36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powinien był potraktować słowa Navarro wyłącznie jako dowód, że nadal pozostawała przytomna. Dokładnie tego od niej chciał; miała go obrażać, miała skupiać się na własnej niechęci i podtrzymywać ją tak długo, aż znajdzie miejsce, w którym będzie mógł zrobić coś więcej niż kazać jej dociskać coraz bardziej przesiąknięty krwią materiał.
A jednak miano najgorszej rzeczy, jaka wydarzyła się w jej życiu, skutecznie rozlało się po jego umyśle, zajmując znaczną jego większość.
W tym momencie były wyjątkowo niesprawiedliwe i niesamowicie denerwował go fakt, że w ogóle tak to odebrał.
Ale fakty były, jakie były – przez ostatnią godzinę uratował jej skórę, w r ó c i ł po nią, chociaż mógł z o s t a w i ć. A kiedy przekazała mu klucz do policyjnej obroży, co było równoznaczne z wolnością nie zostawił jej, pomimo że była dla niego balastem. I kimś, wobec kogo nie miał żadnego długu. Navarro mimo wszystko zdołała poukładać wszystkie katastrofy ostatniej nocy w taki sposób, żeby ich wspólnym mianownikiem ponownie został on, Robin Visser.
Widocznie nawet na granicy utraty przytomności pozostawała konsekwentna.
— Entonces has tenido una vida muy fácil — odpowiedział bez współczucia, nie przenosząc na nią spojrzenia.
Reflektory samochodu wyłaniały z ciemności kolejne fragmenty asfaltu. Ustawił ogrzewanie na najwyższą temperaturę, przez co przednia szyba niemal natychmiast zaczęła pokrywać się wilgocią. Była przemoczona, a mokre, przylegajace do niej ubranie kradło jej ciepło, które było jej potrzebne
Co kilkanaście sekund spoglądał kontrolnie w jej stronę. Nie interesowało go, czy patrzyła na niego ani czy nadal zamierzała obarczać go odpowiedzialnością za to pasmo swoich życiowych niepowodzeń. Za każdym razem, kiedy miał wrażenie, że odpływała, wypowiadał jej nazwisko ostro, niemal agresywnie, chcąc wywołać intensywniejszą reakcję w jej organizmie niż tylko słuchanie. Strach, irytację – cokolwiek silniejszego, co sprawiałoby, że jej serce przypominałoby sobie, że dalej należy pracować.
Pozwalał jej przy tym nienawidzić go do woli. Wymagała to bowiem od niej energii i zaangażowania, więc jednocześnie nie pozwalało tak po prostu odpłynąć.
Zjechał z drogi krajowej po kilkunastu minutach, gdy wybrał węższą drogę prowadzącą pomiędzy drzewami i kierował się coraz głębiej w stronę lasu, chcąc oddalić się od oficjalnych dróg.
Dach niewielkiego domku dostrzegł absolutnym przypadkiem. Odbił w wąski, częściowo zarośnięty zjazd i zgasił światła jeszcze zanim koła starego dodge’a opuściły częściej uczęszczaną drogę. Dalej prowadziła ich wyłącznie nierówna, szutrowa droga.
Chatka, rodem z horroru, stała kilkadziesiąt metrów w głębi lasu. Jej okiennice pozostawały zamknięte, a przed niewielkim gankiem nie było żadnego samochodu ani niczego, co wskazywałoby na obecność kogokolwiek. Wyglądało na coś, co być może kiedyś, lata temu, było domkiem letniskowym. Dzisiaj niekoniecznie cieszącym się zainteresowaniem na Airbnb.
Zatrzymał samochód za chatką i wyłączył silnik. Przez kilka sekund siedział nieruchomo, wsłuchując się w ciszę przerywaną wyłącznie szumem drzew oraz słabym oddechem Navarro. W żadnym z okien nie zapaliło się światło, a to potwierdzało tylko przypuszczenia, że obiekt jest pusty.
