ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

∙ 006 ∙
’
“W y s t a r c z a j ą c o.”
To słowo jeszcze długo odbijało się echem po jej głowie. Długo po tym, jak je wypowiedział. Długo po tym, jak wyszedł, nie szczędząc jej przy okazji dokładki z kpiny i sarkazmu. Długo po tym, jak tego dnia wzięła sobie jego słowa do serca. “Baw się dobrze”. Zamierzała. Naprawdę, kurwa, zamierzała. Tak samo zachłannie, jak jej ojciec zamierzał udaremnić każde próby wymknięcia się, bo przecież dla Vivienne Adler największą zabawą w tamtym momencie była u c i e c z k a.
Wright dał jej wtedy jeden dzień. Ostatni wieczór. “Pewnie ostatni w najbliższym czasie. Dobrze go wykorzystaj.” Ona chciała od niego więcej. Chciała w i e c z n o ś c i.
Nie wieczność romantyczną, którą wypowiedziałby kochanek między pocałunkami. W takim kuriozum nawet nie potrafiła — nie chciała — wyobrazić sobie Sawyera Wrighta.
Chciała wieczność ostateczną, tak dosłowną, jak i metaforyczną. Fizyczną. Prawdziwą, namacalną. Bez niego. Chciała swoją wolność z powrotem, choćby tę jej namiastkę, którą do tej pory dawał jej ojciec, pozwalając jej bawić się w dorosłość i samodzielność. Chciała nawet tego, bo wiedziała już, wiedziała doskonale, że przyszłość z Wrightem będzie znacznie gorsza. Wiedziała to w chwili, w której jego obecność przestała ciążyć jedynie jako widmo, niczym strach na wróble odganiając jej wizje wolności, a zaczęła ciążyć f a k t y c z n i e.
Baw się dobrze. Zatem zamierzała. Tamtego dnia i następnego, gdy naprawdę — o zgrozo — znalazła go na swojej wycieraczce. I jeszcze kolejnego.
I dzisiejszego. W szczególności dzisiejszego.
Bo nie tylko alkohol i złość szły razem w słodkiej, toksycznej, wielce destrukcyjnej parze.
Alkohol i złe decyzje tworzyły mieszankę iście wybuchową. Nie mniej słodką. Tak samo upajającą.

“W y s t a r c z a j ą c o.”
Teraz, niemal dwa tygodnie później, głos Wrighta wrył się w jej głowę i nie puszczał; wczepił się w sklepienia mózgu swoimi wibracjami i osiadł między zwojami, zadomawiając się tam na dobre, gnębiąc ją i dręcząc. N a w i e d z a j ą c.
Zupełnie tak samo, jak jego właściciel przez ostatnie dni.
Już zrozumiała, że to nie był żart. Już zrozumiała, że to dla jej dobra.
Jeszcze nie zaakceptowała.
Wciąż z tym walczyła.
“W y s t a r c z a j ą c o.”
Jakże obscenicznie satysfakcjonująca i jednocześnie obscenicznie wkurwiająca odpowiedź. Podwójna natura wszystkich słów, które są odpowiedzią na zbyt wiele pytań naraz i przez to nie odpowiadają dosadnie na żadne. Ta ukryta głębia w jednym słowie jako kontra na jedno słowo. Oba trafne. Oba pod powierzchnią werbalną skrywające więcej, niż można było na pierwszy rzut wywnioskować.
“W y s t a r c z a j ą c o.”

Stała przed lustrem w swojej sypialni w domu na The Beaches, który kochała już wcześniej za ułudę wolności, ale teraz w tym całym cyrku pokochała jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek. Bo było jej i tylko jej. Tu, w przeciwieństwie do świata poza nie było Wrighta. Nie było jego cynizmu ani jego kpin, nie było milczącego ciężaru jego obecności zawsze gdzieś w tyle za nią, nie było bacznego spojrzenia, które czuła na sobie mimo tego, że trzymał się — tak jak mówił — z dala.
Ale ona też mu coś powiedziała. Też coś o b i e c a ł a.
I właśnie patrzyła na siebie w lustrze i myślała: wystarczy.
Tak jak jego wystarczająco na jej ile.
Jej wystarczy na jego bycie.
Darowała sobie wielkie, dramatyczne wystarczy z uniesioną pięścią, pianą z ust i wulgaryzmami między żądaniami. To było małe i ciche, zmęczone wystarczy, które przyszło znienacka, bo nerwy zdążyły naciągnąć się niemożliwie i trwało to zbyt długo, więc coś musiało puścić, żeby nie puściło coś innego — coś, czego Vivienne nie chciała puścić. Spokój. Kruche opanowanie, jedność z emocjami, którą przez ostatnie kilka dni budowała przy Wrightcie z taką starannością, z jaką jeszcze nigdy nic wokół siebie nie budowała; z taką zawziętością, z jaką budowała zamki z piasku w ogrodzie ojca nad stawem i modliła się, żeby nie wiało.
Dzisiaj w i a ł o.

Sukienka nie była długa, nie sięgała nawet kolan, zatrzymując się w połowie ud lejącym, śliskim materiałem. Była za to czerwona jak wino, na cienkich ramiączkach i z odkrytymi plecami, przez które biegły sznurowania stworzone jedynie dla efektu. Niewielkie rozcięcie wzdłuż prawego uda też nie miało żadnej funkcji, ale było i podkreślało każdy stawiany przez nią krok. Szpilki dodawały jej niecałych dziesięciu centymetrów, a niemal anielska buzia zyskała bardziej drapieżny wyraz podkreślony czarnym cieniem, grubym eyelinerem i brokatem na powiekach.
