ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

∙ 006 ∙

“W y s t a r c z a j ą c o.”
To słowo jeszcze długo odbijało się echem po jej głowie. Długo po tym, jak je wypowiedział. Długo po tym, jak wyszedł, nie szczędząc jej przy okazji dokładki z kpiny i sarkazmu. Długo po tym, jak tego dnia wzięła sobie jego słowa do serca. “Baw się dobrze”. Zamierzała. Naprawdę, kurwa, zamierzała. Tak samo zachłannie, jak jej ojciec zamierzał udaremnić każde próby wymknięcia się, bo przecież dla Vivienne Adler największą zabawą w tamtym momencie była u c i e c z k a.
Wright dał jej wtedy jeden dzień. Ostatni wieczór. “Pewnie ostatni w najbliższym czasie. Dobrze go wykorzystaj.” Ona chciała od niego więcej. Chciała w i e c z n o ś c i.
Nie wieczność romantyczną, którą wypowiedziałby kochanek między pocałunkami. W takim kuriozum nawet nie potrafiła — nie chciała — wyobrazić sobie Sawyera Wrighta.
Chciała wieczność ostateczną, tak dosłowną, jak i metaforyczną. Fizyczną. Prawdziwą, namacalną. Bez niego. Chciała swoją wolność z powrotem, choćby tę jej namiastkę, którą do tej pory dawał jej ojciec, pozwalając jej bawić się w dorosłość i samodzielność. Chciała nawet tego, bo wiedziała już, wiedziała doskonale, że przyszłość z Wrightem będzie znacznie gorsza. Wiedziała to w chwili, w której jego obecność przestała ciążyć jedynie jako widmo, niczym strach na wróble odganiając jej wizje wolności, a zaczęła ciążyć f a k t y c z n i e.
Baw się dobrze. Zatem zamierzała. Tamtego dnia i następnego, gdy naprawdę — o zgrozo — znalazła go na swojej wycieraczce. I jeszcze kolejnego.
I dzisiejszego. W szczególności dzisiejszego.
Bo nie tylko alkohol i złość szły razem w słodkiej, toksycznej, wielce destrukcyjnej parze.
Alkohol i złe decyzje tworzyły mieszankę iście wybuchową. Nie mniej słodką. Tak samo upajającą.

“W y s t a r c z a j ą c o.”
Teraz, niemal dwa tygodnie później, głos Wrighta wrył się w jej głowę i nie puszczał; wczepił się w sklepienia mózgu swoimi wibracjami i osiadł między zwojami, zadomawiając się tam na dobre, gnębiąc ją i dręcząc. N a w i e d z a j ą c.
Zupełnie tak samo, jak jego właściciel przez ostatnie dni.
Już zrozumiała, że to nie był żart. Już zrozumiała, że to dla jej dobra.
Jeszcze nie zaakceptowała.
Wciąż z tym walczyła.
“W y s t a r c z a j ą c o.”
Jakże obscenicznie satysfakcjonująca i jednocześnie obscenicznie wkurwiająca odpowiedź. Podwójna natura wszystkich słów, które są odpowiedzią na zbyt wiele pytań naraz i przez to nie odpowiadają dosadnie na żadne. Ta ukryta głębia w jednym słowie jako kontra na jedno słowo. Oba trafne. Oba pod powierzchnią werbalną skrywające więcej, niż można było na pierwszy rzut wywnioskować.
“W y s t a r c z a j ą c o.”

Stała przed lustrem w swojej sypialni w domu na The Beaches, który kochała już wcześniej za ułudę wolności, ale teraz w tym całym cyrku pokochała jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek. Bo było jej i tylko jej. Tu, w przeciwieństwie do świata poza nie było Wrighta. Nie było jego cynizmu ani jego kpin, nie było milczącego ciężaru jego obecności zawsze gdzieś w tyle za nią, nie było bacznego spojrzenia, które czuła na sobie mimo tego, że trzymał się — tak jak mówił — z dala.
Ale ona też mu coś powiedziała. Też coś o b i e c a ł a.
I właśnie patrzyła na siebie w lustrze i myślała: wystarczy.
Tak jak jego wystarczająco na jej ile.
Jej wystarczy na jego bycie.
Darowała sobie wielkie, dramatyczne wystarczy z uniesioną pięścią, pianą z ust i wulgaryzmami między żądaniami. To było małe i ciche, zmęczone wystarczy, które przyszło znienacka, bo nerwy zdążyły naciągnąć się niemożliwie i trwało to zbyt długo, więc coś musiało puścić, żeby nie puściło coś innego — coś, czego Vivienne nie chciała puścić. Spokój. Kruche opanowanie, jedność z emocjami, którą przez ostatnie kilka dni budowała przy Wrightcie z taką starannością, z jaką jeszcze nigdy nic wokół siebie nie budowała; z taką zawziętością, z jaką budowała zamki z piasku w ogrodzie ojca nad stawem i modliła się, żeby nie wiało.
Dzisiaj w i a ł o.

