24 y/o
she’s kerosene
171 cm
wyprowadza psy i opierdala się za kasą w fox theatre
Awatar użytkownika
despite all my rage, i am still just a rat in a cage
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/on, wszystko jedno
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nic, że nie wiedział jak z nią rozmawiać.
Indie chyba wcale nie potrzebowała teraz rozmowy.
Chyba wcale nie czekała na słowa pocieszenia czy otuchy, w zasadzie nie mając wobec Lucasa żadnych większych oczekiwań, głównie dlatego, że sama będąc na jego miejscu... również nie wiedziałaby jak się zachować ani co powiedzieć żeby sobie pomóc. Pod tym względem akurat zawsze byli dobrani — żadne z nich nigdy nie przejawiało większego talentu do poważnych konwersacji, przykrych tematów i szeroko pojętych trudnych emocji, toteż raczej nieczęsto zdarzało im się o nich rozmawiać.
Nigdy, tak w zasadzie. Przynajmniej nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, więc tym bardziej nie potrafiłaby winić Millera za skonfundowanie i nieporadność wobec jej obecnego stanu, który istotnie był mu przecież zupełnie obcy, bo fakt: Indie nie płakała. Też nigdy. Zawsze była twarda. Od małego, bo innego wyboru nie miała, po prostu.
Życie nigdy nie obchodziło się z nią delikatnie — była dzielna dlatego, że musiała być, skutecznie zahartowana przedwczesnymi doświadczeniami straty i tragedii, których nie powinien doświadczać nikt, a już zwłaszcza siedmioletnie dziecko. Okoliczności nie pozostawiły jej innego wyjścia, a chociaż finalnie ukształtowały Caldwell w wyjątkowo niezależną, odporną na przeciwności losu jednostkę, to przy okazji zostawiły trwałe ubytki w jej wrażliwości i otwartości, zwłaszcza tej emocjonalnej. Nie od dziś było wiadomo, że Indie nie miała zielonego pojęcia jak wyrażać własne uczucia, a przede wszystkim też jak robić to zdrowo, normalnie. Jej sposoby na radzenie sobie z czymkolwiek skomplikowanym — co by to nie było — ograniczały się do zwykłej defleksji: impulsywnych decyzji, dozowanych lekką ręką używek i wszelkich form zawziętej ucieczki przed tym, czego nie chciała lub nie potrafiła przed sobą przyznać.
Tylko przed tym jednym uciec jakoś nie umiała. A przecież próbowała, no kurwa, jeszcze jak... ileż czasu i pierdolonego wysiłku włożyła w usilne próby wymknięcia się własnym uczuciom, wszystko po nic, zupełnie. I to chyba właśnie dlatego nie czuła się na siłach wzbraniać się przed nimi dłużej. Nie widziała w tym sensu.
Już nie, więc wyrzuciwszy z siebie te trzy słowa, tym razem nie musiała walczyć z przemożną chęcią zarządzenia strategicznego odwrotu, wyjątkowo nie czując potrzeby obracać ich w żart. Tym razem nie miała już energii udawać, że niczego nie znaczyły.
Może nie powinna była. Pewnie nie, w końcu wyznanie tego formatu nieszczególnie szło w parze z ich dotychczasowymi próbami spokojnego, powolnego rozwijania tej relacji, ale... jakoś nie bardzo potrafiła przejmować się teraz tym, co wypadało, a co nie. Tylko czy kogokolwiek to dziwiło? Fakt, że Indie Caldwell robiła to, czego nie powinna?
No właśnie. Żadna tam kurwa nowina.
Ledwo zarejestrowała jakiekolwiek zamieszanie, całkiem zrozumiale zaabsorbowana Lucasem i padającymi wyznaniami, zbyt nimi zajęta i przede wszystkim przejęta, żeby realnie przyjąć do wiadomości... no, cokolwiek. Cokolwiek innego. Świat mógłby kończyć się pół metra od niej i pewnie nawet nie zwróciłaby na to większej uwagi, gdyby względnie sprawnego powrotu na ziemię nie wymusił na niej najpierw narastający hałas syren i walenia w drzwi.
Wykurwiście. To znaczy nie, wcale nie, zupełnie, ale Indie dokładnie tego potrzebowała, żeby w końcu wziąć się w garść i zrobić to szybko — kryzysu większego niż ten własny, wewnętrzny, takiego, który nie pozostawiał jej żadnego innego wyboru niż z miejsca odsunąć wszystkie emocje na dalekie tyły własnej podświadomości i zająć się nimi później, innym razem. Koniec, już nie miała czasu, ani płakać dalej, ani w ogóle o czymkolwiek myśleć. I bardzo kurwa dobrze.
...chuj, że dziś akurat może trochę potrzebowała, żeby Lucas jednak dokończył.
Wstawaj — poleciła mu w tej samej chwili, w której z refleksem pierdolonego żołnierza jednostek specjalnych zerwała się z jego kolan i na równe nogi. W ogóle się nie zastanawiała, nawet przez sekundę — instynkt kazał mocno złapać Millera za nadgarstek i ruszyć z nim prosto w kierunku wyjścia, więc dokładnie tak zrobiła, ciągnąc go za sobą.