Gdyby ojciec zobaczył ją w takim wydaniu, określiłby ją jednym słowem — słowem, które byłoby oceną moralności, nie estetyki. I dokładnie o to chodziło. Przez lata Vivienne Adler nauczyła się lubić rzeczy, które jej ojciec określiłby tym jednym słowem. To też był wyraz jej buntu, jakaś jego prywatna forma, wymierzona prosto w tego człowieka, który płacił za jej szafę przez pierwsze lata i który myślał, któremu wydawało się, że skoro płaci za garderobę, to ma bezsprzeczną kontrolę nad tym, co się w niej znajdzie.
Szpilki były czarne. Jak skórzana kurtka, którą zarzuciła sobie na ramiona, by schronić się przed wiatrem. Jak jej paznokcie.
Usta były czerwone. Jak sukienka. Jak wino.
mademoiselle adler
idź już, nigdzie nie wychodzę
Wiadomość...
Wysłała mu tę wiadomość godzinę temu. Teraz spojrzała na telefon i kącik ust drgnął sam, mimowolnie. Żadnej wiadomości. Żadnego powiadomienia.
Było wpół do jedenastej wieczorem. I ona, wbrew temu nigdzie, właśnie wychodziła.
Tyłem, nie przodem; zostawiając zapalone światło w sypialni i telefon na łóżku. Naiwnie wierząc, że tyle wystarczy.

Klub był świeżo odrestaurowany. Nie widziała go jeszcze w tym nowym wydaniu, ale przecież nie mógł się aż tak bardzo różnić od tego, co już z n a ł a. Od tego co pamiętała sprzed paru lat, z czasów, kiedy kończyła studia i pracowała za barem. Z czasów, gdy buta dopiero w niej kiełkowała i rosła powoli. Z czasów niewątpliwie lepszych. Z czasów bez Wrighta.
Dlatego lubiła to miejsce. Dlatego wracała.
Dlatego dzisiaj tu wróciła.
Do tych ścian, do tych twarzy, do tych wspomnień. Do tańca, do muzyki puszczonej na tyle głośno, żeby zająć miejsce całej reszty trosk i zmartwień, do anonimowości tłumu, w którym można było być kimkolwiek i nikim, do miejsca, gdzie oczy nie patrzą na ciebie jak na zlecenie i nie pilnują twojego kroku, żebyś nic sobie nie zrobił. Do braku tłumaczeń, do braku usprawiedliwień, do braku negocjacji. Do braku pytań i odpowiedzi z podwójnym dnem.
“W y s t a r c z a j ą c o.”
Usiadła przy barze. Spojrzeniem powiodła po blacie i osobach za nim, ale wystarczyło, że jedna z osób odwróciła się i skrzyżowała z nią wzrok, by twarz Vivienne rozpromieniła się w szerokim uśmiechu.
— To Ty! — krzyknęła, żeby głos poniósł się nad falami dźwięków dookoła, a barman odwzajemnił uśmiech i nachylił się do niej, witając szybkim buziakiem w policzek. Usta Vivienne zostawiły ślad na jego i pozwoliła im tam trwać, w głowie klnąc reklamę pomadki, która miała być trwała i nie zostawiać odbić. Kolejne kłamstwo w adwertażu do kolekcji. Kolejne, któremu dała się skusić.
Przynajmniej “w y s t a r c z a j ą c o” brzmiało, jak prawda.
Campari z sokiem pomarańczowym wylądowało przed nią bez proszenia o nie i Vivienne Adler wzięła drinka w dłoń, skinieniem głowy dziękując. Odwróciła się, spojrzała na parkiet, na tych wszystkich tańczących ludzi. Wydawali się szczęśliwi. Skąpani w pulsujących światłach, otuleni rytmicznym basem przechodzącym przez ciało. Wydawali się w o l n i.
Wypiła drinka w dwóch łykach. Odstawiła puste naczynie na blat, zgarnęła włosy za ucho. Wolność była ważniejsza od wszystkiego. Od Christophera Adlera, od jego lekcji grania na fortepianie i jego kolacji z kongresmenami, ważniejsza od socjologii i od prawa, ważniejsza od Wrighta i jego wystarczająco.
Nogi poniosły ją na parkiet same. W ten tłum, gdzie każdy był kim chciał i nie był nikim, gdzie przez chwilę Vivienne Adler mogła poczuć się choć przez chwilę wolna.

Kompletnie, bezwarunkowo, po prostu w o l n a.


don't ruin this moment
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
40 y/o
Welkom in Canada
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— trzy —
You can run, run, run, little lamb
And it's, not, not, not who I am
But I'm a wolf now
Nigdy nie był fanem wielkich miast. Zostawał w nich głównie z konieczności — im większa metropolia, tym proporcjonalnie więcej pracy mógł w niej znaleźć — i tylko tak długo, ile potrzebował, żeby załatwić w nich swoje sprawy. A później opuszczał je bez żalu, nie oglądając się za siebie, motocyklem połykającym łatwo kolejne kilometry prostych, amerykańskich dróg i południowoamerykańskich serpentyn, za cały bagaż mając jedną torbę podróżną, nieźle już wytartą po latach użytkowania.
Gdyby Sawyer mógł wybierać, osiadłby w cichej, górskiej mieścinie w północnej Argentynie.
Ale . n i e . m ó g ł .