Sukienka nie była długa, nie sięgała nawet kolan, zatrzymując się w połowie ud lejącym, śliskim materiałem. Była za to czerwona jak wino, na cienkich ramiączkach i z odkrytymi plecami, przez które biegły sznurowania stworzone jedynie dla efektu. Niewielkie rozcięcie wzdłuż prawego uda też nie miało żadnej funkcji, ale było i podkreślało każdy stawiany przez nią krok. Szpilki dodawały jej niecałych dziesięciu centymetrów, a niemal anielska buzia zyskała bardziej drapieżny wyraz podkreślony czarnym cieniem, grubym eyelinerem i brokatem na powiekach.
Gdyby ojciec zobaczył ją w takim wydaniu, określiłby ją jednym słowem — słowem, które byłoby oceną moralności, nie estetyki. I dokładnie o to chodziło. Przez lata Vivienne Adler nauczyła się lubić rzeczy, które jej ojciec określiłby tym jednym słowem. To też był wyraz jej buntu, jakaś jego prywatna forma, wymierzona prosto w tego człowieka, który płacił za jej szafę przez pierwsze lata i który myślał, któremu wydawało się, że skoro płaci za garderobę, to ma bezsprzeczną kontrolę nad tym, co się w niej znajdzie.
Szpilki były czarne. Jak skórzana kurtka, którą zarzuciła sobie na ramiona, by schronić się przed wiatrem. Jak jej paznokcie.
Usta były czerwone. Jak sukienka. Jak wino.
mademoiselle adler
idź już, nigdzie nie wychodzę
Wiadomość...
Wysłała mu tę wiadomość godzinę temu. Teraz spojrzała na telefon i kącik ust drgnął sam, mimowolnie. Żadnej wiadomości. Żadnego powiadomienia.
Było wpół do jedenastej wieczorem. I ona, wbrew temu nigdzie, właśnie wychodziła.
Tyłem, nie przodem; zostawiając zapalone światło w sypialni i telefon na łóżku. Naiwnie wierząc, że tyle wystarczy.

Klub był świeżo odrestaurowany. Nie widziała go jeszcze w tym nowym wydaniu, ale przecież nie mógł się aż tak bardzo różnić od tego, co już z n a ł a. Od tego co pamiętała sprzed paru lat, z czasów, kiedy kończyła studia i pracowała za barem. Z czasów, gdy buta dopiero w niej kiełkowała i rosła powoli. Z czasów niewątpliwie lepszych. Z czasów bez Wrighta.
Dlatego lubiła to miejsce. Dlatego wracała.
Dlatego dzisiaj tu wróciła.
Do tych ścian, do tych twarzy, do tych wspomnień. Do tańca, do muzyki puszczonej na tyle głośno, żeby zająć miejsce całej reszty trosk i zmartwień, do anonimowości tłumu, w którym można było być kimkolwiek i nikim, do miejsca, gdzie oczy nie patrzą na ciebie jak na zlecenie i nie pilnują twojego kroku, żebyś nic sobie nie zrobił. Do braku tłumaczeń, do braku usprawiedliwień, do braku negocjacji. Do braku pytań i odpowiedzi z podwójnym dnem.
“W y s t a r c z a j ą c o.”
Usiadła przy barze. Spojrzeniem powiodła po blacie i osobach za nim, ale wystarczyło, że jedna z osób odwróciła się i skrzyżowała z nią wzrok, by twarz Vivienne rozpromieniła się w szerokim uśmiechu.
To Ty! — krzyknęła, żeby głos poniósł się nad falami dźwięków dookoła, a barman odwzajemnił uśmiech i nachylił się do niej, witając szybkim buziakiem w policzek. Usta Vivienne zostawiły ślad na jego i pozwoliła im tam trwać, w głowie klnąc reklamę pomadki, która miała być trwała i nie zostawiać odbić. Kolejne kłamstwo w adwertażu do kolekcji. Kolejne, któremu dała się skusić.
Przynajmniej “w y s t a r c z a j ą c o” brzmiało, jak prawda.
Campari z sokiem pomarańczowym wylądowało przed nią bez proszenia o nie i Vivienne Adler wzięła drinka w dłoń, skinieniem głowy dziękując. Odwróciła się, spojrzała na parkiet, na tych wszystkich tańczących ludzi. Wydawali się szczęśliwi. Skąpani w pulsujących światłach, otuleni rytmicznym basem przechodzącym przez ciało. Wydawali się w o l n i.
Wypiła drinka w dwóch łykach. Odstawiła puste naczynie na blat, zgarnęła włosy za ucho. Wolność była ważniejsza od wszystkiego. Od Christophera Adlera, od jego lekcji grania na fortepianie i jego kolacji z kongresmenami, ważniejsza od socjologii i od prawa, ważniejsza od Wrighta i jego wystarczająco.
Nogi poniosły ją na parkiet same. W ten tłum, gdzie każdy był kim chciał i nie był nikim, gdzie przez chwilę Vivienne Adler mogła poczuć się choć przez chwilę wolna.