Bez większego problemu wyważył stare drzwi i dopiero wtedy wrócił po Biancę. Po otwarciu drzwi pasażera wsunął jedno ramię pod jej kolana, drugie pod plecy i podniósł ją z siedzenia, by wnieść do środka
Wnętrze pachniało kurzem, wilgotnym drewnem i prawdopodobnie grzybem. Odnalazł włącznik i sam się zaskoczył, kiedy po jego przełączeniu smutna, samotna żarówka przy suficie rozbłysnęła słabym światłem.
Jednym ruchem przedramienia zrzucił ze stołu klejącą się ceratęi, a potem ułożył Navarro na zdrowym boku. Sięgnął do jej szyi. Wciąż był puls, choć wyczuwalnie słaby – przynajmniej tyle, żeby miał poczucie, że nie targał jej do tej pory na darmo.
Przeszukał szafki i szuflady kuchenne, w poszukiwaniu czegoś przydatnego. Apteczkę znalazł dopiero w łazience. W środku pozostało kilka opatrunków, bandaż, środek odkażający i tabletki przeciwbólowe – choć już dawno po terminie. Zabrał wszystko, po czym wrócił do głównego pomieszczenia i otworzył ostatnią z szafek stojących przy drzwiach. Pomiędzy pudełkami z haczykami, spławikami i przynętami znalazł szpulę cienkiej żyłki oraz metalowe etui zawierające igłę do naprawiania sieci. Nie były to narzędzia, których jakikolwiek lekarz użyłby na człowieku, ale nie był głupi i mógł się domyślać, że dostępni, oficjalni lekarze i szpitale byli bardzo lojalni wobec służb.
Musiał więc improwizować.
Napełnił niewielki garnek wodą i postawił go na kuchence. Gaz zaskoczył, w tym również zaskoczył Vissera też – nie spodziewał się, że zadziała. Odciął fragment żyłki, wrzucił ją razem z igłą do wody, po czym położył obok bandaże, nożyczki oraz butelkę whisky.
Kiedy wszystko było gotowe, wrócił do Navarro i bez pytania przeciął mokry materiał wokół rany. Gdy poczuł, że tkanina przykleiła się do jej skóry, odsunął ją ostrożniej, próbując ocenić miejsce, z którego wciąż sączyła się krew.
Był chujem a nie chirurgiem.
Choć całkiem dobrze szło mu udawanie, że ma pewność w tym co robi.
Sięgnął po przygotowaną igłę i przewlókł przez nią przezroczystą żyłkę.
— Możesz wrócić do obrażania mnie, Navarro — powiedział, przenosząc wzrok na jej twarz. — Za chwilę b a r d z o ci się to przyda.

Puedes odiarme ahora gatita
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mogłaby się z nim zgodzić.
Kiedyś miała łatwe życie. Miała ogromną rodzinę, która kochała ją na swój własny, pokręcony sposób. Wsparcie gdy obrała dla siebie ścieżkę kariery. Braci, którzy poza dokuczaniem, zawsze potrafili się również za nią wstawić.
W akademii nic nie odwracało jej uwagi. Była wzorową agentką, która zawsze oddawała swojej karierze o jeden procent więcej własnego życia niż inni - miała na potwierdzenie tego wszystkie, pieprzone dyplomy i odznaczenia, które trzy i pół roku temu porzuciła w swoim mieszkaniu w Nowym Jorku.
Odznaczenia, które dużo wcześniej schowała do którejś szuflady, we wściekłości i rozgoryczeniu zrzucone wraz ze swoimi ozdobnymi ramkami i pochowane w głębi nieużywanej przez nią komody.
Jej życie dzieliło się na przed i po tego, co wydarzyło się pięć lat temu w Stanach. Przed mogłoby zgodzić się z pogardliwymi słowami Vissera, po miałoby z tym trudność.