Toronto zamykało się nad nim nieustannym wrzaskiem — przechodniów śmiejących się głośno i dyskutujących w prawie wszystkich językach świata, muzyki wylewającej się na chodniki z setek klubów ustawionych jeden obok drugiego, klaksonami i rykiem silników, zwykłym nocnym życiem tętniącym w mieście — oślepiało neonami przecinającymi noc, która tak naprawdę nigdy tu nie zapadała, atakowało zapachem rozlicznych — zbyt mocnych — perfum, których smugi ciągnęły się jeszcze daleko za ich właścicielami, zapachem potraw z mijanych restauracji z niemal każdej kuchni świata i czegoś jeszcze, czegoś uniwersalnego dla wszystkich wielkich miast: smrodem potu, kanalizacji i niespełnionych ambicji. Całe Toronto wbijało się tysiącem bodźców w każdy wyczulony zmysł Sawyera, rozpraszając jego uwagę i utrudniając skupienie. Niemal całkowicie uniemożliwiając szczegółowe śledzenie mijanego otoczenia, kiedy szedł szerokim, pełnym ludzi mimo późnej pory, chodnikiem w kierunku centrum. W dzień czuło się tu jeszcze ciepło końcówki lata, ale wieczór przynosił chłodne przypomnienie, że to zima prawdziwie rządzi tym krajem, miał więc na sobie skórzaną kurtkę, a przez ramię przewieszoną torbę.
Sawyer miał tylko jedno popołudnie, żeby zorganizować sobie tymczasowe mieszkanie, a teraz, kiedy już zapadł mrok, właśnie do niego szedł, żeby się wykąpać i położyć spać, bo następnego dnia miała się zacząć prawdziwa praca. Motocykl zostawił u zleceniodawcy, bo siłą rzeczy Adler zapewnił mu samochód, którym mógłby bezpiecznie — i elegancko, Sawyer nigdy nie kupiłby tak ekstrawagancko drogiej marki — wozić jego córkę po mieście.
Nie tylko niańka, teraz jeszcze szofer.
Zamknąwszy za sobą drzwi do mieszkania, rutynowo sprawdził wszystkie zamki, przeszukał pomieszczenie pod kątem kamer i podsłuchów — upewnił się, że jest czyste. Nie było to nic nowego; raczej to, co zawsze robił w każdym wynajmowanym motelowym pokoju, choć dzisiaj Sawyer przyłożył się do tego szczególnie.
Ponieważ tym razem nie zamierzał opuścić miasta po pozbyciu się kilku skurwysynów, akurat pechowo niewygodnych dla ludzi, którzy mieli za dużo pieniędzy, a za mało skrupułów. Tym razem zamierzał zostać w Toronto dłużej. Na kilka tygodni, choć prawdopodobniej — miesięcy.
Nie był jednak zwykłym członkiem społeczeństwa; ta myśl go nie uspokajała.
W końcu jego miejsce zawsze było . w . d r o d z e . . Tam, gdzie najtrudniej było go wytropić tym, którzy mieli interes w znalezieniu go.

Ekran telefonu rozświetlił półmrok samochodu, kiedy przyszła do niego wiadomość. Sawyer rzucił okiem na wyświetlacz, nie poruszywszy się przy tym, i przebiegł spojrzeniem po kilku słowach.
Nie uśmiechnął się. Nie odpisał. I, rzecz jasna, nie odjechał.
C z e k a ł . cierpliwie na siedzeniu kierowcy zgaszonego Rolls-Royce’a jej ojca, zaparkowanego wzdłuż chodnika, z którego miał widok na bramę wjazdową, ogród i frontową elewację domu przy jeziorze, w którym mieszkała Vivienne Adler. Światło wciąż się świeciło i czasem Sawyer widział jakiś ruch, ledwie zarys kobiecej sylwetki za zasłonami, a czasem długo nie widział niczego. Mimo to patrzył. Obserwował. Liczył.
A kiedy światło nie gasło, mimo że ruch zamarł, natomiast liczby zaczęły wydawać się podejrzane — dopiero wtedy Sawyer sięgnął po telefon leżący pod ręką. Było już grubo po jedenastej, kiedy go odblokował i odpalił aplikacje śledzące.
Telefon leżał grzecznie w domu.
Ale kurtka nie.K U R W A . J E B A N A . M A Ć .
Sawyer odpalił silnik wściekłym szarpnięciem kluczyka w stacyjce, gwałtownie wcisnął pedał gazu i agresywnie, z rykiem silnika wgryzającym się w spokojną do tej pory noc, odjechał spod pustego domu z paskudnym przekleństwem na ustach i złością niebezpiecznie sączącą się wraz z adrenaliną prosto do żył.

Zanim dojechał do klubu, w którym punkt symbolizujący tracker GPS wrzucony Vivienne do kieszeni wreszcie łaskawie się zatrzymał na mapie jego aplikacji — jedynego pierdolonego klubu w mieście, w jakim córka człowieka, którego ktoś szantażował, nie powinna była się znaleźć — prawie dochodziła północ. Sawyer był spóźniony, wkurwiony, trzeźwy w bandzie najebanych dzieciaków, wkurwiony, niemal przechytrzony przez nastolatkę, której zamierzał wyłącznie pomóc, a która traktowała jego pomoc jak zamach na samodzielność i, no tak, jeszcze . w k u r w i o n y .
Nie zatrzymał się nawet na moment, żeby przetrawić cokolwiek z powyższego; przeszedł obok bramkarzy, w holu zwinnie wyminął stado klonów o wypchanych ustach i piersiach, z kolorowymi drinkami w dłoniach i niewielką ilością materiału na ciele, aż wreszcie wszedł prosto w huk imprezy, smród alkoholu zmieszanego z setkami perfum.
I momentalnie poczuł się za stary na tą robotę.
