Niewiele zrozumiała z tego, co działo się na komisariacie, ale po minach mundurowego oraz Luciena od razu mogła stwierdzić, że było kiepsko.
To był moment, w którym najbardziej doceniła to nieoczekiwane spotkanie z Lucienem. Przynajmniej w tej chwili rzeczywiście musiała pozwolić mu w pełni działać, bo doskonale wiedziała, że sama nic by nie wskórała. Ba, może jeszcze tylko pogorszyłaby i tak patową sytuację.
—
Weź, Lucien! — zaśmiała się. Krótko, ale szczerze. Właściwie pierwszy raz, odkąd zaczął się ten cały sajgon, naprawdę się zaśmiała, po czym capnęła mężczyznę w klatkę piersiową.
Co jak co, ale miał rację. Przypisywanie Adeline molestowania, zamiast potraktowania tego jako pijackiego wybryku, było sporym naciągnięciem. Tym bardziej że rudowłosą stać było na lepszego faceta niż jakiś łajza.
Ciekawe, jak na to wszystko zareaguje Sullivan.
Kiedy Zoya przysiadła na schodku, mimowolnie skierowała wzrok na Spencera.
—
Może tak. I co z tego? Nie chcę wykorzystywać faktu, że się znamy. Jesteś zmęczony i z uwagi na swoje zobowiązania powinieneś wrócić do hotelu, Lucien — powiedziała.
Zoya wcale nie dziwiła się jego postawie ani temu, że tak ochoczo jej pomagał. Zdążyła poznać go na tyle, aby wiedzieć, że nie pptrafił świetnie nad sobą panować i, chcąc nie chcąc, robił wszystko tak, jak należało.
Przez ten krótki okres ich znajomości właściwie nigdy nie zgadnęła, co kłębiło się w jego sercu. W momencie, w którym naprawdę myślała, że mieli się ku sobie, okazało się, że jej nie ufał. A potem, przez męczący Zoyę wstyd, rozstali się podczas niedokończonej rozmowy.
To było okropne i niejasne; właśnie tamta nieroztrzygnięta rozmowa sprawiała, że nie wiedziała, jak powinna sie zachowywać.
—
To prawda. Zrobiłbyś to dla każdego — odparła i spuściła na moment wzrok na swoje bose stopy.
I znowu ich znienacka ucięta znajomość doprowadziła do tego, że Zoya nie znała Luciena. Zatem nie miała pojęcia, jak mocno, nie pierwszy zresztą raz, powstrzymywał własne reakcje. Nie wiedziała, ile samokontroli wkładał w zachowanie, które obserwowała. I z drugiej steony było podobnie, bo on również nie wiedział, jak ciężko było jej siedzieć tak bezczynnie obok niego w momencie, w którym nie czuła się ani odrobinę stabilnie.
Obce miejsce, strata przyjaciółki i L u c i e n, mieszały Zoi w głowie do tego stopnia, że sama nie nie mogła się zorientować, czy była bardziej rozżalona czy zła na cały świat.
Kiedy nieświadomie drgnęła z zimna, a mężczyzna zaczął ściągać marynarkę, odruchowo uniosła rozjarzone oczy na jego twarz. Te wszystkie małe, miłe gesty wcale nie pomagały jej zachować obojętności.
Bardzo go otrzebowała. Bardzo. I nie tylko w tej chwili.
—
Do... rana? — Pod wpływem nagłej informacji nawet nie protestowała, kiedy ostrożnie zarzucił jej ubranie na ramiona. Przyjęła je mechanicznie, uprzednio łapiąc za brzeg materiału, aby przypadkiem nie spadła na ziemię.
Poczuła się naprawdę przytłoczona i tym razem nie była skłonna mu odmówić. Pod natłokiem przedstawionych przez niego argumentów jasne stało się, że czekanie do rana na komisariacie było naprawdę durnym pomysłem. To z Lucienem mieli się kontaktować. Nie z Zoyą Weasley. To on porozumiewał się w języku włoskim - nie ona.
Była już całkowicie trzeźwa, więc z ogromną dozą zdumienia rejestrowała przepełnione przepychem wnętrze pięciogwiazdkowego hotelu. Rozglądnęła się odrobinę zbyt łapczywie, raz czy dwa wykonując obrót wokół własnej osi, aby dokładniej przyjrzeć się zdobionym ścianom. Tak bardzo nie pasowała w tym momencie do tego miejsca, a pomimo tego z nieukrywanym nawet wstydem, kroczyła za Lucienem wzdłuż korytarza. Kiedy zaś przepuścił ją w drzwiach natychmiast skorzystała z pierwszeństwa i weszła do apartamentu.
Tutaj również było luksusowo, ale niezmiennie to widok za oknami wywarł na Zoi największe wrażenie. Pospiesznie dopadła ogromnych szyb i oparłszy o nie dłonie, zupełnie tak jak podczas kolacji w jego domu, beztrosko przyglądnęła się panoramie przepięknej plaży skąpanej w blasku księżyca. Wychowała się przeciez w otoczeniu przyrody, dlatego takie miejsca wyjątkowo na nią działały. Zwłaszcza morze, do którego w rodzinnej miejscowości nie miała dostępu.
—
Tak, tak, poproszę — odpowiedziała mimochodem i chwilę później oderwała się od od okna i spojrzała na Luciena, który właśnie rozlewał wodę do szklanek. Zaraz wręczył jej jedną z nich. Następnie z napojem w dłoni, tak jak miała w zwyczaju, wolno zaczęła rozglądać się po wnętrzu, co jakiś czas odruchowo zerkając na szyby.