Żadna z tych wersji jednak nie miała pełnego przekonania do słów, którymi sama go obdarzyła. Ostatecznie, jakąś cząstką świadomości pojmowała, że w tę sytuację wpakowała się bez niczyjej pomocy, szukając dla swojego umysłu ukojenia w zupełnie innym życiu i skupieniu na kimś innym niż ona sama.
Poniekąd właśnie to znalazła.
Czuła jego obecność, nawet bez jej nazwiska, wypowiadanego z wściekłością porównywalną do wyrzucanego z gardła przekleństwa. Wyczuwała wzrok skręcający w jej stronę, dłonie sięgające do konsoli celem wtłoczenia zakurzonego, gorącego powietrza do wnętrza samochodu. Zawsze była go boleśnie świadoma - jedynej osoby, której akta potrafiła wyrecytować w pamięci, które nosiły na sobie ślady po kawach i śniadaniach jak niejedna książka, nad którą normalna osoba pochylałaby się w ciągu swojego dnia.
Spędziła trzy i pół roku zawsze wiedząc, w którym rogu pomieszczenia tkwił, zawsze dociekając jakie będą jego następne ruchy. Najwyraźniej odzyskanie przez nią odznaki niczego nie zmieniło.
Jedynie otumanienie, które wreszcie zabierało jej ciało i umysł w ponury taniec, odebrało jej zdolność przejmowania się tym, co planował. Nie miała pojęcia, gdzie jechał i po co wywoził ją za same miasto - jeszcze przed chwilą potrafiła przywołać stojącą za tym logikę, błękitne światła i panującą obławę.
Teraz zastąpił ją mrok.
Mrok świata po drugiej stronie szyby, w którą tkwiła wtulona, mrok schowany pod jej przymykającymi się powiekami. I gdzieś pośród niego o n, ze swoimi pełnymi frustracji westchnieniami, ostrym zmienianiem biegów i pełnymi złości próbami przywrócenia jej do porządku.
Wygaszenie silnika samochodu nadeszło pięć, piętnaście, a może pięćdziesiąt minut później. Drgnęła, wpatrując się w ciemną fasadę małego budynku, przy którym stanęli. Nie wiedziała, czy to cisza wybudziła ją z transu, czy huk zamykanych przez niego drzwi.
Wiedziała jedynie, że chwilę później znów poczuła ciepło jego ciała przy własnym, w kontraście z chłodnym, wieczornym powietrzem chwytającym się każdego skrawka wilgoci schowanego w materiale jej ubrań.
Przez myśl przeszło jej by zapytać, gdzie w ogóle byli, ale czy miało to w tej chwili jakiekolwiek znaczenie?
Stół, na którym nagle wylądowała był twardy, niewygodny. Mruknęła, w sposób, w który śpiący wyrażali swoje półświadome niezadowolenie. Jej powieki jednak zamknęły się i otworzyły, zmuszając wzrok do skupienia wzroku nad krzątającym się mężczyzną. Nie miała pojęcia czego tak uporczywie szukał w tej dziurze. Pod wieloma względami wydawała dużo gorsza niż mieszkanie, które ona załatwiła.
Tkwiąc w tym dziwnym porównaniu, leniwie przesunęła spojrzeniem po czerwonym śladzie jej nadgarstku gdy błysk nieopodal przykuł jej uwagę.
Błysk igły, zawleczonej w coś, co wcale nie przypominało chirurgicznej nici.
Ostatnie, posiadane przez nią pokłady paniki przemknęły przez jej ciało dreszczem. Nie były wystarczające by zmusić ją do podniesienia się, jedynie na tyle, by w jej żyły znów wstąpił lód, wzrok stał się przytomniejszy.
- Usted no es médico - zauważyła, w ten powolny sposób próbując zorientować się, czy jego zdobycz w ogóle jej dotyczyła. Może postanowił, że urządzi sobie, kurwa, wędkarski wieczór? Uniosła dłoń w wyrazie zaprzeczenia. Tej jednej rzeczy nie musiał dla niej robić. - No, gracias.