Przypuszczał, że kurtka z lokalizatorem została w szatni, więc dalej będzie musiał dziewczyny szukać bez pomocy technologii (tylko częściowo nielegalnej), dlatego skierował się w głąb klubu. Spojrzeniem odruchowo powiódł po wyjściach, a potem po twarzach i sylwetkach, w tłumie szukając tylko tej jednej, która miała prawdziwe znaczenie. Szedł, nie dotykając przypadkowych ludzi i nie dając się dotknąć, co w miejscu takim jak to zakrawało o cud. Minuty wypełnione dudnieniem basów mijały, aż wreszcie jego serce pominęło uderzenie w chwili, w której jego wzrok potknął się o anielski profil Vivienne — zresztą zdradliwie anielski, bo teraz w jego wyobraźni było jej bliżej do wyjątkowo upierdliwego demona.
Zanim jednak zdążył przepchać się do niej przez tłum, musiał bezradnie obserwować, jak obok obściskującej się tańczącej pary prześlizguje się do niej dwóch facetów. Nie słyszał, co mówią, chociaż widział ruch ich warg i śliskie, paskudne uśmieszki, kiedy jeden z nich położył łapy na talii Vivienne.
Sawyer przyspieszył, nie zważając już na lepki dotyk spoconych ciał obijających się od niego przypadkowo na parkiecie, kiedy przepychał się w ich stronę.
Nie chciał na to patrzeć.
Ale nie mógł oderwać wzroku.

Ten wyższy i przystojniejszy ewidentnie miał pierwszeństwo. Przysunął się do tańczącej dziewczyny, miękko objął ją w pasie i przyciągnął ją do siebie, zaglądając jej głęboko w oczy, kiedy podniosła na niego wzrok. Uśmiech miał czarujący.
— Jesteś tu sama, maleńka? Czy z facetem? — wymruczał, nachylając się nad nią, tylko pozornie żeby przekrzyczeć muzykę, a w rzeczywistości skracając dystans dzielący ich twarze zdecydowanie bardziej, niż mogłoby uchodzić za przyzwoite. Dłonie, chociaż go świerzbiły, zatrzymał jednak na wysokości jej lędźwi. Póki co. — Zatańcz z nami — zaproponował, nie zapytał. — Jeśli jakiś facet jest na tyle głupi, żeby puścić taką ślicznotkę samą, to i tak jest chuja wart.
Wtedy drugi z nich przesunął dłońmi po jej ramionach w dół.
Zamknęli ją między swoimi twardymi, umięśnionymi ciałami w tłumie tańczących ludzi, w półmroku gęstniejącym od pożądania i szepczącym w krótkich, irracjonalnie głośnych pauzach pomiędzy uderzeniami basów o słodkim braku przyzwoitości, który obiecywał szybką i tanią przyjemność.

Sawyer potrzebował kolejnych minut, żeby znaleźć się przy nich, popychany i szturchany przez pary tańczące i liżące się w ciemności rozcinanej klubowymi neonami. Chciałby móc patrzeć tylko na nią — ale obecnie Vivienne stanowiła najmniejsze zagrożenie, choć wciąż największy, cholerny problem.
— Spierdalać, koledzy. Zamykamy bar — rzucił tylko głosem, który mógł brzmieć na zmęczony, ale w rzeczywistości był jedynie przedsionkiem piekła, jakim była furia Sawyera Wrighta.
To ten wyższy zorientował się pierwszy, że mówi do nich i oderwał pożądliwe spojrzenie od Vivienne, żeby na niego spojrzeć.
Wcześniej, z oddali, Sawyer uznał go za mądrzejszego, ale po paskudnie cwaniackim uśmieszku, jaki mu posłał w odpowiedzi, nagle stwierdził, że musiał być głupszym z tej dwójki. Złapał go za ramię i szarpnął, zmuszając do puszczenia Vivienne, zanim tamten zdążył odpowiedzieć coś jeszcze głupszego. Chłopak wpadł na kogoś plecami, rozniosły się pojedyncze, zagłuszone muzyką głosy niezadowolenia i chichoty ludzi wokół nich.
Dopiero wtedy Sawyer spojrzał prosto na dziewczynę; kiedy był już pewien, że ma jej uwagę w całości, nierozproszoną na żadnego fiuta.
Lodowatym, wściekłym spojrzeniem.
— Wychodzimy. — Nie krzyczał. Jednak nacisk, jaki Sawyer położył na to słowo, ważył więcej niż najgłośniejszy wrzask.
— A może zastosuj się do swojej rady i sam spierdalaj, typie. Może ona nie chce nigdzie iść? — warknął ten drugi, przyciągając Vivienne do siebie mocniej, tak że plecami oparła się o jego tors.
Źle go ocenił. Najwidoczniej bynajmniej nie był hojniej zaopatrzony w instynkt samozachowawczy.

You'll ruin me first, that's for sure
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
25 y/o
For good luck!
158 cm
parole officer in superior court of justice
Awatar użytkownika
it has a taste:
misbehavior.
no saviors here, just fare to be swallowed,
bones to be hollowed;
for rudeness yields exquisite flavors.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Basy dudniły w uszach, rozlewając się po całym ciele i przenikając aż do kości. Otulona rytmicznymi wibracjami Vivienne tonęła w falującym tłumie z nieopisaną ulgą, pozwalając, by ta głośna, wręcz surowa energia zmyła z niej brud ostatnich dni. Tańczyła. Była wolna. Zgubiona w pulsujących światłach, chłonąc ten azyl po stokroć — to jedno, jedyne miejsce, gdzie nikt nie patrzył na nią jak na cel do wbicia szpilki Alderowi, jak na ratlerka na wolności, jak na zlecenie. Gdzie nikt jej nie pilnował, a jej każdy krok miał znaczenie jedynie synchroniczne. W tej dudniącej klatce nie było okowów ani psa puszczonego za nią biegiem, któremu bliżej było do hycla, niż szczerzącego kły ducha czyhającego na jej błąd i moment, by przypomnieć, że to nie ona dyktuje warunki. Nie było sterczącego na jej wycieraczce demona, który ciążył jej niczym wyrok. To była taka klatka, do której Vivienne Adler z ochotą weszła.