Kompletnie, bezwarunkowo, po prostu w o l n a.


don't ruin this moment
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
40 y/o
For good luck!
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— trzy —
You can run, run, run, little lamb
And it's, not, not, not who I am
But I'm a wolf now
Nigdy nie był fanem wielkich miast. Zostawał w nich głównie z konieczności — im większa metropolia, tym proporcjonalnie więcej pracy mógł w niej znaleźć — i tylko tak długo, ile potrzebował, żeby załatwić w nich swoje sprawy. A później opuszczał je bez żalu, nie oglądając się za siebie, motocyklem połykającym łatwo kolejne kilometry prostych, amerykańskich dróg i południowoamerykańskich serpentyn, za cały bagaż mając jedną torbę podróżną, nieźle już wytartą po latach użytkowania.
Gdyby Sawyer mógł wybierać, osiadłby w cichej, górskiej mieścinie w północnej Argentynie.
Ale . n i e . m ó g ł .
Toronto zamykało się nad nim nieustannym wrzaskiem — przechodniów śmiejących się głośno i dyskutujących w prawie wszystkich językach świata, muzyki wylewającej się na chodniki z setek klubów ustawionych jeden obok drugiego, klaksonami i rykiem silników, zwykłym nocnym życiem tętniącym w mieście — oślepiało neonami przecinającymi noc, która tak naprawdę nigdy tu nie zapadała, atakowało zapachem rozlicznych — zbyt mocnych — perfum, których smugi ciągnęły się jeszcze daleko za ich właścicielami, zapachem potraw z mijanych restauracji z niemal każdej kuchni świata i czegoś jeszcze, czegoś uniwersalnego dla wszystkich wielkich miast: smrodem potu, kanalizacji i niespełnionych ambicji. Całe Toronto wbijało się tysiącem bodźców w każdy wyczulony zmysł Sawyera, rozpraszając jego uwagę i utrudniając skupienie. Niemal całkowicie uniemożliwiając szczegółowe śledzenie mijanego otoczenia, kiedy szedł szerokim, pełnym ludzi mimo późnej pory, chodnikiem w kierunku centrum. W dzień czuło się tu jeszcze ciepło końcówki lata, ale wieczór przynosił chłodne przypomnienie, że to zima prawdziwie rządzi tym krajem, miał więc na sobie skórzaną kurtkę, a przez ramię przewieszoną torbę.
Sawyer miał tylko jedno popołudnie, żeby zorganizować sobie tymczasowe mieszkanie, a teraz, kiedy już zapadł mrok, właśnie do niego szedł, żeby się wykąpać i położyć spać, bo następnego dnia miała się zacząć prawdziwa praca. Motocykl zostawił u zleceniodawcy, bo siłą rzeczy Adler zapewnił mu samochód, którym mógłby bezpiecznie — i elegancko, Sawyer nigdy nie kupiłby tak ekstrawagancko drogiej marki — wozić jego córkę po mieście.
Nie tylko niańka, teraz jeszcze szofer.
Zamknąwszy za sobą drzwi do mieszkania, rutynowo sprawdził wszystkie zamki, przeszukał pomieszczenie pod kątem kamer i podsłuchów — upewnił się, że jest czyste. Nie było to nic nowego; raczej to, co zawsze robił w każdym wynajmowanym motelowym pokoju, choć dzisiaj Sawyer przyłożył się do tego szczególnie.
Ponieważ tym razem nie zamierzał opuścić miasta po pozbyciu się kilku skurwysynów, akurat pechowo niewygodnych dla ludzi, którzy mieli za dużo pieniędzy, a za mało skrupułów. Tym razem zamierzał zostać w Toronto dłużej. Na kilka tygodni, choć prawdopodobniej — miesięcy.
Nie był jednak zwykłym członkiem społeczeństwa; ta myśl go nie uspokajała.
W końcu jego miejsce zawsze było . w . d r o d z e . . Tam, gdzie najtrudniej było go wytropić tym, którzy mieli interes w znalezieniu go.