Uprzejma odmowa wydawała się absurdalna w tym miejscu, wypowiedziana jakimś odruchem, wpojonym jej w dzieciństwie razem z którymś z dziesięciu przykazań. Szybko jednak się ulotniła gdy jego dłonie dotarły do krawędzi materiału jej koszulki, odsłaniając schowaną pod spodem ranę.
- No sabes cómo arreglar a la gente - warknęła, przesuwając się na blacie, jak najdalej od jego igły, igły, którą mógł w jej oczach wyrządzić wyłącznie krzywdę. - Solo eres capaz de destruirlos.

het beest
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prawdopodobnie miała rację.
Nie był lekarzem. Nie miał wykształcenia, odpowiednich narzędzi ani sterylnego pomieszczenia, w którym mógłby przekonać ją, że wszystko znajdowało się pod kontrolą. Miał do dyspozycji starą igłę, kawałek żyłki i światło samotnej żarówki zwisającej z sufitu opuszczonej chatki I całkiem sporo doświadczenia z ludźmi, którzy nie mogli pojawić się w szpitalu.
W ciągu kilkunastu lat pracy dla kartelu widział więcej ran postrzałowych, niż przeciętny lekarz podczas całej swojej specjalizacji. Nie zajmował się nimi osobiście, o ile nie wymagała tego sytuacja, ale wystarczająco wiele razy przytrzymywał czyjeś ramię, dociskał gazę do przestrzelonego brzucha albo obserwował igłę przechodzącą przez skórę, aby znać podstawy. Wystarczająco dużo razy obserwował, gdy cały ten proces zachodził na nim samym
Czy to znaczyło, że miał jakiekolwiek predyspozycje, by faktycznie to robić? Nie. Czy mimo to zamierzał to zrobić, bo wiedział, że musi spróbować? Jak widać.
Ignorował więc fakt, w którym – zresetowana najwyraźniej do jakichś ustawień fabrycznych – przypominała mu po hiszpańsku, że – w istocie – nie był lekarzem.
Zupełnie inną kwestią pozostawała druga część jej wypowiedzi.
Jego palce zatrzymały się na żyłce tylko na ułamek sekundy. Nie potrzebował, aby przypominała mu, do czego był zdolny. Wiedział, ilu ludzi skrzywdził; pamiętał też tych, których zabił (przynajmniej większość), chociaż po pewnym czasie twarze miały tendencję do tracenia szczegółów. Nigdy nie uważał się za człowieka dobrego – co już ustalono – i nie próbował nadawać swoim działaniom szlachetniejszych nazw, żeby łatwiej było mu z nimi zasypiać. I tak nie miał z tym problemów.
Ale akurat ona nie miała prawa stawiać się po drugiej stronie tego podziału i zarzucać j e m u, że potrafił wyłącznie niszczyć.
— Zabawne, że akurat ty mi to mówisz — powiedział, podnosząc na nią wzrok. Wolną dłoń zacisnął nieco powyżej jej biodra, wciskając w nią palce zdecydowanie mocniej, niż było to potrzebne i szarpnął ją, jednym ruchem przyciągając z powrotem na miejsce – do tego również przykładając za dużo stanowczości. — No te pregunté.
Nie pytał jej o zgodę już od chwili, w której wrócił po nią na klatkę schodową. Gdyby zaczął, nadal leżałaby na zakrwawionej podłodze i czekała na ludzi, którzy zamierzali dokończyć to, czego nie udało im się osiągnąć za pierwszym razem. To, że była wciąż żywa było wynikiem tylko i wyłącznie j e g o uporu. Nie jej.
— Możesz pozwolić mi to zrobić albo wykrwawić się na tym stole — dodał chłodno, wciskając nieco mocniej palce w jej ciało. — Mnie jest wszystko jedno, którą możliwość uznasz za bardziej godną.
Kłamał.
Gdyby rzeczywiście było mu wszystko jedno, nie wróciłby po nią, wjechałby samochodem do jeziora, nie wyciągnąłby jej na brzeg i nie taszczył przez mokry nasyp. Nie ukradłby kolejnego samochodu ani nie wywiózł jej poza Toronto. Zostawiłby ją.