Nie przeszkadzały jej ciała ocierające się o siebie. Nie przeszkadzały jej śmiechy przebijające się przez lecącą muzykę, nie przeszkadzały jej nawet sporadyczne otarcia, gdy ktoś w tańcu przedarł się bliżej. Wreszcie — nie przeszkadzało jej, gdy przypadkowy dotyk przestał być przypadkowy, zmieniając jej upragnioną chwilę wolności w coś, co powoli zakrawało o formę zagrożenia.
Ale Vivienne dała się ponieść c h w i l i. Jeśli to było zagrożenie, to wpadła w nie z uporem maniaka i z pełną premedytacją. Upojona wizją bycia wolną — bycia tą, która kontroluje — dała przyciągnąć się wyższemu mężczyźnie do siebie i tylko przelotnie spojrzała mu w oczy, bo potem jej uwagę przykuł jego uśmiech. Czarujący, niewątpliwie. Jednak nie na tyle czarujący, by przyćmić cień zażenowania, jaki wywołały jego słowa.
— To bez znaczenia — odpowiedziała mimo tlącej się wewnątrz rosnącej niechęci. Była o sześć drinków za trzeźwa, by takie teksty na nią zadziałały, ale jednocześnie zbyt spragniona kontroli i płynącej z niej satysfakcji, by nie uznać tego za dobrą okazję do odbicia sobie wstydu, jaki wciąż czuła po konfrontacji z Wrightem. Nikt jej nie pilnował. Sama decydowała, kto ją dotyka, nawet jeśli ten dotyk przyprawiał ją o nieprzyjemne ciarki. Gdy dłonie drugiego faceta zsunęły się z jej ramion w dół, bariera jej tolerancji zaczęła powoli pękać, ale jeszcze dała im szansę. Jeszcze. Szybka i tania przyjemność daleka była od tego, w czym gustowała Adlerówna — ale nawet te najbardziej francuskie ratlerki, te wybredne i przyzwyczajone do luksusów salonowe pieski, mogły pokusić się na coś, co w świecie kulinariów byłoby odpowiednikiem najtańszego fastfooda ze śmierdzącej starym olejem budy.
Jej dłonie powiodły po przedramionach tego przed nią, mknąc w górę delikatnie, po bicepsach, po barkach, aż spoczęły na jego karku. Błękitne spojrzenie znowu odnalazło jego, ale tym razem nie było miejsca na czarujące uśmiechy, kiedy przyciągała go niżej, aż jego usta znalazły się gdzieś w okolicy jej prawego ucha. Ten drugi, za nią, został wykorzystany jako słup, w którym znalazła oparcie dla swoich pleców, a jego dłoń zacisnęła się mocniej gdzieś przy jej boku w chwili, w której też się nachylił, gorącym oddechem łaskocząc skórę po drugiej stronie jej szyi.
Przez chwilę faktycznie tańczyli. Później, zanim taniec mógł przerodzić się w cokolwiek innego, a szepty do ucha i usta przy skórze przybrać konkretny wymiar, powietrze przeciął dźwięk, który był ostatnim dźwiękiem, jaki chciała usłyszeć.
Ton tego głosu wdarł się przez dudnienie muzyki, przecinając opary alkoholu i iluzję jej zajebistego, idealnego planu niczym rdzewiejący nóż, po którym rana miała jątrzyć się i babrać w nieskończoność.
Wszystko dookoła niej wciąż tętniło, ale w głowie Vivienne nagle zapadła nagła, absolutna cisza, którą wypełniał jedynie odgłos jej własnego serca. Dudniło głośniej od basów, puls rósł na spółkę z ciśnieniem krwi i nie miało to żadnego związku z wypitym alkoholem czy dwoma typami, którzy mogli być tanią, szybką przyjemnością na zagłuszenie sumienia. Nie. To była sprawka zupełnie innej t r u c i z n y.
Adlerówna spojrzała na Wrighta. Zaskoczona, owszem, lecz bynajmniej do granic możliwości. Wkurzona, bez wątpienia. Rozczarowana, ale tylko odrobinę.
I wtedy ten niższy kolega pociągnął ją do siebie na tyle mocno i na tyle gwałtownie, że uderzyła w jego tors swoimi plecami siłą czystego impetu.
Może ona nie chce nigdzie iść?
Och. Jakże słodko. Jakże kurwa szlachetnie z jego strony. Jakże wzruszająco. Tylko, że to już nie był taniec. To nie było nawet śliskie, wulgarne zaproszenie do szybkich przyjemności w kiblu za barem, choć coś równie zwierzęcego. Coś, czego Vivienne Adler nie potrafiła już dłużej ignorować, chowając pod grubą warstwą pragnienia wolności.
Przede wszystkim dlatego, że było brutalnym zaprzeczeniem rzeczonej wolności, a ona miała szczególny problem z tymi, którzy w akcie swojego samczego despotyzmu podejmowali za nią decyzje.
Tak działał jej ojciec. Tak zaczynał działać Wright. Tak teraz chcieli działać ci dwaj.
Chęć na odpyskowanie swojej niańce, że nie będzie jej mówił, co ma robić i dyktować, kiedy kończy się zabawa, rozmyła się i zniknęła na dobre. Nim jednak Vivienne mogła cokolwiek zrobić, ten wyższy z typów odzyskał rezon i wrócił do nich z tym samym kurewsko aroganckim uśmieszkiem, napinając barki.
