Przez dłużącą się w nieskończoność chwilę myślał, że to on umiera. Pokryte krwią palce drżały niepohamowanie, dotykając ciężaru winy, strachu i bezsilności, połączenia, które odbierało mu oddech, odbierało zmysły i prowadziło prosto do czerwieni, która przesłaniała mu wszystko, oprócz widoku Brandona, ułożonego na ulicy w otoczeniu wypływającego z niego życia.
Krzyczał, żeby się obudził, błagał, zaprzeczał, jakby chciał cofnąć bieg wydarzeń, jakby myślał że dzięki jego modłom stanie się cud i mężczyzna otworzy oczy i powie, że nic mu nie jest. Dotykał jego twarzy, rozszerzonymi w szoku oczami wędrując po jego sylwetce w tę i z powrotem. Chciał nim potrząsnąć, doprowadzić do porządku, a w drugiej sekundzie przytulić najmocniej jak potrafił i wtłoczyć w niego życie albo oddać swoje, by on żył.
Nie miał pojęcia ile tak trwał, ile czasu pozwalał plamom krwi wsiąkać w jego sweter, ile czasu pozwalał sercu nierówno bić, ile razy ocierał niedbale dłonią zadrapanie na policzku i ile razy wypowiadał imię Brandona, aż ktoś go od niego odciągnął. Później siedział na krawężniku nawet nie próbując skupić się na tym kto i co do niego mówił. Jasne kosmyki włosów sterczały na wszystkie strony, niektóre zlepione krwią, a żyła na szyi pulsowała szybko i nic nie dawało mu spokoju. Wewnątrz był jak rozszalały huragan, jak śmiercionośny pożar pochłaniający lasy i miasta, jak powódź, zatapiająca wszystko, co spotka na swojej drodze. Na zewnątrz za to nie było go wcale i nie miał pojęcia kiedy oprzytomniał. Drogę do szpitala pamiętał krótkimi etapami, a na pytania lekarza odpowiadał oszczędnie i nawet nie był pewien czy poprawnie.
Z jego ust najczęściej wychodziły pytania o Brandona, na które nie dostawał odpowiedzi, co zaczynało działać mu na nerwy. W pewnym momencie podniósł się z miejsca tak gwałtownie, że przewrócił metalowy stolik z narzędziami lekarskimi i opatrunkami. Chodził po pokoju, wyrywał się personelowi i próbował tłumaczyć im kim jest Brandon i że przecież dopiero co z nim rozmawiał. Czemu tutaj był? Chwilę później dostał coś na uspokojenie, co pozwoliło mu przespać kilka godzin i ukoić system nerwowy.
Obudził się zdezorientowany, ale znowu był sobą. Wszystko sobie powoli przypomniał i usiadł na łóżku szpitalnym, by w następnej chwili rozpłakać się jak dziecko. Zakrył usta dłonią, z której wystawał wenflon. Nie był ranny, przynajmniej nie poważnie, można było zauważyć jedynie zadrapania od uderzenia o chodnik. Z resztą i tak się tym nie przejmował. Potem błagał pielęgniarkę, żeby powiedziała mu, że Brandon żyje.
Żył. Ale to była jedyna dobra wiadomość.
Wziął urlop, bo nie potrafił wrócić do normalnego życia po wypadku. Rodzice Brandona próbowali go od niego odciąć, tym bardziej, kiedy okazało się, że ten ma amnezję. Po kilku dniach wrócił do drążenia spawy, którą zajmował się wcześniej, żeby zrobić ze sobą c o k o l w i e k. Rozsądek podpowiadał mu, żeby przestał, skoro to właśnie o tę sprawę pokłócił się z narzeczonym. Jednak nie potrafił odpuścić, tym bardziej wiedziony
przeczuciem.
Regularnie dowiadywał się o stan mężczyzny, nie mogąc ani spać, ani jeść. Próbował się z nim zobaczyć wiele razy, ale dopiero za którymś z kolei udało mu się przemknąć do jego sali pod nieobecność jego rodziców. Utkwił w mężczyźnie łagodne spojrzenie przepełnione ulgą i tęsknotą, po czym uśmiechnął się lekko, podchodząc nieznacznie bliżej. Ten uśmiech był specyficzny, jednocześnie pozornie wesoły, jak i rozpaczliwie smutny.
—
Jestem Lennon. Lenny — przedstawił się zduszonym głosem i przełknął ślinę, dotykając palcami drżących dłońmi swoich ud. —
Jestem… Jak się czujesz? — zapytał, bo próba wytłumaczeniu mu kim był spełzła na niczym. Nie potrafił tego wypowiedzieć, nie mając pojęcia co powiedzieli mu jego rodzice. Zsunął spojrzenie na jego dłoń, a kiedy zauważył, że nie ma na palcu pierścionka poczuł ucisk w żołądku. On swój nosił, musiał go założyć tuż po wypadku, ale nie pamiętał kiedy dokładnie. Chciał wymazać, że zaledwie kilka minut wcześniej rzucił nim w niego, dramatycznie zrywając zaręczyny. Był taki głupi. Chciał to wymazać i w pewnym sensie właśnie to robił, skoro jedyną osobą, która o tym pamiętała był on sam.
Zdał sobie sprawę, że nie miał wiele czasu i że bezczynnością niczego nie wywalczy, a jedno wiedział w tym chaosie na pewno — nie chciał się poddawać. Podszedł powoli jeszcze bliżej i automatycznie sięgnął do pierścionka zaręczynowego i obrócił go lekko, jakby chciał dodać sobie odwagi.
—
Jestem twoim… narzeczonym. Mieszkamy razem od ponad roku. Rodzice ci nie mówili? — zapytał na koniec na chwilę unosząc kąciki ust, ale zaraz je opuszczając. Wiedział, że nie mówili, ale co innego miał powiedzieć? Próbował udawać, że chociaż jakoś się tolerują, aby nie tkwić na przegranej pozycji. Uważał, że musiał sprowokować rozmowę, aby cokolwiek z tego wyszło.
brandon leffingwell