Irytowało go, że w ogóle musiał przed samym sobą wyliczać te wszystkie argumenty. A jeszcze mocniej irytowało go to, do jakiego prowadziły wniosku.
Przeniósł uwagę z powrotem na ranę. Oczyścił jej brzegi środkiem znalezionym w apteczce, usuwając przyklejone do skóry włókna przeciętego materiału. Robił to ostrożniej, niż chwilę temu, lecz bez niepotrzebnego przedłużania. Wiedział, że każda kolejna minuta oznaczała więcej krwi na powierzchni stołu.
Odłożył zabrudzony opatrunek i ponownie sięgnął po igłę. Rozcięty nadgarstek zapiekł go, gdy zacisnął na niej palce, dlatego poruszył nimi kilkukrotnie, dopóki nie odzyskał pewnego chwytu.
— Nie ruszaj się — polecił. — Nie mam wystarczająco dużo żyłki, żeby poprawiać po tobie dwa razy.
Przedramieniem docisnął mocno jej biodro do blatu, niemal wciskając ją w drewno. Nie znalazł niczego, czym mógłby znieczulić skórę, a przeterminowane tabletki zaczęłyby działać długo po tym, gdy przestałyby być potrzebne. A to oznaczało, że będzie j a z d a. Akurat on potrafił sobie wyobrazić, jak bolesne to było. Na własnej skórze się o tym przekonywał już niejednokrotnie.
Pozostawało zrobić to możliwie jak najszybciej.
Wprowadził igłę kilka milimetrów od poszarpanego brzegu. Przebił skórę zdecydowanie, jeszcze odruchowo wciskając ją mocniej w blat, by ją unieruchomić. Przeprowadził metal na drugą stronę jej skóry i przeciągnął za nim przezroczystą żyłkę, powtórzył to po drugiej stronie jej rany i zacisnął pierwszy węzeł.
Uniósł spojrzenie na jej twarz, sprawdzając, czy ból przynajmniej przywrócił jej część świadomości, którą traciła w samochodzie.
— Wciąż żyjesz — zauważył sucho, ponownie układając igłę przy skórze. — Czyli gówno się znasz — dodał, nawiązując do jej stwierdzenia, sprzed chwili, które dalej odbijało się pod jego czaszką.
thought i'm just a man
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Życie było stanem, który w chwili obecnej bezpośrednio wykluczał istnienie łaski.
Nie wiedziała, dlaczego jej własne ciało tak uparcie dążyło do tego, by móc się go jeszcze chwilę przytrzymać. Dlaczego wszystko było dla niego warte kolejnego, jednego oddechu. Jakiś zaprogramowany w jej głowie o w c z y instynkt podejmował decyzje za nią i każda wydawała się coraz to gorsza od poprzedniej.
Ten sam instynkt teraz sprawił, że leżała na stole, w chacie pośród nieprzeniknionej ciemności Kanadyjskich lasów, z jedną, jedyną żarówką zawieszoną z sufitu rzucającą na nią swój trupi blask.
A dłoń trzymająca ją w potrzasku należała do jedynej osoby na tym świecie, której nie potrafiłaby zaufać nawet, gdy zależało od tego jej życie.
Decyzja, którą zostawił jej do podjęcia wydawała jej się oczywista.
Nawet jej oszołomiony umysł nie potrafił wyobrazić sobie scenariusza, w którym starania Vissera przyniosłyby coś wartościowego. Nigdy nie była zszywana. Nigdy nie była postrzelona.
Wiedziała, że to nie powinno w ten sposób wyglądać. Nie powinien robić tego lekarz przepełniony nienawiścią do pacjenta, nie powinno być brudnego stołu, jednej żarówki dającej gówniane światło. To wszystko było tak niewłaściwe, nie wyobrażała sobie, by mogło ją uratować.