— Wypierdalaj — rzucił, wcale nie kuląc ogona. Zbliżył się o następny krok, dłonią już sięgając do kieszeni i kiwając głową w kierunku niewielkiego, metalowego przedmiotu, którego rąbek uchylił — składany nóż czy cokolwiek innego to było. Gość pokładał w tym nadzieje i ślepą wiarę, i sekundę później z powrotem patrzył w ślepia Wrighta. — Wypierdalaj, zanim zrobię ci w mordzie dodatkowy otwór na oddychanie.
Adler patrzyła na to wszystko z mieszaniną złości i narastającego o b r z y d z e n i a.
Momentalnie przypominał jej się Tony. Ciemne zaułki, dilerzy jej brata i ona, z wyłuskanymi ze skarbonki-żaby jakimiś drobniakami, prosząca ich, żeby nie sprzedawali mu więcej tego syfu.
Być może powinna była poczuć strach. Być może powinna była wiedzieć lepiej. Być może powinna była po prostu stać i dać im rozwiązać to po swojemu albo dać Wrightowi zająć się tym wszystkim, przy okazji patrząc z pierwszego miejsca w rzędzie, jak udowadnia, że wydane za jego usługi pieniądze jej ojca nie był pieniędzmi wywalonymi w błoto. Ale wkurwienie na niego zmieniło cel i zostało wymierzone w gościa za nią, którego palce teraz mocniej zaciskały się na jej ciele, a druga ręka sunęła ku wcięciu w sukience na udzie, dociskając jej biodra do jego lędźwi i Vivienne nie była w stanie dłużej po prostu stać i się gapić.
— Wystarczy. Puszczaj mnie. — Szarpnęła się, w tej swojej idiotycznej, całkowicie naiwnej i bezdennie irracjonalnej ułudzie, że chłop zrozumie co się do niego mówi. I jakże wielce się pomyliła.
— Spokojnie, mała. Zaraz wrócimy do przyjemności.
Faktycznie obaj faceci nie świecili inteligencją.
— Powiedziałam, żebyś, mnie, kurwa, puścił. — Szarpnęła się jeszcze raz, mocniej, czując, jak krew gotuje się w jej żyłach, spalając resztki tej złudnej radości, po którą tutaj przyszła. Nienawidziła, po prostu nienawidziła, kiedy ktoś jej dyktował warunki. Tyczyło się to zarówno aktów werbalnych, jak i nie werbalnych, a śmieć trzymający ją wybrał to drugie i sprawił jedynie, że impulsywność przejęła stery. Vivienne nie potrafiła się bić, to był fakt, ale była też zbyt dumna i zbyt uparta, żeby teraz dać się traktować jak pozbawioną własnej woli i umiejętności podejmowania decyzji szmacianą lalkę. Szarpnęła się po raz trzeci i podczas tego trzeciego szarpnięcia wbiła szpilkę w stopę mężczyzny. Sekunda. W odpowiedzi usłyszała jedynie wydarty z gardła świst powietrza, potem śmiech i natychmiast poczuła, jak jego palce mocniej wbijają się w jej ciało, wywołując falę bólu. Syknęła, nim w ogóle pomyślała, żeby nie dawać mu tej satysfakcji.
Kurwa.
— Niezłe, ale… — Nie dokończył, bo upartość Vivienne była wielowymiarowa i teraz jawiła się krótkim, mocnym pociągnięciem łokcia w jego żebra. To była luka. To miała być luka, którą mogła wykorzystać, by się uwolnić.
Ale jej spojrzenie zawisło na Sawyerze. Wszystko działo się tak szybko, a jednocześnie jak w zwolnionym tempie. Ten wyższy typ już stał z napiętymi barkami, ludzie z najbliższej okolicy odeszli o kilka kroków, choć wcale nie wycofali się kompletnie, jakby w imprezowym otępieniu szukali taniej sensacji. Ktoś, jakaś dziewczyna, jako jedyna zaczęła przedzierać się przez tłum, chcąc zawołać ochronę.
Oczy Vivienne mimo tego wciąż tkwiły zatrzymane na swoim k a c i e. Demonie, który ciążył nad nią i żywił się jej wolnością, który zjawił się, niby wybawiciel, ale spierdolił wszystko koncertowo.
I na tym się Adlerówna zatrzymała. Jakim, kurwa, cudem, ją znalazł? Zrobiła wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Wszystko. Zostawiła telefon w domu, zostawiła zapalone światła, odczekała stosowną ilość czasu, żeby odjechał i upewniła się, że jest czysto. Nie miała przy sobie nic, co mogłoby mu pomóc ją zlokalizować, co mogłoby ją zdradzić. Jakim więc cudem ten chuj znalazł ją w środku pieprzonego wielomilionowego miasta? Trybiki w jej głowie pracowały na pełnych obrotach, kiedy patrzyła na Wrighta i próbowała zrozumieć, jak ją wyśledził, skąd w i e d z i a ł.
— Nie tak prędko — zdążyła jedynie usłyszeć, zanim mężczyzna znowu ją złapał. Oburącz, jeszcze mocniej, już kompletnie nie zważając na jej potencjalny komfort i to, by nie zrobić jej krzywdy. Nie było już tańca. Nie było wolności. Nie było kontroli. Było napięcie, którego nie dało się rozładować. Były migające światła. Był walący po uszach bas. Byli tańczący ludzie. Byli ci, którzy się gapili. Był ochroniarz, który jeszcze nie interweniował, czekając na rozwój sytuacji i na to, czy sama rozejdzie się po kościach. Był facet za nią, który już nie wyglądał na rozbawionego. Był facet przed nią i przed Wrightem, który gotów był przenieść tę imprezę na zewnątrz, do alejki między budynkami i dokończyć zabawę. Był sam Wright, który...
