, a oczy piekły od resztek unoszącego się w powietrzu dymu. Z całych sił starała się nie rozpłakać, zagryzając od środka policzki aż do krwi. Skupiła się na zadaniach i chociaż fizycznie wciąż była na miejscu, myślami odpływała, snując się po zgliszczach jak cień człowieka. Tyle dobrego, że nie znaleźli już żadnych ludzi - ani żywych, ani martwych.
Po powrocie do remizy wcale nie poczuła się lepiej. Wyrzuty sumienia ciężko osiadły na jej barkach. Zrzuciła z siebie przesiąknięty dymem mundur i z obojętnością wrzuciła na siebie dresy i bluzę, ukrywając twarz za kapturem.
Zostaw auto.
Spojrzała na Bunny, jakby zobaczyła ją pierwszy raz w życiu. Zamrugała, kompletnie zbita z tropu.
Słucham? — wyrwało jej się, zanim druga strażaczka wyjaśniła, o co chodzi. — Nie, przestań. Nie chcę ci robić kłopotu — mruknęła, opatulając się szczelniej bluzą. Chyba adrenalina zaczęła z niej schodzić, bo nagle zrobiło jej się okropnie zimno. Ale Carver wiedziała, co robi. Teddy nie chciała być dzisiaj sama. — No dobra. Ale robię to wyłącznie ze względu na jajecznicę — poprawiła sportową torbę na ramieniu i przepuściła Carver w drzwiach, podążając za nią do jej samochodu.
Opadła ciężko na fotel pasażera i westchnęła pod nosem. Szybko omiotła wzrokiem wnętrze auta, szukając w nim czegoś charakterystycznego. Jej spojrzenie zatrzymało się na zdjęciu wciśniętym w osłonę przeciwsłoneczną nad fotelem kierowcy.
Kapitan Whitman mówił, że twój tata był jednym z najlepszych strażaków, z jakimi kiedykolwiek miał okazję pracować — zagadnęła, ruchem głowy wskazując na fotografię, z której uśmiechał się do nich pan Carver. Bunny miała jego oczy.
Szczerze żałowała, że nigdy nie poznała jej ojca, który zginął na służbie, zanim Carver w ogóle zdecydowała się podjąć pracę w straży. Jego portret wisiał też na korytarzu w remizie, obok wszystkich innych poległych strażaków. Nazywali to ścianą chwały, chociaż nikt nie chciał na nią trafić.

Bunny 🐰
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy w miejscu. weź mnie rozbaw!
34 y/o
For good luck!
174 cm
gasze pożary i nie tylko
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Żaden kłopot — rzuciła spokojnie, przyglądając się Teddy zza maski czarnej beemki. Naprawdę przenocowanie koleżanki z pracy w żadnym stopniu nie zależało do problemów, szczególnie, ze Carver miała całkiem pokaźny loft w centrum miasta. Dużo było tam miejsca, a kanapa wyjątkowo wygodna. Oczywiście nie miała zamiaru zmuszać Darling do czegokolwiek, miała świadomość, że finalnie może odmówić, jednak miała przeczucie, że jednak przystanie na jej propozycję. Sytuacje jak dzisiaj naprawdę potrafiły sprawić, że człowiek nie chciał być sam ze swoimi myślami.
Głowa potrafiła być największym zdrajcą.
Myśli, które głębiły się pod czaszką i nie chciały odpuszczać. Które często naginały rzeczywistość i nakładały narracje, która Miałą za zadanie jeszcze bardziej katować niż faktycznie pomagać. Bunny przeszła przez to wszystko na własną rękę i żałowała wtedy, że nikt nie zaproponował jej towarzystwa. Nie chciała, żeby Teddy była sama. Dlatego szczerze uśmiechnęła się, gdy ta stwierdziła, że dla jajecznicy była w stanie przystać na jej propozycję.
Z boczkiem i pieczarkami — wtrąciła. — Nie pożałujesz — akurat co do tego nie miała żadnych wątpliwości. Bunny może i nie była Michel Moran, ale coś tam ugotować zdecydowanie potrafiła, a najlepiej z całej listy kucharskiej wychodziły jej właśnie jajka — w każdej możliwej formie. Teddy nawet nie wiedziała, na jak świetną ucztę się pisze. O ile w ogóle będzie w stanie cokolwiek przełknąć, kiedy już wyrzuty sumienia na dobre zawładną jej ciałem i głową. Chociaż może u niej będzie inaczej.
Załadowały się do samochodu, a Bunny od razu umieściła kluczyki w stacyjce. BMW może i nie było jakiejś najnowszej klasy, ale prowadziło się dobrze. W środku można było czuć las, a dokładniej świerk, bo właśnie taką piękna zawieszkę z drzewkiem zawiesiła tego poranka nim ruszyła na zamianę. Noc była chłodna, a w dodatku adrenalina zaczynała z nich schodzić, dlatego odpaliła też ogrzewanie. Nawet nachyliła się nad udami Teddy, żeby odpowiednio przestawić jej wywiew, przez przypadek muskając dłonią jej udo. Przelotnie. A potem już skupiła się na drodze do momentu, gdy Darling nie wspomniała o jej ojcu.
Był całkiem niezły — mruknęła w odpowiedzi, wbijając kierunkowskaz. — Chociaż w domu potrafił być strasznym chujem — dodała, może niepotrzebnie. Nie znały się z Teddy na tyle dobrze, żeby żartować sobie wspólnie z jej zmarłego ojca, nawt jeśli to, co powiedziała Bunny wcale nie mijało się z prawdą. — Dużo od nas wymagał — wyjaśniła po chwili, wyjeżdżając na główną drogę. Starszy Carver może i w pracy był najlepszą wersją siebie. Wielkim bohaterem, który zawsze wiedział, jak odpowiednio rozegrać procedury, żeby misja zakończyła się powodzeniem, jednak w relacjach międzyludzkich, szczególnie tych rodzinnych nie szło mu najlepiej. — Chociaż im dłużej żyje, tym więcej myślę, że będę jak on — oby tylko śmierci nie miała podobnej, bo chujem już teraz potrafiła być w relacjach. Stanowczość zdecydowanie odziedziczyła po nim, o czym Darling mogła się przekonać tego wieczoru.
A twoi rodzice? — zagadała nagle, wjeżdżając do centrum. — Czym się zajmują? — nigdy wcześniej nie miała okazji przeprowadzić z Teddy tego typu rozmów. Głownie dlatego, że raczej rozmawiały o pracy albo było dookoła cała masa innych ludzi i tematy raczej nie schodziły na prywatę, o której ktoś mógł nie chcieć rozmawiać przy wszystkich.

teddy :oujea:
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
żaba
wygenerowanych postów i braku inicjatywy
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”