26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Sposób, w jaki zareagowała na jego uwagę, mimowolnie go bawił. Rozchylił nieznacznie wargi, przyglądając się jej gestom i zalewającej się rumieńcami twarzy, i walczył z drżącymi kącikami ust, żeby się nie uśmiechnąć. Bo wiedział, że trafił.
Uczę się od najlepszych — wzruszył niewinnie ramieniem. — Po wizycie w Huntsville uznałem, że powinienem być na bieżąco a potem już tak zostało, dodał w myślach. Nie zamierzał tłumaczyć się, że z a p o m n i a ł ją unfollowować i że to była d r o b n o s t k a w porównaniu ze wszystkim, co ostatnio zajmowało jego umysł. Ani tym bardziej wypierać się, że tak, nadal miał ją w znajomych. To był ostatni namacalny ślad po ich relacji, którego najwyraźniej zdawała się nie dostrzegać. — Jutro jest druga część — poinformował ją w odpowiedzi na jej wyjaśnienie. Biorąc pod uwagę jej dotychczasowe zachowanie, był w stanie je przyjąć, co też zrobił z typowym dla siebie spokojem.
Miała pewne powody, żeby się wstydzić, ale Lucien zupełnie się na tym w tej chwili nie skupiał. Jedynie jej pąsowiejące po raz kolejny policzki wzbudziły w nim pewne rozczulenie. Pokręcił nieznacznie głową, próbując wyzbyć się tych zupełnie niepotrzebnych emocji.
Znam lepsze sposoby na dobrą zabawę, niż stawianie Włochów w stan gotowości bojowej — odparł, nieco przy tym marszcząc nos. Starał się nie osądzać dziewczyn, ale to, co robiły, a widział tylko część ich spektakularnego performance’u, było igraniem z prawem. Cudem udało im się uniknąć konsekwencji.
Nie podobała mu się złość w jej głosie, ale to jej słowa chcąc nie chcąc, wywołały w nim nieprzyjemny ucisk w żołądku. Nie zdążył jednak zaoponować.
W momencie, kiedy gwałtownie odwróciła się w stronę alejki, w ułamku sekundy zrozumiał, co zaraz nastąpi. Nie pozwolił jej upaść. Momentalnie złapał ją w talii i zacisnął na niej swoje palce, pozwalając oprzeć się o jego tors. I spojrzał w jej oczy — skonsternowane, nieco zlęknione, pobłyskujące w świetle pobliskiej lampy ulicznej.
Wystarczyła ta jedna chwila, by powrócił pamięcią do wspomnień z ich pierwszego spotkania. Ciemna alejka, intymność chwili, bijący od niej gorąc i spojrzenie, które go wtedy urzekło, wydawały mu się nad wyraz znajome. I przede wszystkim niezmiennie wzbudzały w nim emocje. Te, których nie powinien czuć.
Na jego usta cisnęło się wiele słów. Nie chciał, żeby znalazła sobie kogoś innego, nawet, jeśli miała to być kolejna jednorazowa przygoda. Nie wyobrażał sobie, żeby teraz, po wypuszczeniu jej ze swoich rąk, mogła pójść do klubu i obściskiwać się z kimś nieznajomym. Albo ruszyć w miasto i zdemolować pozostałą jego resztę, zupełnie nie zaprzątając sobie swojej ślicznej główki ekstradycją. Nie miał pojęcia, jaki jeszcze pomysł mógł przyjść jej na myśl, zwłaszcza, gdy była tak upojona alkoholem, podobnie, jak jej przyjaciółka, której towarzystwo było równie wątpliwe. Jeśli nie przejmowała się niczym, bo chciała się zabawić, to martwił się za nią.
Jednocześnie odczuwał bolesną świadomość faktu, że nie miał prawa jej niczego zabraniać. Nie był dla niej nikim, kto mógł jakkolwiek ingerować w jej życie. Nie chciała go w nim. Miał też uzasadnione obawy, że jeśli wyraziłby sprzeciw, to Zoya i tak by go nie posłuchała. Powinien też uszanować jej wolę, że chciała odpocząć i się rozerwać, a on nie chciał tym nagłym spotkaniem psuć jej planów.
Z tymi myślami krążącymi mu po głowie wpatrywał się w nią, aż sięgnął jej policzka, żeby kciukiem delikatnie zgarnąć z niego opadły kosmyk jej włosów za ucho. Bezwiednie pochylił się w jej stronę, żeby zmniejszyć dokuczliwą różnicę wzrostu spowodowaną jej zagubionymi butami, tak, jak robił to zawsze. Byle tylko móc na moment pooddychać jej powietrzem.
Dopiero, gdy jego spojrzenie przesunęło się na sekundę na jej usta, zauważył, że nadal łagodnie ujmował dłonią jej policzek. To sprawiło, że westchnął nieznacznie i podniósł wzrok z powrotem na jej bystre źrenice.
Tylko uważaj na siebie — poprosił cicho, niemal szeptem, zanim opuścił rękę wzdłuż swojego ciała i wyprostował się, a następnie odwrócił wzrok gdzieś na alejkę, w ten sposób chcąc ukryć ból własnej decyzji. Wtedy też przypomniał sobie o jednej, ważnej kwestii. Obejrzał się za siebie, nieco wychylając się zza rogu, po czym wrócił spojrzeniem do Zoi. — Przyjaciółka, z którą byłaś, nie miała na Ciebie poczekać? — ściągnął brwi nieco zaniepokojony. Bo jeśli miała zaczekać, to… chyba ją zgubili.

Zoya Weasley Adeline Covington
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Doskonale wiedziała, co miał na myśli, kiedy napomknął, że uczył się od najlepszych. Przecież pamiętała ich d r u g i e spotkanie, podczas którego uznał ją za psychofankę. Później sama zupełnie przypadkiem kilkukrotnie wspomniała, że dołączyła do grupek jego fanek i poznała kilka faktów o nim.
Lucien właśnie robił to samo i chcąc nie chcąc, nie mogła mieć mu tego za złe, choć sama Zoya nie była wybitnie popularna.
Przełknęła nerwowo ślinę. Nie była do końca przygotowana na informację, że był na bieżąco, bo po raz kolejny przypomniała sobie, że jeszcze niedawno byli naprawdę blisko. Teraz próbowała wmówić sobie, że znalazła się po drugiej stronie frontu, choć Lucien ani razu nie dał jej odczuć, że rzeczywiście tak było.
Pomimo tego... z uporem postanowiła trwać przy swojej decyzji o zakończeniu ich relacji, dlatego po prostu przemilczała temat. Skoro tak, niech robi, co chce.

W takim razie mam nadzieję, że tym razem będziesz pierwszy — powiedziała naprawdę szczerze, życząc mu tym samym miejsca na podium. Uśmiechnęła się łagodnie, dokładnie tak, jak zwykła to robić jeszcze wtedy, gdy traktowali siebie nawzajem jak swoją własność. A potem oblała się rumieńcem, kiedy rozmowa zeszła na wydarzenia w restauracji. — To akurat było niechcący — rzuciła chwilę przed tym, zanim zupełnie bezpodstawnie pogniewała się na Luciena i kazała mu się nie wtrącać.
Cokolwiek się wydarzyło, naprawdę z Adeline nie zamierzały zdewastować rzeźby roznegliżowanego bożka i uciekać przed rozwścieczonymi Włochami. Rzeczywiście chciały dobrze się bawić, ale bez konieczności doprowadzania lokalnych mieszkańców do szału.
Ach, turystki.