Nie. Nie zapomniała o Adeline. Ta niezmiennie krążyła po głowie Zoi. Martwiła się o nią i denerwowała, ale rzeczywiście nie pozostało jej nic innego, jak czekać. Chcąc nie chcąc, musiała się z tym pogodzić, nawet jeśli na samą myśl o osamotnionej, zamkniętej w celi przyjaciółce dostawała nagłych skurczów żołądka.
Nieco zaskoczona przesunęła wzrok z mebli na Luciena, który zaproponował, aby poszła do łazienki. Parę sekund później z wyraźnym zawahaniem spoglądnęła na bluzkę, po czym ostatecznie odstawiła szklankę I przyjęła ubranie.
—
Dobrze. — Zerknęła w stronę, w którą skinął mężczyzna, gdzie znajdowały się drzwi do łazienki. —
Dziękuję. Pewnie nie przywykłeś do widoku tak roztrzepanych kobiet — spróbowała zażartować na odchodne, ale miała wrażenie, że atmosfera miedzy nimi była trochę napięta. Niemniej tuż przed wejściem do pomieszczenia zerknęła przez ramię i, widząc, jak Lucien zsuwa koszulę z ramion, poczuła, że po głowie Zoi ponownie zaczęła błąkać się ochota, by się do niego przytulić.
Przed lustrem zdała sobie sprawę, że prezentowała się naprawdę fatalnie. Miała zmierzwione włosy, poplamione i zmięte ubrania, a jej stopy były wybitnie brudne, a nawet miejscami naznaczone siniakami. W dodatku mocny makijaż również pozostawiał wiele do życzenia. Czym prędzej więc weszła pod prysznic, licząc na to, że woda zmyje z niej już nie tyle brud, co chociaż odrobinę tego palącego we wnętrzu zakłopotana.
Tak się oczywiście nie stało. Po wyjściu z łazienki nie czuła się ani trochę lepiej, ale przynajmniej była czysta. Nieco nieśmiało stanęła znowu przed Lucienem z mokrymi włosami, niezmiennie boso i ze starymi ubraniami wciśniętymi pod pachę. Uśmiechnęła się delikatnie i złapała za rąbek koszulki, po czym bezskutecznie spróbowała naciągnąć ją bardziej za pośladki.
—
Jak wyglądam? — zagadnęła głupio trochę po to, aby rozgonić ciszę, która nagromadziła się miedzy nimi i która wydała się Zoi mocno niezręczna. Tymczasem Lucien odezwał się w tym samym momencie, a jego słowa sprawiły, że uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy. Intuicyjnie przesunęła wzrok na duże łóżko, po czym ponownie spojrzała na mężczyznę.
Była naiwna, bo ignorując wszystko, co się wydarzyło i te wszystkie momenty, w ktorych wyraźnie dała mu do zrozumienia, że powinni się zdystansować, wspólne spanie nagle uznała za pewnik. Nie miało to jednak związku z żadnymi głębszymi pragnieniami, ale ze zwyczajnym przyzwyczajeniem, jakie najwyraźniej zbyt mocno zakorzeniło się w głowie Zoi. Chyba znienacka przypomniała sobie o tamtej bliskości oraz swobodzie, którą jeszcze dwa tygodnie wcześniej odczuwała tak intensywnie w jego towarzystwie.
Zapomniała, że to ona sama z nich zrezygnowała i tym razem nie wypadało po prostu pchać mu się pod kołdrę.
Zacisnęła usta, po czym wyrwała z dłoni Luciena poduszkę.
—
Nie żartuj sobie — prychnęła oburzona. Niby po raz kolejny spróbowała obrócić wszystko w żart, ale potężna gula narosła w jej gardle, gdy zdała sobie sprawę, że sama zagalopowała się własnymi, dziwnymi oczekiwaniami. —
Nie jestem księżniczką i nie trzeba mi ustępować miejsca. — Popatrzyła mu głęboko w oczy, po czym westchnęła i oburącz objęła poduszkę, jednocześnie wciąż trzymając pod pachą ubrania. —
Walczysz o zwycięstwo dla całej Kanady, więc powinieneś odpocząć. Nawet nie masz pojęcia, jak ciężko jest mi akurat od ciebie przyjmować pomoc, więc naprawdę proszę cię, Lucien, nie wywołuj u mnie kolejnych wyrzutów sumienia i po prostu weź sypialnię. Chętnie prześpię się na kanapie. — Uśmiechnęła się łagodnie i powędrowała w stronę siedziska, na ktorym zamierzała spędzić reszte nocy.
Nie miała pojęcia, jak paskudnie to zabrzmiało; jak źle mógł się poczuć. Jednak w żadnym wypadku nie chodziło o to, że ciężko było jej przyjmować od niego pomoc ze względu na ich pogorszone stosunki, które ucierpiały po rozmowie w samochodzie. Chodziło raczej o to, że miała wrażenie, że sama zbudowała sobie jakąś obłudną wieżę wstydu, a każdą kolejną, niefortunną sytuacją dokładała do niej następną cegiełkę.
Zoya miała na sumieniu zbyt wiele rzeczy, przez które z trudem patrzyła w te szczere, zatroskane oczy Luciena. W jego towarzystwie miała ochotę po prostu się rozpaść i zapaść pod ziemię, ale myśl o Adeline wciąż nie pozwalała jej się poddać.
Lucien Spencer