Ekran telefonu rozświetlił półmrok samochodu, kiedy przyszła do niego wiadomość. Sawyer rzucił okiem na wyświetlacz, nie poruszywszy się przy tym, i przebiegł spojrzeniem po kilku słowach.
Nie uśmiechnął się. Nie odpisał. I, rzecz jasna, nie odjechał.
C z e k a ł . cierpliwie na siedzeniu kierowcy zgaszonego Rolls-Royce’a jej ojca, zaparkowanego wzdłuż chodnika, z którego miał widok na bramę wjazdową, ogród i frontową elewację domu przy jeziorze, w którym mieszkała Vivienne Adler. Światło wciąż się świeciło i czasem Sawyer widział jakiś ruch, ledwie zarys kobiecej sylwetki za zasłonami, a czasem długo nie widział niczego. Mimo to patrzył. Obserwował. Liczył.
A kiedy światło nie gasło, mimo że ruch zamarł, natomiast liczby zaczęły wydawać się podejrzane — dopiero wtedy Sawyer sięgnął po telefon leżący pod ręką. Było już grubo po jedenastej, kiedy go odblokował i odpalił aplikacje śledzące.
Telefon leżał grzecznie w domu.
Ale kurtka nie.K U R W A . J E B A N A . M A Ć .
Sawyer odpalił silnik wściekłym szarpnięciem kluczyka w stacyjce, gwałtownie wcisnął pedał gazu i agresywnie, z rykiem silnika wgryzającym się w spokojną do tej pory noc, odjechał spod pustego domu z paskudnym przekleństwem na ustach i złością niebezpiecznie sączącą się wraz z adrenaliną prosto do żył.

Zanim dojechał do klubu, w którym punkt symbolizujący tracker GPS wrzucony Vivienne do kieszeni wreszcie łaskawie się zatrzymał na mapie jego aplikacji — jedynego pierdolonego klubu w mieście, w jakim córka człowieka, którego ktoś szantażował, nie powinna była się znaleźć — prawie dochodziła północ. Sawyer był spóźniony, wkurwiony, trzeźwy w bandzie najebanych dzieciaków, wkurwiony, niemal przechytrzony przez nastolatkę, której zamierzał wyłącznie pomóc, a która traktowała jego pomoc jak zamach na samodzielność i, no tak, jeszcze . w k u r w i o n y .
Nie zatrzymał się nawet na moment, żeby przetrawić cokolwiek z powyższego; przeszedł obok bramkarzy, w holu zwinnie wyminął stado klonów o wypchanych ustach i piersiach, z kolorowymi drinkami w dłoniach i niewielką ilością materiału na ciele, aż wreszcie wszedł prosto w huk imprezy, smród alkoholu zmieszanego z setkami perfum.
I momentalnie poczuł się za stary na tą robotę.
Przypuszczał, że kurtka z lokalizatorem została w szatni, więc dalej będzie musiał dziewczyny szukać bez pomocy technologii (tylko częściowo nielegalnej), dlatego skierował się w głąb klubu. Spojrzeniem odruchowo powiódł po wyjściach, a potem po twarzach i sylwetkach, w tłumie szukając tylko tej jednej, która miała prawdziwe znaczenie. Szedł, nie dotykając przypadkowych ludzi i nie dając się dotknąć, co w miejscu takim jak to zakrawało o cud. Minuty wypełnione dudnieniem basów mijały, aż wreszcie jego serce pominęło uderzenie w chwili, w której jego wzrok potknął się o anielski profil Vivienne — zresztą zdradliwie anielski, bo teraz w jego wyobraźni było jej bliżej do wyjątkowo upierdliwego demona.
Zanim jednak zdążył przepchać się do niej przez tłum, musiał bezradnie obserwować, jak obok obściskującej się tańczącej pary prześlizguje się do niej dwóch facetów. Nie słyszał, co mówią, chociaż widział ruch ich warg i śliskie, paskudne uśmieszki, kiedy jeden z nich położył łapy na talii Vivienne.
Sawyer przyspieszył, nie zważając już na lepki dotyk spoconych ciał obijających się od niego przypadkowo na parkiecie, kiedy przepychał się w ich stronę.
Nie chciał na to patrzeć.
Ale nie mógł oderwać wzroku.