Jej niebieskie spojrzenie znowu go odnalazło. Gdzieś ponad tym wkurwem i chęcią zrozumienia co tu się odpierdala, pojawiło się coś jeszcze — coś, co nałożyło się na to, że nie potrafiła na niego nie patrzeć. Ulga. Maleńka, pierdolona ulga wywołana jego obecnością, którą natychmiast z n i e n a w i d z i ł a za to, że ją w ogóle poczuła. Ale jeśli była jedna rzecz gorsza od bycia osaczoną przez nieznajome, napalone ścierwa, to była nią świadomość, że człowiek, którego najbardziej chciała zobaczyć znikającego z jej życia, był jednocześnie człowiekiem, którego nie-zniknięcie z tego jej życia i wchodzenie w nie z buciorami w tej konkretnej sekundzie oznaczało, że prawdopodobnie nie stanie jej się nic poważnego. To było obrzydliwe. To było upokarzające. Znowu. Znowu, kurwa, wstyd i wściekłość i wkurw i wszystko to, czego nie chciała.
Ta wolność miała smak Campari, pachniała tanimi perfumami i obiecywała zatracenie.
Vivienne Adler nie chciała już tej wolności.

let's start with ruining their faces egos
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
szyszka
ai
40 y/o
Welkom in Canada
180 cm
najemnik na terenie obu Ameryk
Awatar użytkownika
Deep in the ocean, dead and cast away, where innocence is burned in flames. A million mile from home, I’m walking ahead. I’m frozen to the bones, I am
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przemoc
Był zły.
Wściekły.
W k u r w i o n y .
Jednak w takich momentach Wright nie rzucał przypadkowymi przedmiotami, nie wrzeszczał, nie przeklinał, nie sięgał po broń ani się nie miotał; nie, był tak samo skoncentrowany jak zwykle, tak samo oszczędny w gestach — tylko jego przeszywające spojrzenie nabierało lodowatego wyrazu. A ten wyraz twarzy stał w wyraźnej kontrze do wszystkiego, co działo się w jego wnętrzu: do wrzenia krwi w żyłach, pożaru obejmującego trzewia, gorąca uderzającego w skroniach jak gorączka. Wściekłość zakłócała mu postrzeganie rzeczywistości, zakrzywiała przestrzeń, przestawiała priorytety i wpływała negatywnie na efekty pracy. Najgorsze było w niej jednak to, że kiedy już się pojawiała — co zdarzało się rzadko — Sawyer nic nie mógł na to poradzić. Po prostu przychodziła i zalewała go potężną falą, pod którą nie było tlenu, żeby móc oddychać, gdzie nie dało się walczyć, można było jedynie płynąć z prądem i liczyć na to, że kiedy fala minie, coś jeszcze będzie się dało uratować.
Kiedy Vivienne podniosła na niego wzrok i ich spojrzenia się skrzyżowały, Sawyer nawet nie próbował wynurzać się na powierzchnię. Zobaczył w jej oczach jakiś błysk, w tym stanie jednak nie był w stanie go zidentyfikować ani podjąć choćby próby analizy. Nie miało to zresztą żadnego znaczenia, bo po pierwsze: miał wyjebane na jej uczucia, a po drugie: ten pierwszy gówniarz nie dał mu zbyt wiele czasu na bezczynne przyglądanie się swojemu zleceniu. Sawyer natychmiast skupił na nim uwagę, kiedy ten się odezwał. Obelgi go nie ruszały, tak samo jak czcze groźby; puścił obie te rzeczy mimo uszu i skoncentrował się jedynie na jego rozstawieniu stóp i na dłoniach, szczególnie że w jednej z nich dostrzegł krótki refleks światła na powierzchni stali, którego nie mógłby z niczym pomylić.
Dziewczyna szarpała się z tym drugim, a ludzie w klubie — chociaż dzięki zamieszaniu zrobiło się dookoła nich trochę miejsca na parkiecie — wciąż tańczyli do wibrującej w powietrzu muzyki, w ciemności przecinanej kolorowymi LEDami i potrącali go przy tym co chwila z każdej strony. Ale Sawyer nie potrzebował idealnej ciszy ani otwartej przestrzeni, żeby zabić, a co dopiero obronić się przed jakimś chłystkiem.
— Odłóż to, młody — rzucił tylko, wystarczająco głośno, żeby dzieciak usłyszał go ponad dudniącym basem i wbił spojrzenie w jego oczy. — Nie chcę ci zrobić krzywdy. — Ale ją zrobię, jeśli mnie do tego zmusisz. Sawyer nie wypowiedział ostatnich słów głośno. Nie musiał — i bez tego osiadły w dusznym powietrzu przepełnionym mdłą mieszanką perfum i ludzkiego potu. Zresztą to była tylko część prawdy.
Bo bestia zamknięta w klatce żeber kurewsko . c h c i a ł a . go skrzywdzić w każdy możliwy sposób. Połamać kości i wyrwać stawy, rozszarpać mięso i zachlapać podłogę świeżą, gorącą krwią.
Za każdą sekundę, w której trzymał łapy na dziewczynie.
— Nie będziesz miał, kurwa, nawet szansy — odpyskował tamten i rzucił się na niego.
