We're facin', the things we turn away from
We're chasin' the way we were in Saigon
Oh, let's pick apart until there's nothin' left of us to carry on
Paris nie żałowała ostatniej nocy nawet przez sekundę. Trafiając prosto w jego ramiona, odnajdując przy tym spokój i komfort, który był jej obcy przez ostatnie lata spotykania się z innymi mężczyznami, Kingsley nie potrafiła uznać tego za pomyłkę. Leo Rosenhall nie był przypadkową osobą, której wskoczyła do łóżka z nudy, przez chęć zaspokojenia własnych, nieco egoistycznych potrzeb albo dla tej słodkiej adrenaliny, od której była tak uzależniona. W ciągu jednego wieczoru jej życie wywróciło się do góry nogami, wciągając w tę jej dziwną codzienność człowieka, za którym tęskniła w tych najgorszych i najtrudniejszych chwilach. Wydawał jej się odpowiedzią na każdą jej manifestację, gdy zamknięta w czterech ścianach swojego mieszkania, modliła się o szybką śmierć albo o cholerne zbawienie. Cokolwiek, co ściągnęłoby z jej ramion ten ciężar, z którym borykała się już od ukończenia liceum. A więc nie uznawała tej bliskości i nocy, przespanej przy jego boku za coś złego, nawet jeśli skutecznie zamieszało to w jej głowie, zmuszając do pewnych przemyśleń, od których próbowała uciec. Spoglądając w jego jasne tęczówki, Paris czuła ciepło, rozlewające się po jej sercu, bo nadal patrzył na nią dokładnie tak jak kiedyś. Była w nim beznadziejnie zakochana — oddałaby mu wszystko, co miała, byle tylko zgodnie ze swoją obietnicą, już nigdy więcej jej nie opuścił. Tylko, że strach i jej paranoja, blokowała jej zdrowy rozsądek, znowu zatruwając jej umysł tymi samym myślami.
Zostawi cię. Zerwie z tobą. Znudzisz mu się. Wybierze kogoś innego.
Umrze tak jak twoi rodzice. Przypomni ci, że nie jesteś zbyt wiele warta.
Każdy, kto kochał cię chociaż przez chwilę, uciekał lub ginął. Przynosisz pecha, Kingsley.
Serce podeszło jej do gardła, a wzrok na chwilę uciekł gdzieś w bok.
Mogłabyś. Też tego chciał. Chciał, żeby częściej pojawiała się w jego mieszkaniu, może nawet zostając na nieco dłużej. Cholera. To byłoby przecież takie proste, wystarczyło parę krótkich wyznań, które tylko przypieczętowałyby to, o czym oboje teraz przecież marzyli. Och, Paris wyobraziła sobie swoją codzienność, jeśli Leo rzeczywiście mógłby być tylko jej. Mogłaby robić mu kawę każdego poranka, wyciągając go na balkon — ona paliłaby swoje ulubione papierosy, wyciągając na niego swoje długie nogi, a on piłby tę swoją okropną breję i opowiadałby jej, jak minął mu dzień. A wieczorami zabierałaby go na wyścigi albo jeździliby na wycieczki za miasto, nie planując nic konkretnego. I nie musiałaby już więcej czuć tej pustki w swoim sercu albo strachu, że umrze sama i nikt nawet nie będzie o tym wiedział. To proste. Miała go na wyciągnięcie ręki, a mimo to nie potrafiła wydusić z siebie nawet słowa. Ta odważna, bezczelna Paris Kingsley wydawała się ginąć pod natłokiem swoich uczuć.
— Nie prosiłeś, ale tylko ostrzegam, gdybyś nagle stwierdził, że potrzebujesz pomocy — zaśmiała się pod nosem. Mogłaby bardziej zaszkodzić ich jedzeniu niż zrobić coś pożytecznego. Kawa nie była jednak zbyt trudnym zadaniem, dlatego też postanowiła, że chociaż do tego się jakoś przyda. Nie sądziła jednak, że w trakcie tego, dostanie buziaka w policzek, przez co na jej twarz znowu wpłynie ten delikatny rumieniec;
no na miłość boską, Paris, nie masz już szesnastu lat. — Nie marudzić? Za dużo ode mnie wymagasz — rzuciła kąśliwie, próbując w ten sposób zamaskować swoje nagłe zawstydzenie. Boże, czy mogła być jeszcze bardziej rozpieszczona? A chłopcy, z którymi się wcześniej spotykała, atakowali ją słowami, że za wysoko ustawia poprzeczkę i za kogo w ogóle się uważa. A to wszystko wina Leo.