Ten wyższy i przystojniejszy ewidentnie miał pierwszeństwo. Przysunął się do tańczącej dziewczyny, miękko objął ją w pasie i przyciągnął ją do siebie, zaglądając jej głęboko w oczy, kiedy podniosła na niego wzrok. Uśmiech miał czarujący.
Jesteś tu sama, maleńka? Czy z facetem? — wymruczał, nachylając się nad nią, tylko pozornie żeby przekrzyczeć muzykę, a w rzeczywistości skracając dystans dzielący ich twarze zdecydowanie bardziej, niż mogłoby uchodzić za przyzwoite. Dłonie, chociaż go świerzbiły, zatrzymał jednak na wysokości jej lędźwi. Póki co.Zatańcz z nami — zaproponował, nie zapytał. — Jeśli jakiś facet jest na tyle głupi, żeby puścić taką ślicznotkę samą, to i tak jest chuja wart.
Wtedy drugi z nich przesunął dłońmi po jej ramionach w dół.
Zamknęli ją między swoimi twardymi, umięśnionymi ciałami w tłumie tańczących ludzi, w półmroku gęstniejącym od pożądania i szepczącym w krótkich, irracjonalnie głośnych pauzach pomiędzy uderzeniami basów o słodkim braku przyzwoitości, który obiecywał szybką i tanią przyjemność.

Sawyer potrzebował kolejnych minut, żeby znaleźć się przy nich, popychany i szturchany przez pary tańczące i liżące się w ciemności rozcinanej klubowymi neonami. Chciałby móc patrzeć tylko na nią — ale obecnie Vivienne stanowiła najmniejsze zagrożenie, choć wciąż największy, cholerny problem.
Spierdalać, koledzy. Zamykamy bar — rzucił tylko głosem, który mógł brzmieć na zmęczony, ale w rzeczywistości był jedynie przedsionkiem piekła, jakim była furia Sawyera Wrighta.
To ten wyższy zorientował się pierwszy, że mówi do nich i oderwał pożądliwe spojrzenie od Vivienne, żeby na niego spojrzeć.
Wcześniej, z oddali, Sawyer uznał go za mądrzejszego, ale po paskudnie cwaniackim uśmieszku, jaki mu posłał w odpowiedzi, nagle stwierdził, że musiał być głupszym z tej dwójki. Złapał go za ramię i szarpnął, zmuszając do puszczenia Vivienne, zanim tamten zdążył odpowiedzieć coś jeszcze głupszego. Chłopak wpadł na kogoś plecami, rozniosły się pojedyncze, zagłuszone muzyką głosy niezadowolenia i chichoty ludzi wokół nich.
Dopiero wtedy Sawyer spojrzał prosto na dziewczynę; kiedy był już pewien, że ma jej uwagę w całości, nierozproszoną na żadnego fiuta.
Lodowatym, wściekłym spojrzeniem.
Wychodzimy. — Nie krzyczał. Jednak nacisk, jaki Sawyer położył na to słowo, ważył więcej niż najgłośniejszy wrzask.
A może zastosuj się do swojej rady i sam spierdalaj, typie. Może ona nie chce nigdzie iść? — warknął ten drugi, przyciągając Vivienne do siebie mocniej, tak że plecami oparła się o jego tors.
Źle go ocenił. Najwidoczniej bynajmniej nie był hojniej zaopatrzony w instynkt samozachowawczy.

You'll ruin me first, that's for sure
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”