Zamach wziął szeroki — zbyt szeroki jak na tłok panujący w klubie — i nóż o włos nie drasnął kurtki przypadkowej dziewczyny, a później pomknął wprost na jego oczy. Zamiast się cofnąć, Sawyer wyszedł ciosowi naprzeciw i zbił jego dłoń, zanim stal miała choćby cień szansy dotrzeć do jego twarzy. Nie zdążył złapać jego nadgarstka, zamiast tego uderzył z krótkiego rozmachu w splot słoneczny. Cios był krótki, Sawyer nie miał miejsca i czasu, aby włożyć w niego wystarczająco siły, żeby tamten zgiął się w pół. W reakcji chłopak zacharczał tuż przy jego twarzy, mimo to z determinacją godną podziwu zamachnął się znów, ale on już się zwinął, już go wymijał, potrącając tańczącą obok parę i nie zważając na coraz wyraźniejsze wyrazy oburzenia. Kiedy przeciwnik podążył za nim, zaskoczony i uparty, żeby wbić nóż w jakąkolwiek część ciała Sawyera, on już na niego czekał; wykorzystał fakt, że chłopak przeniósł zbyt dużo ciężaru ciała w przód, złapał go za przedramię, jednocześnie odsunął się o pół kroku i wykorzystał impet przeciwnika, żeby wykręcić mu nadgarstek tej dłoni, w której trzymał stal. Dzieciak wyłamał sobie staw ciężarem własnego ciała i zawył mu tuż przy uchu, kiedy prosta dźwignia spowodowała wykręcenie całej ręki za tułowiem, a jego wrzask przedarł się nawet przez basową muzykę. Za to dźwięk stali uderzającej o posadzkę gdzieś pod stopami tańczących — wypuścił broń odruchowo, kiedy ramię przeszył paraliżujący ból — zniknął zupełnie w jej dudnieniu.
Dokręcając mocniej, Sawyer już tracił nim zainteresowanie — i już podnosił wzrok na tego drugiego, który śmiał przytrzymywać przy sobie Vivienne siłą. A później na dziewczynę. Ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały, zupełnie jakby go szukała, i wtedy wyraz jej twarzy na ułamek sekundy obudził w nim… . c o ś . . Jedno mocniejsze uderzenie serca, kolejną iskrę pod buchającą w jego wnętrzu pożogę wkurwienia. Sawyer zdusił to wrażenie, zanim zdążyło prawdziwie rozgorzeć, popchnął obezwładnionego przeciwnika na ziemię, po czym wyminął go zwinnie, żeby znaleźć się przed tamtą dwójką. Zostawił chłopaka bez noża na ziemi przytomnego, ale ostatecznie nie zależało mu na jego realnej krzywdzie. Nie w klubie pełnym kamer i świadków. Zresztą po jego ruchach czuć było, że nawet jeśli ćwiczył jakieś sztuki walki, to nie miał zbyt wielu okazji do przetestowania ich w prawdzie ulicznych warunkach, więc dla Sawyera nie stanowił żadnego zagrożeniem. Mimo to kiedy zatrzymał się w odległości kroku od Vivienne, kątem oka wciąż monitorował wyjącego na ziemi chłopaka. Nie miał jednak szans na obserwowanie położenia ochroniarzy przeciskających się w ich stronę przez tłum.
Serce pracowało równo i mocno w klatce piersiowej, mięśnie przyjemnie paliły od zwykłego, czystego wysiłku, a adrenalina sączyła się do żył wraz z szepczącą kokieteryjnie prośbą: . „ w i ę c e j ” .
— Puść ją — zażądał beznamiętnie, z trudem podnosząc wzrok na oczy chłopaka ponad ramieniem Vivienne. Na twarzy Wrighta, mimo brutalności sprzed chwili, wciąż nie malowało się ani wzburzenie, ani wkurwienie. Jeszcze nie. Nie, dopóki Vivienne nie będzie . b e z p i e c z n a , . cokolwiek to miało oznaczać.
Oczekiwał protestu, ale nagle chłopak zrobił wielkie oczy i dobrowolnie ją puścił, a nawet cofnął się o krok. Wymamrotał coś, ale Sawyer nie usłyszał słów przez dudniącą muzykę, a sekundę później niespodziewanie poczuł na sobie dwie pary potężnych, silnych łap, unieruchamiających go w miejscu. Instynkt oszalał, na jedną milisekundę włączyły się naraz wszystkie odruchy wypracowane przez lata, mięśnie zadrżały w spodziewanych schematach, które pomogłyby mu się uwolnić z tych konkretnych chwytów, adrenalina uderzyła do żył w końskiej dawce, a oddech się zerwał. Ostatecznie jednak nie zrobił niczego. Rozsądek zdążył powstrzymać zwierzę: zrozumiał, że to była ochrona.
Ach, to dlatego tamten tak nagle spotulniał.
Sawyer znów pozwolił spojrzeniu zsunąć się na twarz Vivienne.
— Zachowuj się, to cię puścimy — usłyszał tuż przy uchu. Zacisnął szczęki, zęby zgrzytnęły o siebie, ale ostatecznie skinął krótko głową, co miało oznaczać zgodę. Tamtego musiał ten fakt usatysfakcjonować, bo faktycznie uścisk zelżał, a potem zniknął całkowicie. — A teraz wypierdalaj stąd albo resztę wyjaśnień będziesz składał na policji.
Sawyer odwrócił głowę i spojrzał ponad ramieniem na ochroniarza, po czym jedynie prychnął pogardliwie. Nie dodał, żeby zajęli się tym skurwielem z nożem, który przede wszystkim powinni znaleźć i zatrzymać już na bramkach. Ani że gdyby porządnie wykonywali swoją pracę i pilnowali napalonych skurwieli przed narzucaniem się dziewczynom, to wszystko w ogóle nie byłoby potrzebne.
Zamiast tego zrobił ostatnie pół kroku w kierunku Vivienne, rzucił chmurne spojrzenie temu za jej plecami, po czym bezceremonialnie objął w pasie i przyciągnął ją do siebie. Zaborczo. Wymownie. Blisko. Poczuł wyraźnie ciepło jej ciała przez materiał ubrań.
— Właśnie wychodziliśmy.


as you wish, m'lady
Val
braku inicjatywy z drugiej strony, nudy i płytkich dialogów
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”