— Muszę zabić smak czarnej kawy — parsknęła, mieszając swoją kawę łyżeczką.
— Próbowałam zgrywać dorosłą, ale to smakuje naprawdę okropnie. Jak możesz to pić? — rzuciła z rozbawieniem, dochodząc do wniosku, że dało ją się w końcu jakoś spożyć. Chyba zostanie przy tonic espresso.
— Poza tym więcej cukru to więcej energii — zażartowała, choć tego nigdy jej akurat nie brakowało. Paris po raz kolejny zerknęła na omleta; czy jest coś czego ten chłopak nie potrafił zrobić?
Musiała zapytać. Nie mogłaby wyjść po śniadaniu i nie wiedzieć, kiedy znów się zobaczą. Trochę bała się, że jak teraz odejdzie, to historia zatoczy koło i zobaczy go może za kolejne parę lat. Wolała więc zaryzykować, usłyszeć rzeczy, przez które najpewniej spanikuje, ale jednocześnie zrobić wszystko, żeby zatrzymać go przy sobie na dłużej.
— Po prostu jestem spostrzegawcza — mruknęła niewinnie na swoją obronę. Kingsley obserwowała go z uwagą, ostatecznie wstrzymując oddech, gdy stanął tuż przed nią. Uniosła spojrzenie na jego twarz, nagle czując się... mała.
Okej, postawię sprawę jasno.
Jej serce zaczęło bić naprawdę szybko. Gdy Leo zabrał jej kawę, sama nie wiedziała, gdzie powinna podziać swoje ręce; trochę panikowała. Odrobinkę. Czuła ciepło, bijące od jego ciała i spojrzenie na swojej twarzy. Zebrała się na odwagę, by spojrzeć prosto w jego oczy. You got this, Kingsley. Dość nieświadomie łagodnie zacisnęła palce na tych jego, jakby próbowała trzymać się rzeczywistości.
Chcę ciebie. Roztapiała się pod jego dotykiem. Jego głos wyrył się w jej umyśle. Ile to razy chciała to usłyszeć? Ile razy, spoglądając na niego, myślała o tym, żeby należeli tylko do siebie? Przełknęła nieco nerwowo ślinę, robiąc wszystko, co tylko mogła, by nie pozwolić swojej paranoi na przejęcie nad nią kontroli.
— Leo... — wydusiła w końcu.
Uspokój się, Rizz. — Tak wiele rzeczy zmieniło się od ostatniego razu, kiedy się widzieliśmy. Nie wiem, czy wciąż jestem osobą, o której myślisz — powiedziała spokojnie, dbając o to, by nie drżał jej głos.
— Uważam, że powinniśmy poznać się na nowo — stwierdziła w końcu, dochodząc do wniosku, że to było najlepsze rozwiązanie.
— I za jakiś czas, zdecydujesz czy nadal jestem kimś, kogo chcesz mieć na stałe — szepnęła. Przerażała ją ta myśl, ale nie chciała mówić mu o swoich obawach i lękach, których nabyła się po jego odejściu i stracie bliskich. Uniosła obie dłonie do jego twarzy, by ująć jego policzki i spojrzeć w jego oczy z całą odwagą, na którą udało jej się teraz zebrać.
— Zostaję w Toronto. Nie uciekam. Masz mój numer, dam ci mój adres, jeśli to cię uspokoi — zażartowała, gładząc palcami jego skórę.
— Ale zobacz najpierw, czy to kim jestem teraz, na pewno jest tym, czego potrzebujesz — powiedziała, po krótkiej chwili niepewności.
— Mam wiele wad, o których jeszcze nie masz zupełnej świadomości — dodała nieco żartobliwie.
Dlaczego bała się przyznać na głos, że też go potrzebowała? Naprawdę wierzyła, że po wypowiedzeniu tych słów, Rosenhall rozpłynie się w powietrzu? Dlaczego to nie mogło być prostsze? Dlaczego tak bardzo się tego bała? Cholera, dlaczego nie mogła być normalna?
Oh, you never know inside those moments
How good it was, and how you wasted
All this time alone
Hold on, can we hold?
am i the one?