To, że ją złapał, wcale Zoi nie zdziwiło. Zaskoczyło ją natomiast jego zapalczywe spojrzenie, którym obdarzył jej skonsternowane oczy. Mimowolnie chwyciła jedną dłonią ramię Luciena, zaś drugą zacisnęła na materiale koszuli na jego klatce piersiowej. Pod palcami wyczuła, jak intensywnie biło mu serce i intuicyjnie przełknęła ślinę, właściwie czując narastające pomiędzy nimi napięcie.
Rozchyliła delikatnie wargi, nie myśląc już zupełnie o niczym poza tym, że chciała trwać w tej chwili jak najdłużej; w ramionach Luciena, z jego dłońmi na jej talii i bliskością, która uzależniała. Pamiętała wszystko. Pamiętała, jak cudownie czuła się w jego towarzystwie, niezależnie od tego, jak niepewna była ich przyszłość. Mogłaby dalej żyć w tej wątpliwej niewiedzy, gdyby tylko nadal trzymał ją za rękę i od czasu do czasu całował jej spragnione usta.
Oddech Zoi nagle zrobił się płytszy, kiedy mężczyzna sięgnął do jej policzka i zgarnął niesforny kosmyk włosów za ucho. Intuicyjnie wtuliła bok twarzy w jego dłoń, desperacko nie chcąc, aby się odsunął. Mocniej zacisnęła palce na jego koszuli i nieświadomie wsunęła jeden z nich pod rozpięty guzik, po czym musnęła nim nagą skórę.
I tylko patrzyła, jak się pochylił. Wtedy dotarło do niej, jak bardzo się zapędzili. Kiedy wzrok Luciena na moment zatrzymał się na jej ustach, a potem ponownie powędrował ku oczom, poruszyła się nerwowo i wyplątała z uścisku.
Zoya nie była pewna, czy dobrze odczytała to spojrzenie, ale wydawało jej się, że dostrzegła w nim podobną potrzebę bliskości, którą sama tak bardzo pragnęła w tej chwili z siebie wyprzeć.
Słysząc jego słowa, mimowolnie drgnęła, po czym skinęła głową. Przez cały czas spoglądała na Luciena, nawet wtedy, gdy wyraźnie uciekł od niej wzrokiem. W końcu sama westchnęła i poprawiła tę cholernie krótką spódniczkę.
Czuła, że nadszedł czas pożegnania. Zanim jednak zdążyła życzyć mu udanego wieczoru, mężczyzna zainteresował się czymś innym. W zdumieniu obserwowała więc, jak wychylił się z alejki, a kiedy znowu odwrócił się w jej stronę, miał z goła inne spojrzenie. Prawdopodobnie bardziej zdezorientowane, pod którego wpływem Zoya natychmiast się spięła.
Co? — Zmarszczyła czoło. Prędko wyminęła Luciena i stanąwszy na chodniku, zaczęła nerwowo się rozglądać. Nigdzie nie dostrzegła Adeline, więc szeroko otworzyła usta i omal się nie zapowietrzyła z wrażenia. — Jak ona mogła mnie z tobą zostawić, głupia pinda — jęknęła żałośnie, jakby mówiła o jakiejś niewyobrażalnej tragedi, po czym złapała się za głowę. — Nawet nie pamiętam, gdzie jest nasz hotel. Cholera, ja nawet nie mam niczego przy sobie! Ade ma mój portfel i telefon w torebce. Toć zabiję tę rudą małpę! — Z tą właśnie żądzą mordu odwróciła się na pięcie i po prostu ruszyła wzdłuż ulicy.
Zoya gorączkowo rozglądała się na wszystkie strony. Zaglądała do każdej mijanej alejki, wychylała głowę zza murków i z uporem przeszła przez całą promenadę. Przy okazji co jakiś czas natrafiała bosa stopą na jakiś kamień i zupełnym przypadkiem, łapała Luciena za ramię, aby odzyskać równowagę. Potem nerwowo sie odsuwała i udawała, że nic takiego nie miało miejsca.
Przy restauracji, w której wcześniej narobiły rabanu, nagle gwałtownie zwolniła. Dostrzegła stojącą przy wejściu dużą donicę i natychmiast uniosła ją na wysokość klatki piersiowej, tak że gęste liście całkowicie skryły jej głowę. Następnie nakazała Lucienowi stanąć tuż za nią, aby również nie rzucił się nikomu w oczy, po czym w ten durny sposób przemknęli wzdłuż wielkich szyb lokalu. Było to głupie, ale z pijaną kobietą nie można dyskutować.
W nastęonej alejce minęła stoiska. Zaglądnęła dosłownie za każdy stragan, jakby Adeline co najmniej skryła się gdzieś za ladą. W pewnym momencie prawie przewróciła stos pocztówek, na co tylko pomachała sprzedawcy i poszła dalej.
Zrezygnowana zatrzymała się przy pękniętej rzeźbie roznegliżowanego bożka. Kiedy Lucien posłał jej wymowne spojrzenie, najwytraźniej dostrzegając ubytek w ciele mężczyzny, mimowolnie niewinnie wzruszyła ramionami.
Po około czterdziestu minutach Zoya była już bliska płaczu. Wtedy po raz kolejny zatoczyli koło i wrócili na promenadę. W pewnym momencie zdruzgotana i zmęczona, przykucnęła przy nogach Spencera i odruchowo objęła ramieniem jego łydkę, po czym oparła głowę o jego udo. Westchnęła ciężko i żałośnie, a potem wydała z siebie bliżej nieokreślone dźwięki, które świadczyły o tym, jak bardzo była nieszczęśliwa.
Adeee, gdzie jesteś — mruknęła do kolana Luciena.
I właśnie wtedy, jak na zawołanie, usłyszała radosny pisk przyjaciółki. Natychmiast się wyprostowała i uprzednio wspięła się po spodniach mężczyzny. Przy ostatnim ruchu złapała za jego sprzączkę od paska, którą przypadkiem odpięła. Zaraz wesoło klasnęła na widok… przyjaciółki, która właśnie beztrosko pląsała w fontannie.
Adee, kochanie, poczekaj na mnie!

Lucien Spencer Adeline Covington
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
27 y/o
Welkom in Canada
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jak Adeline mogła zostawić Zoyę? Odpowiedź na to pytanie była bardzo prosta — zachciało jej się pić. Niefrasobliwie lekkim krokiem ruszyła więc w kierunku ulicy w poszukiwaniu sklepu w poszukiwaniu nowego wina. W końcu były to Włochy, czym innym miały nawilżać swoje gardła, jeśli nie napojem bogów?
Nie znała typa, z którym zostawiła przyjaciółkę. Ba, nawet w pierwszej chwili wydała się kompletnie zaskoczona faktem, że ciemnowłosa spotkała jakiegoś znajomego na takim zadupiu w tak malowniczym, ale m a ł y m miasteczku w Europie. Z tego, co kojarzyła, nie był to żaden z mężczyzn, których poznały w klubach. Był od nich o wiele przystojniejszy. A przede wszystkim wydawał się mieć taki normalny akcent, jakby to był swój chłop.
Sądząc po wymownej minie, jaką uraczyła ją dziewczyna, a następnie bezceremonialnemu zaciągnięciu go do ciemnej alejki, z której dopiero wyszły, Ade wspaniałomyślnie postanowiła dać im chwilę. Uprzednio konspiracyjnie przycisnęła swoje ciało do ściany tuż za rogiem i odrobinę wychyliła się, żeby się upewnić, że tylko rozmawiali, a przyjaciółce nic nie groziło.
Tak więc korzystając z chwili, postanowiła zaopatrzyć dziewczyny w najlepszego towarzysza swoich przygód. Wychodziła przy tym z założenia, że noc była długa, a one miały jeszcze co robić. Gdy już udało jej się odnaleźć jakiś sklepik z alkoholami, przystanęła przed ścianą z najróżniejszymi winami i podparła się rękami o biodra, spędzając dłuższą chwilę na głębokich rozważaniach, które właściwie powinna wybrać, w duchu wzdychając, że z Zoyą u boku byłoby to o wiele prostsze.
Nawet nie zdawała sobie sprawy, ile właściwie czasu spędziła w tym sklepie, kompletnie nie odnotowując ukradkowych, podejrzliwych spojrzeń sprzedawcy, który raz na jakiś czas oferował jej swoją pomoc. Ade nie lubiła, jak ktoś ją ponaglał, mimo to ostatecznie złapała jedną z zielonych butelek i z szerokim uśmiechem, starając się wyglądać w pełni trzeźwo, zapłaciła za wino. Była jednak niepocieszona faktem, że sprzedawca nie chciał jej otworzyć na miejscu, uznając go w myślach za człowieka bez żadnej kultury, bo nie rozumiała, czemu nie chciał pomóc kobiecie w potrzebie.
Po wyjściu ze sklepu przystanęła sobie gdzieś z boku ulicy, żeby wyciągnąć z torebki korkociąg, na szczęście będąc przygotowaną, mrucząc sobie pod nosem, że wszyscy faceci to szowiniści. Oczywiście, połowę rzeczy musiało wypaść jej na chodnik, więc z ciężkim westchnieniem uklęknęła i klapnęła tyłkiem na swoich łydkach, żeby zebrać portfel, oba telefony, błyszczyk i chusteczki. Nie zmieniła już pozycji, w końcu zabierając się za otwieranie wina, w ten sposób chcąc pokazać wszystkim dookoła, że ona świetnie sobie radziła sama. Zawsze. Ze wszystkim. I nie potrzebowała pomocy od n i k o g o.
Gdy usłyszała ten charakterystyczny odgłos wyciąganego korka, z okrzykiem radości i triumfu uniosła wysoko butelkę, zwracając na siebie uwagę przechodniów, po czym demonstracyjnie upiła kilka łyków, zdając sobie sprawę, jak bardzo już chciało jej się pić.
Wtedy też postanowiła wrócić po Zoyę, bo ile można było rozmawiać? Musiała jej przypomnieć, że to był babski wypad. Z tym, że po powrocie na miejsce nie zastała tam nikogo. W przypływie impulsu zaczęła ją nawoływać po imieniu, ale od ścian odbijało się tylko echo. I dopiero wtedy zrozumiała, że miała przerąbane.
Zostawiła przyjaciółkę ze znajomym-nieznajomym. Bez telefonu i dokumentów, Weasley mogła zostać porwana! Ade wróciła na plac i rozejrzała się gorączkowo dookoła z nadzieją, że może gdzieś ją zobaczy. W pierwszym odruchu chciała ruszyć na jej poszukiwania, ale nie miała pomysłu, w którą stronę mogłaby pójść. Karmiła się więc nadzieją, że może jednak, jak dziewczyna skończy się migdalić to w końcu po nią wróci.
Z tą pocieszającą myślą postanowiła podejść do centralnego punktu placu — fontanny. Pogrążona w obawach, starając się wyciągnąć z sytuacji jakieś pozytywy, klapnęła ciężko na jej krawędzi. Pech chciał, że nie wcelowała dobrze, więc z wrzaskiem osunęła się do tyłu, nurkując głową w wodzie. Szczęście w nieszczęściu, zupełnie intuicyjnie uniosła w górę butelkę z winem, żeby przypadkiem jej nie stracić.
Zaraz wyprostowała się z pluskiem, całkowicie przemoczona i nabrała głębokiego oddechu. Trochę się wystraszyła, dobrze pamiętając przypadki, że niektórzy potrafili utopić się w kałuży, a ona przecież nie potrafiła pływać, po czym przetarła twarz dłonią, nieświadomie rozmazując na swojej twarzy tusz.
Gdy tylko jej wzrok wyostrzył jej się na tyle, na ile pozwalał alkohol pulsujący w jej żyłach, dostrzegła jakichś ludzi nad nią.
Wszystko jest okej, żyję. Nie róbcie scen — zapewniła, unosząc wolną dłoń w ich stronę na znak, że nie musieli się martwić. A żeby wyjść na jeszcze bardziej przekonującą, podniosła się z miejsca. Oczywiście, nie mogło w fontannie zabraknąć kolejnych ciekawych posągów, ale tym razem przystanęła przed jednym z nich i zadarła głowę, żeby przyjrzeć się mu uważnie. — Nie, nie, z tobą zdjęć już nie chcę — pomachała mu palcem przed sobą.
Woda była cudownie orzeźwiająca, a skoro Ade już i tak była mokra to nic nie stało na przeszkodzie, żeby sobie w niej pomoczyć nogi, prawda? Z tą myślą zaczęła sobie chodzić w środku fontanny, na pobłażliwe uśmiechy przechodniów machając im wesoło i od czasu do czasu popijając sobie po łyczku wina. Brakowało jej tu tylko jakiejś muzyki.
Na dźwięk znajomego głosu uniosła głowę i zaraz uśmiechnęła wielce uradowana, widząc swoją najukochańszą przyjaciółkę. Wzbiła wysoko ręce w powietrze, trochę przy tym rozlewając wina do fontanny i krzyknęła:
Zoya! Ty żyjesz!
Wtedy też gdzieś z drugiej strony usłyszała dziwnie podniesione głosy. Odwróciła wzrok w tamtym kierunku i otworzyła je szerzej, widząc równie znajome twarze kelnerów, przed którymi jeszcze niedawno uciekała. Szli razem z mundurowymi, wskazując na nią palcami.
O, cholera — mruknęła pod nosem, czując, jak serce na nowo zaczyna dudnić jej w uszach. — Zoya, kryj się, wezmę to na siebie! — zakomenderowała i zaczęła brodzić w wodzie, ale było to o wiele cięższe, niż przypuszczała.
W pewnej chwili niefortunnie się poślizgnęła i znów zamoczyła swój tyłek. Tym razem wino wpadło do wody, która co prawda zamortyzowała huk, ale obie ciecze się wymieszały, tworząc wokół niej czerwoną plamę. Wtedy też zauważyła, jak jeden z carabinieri wpada do niej do wody i mimo wszystko uśmiechnęła się szeroko.
Ach, mój wybawco! — westchnęła, patrząc na jego przystojną twarz. Ten podał jej dłoń z poważną miną, ale nie przejęła się tym, będąc w niego zapatrzoną, bo odkryła, że może jej skryte marzenie ma szansę się ziścić. Zostanie skuta przez carabinieri!