Wykrwawienie się na tym brudnym stole wydawało się aktem łaski.
A jednak jej głupie ciało uspokoiło się, przestało wyrywać z uścisku, z którego nie miało prawa się wyrwać. Napięło się, w oczekiwaniu na kolejne uderzenie, na palce wpijające w jej biodro, igłę docierającą do skóry.
Gdy wreszcie do niej dotarła, z jej gardła wydarł się krzyk.
Jej drobna powierzchnia przypominała rozgrzany, żeliwny pręt wbity prosto w jej tkankę, posyłający jej umysł na skraj przepaści. Nie rozumiała, dlaczego dalej z niej nie spadła. W o l a ł a b y. Niczego tak nie pragnęła w tej chwili jak nieprzytomności, ale najwyraźniej żadna łaska nie była jej tej nocy pisana - ani mała, ani duża.
Jej szczęka zacisnęła się, powietrze wymknęło przez nozdrza jak pod wpływem ekstremalnego wysiłku. Nie widziała, co robił. Zakorzeniona w niej paranoja podsuwała jej najgorsze scenariusze, jakby było cokolwiek innego, co mógłby robić przy ranie postrzałowej z igłą.
Jakby istniało coś gorszego, co mogłoby jej się przydarzyć.
Te podszepty cichły, przepełnione jakąś specyficzną świadomością tego, że próbował jej pomóc - może przekazaną przez wykręcone w cierpieniu ciało, które pośród tysiąca bodźców, w których ona się gubiła, potrafiło wciąż odróżnić dobry ból od złego.
- Nunca me han disparado - wychrypiała, dusząc w sobie kolejny krzyk gdy igła znów przebiła jej skórę, gdy pociągnął żyłkę, a kontr-intuicyjne wrażenie rozdzierania jej tkanek na pół znów przemknęło po całym jej boku. - La muerte parece más amable que tú.
Wiedziała, że nie powinna mu przeszkadzać.
Ale gdy fala bólu znów rozlała się po jej ciele, jej dłoń odruchowo szukała czegoś, na czym mogłaby się zaczepić. Gdy znalazła jego ramię, jej paznokcie wczepiły się w nagą skórę z kolejnym przebiciem igły, kolejnym agonalnym ogniem wdzierającym się do jej trzewi przez dziurę, która wydawała się dużo większa niż zwykła rana postrzałowa.
- ¿Por qué haces esto? - mocniej zacisnęła na nim palce, żałując każdej sekundy świadomości, która nagle nie chciała jej opuścić. Podejrzewała, że gdyby o tym wspomniała, bardzo chętnie by jej pozbawił i choć wizja ta wydawała się kusząca, jej usta, oderwane od intencji mózgu, wypowiadały zupełnie inne słowa. - ¿Para qué me salvas si luego me vas a matar?

connivencia con la muerte
36 y/o
For good luck!
187 cm
wolf in sheep's clothing
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Te dije que te mataría — przypomniał jej spokojnie. Taką obietnicę faktycznie złożył jej, kiedy po nią wrócił. —Te mereces estar muerta más que yo.
Najwyraźniej można było jednocześnie chcieć czyjejś śmierci i nie pozwolić tej samej osobie umrzeć.
A on nie widział pomiędzy tymi rzeczami żadnej sprzeczności. Kiedy mówił Navarro, że ją zabije, miał na myśli każde wypowiedziane wtedy słowo. Kilka godzin nie wystarczyło, żeby gniew stracił na intensywności, a rana w jej boku nie unieważniała żadnego z tysiąca dwustu siedemdziesięciu ośmiu dni.
Powiedział, że ją zabije, bo potrzebował jej śmierci, aby uspokoić własną, wewnętrzną wściekłość wywołaną gorzkim smakiem porażki.