Słusznie, jak się okazało. Nie spodziewała się zastać klatki w kłębach gęstego, ciężkiego dymu, który boleśnie uderzył w gardło z sekundą, w której pospiesznym szarpnięciem otworzyła drzwi.
Ochuj — tyle zdążyła wykrztusić zanim głuchy kaszel wyrwał z płuc powietrze i zmusił ją do zatrzymania się w pół kroku. Nie miało znaczenia, że w międzyczasie Indie w końcu przestała płakać, bo i tak znów miała łzy w oczach, tym razem nie z winy emocji, a gryzącego dymu, którego jeden przypadkowy wdech wystarczył, żeby niemal zgiąć ją w pół. Mało tego, gówno przy tym wszystkim widziała, w efekcie kompletnie tracąc orientację, a razem z nią — cały rozpęd i pewność, z którą działała dotychczas.

lucas ˚ˋঌ˖
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
ʟᴇᴏ ⭑
nie lubię ai, braku przecinków i przerostu formy nad treścią
25 y/o
ROZPISANA STONOGA
189 cm
popcornman w fox theatre
Awatar użytkownika
Lucas jest człowiekiem, którego wszędzie pełno. Wulkan energii, który chociaż przeszedł w życiu poważną kontuzję, która wywaliła mu całe życie, wciąż bierze z niego to co najlepsze. Do tego jest durny.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
przekleństwa
Wstawaj.
Jej polecenie dotarł odo niego z opóźnieniem.
Zbyt skupiony na przyjemnym ciężarze, jaki miał na kolanach w postaci ciała Caldwell, Lucas kompletnie nie zakodował tego, co działo się dookoła. Tego, że straż pożarna właśnie zaparkowała na sygnale wielkim wozem strażackim pod blokiem, a potem energicznie walili w ich drzwi. Nie chciał tego słyszeć. Zdecydowanie wolał zostać na pieprzonym balkonie, z Indie w ramionach, patrzeć w jej piękne, błękitne oczy i to na niej skupiać całą swoją uwagę. W końcu na niej, bo przecież od początku tego dnia nic nie szło po ich myśli.
Los jednak kochał płatać im figle.
Zerwali się więc z krzesła i ruszyli do drzwi. Już spod framugi było widać jak do środka przedziera się bliżej niezidentyfikowany dym. Widział, jak Indie sięga do klamki, dlatego nie myśląc, za dużo od razu wyrwał się w jej kierunku.
Nie! — krzyknął. Pewnie trochę głośniej niż powinien, ale w jego głowie ta metalowa klamka mogła (ale nie musiała) mieć jakieś milion stopni. — Trzeba poczekać na strażaków — powiedział ten najmądrzejszy z całego towarzystwa.
Miller nie miał pojęcia, jak powinien się zachować, ale naoglądał się wystarczająco dużo filmów akcji, żeby wiedzieć, by nie spierdalać na własną rękę, jeśli sytuacja nie wyglądała jeszcze tragicznie w pomieszczeniu, w którym się znajdowali. Szczególnie, że za drzwiami było słychać już całkiem spore poruszenie i jakieś komendy wydawane przez krótkofalówkę.
DWIE OSOBY TUTAJ!!! — krzyknął, chowając za sobą Caldwell. Taki właśnie był z niego dzielny osobnik. Głowa tego przybytku. Dzielny lew, który… zapiszczał jak baba, kiedy w końcu ktoś zaczął walić w ich drzwi i prosić, żeby przekręcić zamek. Podszedł niepewnie (już o wiele mniej dzielnie) i paluszkami, tak żeby się przypadkiem nie oparzyć, przestawił odpowiednio klamrę. Dwój strażaków wpadło z impetem do środka, rozglądając się po pomieszczeniu. A wraz z nimi wleciała całkiem nowa dawka dymu, chociaż po ogniu nie było śladu.
Jak się potem okazało ognia praktycznie nie było, a jak już to znikomy bo ktoś po prostu podpalił mu wycieraczkę. Wycieraczkę kurwa. Miller oczywiście zrobił wielkie oczy, jak tylko to usłyszał, a zaraz patrzył wymownie na Indie, bo chyba oboje doskonale wiedzieli, kto to był. Serio. Aż nie mógł uwierzyć, że Charlotte posunęła się do czegoś takiego. Pokurwiło ją do reszty. W pierwszej chwili nawet chciał złapać za telefon i zadzwonić do niej, podać ją na policję, ale z drugiej strony… już naprawdę nie chciał mieć z nią nic wspólnego.
Chciał skupić się na Indie.
Upewnić się, że ta sytuacja nie odcisnęła na niej niepotrzebnego piętna. Zadbać o to, żeby czarne myśli, które dzisiaj na balkonie zawładnęły jej głową wcale nie rozprzestrzenią się w jej myślach jeszcze bardziej, bo to naprawdę nie było tego warte. Charlotte była pierdolnięta i nie należało się nią przejmować. Chociaż biorąc pod uwagę ten ogień, może Lucas jednak trochę powinien? To jednak był problem jutra, bo tego dnia jak się ukazało musiał jechać złożyć zeznania, więc tym samym gówno też było z ich randki, na której miała być lasagne i piwo, a skończyło się na byłej i pożarze.
No świetnie.
koniec
Indie Caldwell
kasik
Używania AI i brak ciągnięcia fabuły do przodu.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#7”