Lucien Spencer Zoya Weasley
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Słysząc jej życzenie, kąciki ust delikatnie uniosły mu się ku górze. Skinął jej głową, w myślach pragnąc dla siebie tego samego, ale w tej krótkiej chwili skupił się zupełnie na czymś innym — cieple płynącym z jej spojrzenia, którym zwykła go darzyć, zanim… ich drogi się rozeszły. Wtedy też jakiś racjonalny impuls podpowiedział mu, że starała się być wyłącznie uprzejma.
Niemniej po raz kolejny zawierzył jej słowom, że to, czego przed chwilą stał się świadkiem, było dziełem przypadku. Właściwie nie powinien dziwić się temu, że przy Zoi wszystko nagle zaczynało się komplikować. Świadomie, lub mniej, tworzyła wokół siebie chaos. Niestety, właśnie jej nieprzewidywalność i spontaniczność jakoś przedziwnie go do niej przyciągały.

Złapał ją, to było oczywiste. A potem zrozumiał, że to, na co sobie pozwalał w jej obecności, było tylko igraniem z jego własnymi emocjami. Lawirowaniem na krawędzi rozsądku i skrytych pragnień, które niemal zawsze przy niej wymykały mu się spod kontroli. Świadomość tego, że nie chciała jego na trzeźwo, a alkohol przysłaniał jej trzeźwy osąd, skłaniając ku złym wyborom, ostudziła go w porę. Nie zamierzał jej wykorzystywać.
Był masochistą. Zyskał tego pewność, kiedy z trudem odwrócił od niej wzrok. I zaraz, powróciwszy do rzeczywistości, zorientował się, że Adeline zniknęła. Przygryzł wargę w zastanowieniu nad opcjami, jakie mieli, jednocześnie obserwując poczynania Zoi. Jej przerażenie wymieszaną ze złością.
Widocznie dobrze mi z oczu patrzy — wzruszył ramieniem, próbując nieco rozładować sytuację. Uniósł nieznacznie kącik ust w niewinnym uśmiechu, ale na groźbę mordu zwilżył nerwowo wargi i westchnął niepostrzeżenie. Choć robiło się już późno, nie mógł jej zostawić w takim momencie. Samej w obcym mieście, bez dokumentów i jakiejkolwiek formy kontaktu. Musieli odnaleźć zagubioną rudowłosą.

Podążył za nią, pozostając czujnym i rozglądając się dookoła z nadzieją na szybkie odnalezienie jej przyjaciółki. Starał się być dla niej wsparciem, jakiego potrzebowała w gorączkowych poszukiwaniach. Między jedną mijaną uliczką a drugą musiał przyznać w myślach, że po alkoholu Zoya wydawała się całkiem zabawna. Nie powiedział jej tego na głos, czując, czym mogłoby się to skończyć.
Dlatego też nie protestował pod mijaną restauracją, kryjąc się tuż za nią, mimo, że mijani ludzie patrzyli na nich trochę krytycznym wzrokiem. Kwiatek, Zoya i okulary przeciwsłoneczne zdecydowanie dodawały mu anonimowości. Przy okazji zerknął tylko na auto wydane mu przez Mercedesa do jego dyspozycji we Włoszech, które zaparkował pod lokalem. Nadal na niego czekało.
W następnej alejce ledwo złapał stojak z pocztówkami i rzucił przepraszające spojrzenie sprzedawcy, by po chwili popędzić za Zoyą dalej.
Brak dłoni u rzeźby był co najmniej zastanawiający, dlatego posłał stojącej bezradnie dziewczynie znaczące spojrzenie. Jeszcze zanim odpowiedziała, domyślił się, że mogły za tym stać, co skwitował krótkim parsknięciem rozbawienia.
Czas jednak upływał, a Adeline nadal nigdzie nie było. Widząc zdruzgotanie Zoi, potrafił jej jedynie współczuć sytuacji, w której się znalazła. Czuł, jak mocno zaciskała się wokół jego nogi i pogładził ją delikatnie po głowie, próbując dodać jej otuchy. Miał wrażenie bycia pod ostrzałem wzroku przechodniów, ale w swych okularach, które w nocy właściwie stanowiły tylko dodatek, starał się to ignorować. Przy tym analizował w myślach, jakie następne kroki powinni wykonać. Na zgłoszenie zaginięcia chyba było jeszcze zbyt wcześnie.
Gdy nagle ciemnowłosa się wyprostowała, aż wstrzymał nieznacznie powietrze, czując jej ręce na sobie i odpinający się pasek. Odruchowo sięgnął sprzączki, żeby ją zapiąć, ale wtedy Zoya zaczęła nawoływać przyjaciółkę i nieprzejęta biec przed siebie, w ogóle przy tym nie patrząc na przechodniów. Ze zdumieniem odkrył również, że próbowała ściągnąć z siebie spódnicę. Bez wahania rzucił się za nią, w biegu ją poprawiając.
Będąc całkowicie trzeźwym, rejestrował więcej tego, co działo się wokół nich. Nagłe przerażenie rudowłosej na widok zbliżających się carabinieri i ich podniesione głosy, z których zrozumiał, że obarczali ją winą za wszystkie występki, uświadomiły go w tym, że wpadła w poważne kłopoty.
Instynktownie dopadł do Zoi, zanim znalazła się przy fontannie. Oplótł ją ramieniem w pasie i przyciągnął do siebie, żeby zatrzymać ją w miejscu, wśród tworzącego się wokół tłumu.
Lepiej, żebyś się do tego nie mieszała. Postaram się jej pomóc, ale proszę, nie rób nic, co mogłoby pogorszyć sprawę. Obiecujesz? — zapytał w jej ucho ze zdecydowaniem w głosie. W ciągu tej ostatniej godziny zdążył zauważyć, jak bardzo kochała przyjaciółkę, dlatego musiał posunąć się do radykalnych środków i wymóc na niej tę obietnicę, żeby choć przez chwilę, w obliczu zagrożenia, zachowała resztki rozsądku i pozwoliła mu zająć się sprawą.
Nie było czasu na dyskusje i musiała mieć tego świadomość, bo zamiast się szarpać, finalnie pozwoliła mu działać. Pospiesznie więc podszedł do grupy odgrażających się Adeline po włosku kelnerów i tłumaczących jej zarzuty carabinieri, ale wszelkie próby załagodzenia sytuacji spełzły na niczym.
Skuta dziewczyna, dotychczas próbująca flirtować z mundurowym i strojąca miny do kelnerów, chyba nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji. Gdy niewzruszony tym mężczyzna w mundurze wziął ją za ramię, żeby poprowadzić do radiowozu, Lucien usłyszał tylko, jak śmieje się pod nosem, po co ta agresja oraz zapewnienie, że będzie już grzeczną dziewczynką. Zanim wsiadła do auta, Spencer obiecał jej, że przyjadą po nią z Zoyą i ją wyciągną.
Gdy się odwrócił, jego wzrok momentalnie padł na Zoyę.
Wszystko będzie dobrze — zapewnił ją, podchodząc bliżej. Jego opanowany głos miał nadzieję trochę ją uspokoić. — Pojedziemy za nią. Zrobię wszystko, żeby ją wydostać, dobrze? — położył jej dłoń na ramieniu i musnął jej skórę kciukiem w geście otuchy. Przez te kilka sekund nie spuszczał z niej wzroku, jakby samo jego spojrzenie miało upewnić ją, że nie była sama. Bez względu na to, co sobie o nim myślała, mogła na niego liczyć. A on naprawdę zamierzał zrobić wszystko, żeby jej pomóc. — Chodź, pójdziemy po moje auto — zaproponował, wyciągając do niej dłoń.