Ale pozwolenie, żeby wykrwawiła się od kuli wystrzelonej przez jednego z ludzi szturmujących kryjówkę, nie byłoby nawet spełnieniem groźby – nie zabiłby jej a pozwolił umrzeć. Musiałby wtedy jedynie odwrócić się na klatce schodowej i zejść na dół, pozostawiając ją samej sobie. Z tym pierwotnym strachem w oczach, całkowicie bezbronną.
Nie uspokoiłoby to go, nie naprawiło niczego
Zdrada Navarro siedziała w nim znacznie głębiej, niż chciałby sam przed sobą przyznać. Gdyby chodziło wyłącznie o jego własną porażkę i niedopatrzenie, to już dawno znalazłby sposób, żeby ją przełknąć. Tymczasem, w jego hierarchii wartości, to było zbyt osobiste.
— Dejarte morir por esta bala sería un acto de misericordia. No mereces mi misericordia.
Przeciągnął żyłkę przez kolejny otwór i zacisnął węzeł. Dopiero wtedy zatrzymał dłoń z igłą kilka milimetrów nad jej skórą i przeniósł spojrzenie na jej twarz.
— He matado a cientos, he drogado a miles — zaczął, by zaraz potem znów tak samo spokojnie przeprowadzić igłę przez jej tkanki i przeciągnąć za nią przezroczystą żyłkę — he arrebatado hijos a sus padres y esposas a sus maridos — ciągnął, układając igłę przy kolejnym fragmencie rany. Nigdy nie potrzebował, żeby Navarro uświadamiała mu, ilu ludzi skrzywdził – sam doskonale był tego świadom. — Pero nunca he mentido a las personas en las que realmente confiaba. — Wkłuł się ponownie w jej skórę, przez cały ten czas nie zdejmując spojrzenia z jej rany. — Los tres primeros son delitos contra personas elegidas al azar — powiedział, przeciągając spokojnie żyłkę przez kolejne wkłucie. — Lo último es una ofensa contra las personas a las que permito acercarse. — Zaciągnął ostatni węzeł, całkowicie domykając ranę. — Y NO hago daño a las personas a las que dejo acercarse. — Skontrolował spojrzeniem wszystkie szwy – ani jeden nie był prosty, żaden nie był idealny, ale najważniejsze, że spełniały swoją funkcję. Rozluźnił chwyt swojej drugiej dłoni, powoli oddając jej więcej kontroli nad jej własnym ciałem.goog — Tú haces.
Oczyścił skórę wokół prowizorycznych szwów, usuwając resztki krwi, które zdążyły spłynąć po jej boku. Przyłożył do rany jeden z opatrunków, a później przeciągnął bandaż pod jej ciałem i owinął nim tułów. Materiał zacisnął mocno, być może odrobinę mocniej, niż było to konieczne, ale nie zamierzał ponownie oglądać krwi przesiąkającej przez jej ubranie.
Wtedy rozluźnił swój chwyt na niej całkowicie.
— Pero puedes estar segura de que no te mataré esta noche. — Odsunął się od stołu, pozostawiając na nim zarówno kobietę, jak i cały bałagan po opatrunkach. — Skończyłem.
traidora
stop the bleeding
32 y/o
For good luck!
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
he said i was reckless, baby, i said i've got nothing left to choose
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zgubiła się w ilości.
W nakłuciach igły, która z pewnością była brudna - a przynajmniej w jej odczuciu. W zacieśnianiu węzłów żyłki, która musiała być zbyt gruba, zbyt prymitywna by nadawać się do zamykania ran. W jego wyjaśnieniach, pokrętnych słowach docierających do niej w jej ojczystym języku, lecz z tym akcentem, który posiadał od zawsze - który już utożsamiała wyłącznie z nim, wychwytując jego brzmienie nawet, jeśli dobiegało ją z innych pomieszczeń.
W okazjach, które miał by pozwolić jej umrzeć.
Już wtedy w mieszkaniu wynajętym przez agencję, w jej samochodzie, w zimnej wodzie, w aucie, które ukradł. Tutaj, na tym twardym stole, który wrzynał się w jej obolałe ramię i zranione kawałkami szkła plecy. Była przekonana, że ich odłamki wciąż musiały ich tkwić - w końcu jak wytłumaczyć to piekielne doznanie?