Zoya Weasley Adeline Covington
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Och! — Posłała Lucienowi oburzone spojrzenie. — Arogancki jak zawsze!
Zoya nie miała pojęcia, co kierowało Adeline w chwili, w której postanowiła ją tak okrutnie porzucić. Naprawdę zamierzała poświęcić Lucienowi raptem kilka minut, a potem wrócić do celebrowania wspólnego czasu z najlepszą przyjaciółką.
Naprawdę.
Nie sądziła jednak, aby ta się obraziła. Co gorsza, podejrzewała, że Adeline wpadła na jakiś cholernie durny pomysł, który zmiecie resztę Misano z powierzchni Ziemi - krótko pisząc, doprowadzi do totalnej katastrofy. Akurat na to Zoya nie była przygotowana. Zwłaszcza że obok znajdował się Lucien. Dopiero co na nowo uczyła się funkcjonować w jego obecności.
Po czterdziestominutowych, gorączkowych poszukiwaniach, a przede wszystkim wobec zupełnego braku rezultatów, zaczęła panikować. Przez głowę przepływały jej najróżniejsze, coraz bardziej makabryczne wizje: albo Adeline została porwana, albo właśnie znakomicie bawiła się w towarzystwie innej k o l e ż a n k i, której de facto pijana Zoya byłaby skłonna wyrwać kudły.
Wcale nie z zazdrości. Wcale.
Niemniej szczerze radowała się podczas wspinaczki po niebotycznie długich nogach Luciena. Jednocześnie obserwowała, jak rudowłosa (która cudem się odnalazła) w fascynujący sposób odmówiła zdjęć kamiennemu adoratorowi. Zoya była z niej naprawdę dumna, bo to przecież oznaczało, że wyciągnęła lekcję z poprzedniej sesji. Potem zaczęła kręcić się po fontannie, nie zwracając nawet najmniejszej uwagi na zainteresowanych gapiów, którzy (zdaniem Zoyki) najwyraźniej jeszcze niewiele w życiu widzieli.
A czemu mam nie żyć?! — wrzasnęła wesoło, uprzednio robiąc przy ustach tubę z własnych dłoni, aby mieć pewność, że pytanie rzeczywiście dotrze do Adeline.
I już biegła, gotowa dołączyć do kąpieli, kiedy niespodziewanie Lucien powstrzymał ją przed spuszczeniem spódnicy. Oburzona zwolniła, capnęła go w rękę, po czym znowu, bosa i mocno wzruszona popierdolona, ruszyła w stronę przyjaciółki z szeroko wyciągniętymi ramionami.
Wtem instynktownie zwolniła, choć wcale się nie zatrzymała, gdy po drugiej stronie placu dostrzegła kelnerów w towarzystwie mundurowych. Mimowolnie opuściła ramiona i tym razem zaczęła machać do Adeline, dając jej wyraźny znak, aby prędko uciekła z fontanny.
Zwariowałaś!? — odparła na jej rozkaz i przyspieszyła, lecz właśnie w tym momencie poczuła, jak Lucien po raz kolejny się wtrącił. Objął ramieniem jej talię i zmusił, aby stanęła.
W pierwszej chwili Zoya była zdumiona; w drugiej rozłoszczona. Wbiła paznokcie w skórę mężczyzny i nerwowo zaczęła szarpać się na boki, jednocześnie wrzeszcząc, aby ją wypuścił. Co chwilę zerkała przez ramię. Raz posłyłała Spencerowi rozpretensjonowane, rozżalone spojrzenie, a raz gorączkowo odnajdywała wzrokiem Adeline, która wciąż brodziła w fontannie. Serce Zoyki natychmiast przyspieszyło, gdy do przyjaciółki podszedł funkcjonariusz i ku jej przerażeniu, pomógł jej stanąc na placu.
Czuła, że to się źle skończy.
Nie. Nie! — Strach ścisnął Zoyę tak mocno, że całkowicie przyćmił ostatki zdrowego rozsądku. W dodatku kazał za wszelką cenę wyrwać się z uścisku Luciena. Nie potrafiła myśleć o niczym poza Adeline, więc nie była skora posłuchać próśb mężczyzny, które tak subtelnie wyszeptał jej do ucha. — Proszę, puść mnie — jęknęła rozgoryczona, ale rejestrując moment, w którym jeden z carabinieri założył Adeline kajdanki, jakby nagle opadła z sił. Znieruchomiała i całkowicie zszokowana przebieiem wydarzeń, posłała Spencerowi błagalne spojrzenie.
Ratuj ją.
Wtedy zadziałał u Zoi instynkt. Mimowolnie odbiegła kawałek dalej, nie chcąc kusić losu ani zwracać na siebie uwagi kelnerów, którzy również mogli ją rozpoznać, po czym schowała się za nieczynną dorożką. Stamtąd szybko oceniła, że sytuacja była patowa, bo pomimo prób, Lucienowi nie udało się przegadać mundurowych.
Och, zabrali jej Adeline!
Co? — zapytała nieobecnie, jakby z trudem docierały do niej słowa Luciena, a zwłaszcza zapewnienie, że wszystko będzie dobrze.
Jak mogło być dobrze? Przecież właśnie wszystko poszło fatalnie. Adeline została zabrana, a Zoya nie miała pojęcia, co powinna zrobić, dokąd pobiec ani kogo powiadomić. Wciąż więc mocno oszołomiona zerknęła na dłoń Luciena spoczywającą na jej ramieniu, po czym nerwowo nim szarpnęła. Chiała dać mu do zrozumienia, aby się odsunął.
Sama nie wiedziała, jak powinna poradzić sobie z narastającym zdenerwowaniem. Miała wrażenie, że miażdżyła ją bezradność. Właśnie wtedy ponownie uniosła wzrok, a Lucien, którego raptem kilka sekund wcześniej odtrąciła pod wpływem tych wszystkich przytłaczających emocji, nagle wydał jej się jedyną stałą. Zoya nerwowo przestąpiła z nogi na nogę, aż w końcu z impetem wtuliła się w jego klatkę piersiową.


❤ ❤ ❤
Nie oponowała, kiedy ujął ją za rękę i przeprowadził przez całą promenadę, aż dotarli na parking restauracji, w której wspólnie z Adeline narobiły rabanu. Pośpiesznie, nie zwracając już na nic uwagi, wsiadła do samochodu i w skupieniu obserwowała uliczki, gdy mknęli w stronę komisariatu.
Nie chciała rozmawiać, choć w pewnym momencie poprosiła Luciena o telefon. Gorączkowo wpisała w wyszukiwarkę jakieś frazy, aż w końcu odnalazła kontakt do Reecea oraz Thomasa Covingtona. Niemniej były to służbowe numery, dlatego długo wahała się, czy w ogóle powinna ich powiadamiać. Ostatecznie zrezygnowała i oddała urządzenie. Ten ruch prawdopodobnie dostarczyłby jedynie większych kłopotów.
Na miejscu nie rozumiała niczego z tego, co włoski funkcjonariusz mówił w służbówce. Zoya notorycznie marszczyła czoło i nos, otwierała lub zamykła usta, po czym trącała Luciena za rękaw marynarki i domagała się tłumaczenia. Z każdą kolejną informacją czuła się coraz bardziej podłamana, a kiedy na dodatek nie pozwolono im zobaczyć się z Adeline, bezradność Zoi ustąpiła miejsca potężnej złości. Gdy w końcu wyszli z komisariatu była już serio wściekła.
Co to za idiotyczne przepisy?! — krzyknęła i gwałtownie rozłożyła ręcę. Zaraz spojrzała z niedowierzaniem spojrzała na mężczyznę. — W ogóle skąd się wzięły te zarzuty? Niszczenie mienia i napaść... No dobrze, może to i było, ale skąd, do cholery, wzięło się molestowanie? — dodała jeszcze bardziej oburzona.
Chwilę później przysiadła na schodku przed budynkiem i jedną dłonią objęła kolana, zaś drugą wsunęła paznokieć między zęby i nerwowo go przygryzła. Najgorsze było to, że nie mogła już nic więcej zrobić. Kazali czekać na ustalenie wysokości kaucji.
Przez to wszystko zupełnie zapomniała o swoich wątpliwych uczuciach, które żywiła do Luciena. Teraz jednak kiedy napięcie trochę opadło, znów zdała sobie z nich sprawę. Tym razem z zakłopotaniem spojrzała z dołu na mężczyznę i głośno westchnęła. Miał tak ładne, jasne, przenikliwe, choć prawdopodobnie już zmęczone oczy, że zaatakowały ją wyrzuty sumienia.
Naprawdę był tu przy niej. Naprawdę odnalazł ją na ulicy Misano, a potem biegał w poszukiwaniu szurniętej przyjaciółki, aby ostatecznie wstawić się za rudowłosą na komisariacie w środku nocy. Zoya nie wiedziała co powinna o tym sądzić, ale im dłużej znajdował się obok, tym bardziej za nim tęskniła.
Przepraszam, że cię w to wciągnęłam, Lucien — powiedziała szczerze, po czym na moment spuściła wzrok. — Powinieneś już wracać. Wystarczająco mi pomogłeś. Przesadziłyśmy i sama muszę to jakoś ogarnąć.
J a k o ś nie brzmiało przekonywująco, ale to jedyne czym Zoya obecnie operowała.
Dziękuję.

Adeline Covington Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Na jej oburzone spojrzenie, gdy postanowił udaremnić jej negliż w miejscu publicznym, a następnie niefrasobliwy bieg w stronę przyjaciółki, pokręcił tylko głową.
Była wariatką. To nie ulegało żadnej wątpliwości.
Niestety wiedział też, jak alkohol potrafił wpływać na ludzi, toteż brał na to poprawkę. Spośród wielu rzeczy, które obecnie go trapiły, gdzieś w zakamarkach świadomości myślał również o tym, że wolałby, żeby go w tej chwili nie rozpoznano. Johnny i Melissa z działu PR na pewno nie byliby zadowoleni.
To go jednak nie powstrzymało przed tym, by przejąć inicjatywę i zaoferować swoją pomoc. Zoya i tak niczego by nie wskórała, choć starała się bardzo mu opierać. Chcąc nie chcąc, miał zbyt mocny uścisk, który uniemożliwił jej tę walkę, a on sam pozostawał niewzruszony na jej rozżalone spojrzenia i wiercenie się w jego ramionach, dopóki nie opadła z sił.
Mimo nieudanej próby uspokojenia kelnerów i negocjacji płynnym włoskim, by jakoś im się przypodobać, mógł chociaż rozeznać się w sytuacji. Niestety, w tym momencie miał związane ręce i nie pozostawało im nic innego, jak udać się za Adeline na komisariat.
Starał się zachowywać spokój za ich oboje i podejść do tematu zdroworozsądkowo. Bez względu na to, jak drastycznie ich relacja się zakończyła, pewnych uczuć nie dało się tak po prostu wyzbyć, a przynajmniej nie w jego przypadku. Nic więc dziwnego, że widząc jej załamanie i zagubienie, nie wyobrażał sobie jej teraz opuścić. Nawet, kiedy obcesowym gestem wyraźnie zaznaczyła, że nie życzyła sobie jego wsparcia.
Zabolało go to. O ile wcześniej wszystko przy niej wydawało się być takie naturalne, począwszy od rozmowy i żartów, po dotyk i zwyczajną bliskość, tak w tym momencie aż nazbyt świadomie poczuł między nimi pewną barierę. Nagle zrozumiał, że chyba za bardzo się przy niej zapędzał.
Przełknął ślinę i opuścił ręce, odsuwając się od niej o krok, by posłusznie dać jej przestrzeń. Już miał schować je w kieszeń, kiedy nagle Zoya zrobiła kolejną nieprzewidywalną rzecz — wpadła w niego, chowając twarz w jego ramionach. Zaskoczony, przez sekundę zawahał się, zanim zamknął ją w uścisku.
Domyślał się, jak bardzo musiała czuć się zagubiona w obliczu tak nieoczekiwanych okoliczności i rozumiał też, że był jedyną osobą, na którą w tym momencie mogła liczyć. Mimo to przez tę krótką chwilę masochistycznie chłonął ciepło jej oddechu przenikające przez jego koszulę. Jej nagła bliskość przyniosła mu w pewnym sensie ukojenie, przypominając mu, jak mu tego brakowało. Bezwiednie pogładził dłonią jej plecy.
Wiedział, jakim był głupcem.

Uszanował potrzebę Zoi pozostania w ciszy w aucie, którą wypełniały delikatne dźwięki włoskiego radia. Właściwie sam potrzebował chwili skupienia na drodze oraz analizy tego, co powinien zrobić po dotarciu na miejsce. Wolał zająć głowę czymś bardziej pożytecznym niż ukradkowym zerkaniem na zamyśloną ciemnowłosą.
Na miejscu okazało się, że zarzutów było więcej, niż początkowo przypuszczał, a to nie stawiało Adeline w dobrej pozycji. Niestety, proces biurokracji trwał tu mozolnie, co było typowe dla niespieszących się nigdzie Włochów, Lucien nie był więc w stanie przyspieszyć sprawy i poznać chociażby kwoty kaucji, dzięki której Adeline mogłaby wyjść.
Jedyne, co mógł zrobić to grzecznie poprosić panią funkcjonariusz o informację, kiedy będzie można po dziewczynę wrócić, i zostawił swój kontakt. Na szczęście, Zoya nie była w stanie niczego zrozumieć, więc zaraz streścił tę rozmowę do niezbędnego minimum. Obiecał jej przecież zrobić wszystko dla jej przyjaciółki, a wykorzystanie swojego uroku osobistego w tej sytuacji okazało się bardzo pomocne.
Zrezygnowany i przede wszystkim zmęczony wydarzeniami całego dnia, wyszedł z komisariatu za Weasley, jednak pod maską opanowania nie dawał po sobie niczego poznać. Dla rudowłosej zapowiadała się jeszcze długa noc i j a k o ś musieli to przetrwać.
Mundurowego. Najwyraźniej skuwanie pięknych dziewczyn w kajdanki uznaje wyłącznie za przykry obowiązek. No i brakuje mu poczucia humoru — kącik jego ust zadrżał mu nieznacznie na myśl o tym, jak Adeline była zadowolona z towarzystwa przystojnego, acz gburowatego carabinieri. Gość naprawdę musiał mieć kija w tyłku, skoro nie przymknął oka na takie pijackie wygłupy.
Gdy Zoya usiadła na schodku, przystanął przed nią i wsunął dłonie do kieszeni spodni, po czym rozejrzał się po okolicy, by na koniec powrócić spojrzeniem do dziewczyny. Na jej przeprosiny zmielił ślinę w ustach i ściągnął brwi.
Bez dokumentów i telefonu? Gdzie zamierzasz się podziać do rana, hm? Spędzisz te kilka godzin na krześle w poczekalni? — zapytał czysto retorycznie, zwyczajnie zwracając jej uwagę na absurdalność tego pomysłu. Mówił łagodnie, jakby wcale nie zakuło go spostrzeżenie, że znowu próbowała go od siebie odsunąć i zaznaczyć, że ten problem nie należał do niego.
Nie dziękuj. Zrobiłem to, co należało zrobić — odparł swobodnym tonem, próbując przełknąć rosnącą gulę w gardle. Wtedy też chłodny, morski wiatr poruszył niespokojnie drzewami, wprawiając w ruch ich włosy. Zauważył jej nagłe wzdrygnięcie, dlatego zaczął zdejmować z siebie marynarkę.
Znając życie, zejdzie się im do rana, zanim ustalą coś w sprawie Adeline. Włosi nie przepadają za pośpiechem — mówiąc to, ściągnął górną część garderoby i podszedł do Zoi, po czym założył jej ją na jej nagie ramiona. — Myślę, że najlepszym, co możemy teraz zrobić, to chwilę odpocząć. To był długi wieczór — przyznał, spoglądając na nią krótko, zanim się odsunął. — Zabiorę cię do hotelu, w którym się zatrzymałem. Odświeżysz się, prześpisz i będziesz mieć dostęp do informacji na bieżąco, kiedy Giulia zadzwoni do mnie, jeśli będzie już coś wiedziała. — To nie była propozycja, a raczej informacja, bo nie zamierzał zostawić jej samej, żeby j a k o ś sobie poradziła.
Jakoś to było za mało, nie przyjmował więc odmowy.

Po chwili siedzieli już z powrotem w mercedesie, by w ciągu niespełna dziesięciu minut dotrzeć na miejsce. Pięciogwiazdkowy hotel z czerwonym dywanem i parkingowym, który odebrał kluczyki od Luciena, robił wrażenie. Krótko kiwnął głową do recepcjonistów, po czym zaprowadził ją windą na jedno z ostatnich pięter i poprowadził przez długi korytarz do jego mieszkania, żeby po chwili odblokować wejście kartą. Przepuścił Zoyę w drzwiach i, opierając się o ścianę w przedpokoju, ściągnął z siebie buty.
Miejsce było dość przestronne, z salonem oddzielonym od sypialni dwuskrzydłowymi drzwiami, ale to widok na plażę i morze zapierał dech w piersiach. Na Lucienie hotelowe pokoje nie sprawiał już większego wrażenia, dlatego skierował swoje kroki do barku.
Chcesz wody? — zapytał, stawiając na blacie dwie szklanki, a ze schowka wyciągnął wodę, którą rozlał, żeby wręczyć jedno ze szkieł Zoi. Sam upił kilka łyków, a następnie podszedł do szafy, kątem oka zerkając na podziwiającą wnętrza i krajobraz za oknem ciemnowłosą. Wyciągnął z niej jedną ze swoich ładnie złożonych koszulek, którą wziął ze sobą, podchodząc do kobiety.
Tam jest łazienka. Ręczniki znajdziesz w szufladzie — powiedział, wskazując brodą drzwi łazienki i podał jej swój t-shirt, po czym wrócił do szafy, po drodze rozpinając swoją koszulę. Ukradkiem spojrzał na przechodzącą obok bosą Zoyę i zwinął usta w wąską linię.
W innych okolicznościach poszliby tam razem.
W czasie, kiedy dziewczyna była w łazience, zdążył się przebrać w bokserkę i napisać smsa z pewnym poleceniem. Gdy usłyszał otwierane drzwi, podniósł na nią spojrzenie, a kącik jego ust mimowolnie drgnął nieznacznie ku górze. W jego koszulce, nieco na niej za dużej, która ledwo zakrywała jej pośladki, prezentowała się nad wyraz dobrze.
Zaraz zganił się za te myśli. Wyłączył ekran telefonu i odwrócił wzrok na ogromne łóżko, bezwiednie stukając kilkukrotnie komórką o wierzch dłoni.
Prześpię się na kanapie. Łóżko jest twoje — zdecydował i sięgnął po poduszkę. Był zmęczony. Marzył już tylko i wyłącznie o śnie. Nawet nie chciał myśleć o tym, jaki ta noc będzie miała na niego wpływ. Fizycznie, psychicznie. Potrzebował się zregenerować.

Adeline Covington Zoya Weasley
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Niewiele zrozumiała z tego, co działo się na komisariacie, ale po minach mundurowego oraz Luciena od razu mogła stwierdzić, że było kiepsko.
To był moment, w którym najbardziej doceniła to nieoczekiwane spotkanie z Lucienem. Przynajmniej w tej chwili rzeczywiście musiała pozwolić mu w pełni działać, bo doskonale wiedziała, że sama nic by nie wskórała. Ba, może jeszcze tylko pogorszyłaby i tak patową sytuację.
Weź, Lucien! — zaśmiała się. Krótko, ale szczerze. Właściwie pierwszy raz, odkąd zaczął się ten cały sajgon, naprawdę się zaśmiała, po czym capnęła mężczyznę w klatkę piersiową.
Co jak co, ale miał rację. Przypisywanie Adeline molestowania, zamiast potraktowania tego jako pijackiego wybryku, było sporym naciągnięciem. Tym bardziej że rudowłosą stać było na lepszego faceta niż jakiś łajza.

Ciekawe, jak na to wszystko zareaguje Sullivan.

Kiedy Zoya przysiadła na schodku, mimowolnie skierowała wzrok na Spencera.
Może tak. I co z tego? Nie chcę wykorzystywać faktu, że się znamy. Jesteś zmęczony i z uwagi na swoje zobowiązania powinieneś wrócić do hotelu, Lucien — powiedziała.
Zoya wcale nie dziwiła się jego postawie ani temu, że tak ochoczo jej pomagał. Zdążyła poznać go na tyle, aby wiedzieć, że nie pptrafił świetnie nad sobą panować i, chcąc nie chcąc, robił wszystko tak, jak należało.
Przez ten krótki okres ich znajomości właściwie nigdy nie zgadnęła, co kłębiło się w jego sercu. W momencie, w którym naprawdę myślała, że mieli się ku sobie, okazało się, że jej nie ufał. A potem, przez męczący Zoyę wstyd, rozstali się podczas niedokończonej rozmowy.
To było okropne i niejasne; właśnie tamta nieroztrzygnięta rozmowa sprawiała, że nie wiedziała, jak powinna sie zachowywać.
To prawda. Zrobiłbyś to dla każdego — odparła i spuściła na moment wzrok na swoje bose stopy.
I znowu ich znienacka ucięta znajomość doprowadziła do tego, że Zoya nie znała Luciena. Zatem nie miała pojęcia, jak mocno, nie pierwszy zresztą raz, powstrzymywał własne reakcje. Nie wiedziała, ile samokontroli wkładał w zachowanie, które obserwowała. I z drugiej steony było podobnie, bo on również nie wiedział, jak ciężko było jej siedzieć tak bezczynnie obok niego w momencie, w którym nie czuła się ani odrobinę stabilnie.
Obce miejsce, strata przyjaciółki i L u c i e n, mieszały Zoi w głowie do tego stopnia, że sama nie nie mogła się zorientować, czy była bardziej rozżalona czy zła na cały świat.
Kiedy nieświadomie drgnęła z zimna, a mężczyzna zaczął ściągać marynarkę, odruchowo uniosła rozjarzone oczy na jego twarz. Te wszystkie małe, miłe gesty wcale nie pomagały jej zachować obojętności.
Bardzo go otrzebowała. Bardzo. I nie tylko w tej chwili.
Do... rana? — Pod wpływem nagłej informacji nawet nie protestowała, kiedy ostrożnie zarzucił jej ubranie na ramiona. Przyjęła je mechanicznie, uprzednio łapiąc za brzeg materiału, aby przypadkiem nie spadła na ziemię.
Poczuła się naprawdę przytłoczona i tym razem nie była skłonna mu odmówić. Pod natłokiem przedstawionych przez niego argumentów jasne stało się, że czekanie do rana na komisariacie było naprawdę durnym pomysłem. To z Lucienem mieli się kontaktować. Nie z Zoyą Weasley. To on porozumiewał się w języku włoskim - nie ona.