Ilość nie miała znaczenia. Wciąż tu tkwiła. Na tym stole, w tej chatce, przy tym mężczyźnie, którego każdy ruch ociekał przemocą nawet, gdy zamiast broni, dzierżył w dłoni apteczkę.
Jedynie granice zaczynały się zamazywać.
Słowa odbijały się od ścian jej czaszki, rezonowały jak jedyna stała trzymająca jej strzaskany umysł w bezlitośnie przytomnym stanie. Brzmiały tak znajomo, tak celnie, choć wypowiadał je w jej kierunku po raz pierwszy. Chociaż nigdy w kartelu nie znalazła się w sytuacji, w której słyszałaby je wcześniej, nigdy nie znała zdrajcy, który przeżyłby wystarczająco długo, by je usłyszeć.
Dla jej myśli, tworzących skomplikowane skróty na ścieżkach jej wspomnień, te słowa tworzyły zakrzywione odbicie jej własnych.
R o z u m i a ł a go. Teraz, gdy wystarczająca ilość krwi opuściła jej ciało., bądź jej układ nerwowy przyswoił zbyt wiele bólu by zachowywać trzeźwość umysłu. Rozumiała go w ten pokrętny sposób, który cofał ją w czasie, do ostatniej chwili, w której czuła się w ten sposób.
- Yo no quería que esto sucediera. - szepnęła, jej chwyt na męskim ramieniu wciąż mocny. Drugie, trzecie, dziesiąte ukłucie - równie dobrze mogła być ich setka, każde coraz mniej przebijało się do jej świadomości, każde coraz słabiej wyczuwalne w jej drętwiejącym ciele. - Todo es culpa mía.
Jej wzrok błądził po twarzy siedzącego obok mężczyzny - twarzy, która coraz mniej zachowywała prawdziwe rysy. Zasłaniała ją iluzja, czasu, utraconej krwi, straconej tymczasowo poczytalności. Przekształcała go w kogoś innego w sposób zbyt realistyczny, by dla jej zamroczonych myśli był fałszywy.
Sprawiała, że uchwyt jej dłoni się poluzował, paznokcie okazały łaskę na skórze, w której nieustannie się wpijały. Nie chciała go krzywdzić.
- No importa. - ciche słowa wydarły się z jej ust w nieświadomej odpowiedzi na skończyłem, gdy jej odrętwiałe ciało wyciągnęło się w jego kierunku, palce sięgnęły w stronę pochylonej nad kobiecym bokiem twarzy.
Świadomość jej przestrzeni znikała jako następna.
Ściany opuszczonej chatki stały się bezkształtną masą, żarówka zwisająca nad stołem jedynie bladym punktem, którego nie potrafiła zidentyfikować - stół kolejną niewygodą dodaną do listy, mężczyzna siedzący obok innym, który wpuścił ją do swojego życia i przypłacił za to własnym życiem.
- No me dejes - szepnęła, jej wzrok szklisty, choć dawno nieobecny. Ciało wypuszczone z żelaznego uścisku zwijało się coraz mocniej w kulę, w poszukiwaniu dogodnej pozycji, w której mogłoby wreszcie przestać walczyć. Jedynie dłonie, kurczowo lgnące do męskiej sylwetki zachowywały jakąś formę prymitywnego odruchu, podczas gdy ciemność wreszcie zbliżała się by pochłonąć jej umysł. - No quiero morir solo.
Ciemność pochłaniała wszystko w swoim tempie.
Najpierw znikała nieznośna twardość stołu, później rażące ją światło żarówki. Ściany chatki położonej w lesie były następne, po nich - to uczucie odrętwienia, które wypełniło dziurę po bólu, które jej ciało przyjęło w nadmiarze i odrzuciło całą resztę.
Na samym końcu zabrała jego.

Robin Visser
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”