Była już całkowicie trzeźwa, więc z ogromną dozą zdumienia rejestrowała przepełnione przepychem wnętrze pięciogwiazdkowego hotelu. Rozglądnęła się odrobinę zbyt łapczywie, raz czy dwa wykonując obrót wokół własnej osi, aby dokładniej przyjrzeć się zdobionym ścianom. Tak bardzo nie pasowała w tym momencie do tego miejsca, a pomimo tego z nieukrywanym nawet wstydem, kroczyła za Lucienem wzdłuż korytarza. Kiedy zaś przepuścił ją w drzwiach natychmiast skorzystała z pierwszeństwa i weszła do apartamentu.
Tutaj również było luksusowo, ale niezmiennie to widok za oknami wywarł na Zoi największe wrażenie. Pospiesznie dopadła ogromnych szyb i oparłszy o nie dłonie, zupełnie tak jak podczas kolacji w jego domu, beztrosko przyglądnęła się panoramie przepięknej plaży skąpanej w blasku księżyca. Wychowała się przeciez w otoczeniu przyrody, dlatego takie miejsca wyjątkowo na nią działały. Zwłaszcza morze, do którego w rodzinnej miejscowości nie miała dostępu.
Tak, tak, poproszę — odpowiedziała mimochodem i chwilę później oderwała się od od okna i spojrzała na Luciena, który właśnie rozlewał wodę do szklanek. Zaraz wręczył jej jedną z nich. Następnie z napojem w dłoni, tak jak miała w zwyczaju, wolno zaczęła rozglądać się po wnętrzu, co jakiś czas odruchowo zerkając na szyby.
Nie. Nie zapomniała o Adeline. Ta niezmiennie krążyła po głowie Zoi. Martwiła się o nią i denerwowała, ale rzeczywiście nie pozostało jej nic innego, jak czekać. Chcąc nie chcąc, musiała się z tym pogodzić, nawet jeśli na samą myśl o osamotnionej, zamkniętej w celi przyjaciółce dostawała nagłych skurczów żołądka.
Nieco zaskoczona przesunęła wzrok z mebli na Luciena, który zaproponował, aby poszła do łazienki. Parę sekund później z wyraźnym zawahaniem spoglądnęła na bluzkę, po czym ostatecznie odstawiła szklankę I przyjęła ubranie.
Dobrze. — Zerknęła w stronę, w którą skinął mężczyzna, gdzie znajdowały się drzwi do łazienki. — Dziękuję. Pewnie nie przywykłeś do widoku tak roztrzepanych kobiet — spróbowała zażartować na odchodne, ale miała wrażenie, że atmosfera miedzy nimi była trochę napięta. Niemniej tuż przed wejściem do pomieszczenia zerknęła przez ramię i, widząc, jak Lucien zsuwa koszulę z ramion, poczuła, że po głowie Zoi ponownie zaczęła błąkać się ochota, by się do niego przytulić.
Przed lustrem zdała sobie sprawę, że prezentowała się naprawdę fatalnie. Miała zmierzwione włosy, poplamione i zmięte ubrania, a jej stopy były wybitnie brudne, a nawet miejscami naznaczone siniakami. W dodatku mocny makijaż również pozostawiał wiele do życzenia. Czym prędzej więc weszła pod prysznic, licząc na to, że woda zmyje z niej już nie tyle brud, co chociaż odrobinę tego palącego we wnętrzu zakłopotana.
Tak się oczywiście nie stało. Po wyjściu z łazienki nie czuła się ani trochę lepiej, ale przynajmniej była czysta. Nieco nieśmiało stanęła znowu przed Lucienem z mokrymi włosami, niezmiennie boso i ze starymi ubraniami wciśniętymi pod pachę. Uśmiechnęła się delikatnie i złapała za rąbek koszulki, po czym bezskutecznie spróbowała naciągnąć ją bardziej za pośladki.
Jak wyglądam? — zagadnęła głupio trochę po to, aby rozgonić ciszę, która nagromadziła się miedzy nimi i która wydała się Zoi mocno niezręczna. Tymczasem Lucien odezwał się w tym samym momencie, a jego słowa sprawiły, że uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy. Intuicyjnie przesunęła wzrok na duże łóżko, po czym ponownie spojrzała na mężczyznę.
Była naiwna, bo ignorując wszystko, co się wydarzyło i te wszystkie momenty, w ktorych wyraźnie dała mu do zrozumienia, że powinni się zdystansować, wspólne spanie nagle uznała za pewnik. Nie miało to jednak związku z żadnymi głębszymi pragnieniami, ale ze zwyczajnym przyzwyczajeniem, jakie najwyraźniej zbyt mocno zakorzeniło się w głowie Zoi. Chyba znienacka przypomniała sobie o tamtej bliskości oraz swobodzie, którą jeszcze dwa tygodnie wcześniej odczuwała tak intensywnie w jego towarzystwie.
Zapomniała, że to ona sama z nich zrezygnowała i tym razem nie wypadało po prostu pchać mu się pod kołdrę.
Zacisnęła usta, po czym wyrwała z dłoni Luciena poduszkę.
Nie żartuj sobie — prychnęła oburzona. Niby po raz kolejny spróbowała obrócić wszystko w żart, ale potężna gula narosła w jej gardle, gdy zdała sobie sprawę, że sama zagalopowała się własnymi, dziwnymi oczekiwaniami. — Nie jestem księżniczką i nie trzeba mi ustępować miejsca. — Popatrzyła mu głęboko w oczy, po czym westchnęła i oburącz objęła poduszkę, jednocześnie wciąż trzymając pod pachą ubrania. — Walczysz o zwycięstwo dla całej Kanady, więc powinieneś odpocząć. Nawet nie masz pojęcia, jak ciężko jest mi akurat od ciebie przyjmować pomoc, więc naprawdę proszę cię, Lucien, nie wywołuj u mnie kolejnych wyrzutów sumienia i po prostu weź sypialnię. Chętnie prześpię się na kanapie. — Uśmiechnęła się łagodnie i powędrowała w stronę siedziska, na ktorym zamierzała spędzić reszte nocy.
Nie miała pojęcia, jak paskudnie to zabrzmiało; jak źle mógł się poczuć. Jednak w żadnym wypadku nie chodziło o to, że ciężko było jej przyjmować od niego pomoc ze względu na ich pogorszone stosunki, które ucierpiały po rozmowie w samochodzie. Chodziło raczej o to, że miała wrażenie, że sama zbudowała sobie jakąś obłudną wieżę wstydu, a każdą kolejną, niefortunną sytuacją dokładała do niej następną cegiełkę.
Zoya miała na sumieniu zbyt wiele rzeczy, przez które z trudem patrzyła w te szczere, zatroskane oczy Luciena. W jego towarzystwie miała ochotę po prostu się rozpaść i zapaść pod ziemię, ale myśl o Adeline wciąż nie pozwalała jej się poddać.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Dobrze było usłyszeć jej śmiech. Krótkie, szczere rozbawienie, które sprzyjało nieco lepszemu samopoczuciu. I na tym obecnie Lucienowi zależało, bo patrzenie na mieszaninę uczuć, która dotychczas nie opuszczała Zoi, trapiło go. Odczuwał jej strach i przygnębienie i nie wiedział, jak sprawić, żeby choć trochę przynieść jej ukojenie.
Uśmiechnął się nieco szerzej na jej zaczepkę. Przypominało mu to wspólne beztroskie chwile sprzed dwóch tygodni, wśród których takie żarty przychodziły im bardzo naturalnie. A potem nastąpiło rozstanie, które zmieniło wszystko.
Na jej następne słowa na kilka sekund przygryzł policzek od wewnątrz. Wolałabyś mnie nie znać? Pytanie zaszczypało go w koniuszek języka, ale przełknął je pospiesznie, bo przecież to nie miało już znaczenia. Stało się. A on był jedyną osobą, która mogła w tej chwili jej pomóc.
Nie zostawię cię tu samej — odparł w zamian z pełnym przekonaniem. Nie zamierzał oponować, że nie był zmęczony, a myśli o wyścigu i tym, że już dawno powinien regenerować się w łóżku, zaczynały dręczyć go coraz bardziej, ale Zoya nie miała n i k o g o ani n i c, co pozwoliłoby jej przetrwać do rana.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że on wcale jej nie nie ufał, a właśnie był przekonany, że zaufał jej za bardzo, wpuszczając ją do swojego serca świata i pozwalając zagościć w nim bardziej i znacznie szybciej, niż tego chciał.
I mimo tej świadomości nie potrafił jej odpuścić. Jeszcze nie w tej chwili, kiedy czuł się zobowiązany pomóc jej w potrzebie. Bo nie, nie miała racji.
Nie — pokręcił głową, na sekundę zawieszając głos. — Nie dla każdego. Swoich wrogów zostawiłbym na pastwę losu — wyznał spokojnie, podnosząc na nią spojrzenie, jakby dokładnie to chciał powiedzieć. Bez żadnych dwuznaczności, drugiego dna, które wskazywałoby na jego wciąż niewygodne uczucia względem niej.
To one skłoniły go do podarowania jej swojej marynarki i propozycji, której nie mogła odmówić. Przy tym celowo wysunął właśnie takie, a nie inne argumenty, wykazując się charyzmą, z której tak słynął. Tłumaczył to sobie jako kierowanie się jej dobrem, ale ciche podszepty w jego głowie mówiły mu, że było to jedynie przesunięciem w czasie ich pożegnania. Tym razem już ostatecznego.

Zoya miała wrodzoną ciekawość. Wszystko, na co nie zwracał już takiej uwagi, ona zdawała się chłonąć całą sobą, przyglądając się temu z widocznym zafascynowaniem i błyskiem w oku. To właśnie w niej lubił. Dostrzegała piękno tam, gdzie inni uważali to za powszednie.
Na wzmiankę o roztrzepanych kobietach, mimowolnie prychnął nieznacznie śmiechem. Choć widać było po niej, że wiele tego wieczoru przeszła, tak naprawdę nie zmieniało to sposobu, w jaki na nią patrzył. Szczerze mówiąc, miał g d z i e ś to, co myślał o nim personel hotelu, kiedy prowadził ciemnowłosą przez hol. Oni mieli wyłącznie dbać o prywatność swoich gości.
Zdziwiłabyś się, co potrafi przejażdżka cabrio — stwierdził lżejszym tonem. Może zwykle kobiety w jego towarzystwie zachowywały się bardziej klasycznie i nienagannie, ale dla niego obecny wygląd Zoi nie ujmował jej atrakcyjności.
Właściwie, kiedy tak stała przed nim w poplamionych ubraniach, z bosymi, brudnymi stopami i burzą czarnych włosów w nieładzie, było w niej coś kompletnie rozbrajającego. Kąpiel była tylko sugestią. Ten wieczór był dla niej ciężki, a szybki prysznic mógł sprawić, że poczuje się lepiej.
Niemniej sam odczuwał między nimi dziwne napięcie. I to wcale nie to, które towarzyszyło im w ciągu poprzedniego miesiąca. Tym razem w powietrzu pojawiło się coś cięższego, czego nie potrafił się pozbyć. Nie wiedział, czy to przez wzgląd na rosnące zmęczenie, czy też niejasne emocje, które tłumił pod skórą, ale był świadomy mimowolnego tworzenia się wokół nich dystansu, nie potrafiąc temu zapobiec.
Nawet w momencie, kiedy wyszła z łazienki i uśmiechnęła się do niego, czuł, jak bardzo cała ta sytuacja go męczyła. Że znów ugryzł się w język, zanim powiedział coś niestosownego, choć miał to być tylko komplement. Że serce zabiło mu mocniej, ale coś skutecznie zatrzymywało go przed podejściem do niej i wzięciem w swoje ramiona.
Nie potrafił rozszyfrować jej zupełnie niejasnego zachowania, gdy raz mówiła, że to koniec i nie potrzebowała pomocy, o którą nie prosiła, a raz uśmiechała się do niego i go zagadywała, jakby wszystko było między nimi w najlepszym porządku. Mimo tego, jak bardzo starała mu się to utrudnić, właśnie to swobodne podejście nadal próbował odgrywać zarówno przed nią, jak i przed sobą. Niestety, z każdą chwilą było to coraz trudniejszym zadaniem.
Wyrwanie mu poduszki z dłoni spotkało się z chwilową konsternacją, która po jej oburzonym tonie ustąpiła miejsca ledwo zduszonemu pomrukowi niezadowolenia. Gdy jednak uzasadniła swoje stanowisko, słowa, które wypowiedziała tak lekko, trafiły do niego niczym cios w twarz. Przez kilka sekund analizował je, czując wzbierającą w jego żyłach krew. Przez cały ten czas nie ruszył się z miejsca, patrząc tylko za oddalającą się na sofę Zoyę.
Akurat ode mnie? — powtórzył za nią po chwili, akcentując każdą głoskę z czającym się w głosie wyrzutem. — A kim ja jestem, że trzeba się nade mną użalać? — dopytał, ściągając poirytowany brwi, ale nie czekał na odpowiedź. — Och, no tak — już sobie przypomniał i udał nagłe olśnienie — p i e p r z o n ą gwiazdą — wzbił ręce w powietrze w bezradnym geście, by zaraz parsknąć sarkastycznie na określenie, którym nazwała go dwa tygodnie temu. — Gdybym był takim gościem, za jakiego mnie masz, nie przyjechałbym do Huntsville, miałbym w dupie ciebie i dziecko, którego w zasadzie nigdy nie było, a przede wszystkim nie marnowałbym czasu na bieganie w nocy po mieście za tobą tuż przed wyścigiem — wyliczył, z coraz mocniej pobrzmiewającą w każdym kolejnym słowie frustracją. Nie spuszczał z niej wzroku wyraźnie wkurzony, za kogo go uważała. W tym czasie postąpił w jej kierunku o kilka kroków, aż przystanął obok ciemnowłosej. Buzował w nim gniew, dlatego oddychał trochę płycej, niż zwykle, ale stanąwszy tak blisko niej, widział jej spojrzenie i przełknął nerwowo ślinę.
Nie rób ze mnie ofiary, przestań unosić się honorem i po prostu idź do łóżka — powiedział stanowczym tonem, starając się kontrolować swoje emocje, po czym, zanim zdążyła zareagować, szybkim ruchem wyszarpnął jej z rąk tę cholerną poduszkę. Jeszcze tego brakowało, żeby znowu zaczęła mu się przeciwstawiać.

Zoya Weasley
25 y/o
Welkom in Canada
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wbrew temu, co próbowała na siłę czuć, przyjemne ciepło rozlało się w jej wnętrzu, kiedy Lucien powiedział, że jej nie zostawi. Nie chciała i nie potrzebowała go tutaj - było naturalną postawą Weasley, świadczącą o wyparciu, kiedy próbowała całemu światu udowodnić, jak ś w i e t n i e potrafiła poradzić sobie sama.
W rzeczywistości uginała się jak trzcina na wietrze.
Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że wrogowi również byłbyś skłonny pomóc — odpowiedziała, spoglądając w jego oczy, gdy wypowiadał te głębokie i sugestywne słowa, jakby chciała nadać jeszcze większe znaczenie własnej wypowiedzi.
Swoimi słowami nie odnosiła się do siebie, choć ze strony Luciena odczuła lekką aluzję. Zrozumiała, że nie nienawidził jej, co w końcu mogła wywnioskować po samym fakcie, że nadal trwał przy jej boku niczym najlepszy przyjaciel. Tak naprawdę najchętniej zapytałaby o powody, którymi się kierował, bo w rzeczywistości nie byli już sobie tak bliscy.
Niemniej... chyba obawiała się odpowiedzi. Obawiała się, że powiedziałby, że było mu jej najzwyczajniej szkoda i to dołożyłoby tylko ognia do i tak fatalnego samopoczucia Zoi.

Apartament był zwieńczeniem luksusu, którego Zoya nigdy dotąd nie zaznała. Podkreślał jedynie różnicę pomiędzy światem Luciena a jej własnym. Dokładie tym, który oscylował wokół trzygwiazdkowego, być może nawet całkiem urokliwego hoteliku ze śniadaniem w cenie. Nawet Adeline, której pensja najpewniej była dwukrotnie wyższa od pensji Zoyi, żyła znacznie skromniej niż Spencer.
Początkowo poczuła się oczarowana tym miejscem, ale szybko zrozumiała, że był to jedynie miraż. Przypomniała sobie, w jaki sposób trafiła do tak drogiego apartamentu. Oderwała wzrok od olbrzymich szyb, a zachwyt natychmiast przygasł.
Nie zamierzała jednak ponownie popaść w ten skrajnie podły nastrój i spróbowała zachować się naturalnie. Wszakże było już późno, oboje byli zmęczeni i najprawdopodobniej inaczej wyobrażali sobie przebieg całego dnia. Miała wrażenie, że ozostało im jedynie spróbować, choć odrobinę rozrzedzić tę dziwną, osobliwą atmosferę.
Może następnym razem — prychnęła lekko, jakby właśnie żartobliwie odmawiała mu przejażdżki cabrio, której de facto nawet nie zaproponował. Potem poszła skorzystać z łazienki.

Zoyę również cała ta sytuacja niewyobrażalnie męczyła. Patrzyła na niego skąpanego w światłach apartamentu, w tym niewyobrażalnie pięknym miejscu w sercu Misano z zapierającym dech w piersiach widokiem na plażę. Byli całkiem sami; teoretycznie mogli w s z y s t k o, a przecież wiedziała, że nie miała prawa nawet go dotknąć.
Wariowała. Umysł Zoi szalał, doskonale świadomy tego, że nie mogła pozwolić sobie na uwolnienie prawdziwych pragnień ani wszystkich niewypowiedzianych słów, które powinny były paść tamtego pieprzonego dnia w samochodzie. Chciała być dla siebie silna; chciała niczego nie żałować, a jednak coraz mocniej odnosiła wrażenie, że wpadała ze skrajności w skrajność.
I tym razem naprawdę nie miała na myśli, niczego złego, twierdząc, że z trudem przyjmowała pomoc akurat od niego. Nie zastanowiła się nad tym, a potem dłuższą chwilę nie rozumiała, co się działo. Dlatego kiedy usłyszała podniesiony głos Luciena, natychmiast odwróciła się w jego stronę i mimowolnie mocno zacisnęła palce obu dłoni na poduszce. Patrzyła na niego bardzo uważnie, zarówno ze zdumieniem oraz przestrachem.
W momencie, w którym nazwał siebie pieprzoną gwiazdą, wyraźnie zacisnęła usta i zmarszczyła brwi. Tak okrutnie zacytował słowa Zoi, że zółć podeszła jej do gardła.
Zaraz mężczyzna wyrzucił bezradnie ręce w powietrze, na co intuicyjnie, nie mogąc wytrzymać, odwróciła wzrok w stronę okien. Tym razem widok plaży wydał jej się wręcz okropny. Doskonale wiedziała, że tamtego dnia się zapędziła; że nie powinna była określać go w taki brzydki sposób, ale była wtedy wybitnie rozżalona. Przez umowę Frasera.
Oczywiście wszystko zmierzało w złą stronę, bo najwyraźniej znowu wyraziła się w taki sposób, że opacznie zrozumiał sens jej wypowiedzi. I owszem, poczuła się z tym źle. Poczuła silne wyrzuty sumienia i natychmiastową potrzebę sprostowania swoich słów. Kiedy jednak uchyliła usta, aby się odezwać i z wielce strapionym spojrzeniem skierowała twarz w stronę Luciena, ten mówił dalej.
I cholera, przez to Zoyę zaatakował gorąc. Wymienił wszystko, przez co czuła się upokorzona, dlatego w pewnym momencie przymknęła powieki i nabrała głęboko powietrza. Tym razem również w jej żyłach wezbrała złość.
Nie dostrzegła frustracji i żalu Luciena, kiedy mówił o tym, jak bardzo się dla niej starał i jak mocno zależało mu na ich relacji. W gniewie wszystko wydawało się trudniejsze do zrozumienia, dlatego podjęła temat, równie zniesmaczona. I równie źle przyjeła każde jego słowo.
Świetnie, Lucien — prychnęła sztucznie rozbawiona. — Łaaa! Widzę, że myślisz, że miałam niewyobrażalne szczęście, że na ciebie trafiłam. No tak, jakbyś mógł sądzić inaczej, skoro sam napisałeś mi na ciele, że jesteś arogancki i zuchwały. Fantastycznie, ale chyba zapomniałeś, że o nic cię nigdy nie prosiłam! — Uniosła głos, gdy stanął tuż przed nią. Walczyła sama ze sobą, aby nie uciec spojrzeniem; aby nie ugiąć się pod naporem jego chmurnych oczu, tak mocno kontrastujących z ich naturalnym kolorem tęczówek.
Ja robię z ciebie ofiarę? — kontynuuowała wzburzona. — Co takiego ci zrobiłam? Naprawdę jesteś zły za to, że nie chcę od ciebie pomocy? Czy tak trudno ci zrozumieć, że czuję się przy tobie niekomfortowo?! Mam dosyc tego, że ciągle się przy tobie ośmieszam! — ostatnie słowa wykrzyczała mu w twarz, po czym, dokładnie tak jak on chwilę wcześniej, wyszarpała mu poduszkę z rąk.
Teraz po tej rozmowie, Zoya jeszcze bardziej nie zamierzała ustąpić i postanowiła spać na kanapie. Mimo wszystko nie panowała nad własnymi emocjami i niespodziewanie w całym tym gniewnym szale, uderzyła mężczynę poduszką w ramię, przy czym z jej ust wyrwało się żałosne jęknięcie.
Ubrania, które trzymała pod pachą rozsypały się po podłodze. Mimowolnie podeptała je stopami, cofając się o krok, przy kolejnej durnej próbie uderzenia Luciena przedmiotem.
Sam idź sobie spać do łóżka, Lucien. Po tym wszystkim, co ze mną przeżyłeś, zasłużyłeś na wygodny materac — zaakceptowała każde słowo.
Jeżeli Zoya dobrze zrozumiała, o co chodziło mu w „gdybym był takim gościem, za jakiego mnie masz”, to powinna wspomnieć, że wcale nie uważała go za egoistę. Był naprawdę dobrym i uroczym mężczyzną, pomimo tych swoich paru mankamentów. A ta cała niezrozumiała złość, była skierowana bardziej wyrzutem na samą siebie niż na Luciena. Po prostu obrywał za to, że Zoya nie potrafiła zebrać się na szczerość.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Pod wpływem jej głębokiego spojrzenia, zatrzymał się na jej tęczówkach odrobinę dłużej, podświadomie próbując odnaleźć w nich większy sens. Ostatecznie jednak odwrócił wzrok gdzieś w bok i mimowolnie się skrzywił.
Chyba mnie przeceniasz — stwierdził nadal lekkim tonem, skrzętnie ukrywając napływający do jego myśli samokrytycyzm. Jeszcze na farmie sama uważała go za zbyt aroganckiego, dążącego do osiągnięcia celu po trupach. Może coś w tym było.
Bo we własnych oczach widział siebie jako egoistę.
Nie chciał być jej przyjacielem. Zbyt wiele w ciągu tego ostatniego miesiąca się wydarzyło, żeby potrafił dłużej udawać, że to, co mieli, nie miało na niego żadnego wpływu. Kierowany myślami o wspólnej przyszłości, pozwolił sobie na zbyt dużą szczerość i nadzieje, które przekształciły się w żal i rozgoryczenie. Był masochistą, ale każdy ból miał swoje granice. W pewnym momencie należało odpuścić.

Po dotarciu do apartamentu nie mógł mieć jej za złe próby rozluźnienia atmosfery, na co starał się odpowiedzieć tym samym. Ale nawet jej lekkie prychnięcie odnośnie cabrioleta, chcąc nie chcąc, potraktował jak małą szpilkę, która dobiła go jeszcze bardziej. Bo następnego razu miało już nie być.

Nie mogli w s z y s t k i e g o. Pozostając bez świadków, w miejscu, które sprzyjało intymności i swobodzie, po raz pierwszy przy niej coś go blokowało. Do tej pory nie miał żadnych problemów z fizycznością oraz nie musiał niczego ukrywać, będąc przy ciemnowłosej po prostu sobą.
Piekielnie trudno było mu dalej ignorować swoje pragnienie, po które, mimo że znajdowało się na wyciągnięcie ręki, nie mógł sięgnąć. Na początku zdradził jej, że wychodził z założenia, iż jeśli czegoś naprawdę się chciało, prędzej czy później znalazło się sposób, żeby to otrzymać. Ale jemu kończyły się sposoby. Nie miał zamiaru też robić niczego wbrew niej.
Zoya. Była dla niego nieosiągalna. I ta niemoc doprowadzała go do szaleństwa.
Ostatnim, czego było mu tego naprawdę długiego wieczoru potrzeba, to się z nią pokłócić. Zmęczenie niestety dawało mu się już porządnie we znaki, przez co jego rozdrażnienie eskalowało w zastraszającym tempie, bez trudu przebijając się przez mur opanowania.
W momencie, kiedy do niej podszedł, zaczął żałować swojego nagłego wybuchu. Nie chciał wywoływać w niej ani strachu ani wyrzutów sumienia, ale nie potrafił już dłużej tłumić tego, co skrywał przez cały ten czas. Zależało mu na niej. Bardziej, niż chciał to przed sobą przyznać, a i tak właśnie to między wierszami wybrzmiało w złości na głos.
A ona odwróciła kota ogonem. Jej prychnięcie, uniesiony głos i bojowa mina nie pozostawiały wątpliwości — właśnie wywołał burzę, która iskrzyła się w jej oczach.
Czyli wygląda na to, że ci się narzucam?! — Teraz to on prychnął, bynajmniej nie w zadowoleniu nad wysnutymi z jej wypowiedzi wnioskami. — Cudownie, w takim razie powinienem był też dopisać, że jestem idiotą — skwitował prześmiewczym tonem, który wyraźnie wskazywał na wiarę w swoje słowa. — Chyba naprawdę źle wybrałaś — dorzucił zaraz, mimowolnie wykrzywiając swoją twarz pod wpływem bólu spowodowanego własnym stwierdzeniem.
Był jej złym wyborem, teraz wydało mu się to nad wyraz przejrzyste. Właściwie dopiero po ponownym przytoczeniu jej słów na głos, dotarło do niego, że wtedy na farmie mówiła o tym zupełnie szczerze, co wzbudziło w nim jeszcze większą gorycz. Zacisnął mocniej szczęki, które wyostrzyły rysy jego twarzy.
To, co wykrzyczała mu w twarz zaraz potem, wprawiło go na moment w dezorientację, dzięki czemu znowu stracił tę durną poduszkę. Jego umysł na chwilę dostał zwarcia, kiedy zaczęły nasuwać mu się pytania: jak to - czuła się przy nim niekomfortowo? Co robił nie tak, że uważała, że się przy nim ośmieszała?
Kiedy, do cholery, dałem ci to odczuć? — zapytał nieco ostrzej, kompletnie nie rozumiejąc powodów, przez które czuła się dokładnie w ten sposób.
Myślami zaczął gorączkowo szukać w pamięci momentów, które mogły wywołać jej niezręczność. W jego mniemaniu robił przy niej wszystko, żeby zadbać o to, by czuła się przy nim jak najlepiej. Nawet sam ośmieszał się, w swoich białych butach i polo z logo znanej marki próbując nieudolnie pomóc jej w obowiązkach na farmie, czy później podołać wyrobieniu ciasta na kluski. To, co robiła teraz po alkoholu, wbrew pozorom szczególnie go nie obeszło. Nie widział ż a d n y c h powodów, dla których miałaby palić się przed nim ze wstydu.
Przez te wszystkie jego myśli w pierwszej chwili nie zdążył uchylić się przed jej nagłym pacnięciem go trzymaną w jej dłoniach poduszką, która teraz stała się jej bronią. Ale kiedy zamachnęła się nią po raz kolejny, a jej słowa wzbiły się w powietrze między nimi, machinalnie uniósł rękę, zatrzymując poduszkę tuż przed sobą. Ściągnął brwi z niedowierzaniem.
To jest jakiś absurd. Mówisz tak, jakbyś uważała się za źródło wszystkich problemów — skwitował tonem, w którym nadal dało się odczuć złość i znów wyszarpał jej poduszkę, ale dopiero kilka sekund później zarejestrował to, co powiedział, i zaskoczył go nagły impuls.
Trybiki w jego głowie intensywnie przyspieszyły. Problemy zaczęły się od tamtej felernej rozmowy w aucie. Od umowy, która przeobraziła ich spotkanie w kłótnię, ale w obliczu nowych informacji wydawała mu się jedynie zasłoną dymną. Nagle zrozumiał — ciąża, której nie było i szybkie wycofanie się Zoi m u s i a ł o mieć z tym związek. Tego się tak wstydziła?
Momentalnie jego dotychczas spięte ramiona wraz z trzymaną w dłoni poduszką opuścił bezwolnie w akcie bezsilności. Teraz jego spojrzenie, wciąż utkwione w ciemnowłosej, złagodniało.
Zoyu… — zaczął znacznie spokojniej — nie zrobiłaś nic złego. To nie twoja wina, że te testy były wadliwe. Mówiłaś, że wiele kobiet dało się nabrać. — Oczywiście, że pamiętał jej słowa. Wryły się w jego umysł, nie dając mu spokoju. To one były początkiem końca.
Ale nie miał jej tego za złe. Według niego oznaczało to przede wszystkim tyle, że wcale nie potrzebowali tej cholernej umowy. Jasne, brak zobowiązań przyniósł mu rozczarowanie, ale i ulgę, bo mieli czystą kartę. Z tym, że ona sama zaznaczyła, że nie chciała kontynuować tej znajomości, decydując za nich oboje.
W tym momencie uświadomił sobie, że tamto popołudnie naprawdę nie musiało kończyć się w ten sposób.

Zoya Weasley
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”